Morzyczyn, woj. szczecińskie. Rok 1996. Śmierć, która wciąż woła o sprawiedliwość.
Czerwiec miał być początkiem wakacji, beztroskich dni spędzonych na zabawie z rodzeństwem i kolegami. Dla 11-letniej Pauliny Dominiuk stał się początkiem piekła, które po 30 latach wciąż nie doczekało się rozliczenia.
7 czerwca 1996 roku, sobota. Paulina wsiada w Morzyczynie do autobusu. Jej cel jest prosty i przejmująco smutny jak na jej wiek: chce odwiedzić grób swojego zmarłego ojca na cmentarzu w oddalonych o 9 kilometrów Grzędzicach. Potem zamierza wpaść do babci, która mieszka w tej samej miejscowości. Dla dziewczynki to ważna wyprawa – łączność z tym, kogo straciła, i z tą, która została.
Ale los chce inaczej. Paulina spóźnia się na autobus powrotny. Zostaje sama na drodze. Kilku świadków widzi ją, jak z dziecięcą ufnością próbuje złapać „okazję” – przejażdżkę z nieznajomym kierowcą. To był moment, w którym jej życie znalazło się na szali.
Wieczorem w domu w Morzyczynie biją na alarm. Paulina nie wraca. Matka i ojczym zgłaszają jej zaginięcie.
Dwa dni później pojawia się pierwszy, pozornie dający nadzieję trop.
Właściciel małego sklepu spożywczego w sąsiedniej miejscowości zgłasza się na policję. Pamięta tamten dzień jak dziś. Do sklepu wszedł mężczyzna, a z nim – mała, ciemnowłosa dziewczynka. Była spokojna, ale nie uśmiechała się. Mężczyzna zaproponował jej lody. Odmówiła. Chwilę potem wyszli i odjechali czerwonym Polonezem.
Sklepikarz z zimną krwią spoglądał na parę, nie wiedząc, że być może patrzy na kata i jego ofiarę. Jego zeznania są precyzyjne. Na ich podstawie powstaje portret pamięciowy mężczyzny – rysopis, który obiega media w całym województwie.
Lata mijają, a ten czerwony Polonez i twarz z portretu wciąż są jedynymi świadkami, którzy nie potrafią mówić.
11 czerwca 1996 roku. Kolejarz wracający z pracy zatrzymuje się na widok, który wryje się w jego pamięć do końca życia.
Nad brzegiem jeziora Wisola, wśród trzcin i błota, leży nagie, pokiereszowane ciało dziewczynki. To Paulina.
Rozpoczyna się makabryczne odliczanie przez biegłych. Sekcja zwłok ujawni prawdę tak potworną, że trudno ją zrozumieć w kontekście dziecka.
Paulina była przetrzymywana przez dwa dni. Przez ten czas oprawca robił z nią, co chciał. Była wielokrotnie gwałcona, duszona, bita. Na jej ciele policzone zostają 22 rany kłute nożem – klatka piersiowa, plecy, łopatki. Do tego ciosy w głowę, które miały zakończyć jej cierpienie, ale nie wystarczyły.
A potem – kiedy już nie żyła – sprawca wsiadł z jej ciałem do samochodu. Nad jeziorem, tuż po porzuceniu zwłok, sięgnął po nóż ponownie. Rozciął brzuch 11-latki i wyciągnął z niego wnętrzności.
To nie był już mord. To była egzekucja nienawiści, sadyzmu i zła.
Za kilka tygodni minie 30 lat od tamtej zbrodni.
Portret pamięciowy z 1996 roku wciąż krąży w policyjnych archiwach i internetowych forach zaginionych. Czerwony Polonez dawno zniknął z dróg. Świadek – sklepikarz – prawdopodobnie nie żyje. Kolejarz, który znalazł ciało, pewnie też.
Ale Paulina wciąż czeka.
Dziewczynka, która chciała tylko odwiedzić grób taty i zobaczyć babcię.
Dlaczego ten reportaż? Bo sprawca może być wciąż wolny. Mógł w 1996 roku mieć 30, 40, 50 lat. Dziś może być starszym mężczyzną, dziadkiem, emerytem. Ktoś go znał wtedy. Ktoś widział czerwony samochód zaparkowany w nietypowym miejscu. Ktoś słyszał dziwne odgłosy z piwnicy, garażu, pustostanu. Ktoś pamięta, że sąsiad nagle i bez wyjaśnienia pozbył się swojego Poloneza.
Apel do każdego, kto czyta te słowa:
Czy ktoś w twojej rodzinie, wśród znajomych, w Grzędzicach, Morzyczynie lub okolicy, pasuje choćby w przybliżeniu do rysopisu z portretu?
Czy ktoś wspominał o „incydencie” z dziewczynką w 1996 roku?
Czy ktoś nagle, tuż po czerwcu 1996 roku, zmienił samochód, wyjechał, zamknął się w sobie?
Nie ma przedawnienia dla zbrodni zamordowania dziecka. Nie ma kary, która przywróci Paulinę jej mamie. Ale jest nadzieja, że gdzieś w czyjejś pamięci tkwi klucz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz