2026/04/30

 

Dramat w Łódzkiem. Mężczyzna nagle chwycił za maczetę i zaatakował dwie kobiety

 Dramatycznie zakończyła się awantura domowa w Zgierzu. Mężczyzna zaatakował dwie kobiety maczetą i uciekł z miejsca zdarzenia. Policja poinformowała, że „po dynamicznym pościgu agresor został zatrzymany". Okazuje się, że działał w warunkach recydywy.

Chwycił za maczetę i zaatakował dwie kobiety

Sierż. szt. Bartłomiej Arcinmowicz z Komendy Powiatowej Policji w Zgierzu poinformował, że do zdarzenia doszło 27 kwietnia. Policja otrzymała z numeru alarmowego dramatycznie brzmiące zgłoszenie. W miesz„Z uwagi na bezpośrednie zagrożenie życia, dyżurny natychmiast skierował tam wszystkie dostępne patrole. 37-latka i 57-latka, w związku z odniesionymi obrażeniami, musiały być natychmiast przewiezione do szpitala" - poinformował policjant.kaniu na jednej z ulic Zgierza mężczyzna miał ranić ostrym narzędziem dwie kobiety.„Z uwagi na bezpośrednie zagrożenie życia, dyżurny natychmiast skierował tam wszystkie dostępne patrole. 37-latka i 57-latka, w związku z odniesionymi obrażeniami, musiały być natychmiast przewiezione do szpitala" - poinformował policjant.

40-latek zatrzymany po pościgu

Funkcjonariusze szybko ustalili, że sprawcą jest 40-latek, który zbiegł z miejsca zdarzenia. Policjanci po dynamicznych poszukiwaniach namierzyli auto, którym poruszał się mężczyzna. „Kiedy uniemożliwili 40-latkowi dalszą jazdę, został zatrzymany" - dodał sierż.szt. Bartłomiej Arcinmowicz.Mężczyzna trafił do policyjnej celi. Usłyszał zarzut spowodowania uszczerbku na zdrowiu. Policja poinformowała, że 40-latek działał w warunkach recydywy, dlatego grozi mu kara do 7,5 roku pozbawienia wolności. Sąd na wniosek prokuratury zastosował, wobec mężczyzny środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania na 3 miesiące


 

Do tego kraju ma wyjechać Zbigniew Ziobro. „Miałby się gdzie zatrzymać”

 Po wyborczej porażce Viktora Orbana przyszłość Zbigniewa Ziobry na Węgrzech stoi pod znakiem zapytania. Polityk PiS będzie szukał zapewne nowych kierunków. Początkowo mówiło się, że może wybrać Serbię lub USA, jednak w podcaście Radia ZET i Newsweeka „W związku ze śledztwem" Mariusz Gierszewski zdradził, że najprawdopodobniej Ziobro postawi na zupełnie inny kraj.

Gdzie przeniesie się Zbigniew Ziobro?

Zbigniew Ziobro, który otrzymał azyl polityczny na Węgrzech, po zwycięstwie w wyborach Petera Magyara, będzie musiał najprawdopodobniej szukać dla siebie nowego miejsca pobytu, bowiem nowy premier już zapowiedział, że może cofnąć zgodę na azyl dla polskiego polityka.Początkowo mówiło się, że były minister sprawiedliwości może wybrać USA lub Serbię, jednak według informacji przekazanych w podcaście „W związku ze śledztwem”, w grę wchodzi zupełnie inny kraj. Nasze różnego rodzaju wiewiórki mówią, że to są w ogóle nie te kierunki - stwierdziła dziennikarka Newsweeka Dominika Długosz.Mariusz Gierszewski przekazał, że Ziobro najprawdopodobniej uda się do Turcji, gdzie obecnie jest wielu Polaków, prowadzących tam swoje biznesy i powiązanych z prawicą. Miałby się gdzie zatrzymać, jeśli koledzy zechcą go przytulić - dodała Długosz.

Ziobro może trafić przed Trybunał Stanu

Sprawa cofnięcia azylu nie jest jednak tak oczywista, jak to mogłoby się wydawać. Polityk PiS zapowiadał zresztą, że jeśli Magyar zdecyduje się na taki krok, będzie próbował dochodzić swoich praw przed sądem. Jest zdeterminowany, bowiem w Polsce może czekać go Trybunał Stanu.Do Sejmu trafił wniosek zawierający ponad 51 zarzutów przeciwko byłemu ministrowi sprawiedliwości, w tym popełnienia deliktów konstytucyjnych. Dokument liczy ponad 250 stron, zawiera 117 dowodów i przewiduje przesłuchanie 68 osób przed Komisją Odpowiedzialności Konstytucyjnej. Z kolei prokuratura chce postawić politykowi PiS 26 zarzutów związanych z liczącą już ok. 1,5 mln stron akt sprawą dotyczącą nieprawidłowości w Funduszu Sprawiedliwości.

Nie będzie szybkich rozwodów i zmian w wyborach. Kolejne weta Nawrockiego

 Karol Nawrocki zawetował nowelizację Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego dotyczącą pozasądowych rozwodów. Oprócz tego prezydent zawetował także nowelizację Kodeksu wyborczego, wprowadzającą m.in. instytucję sekretarzy obwodowych komisji wyborczych. Jak argumentował nowela „budzi bardzo poważne wątpliwości dot. bezstronności i przejrzystości procesu wyborczego”. 

Nie będzie szybkich rozwodów. Jest weto Nawrockiego

Karol Nawrocki zawetował nowelizację Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, dotyczącą pozasądowych rozwodów. Ustawa autorstwa Ministerstwa Sprawiedliwości zakładała możliwość rozwiązania małżeństwa w drodze czynności podejmowanych przed kierownikiem urzędu stanu cywilnego. To on weryfikowałby spełnienie ustawowych przesłanek rozwodu pozasądowego i dokonałby odpowiednich wpisów w rejestrze stanu cywilnego.Rozwiązanie to miało być stosowane wyłącznie w przypadku małżeństw, które nie mają wspólnych małoletnich dzieci, i pod warunkiem że małżonka nie jest w ciąży. Zdaniem prezydenta świadomość takiej procedury – rozstania wymagającego wyłącznie kilku podpisów – byłaby zachętą do traktowania małżeństwa jako „związku na próbę”. W takiej sytuacji decyzja o dziecku stawałaby się przeszkodą do jego łatwego rozwiązania. To jest społecznie szkodliwe. Szczególnie dziś, gdy Polska mierzy się z dramatycznym kryzysem demograficznym, państwo powinno wspierać trwałość rodzin i decyzję o posiadaniu dzieci, a nie tworzyć przepisy, które zniechęcają do rodzicielstwa - powiedział Nawrocki w wideo opublikowanym na platformie X i na swojej oficjalnej stronie internetowej.


Nawrocki zawetował zmiany w Kodeksie wyborczym

W nagraniu zamieszczonym na stronie KPRP Nawrocki uzasadnił także swoje weto do nowelizacji Kodeksu wyborczego, wprowadzającej m.in. instytucję sekretarzy obwodowych komisji wyborczych. Według niego nowelizacja „budzi bardzo poważne wątpliwości dotyczące bezstronności i przejrzystości procesu wyborczego, nie wzmacnia uczciwości wyborów, nie zwiększa zaufania obywateli”. Jak mówił, „sednem problemu jest nowa instytucja sekretarza komisji wyborczej”.- Na pierwszy rzut oka brzmi niewinnie, jednak sekretarz miałby być wskazywany przez wójtów, burmistrzów czy prezydentów miast. Do tej pory funkcji w komisji wyborczej opierał o demokratyczny wybór członków komisji - powiedział prezydent. Nowela przewidywała zmiany w zakresie przedstawicieli obwodowych komisji wyborczych. Mianowicie, prawo do zgłaszania przedstawicieli do OKW miałyby tylko te komitety, które zarejestrują listę lub listy kandydatów.Tym samym w przypadku wyborów prezydenckich, zgłoszenie swoich przedstawicieli do komisji musiałoby być poprzedzone zebraniem przez dany komitet 100 tys. podpisów, bo tyle jest wymaganych do rejestracji kandydata na prezydenta. Nowelizacja wprowadzała też instytucję sekretarza komisji wyborczej, który miałby być powołany przez komisarza wyborczego przy wsparciu wójta, burmistrza lub prezydenta miasta. Sekretarz komisji miał czuwać nad przebiegiem głosowania i prawidłowym ustalaniem jego wyników, sporządzeniem - wraz z komisją - protokołu głosowania.


Majówka

 Majówka  wycieczka poza miasto, organizowana najczęściej w maju. Pierwotnie w jej trakcie organizowane były spotkania towarzyskie, tańce oraz zabawy[4]. Współcześnie mianem majówki określa się zazwyczaj wycieczki organizowane w trakcie okresu świąt majowych (Święto Pracy, Dzień Flagi i Święto Konstytucji 3 Maja) lub dni wolnych od pracy przypadających blisko tych świąt[5].

Majówka może mieć charakter zarówno zabawy w gronie najbliższych jak i imprezy masowej.

Etymologia

Pierwotnie majówką nazywano oczyszczoną i przyozdobioną wstążkami jodełkę, którą w niektórych regionach Polski chłopcy stawiali przed domem dziewczyny, z którą chcieli się ożenić. Zwyczaj ten kultywowany był w nocy na 1 maja lub 3 maja, z pierwszej soboty maja na niedzielę albo z soboty na niedzielę zielonoświątkową[5][4]. Z czasem pojęcie to wypadło zHistoria

Zwyczaj wyjeżdżania na majówkę sięga XVIII wieku i pierwotnie obchodzony był tylko przez polskich królów oraz arystokrację. Jednym z władców wyjeżdżających na tego typu wycieczki był król Stanisław August Poniatowski. Z biegiem czasu praktyka ta zaczęła rozszerzać się na coraz niższe grupy społeczne - najpierw do jej obchodzenia przyłączyło się zamożne mieszczaństwo, a po nich robotnicy oraz służący[7].

Początkowo majówka była też wyraźnie powiązana z Zielonymi Świątkami, których obchody pozwalały przy okazji nacieszyć się wiosennym wzrostem temperatury powietrza, większym nasłonecznieniem i powracającą do wegetacji naturą[8].

Jak podaje Encyklopedia staropolska Zygmunta Glogera w XIX wieku jedną z form organizowania majówki były pierwszomajowe (poprzedzone dniem wolnym) wycieczki szkolne, w ramach których uczniowie szkół zabierani byli przez swoich wychowawców na wiosenną rekreację do najbliższego dworu, gdzie goszczeni byli przez uprzedzonego wcześniej szlachcica, zapewniającego im obfity poczęstunek oraz miejsce do zabawy na świeżym powietrzu. Tak spędzona majówka kończyła się wraz z nadejściem wieczoru i wspólnym powrotem uczniów do swoich domostw[9].

W czasach międzywojennych okres majówkowy w dużej mierze skupiał się na obchodach Święta 3 Maja. Po oficjalnych ceremoniach Polacy brali wtedy udział w różnych zorganizowanych sportowych imprezach, ludowych zabawach oraz majówkowych wyjazdach[10].

W okresie Polski Ludowej czas majówkowy zdominowany był przez obowiązkowe pochody pierwszomajowe, aczkolwiek poza nimi Polacy mogli, ze znajomymi lub rodzinnie, spędzać czas wolny od pracy na różne dowolne sposoby, zarówno zostając przy tym w mieście jak i wyjeżdżając poza nie[11]. Ci, którzy zdecydowali się na wycieczkę za miasto, wypoczywali na łąkach, nadmorskich plażach lub nad brzegami jezior, gdzie mogli biwakowaćopalać się czy uprawiać sport[12]. Już wtedy też początek maja zaczął być kojarzony ze spożywaniem kiełbasy, ponieważ specjalnie przed świętem organizowano zwiększenie podaży tego produktu w celu zachęcenia Polaków do wychodzenia z domów i wzięcia udziału w pochodach[13]. użytku, żeby później wrócić z nowym, bliższym współczesnego rozumienia, znaczeniem[6].Historia

Zwyczaj wyjeżdżania na majówkę sięga XVIII wieku i pierwotnie obchodzony był tylko przez polskich królów oraz arystokrację. Jednym z władców wyjeżdżających na tego typu wycieczki był król Stanisław August Poniatowski. Z biegiem czasu praktyka ta zaczęła rozszerzać się na coraz niższe grupy społeczne - najpierw do jej obchodzenia przyłączyło się zamożne mieszczaństwo, a po nich robotnicy oraz służący[7].

Początkowo majówka była też wyraźnie powiązana z Zielonymi Świątkami, których obchody pozwalały przy okazji nacieszyć się wiosennym wzrostem temperatury powietrza, większym nasłonecznieniem i powracającą do wegetacji naturą[8].

Jak podaje Encyklopedia staropolska Zygmunta Glogera w XIX wieku jedną z form organizowania majówki były pierwszomajowe (poprzedzone dniem wolnym) wycieczki szkolne, w ramach których uczniowie szkół zabierani byli przez swoich wychowawców na wiosenną rekreację do najbliższego dworu, gdzie goszczeni byli przez uprzedzonego wcześniej szlachcica, zapewniającego im obfity poczęstunek oraz miejsce do zabawy na świeżym powietrzu. Tak spędzona majówka kończyła się wraz z nadejściem wieczoru i wspólnym powrotem uczniów do swoich domostw[9].

W czasach międzywojennych okres majówkowy w dużej mierze skupiał się na obchodach Święta 3 Maja. Po oficjalnych ceremoniach Polacy brali wtedy udział w różnych zorganizowanych sportowych imprezach, ludowych zabawach oraz majówkowych wyjazdach[10].

W okresie Polski Ludowej czas majówkowy zdominowany był przez obowiązkowe pochody pierwszomajowe, aczkolwiek poza nimi Polacy mogli, ze znajomymi lub rodzinnie, spędzać czas wolny od pracy na różne dowolne sposoby, zarówno zostając przy tym w mieście jak i wyjeżdżając poza nie[11]. Ci, którzy zdecydowali się na wycieczkę za miasto, wypoczywali na łąkach, nadmorskich plażach lub nad brzegami jezior, gdzie mogli biwakowaćopalać się czy uprawiać sport[12]. Już wtedy też początek maja zaczął być kojarzony ze spożywaniem kiełbasy, ponieważ specjalnie przed świętem organizowano zwiększenie podaży tego produktu w celu zachęcenia Polaków do wychodzenia z domów i wzięcia udziału w pochodach[13].

Atak nożownika w urzędzie gminy. Na miejscu lądował śmigłowiec LPR

 42-letni mężczyzna zaatakował najprawdopodobniej nożem wójt Starej Kornicy.. Zdarzenia miało miejsce przed godziną 16 na terenie urzędu gminy. Ranna kobieta trafiła do szpitala.


Wójt gminy Stara Kornica zaatakowana nożem

Do ataku doszło w środę około godz. 16.30 w siedzibie Urzędu Gminy w Starej Kornicy. 42-letni mężczyzna zaatakował kilkukrotnie wójt Beatę Jerzman ostrym narzędziem. Chodzi o pracownika miejscowego punktu selekcyjnej zbiórki odpadów komunalnych (PSZOK). Został ujęty tuż po ataku, do którego doszło w siedzibie władz gminy - przekazała w rozmowie z reporterem Radia ZET Tomaszem Kubatem aspirPracownicy urzędu obezwładnili napastnika i przekazali go przybyłym na miejsce funkcjonariuszom. Okoliczności zdarzenia wyjaśniają łosiccy policjanci. Mężczyzna został zatrzymany. Na miejscu lądował śmigłowiec LPR, który przetransportował wójt do szpitala. Wcześniej na pomoc ruszyli także ratownicy medyczni z Platerowa, strażacy z JRG w Łosicach oraz druhowie z OSP w Nowej Kornicy. Z doniesień lokalnych dziennikarzy wynika, że życiu rannej nie zagraża niebezpieczeństwo. Nie wiadomo, jakie są motywy czynu. Trwają policyjne czynności z zatrzymanym mężczyzną, ale na razie funkcjonariusze nie przekazują, co konkretnie udało im się ustalić.

 

Sąd uznał, że Alicja i Jolanta są żonami. Jest jedno „ale". „Apelujemy"

 Wojewódzki Sąd Administracyjny w Lublinie orzekł, że akt małżeństwa Alicji i Jolanty, które wzięły ślub na portugalskiej Maderze, powinien być zarejestrowany w Polsce. Sęk w tym, że wojewoda lubelski może się jeszcze odwołać od wyroku. Para ma nadzieje, że odwołania nie będzie. 

Wojewoda może się odwołać od wyroku ws. małżeństwa dwóch kobiet

Wojewoda lubelski może się jeszcze odwołać od wyroku Sądu Administracyjnego w Lublinie w sprawie Alicji Sienkiewicz i Jolanty Prochowicz – informuje reporter Radia ZET Mateusz Kasiak. Sąd nakazał transkrypcję ich ślubu z Portugalii, bo nie miał wątpliwości, że małżeństwo jest zgodne z polskim prawem. Wojewoda jest w trakcie analizy wyroku.Jeśli nie będzie apelacji, urząd stanu cywilnego będzie musiał wpisać związek kobiet w rejestr. Para ma jednak nadzieję, że odwołania nie będzie. – W kolejce w całej Polsce czeka mnóstwo par. Apelujemy do rządu o równość małżeńską. Śluby za granicą to upokorzenie – usłyszał od kobiet reporter Radia ZET. Tylko w Lublinie do urzędu stanu cywilnego wpłynęło dotąd cztery wnioski o transkrypcję aktów małżeństw jednopłciowych zawartych za granicą. W całym kraju takich spraw rozpatrywanych jest nawet kilkaset.

Alicja i Jolanta są żonami. Sąd nie miał wątpliwości

–  Sąd zobowiązuje kierownika Urzędu Stanu Cywilnego w Lublinie do przeniesienia do rejestru stanu cywilnego w drodze transkrypcji aktu małżeństwa zawartego w dniu 27 października lipca 2023 roku w Quinta do Furao Santana w Portugalii przez Alicję Sienkiewicz i Jolantę Prochowicz – odczytała we wtorek (28 kwietnia) sędzia Anna Strzelec. To najważniejszy punkt wyroku ogłoszonego przez WSA w Lublinie w sprawie transkrypcji małżeństwa Alicji i Jolanty Sienkiewicz-Prochowicz. Zostało ono w wakacje 2023 roku na portugalskiej Maderze.

Tłum przed sądem w Świdnicy. Domagają się wolności dla Borysa B.

 Gorąca atmosfera przed Sądem Okręgowym w Świdnicy. Kilkadziesiąt osób domaga się wypuszczenia na wolność instruktora strzelectwa, podejrzanego o zabójstwo 26-latka w Bystrzycy Kłodzkiej. Bliscy mężczyzny przekonują, że działał on w obronie własnej, prokuratura twierdzi jednak, że Borys B. wrócił na miejsce zdarzenia uzbrojony w karabin. Sąd rozpatruje dziś zażalenie na jego areszt.

Sąd rozpatruje zażalenie na areszt wobec Borysa B. 

Kilkadziesiąt osób zgromadziło się w czwartek przed budynkiem Sądu Okręgowego w Świdnicy, tłum domaga się wypuszczenia na wolność Borysa B., który jest podejrzany w głośnej sprawie zabójstwa, do którego doszło na początku kwietnia w Bystrzycy KłodzkiejProtestujący mają ze sobą czerwone balony w kształcie serca z napisem „murem za Borysem". Są przekonani, że instruktor strzelectwa zabił 26-latka w obronie własnej. Prokuratura twierdzi jednak, że po pierwszym spotkaniu z grupą mężczyzn Borys B. poszedł do domu i wrócił na miejsce z karabinem. 

Manifestacja w obronie Borysa B. przed sądem w Świdnicy

- Właściwie nie wiadomo, co prokuratura wie, a czego nie wie - słyszymy od jednego z manifestantów. Dodaje, że najważniejsze w tym momencie jest to, żeby „Borys został uwolniony i mógł odpowiadać z wolnej stopy". W czwartek sąd rozpatruje zażalenie na areszt wobec Borysa B. Decyzję powinniśmy poznać wczesnym popołudniem.. Na Borysie B. ciąży zarzut zabójstwa. W ciele zastrzelonego 26-latka śledczy wykryli pięć ran postrzałowych. Ta sprawa ma też osobny wątek - chodzi o kilka śledztw prokuratury wobec różnych mieszkańców po tym jak do sieci trafiły nagrania nagrania dokumentujące drastyczne zdarzenia. Ofiara Borysa B. miała z nimi związek. 

 

Pijana chciała przekupić policjantów. Powiedziała, że "dużo zarabia i wszystko da się załatwić"

 W Piasecznie doszło do zdarzenia drogowego z udziałem kompletnie pijanej obywatelki Ukrainy. Kobieta dodatkowo nie miała uprawnień do prowadzenia pojazdów. Gdy na miejsce przyjechała policja, 43-latka miała znieważyć funkcjonariuszy i próbować ich przekupić. Mundurowi poinformowali o szczegółach.

Kolizja w Piasecznie. Kobieta kompletnie pijana i bez uprawnień

Na ul. Zgody w Piasecznie doszło do zdarzenia drogowego z udziałem autobusu linii podmiejskiej i osobowego Mercedesa. Policjanci, którzy interweniowali w tej sprawie, na miejscu zastali 60-letniego kierowcę autobusu oraz 43-letnią kierującą samochodem osobowym. Mężczyzna poinformował policjantów, że kobieta wyjeżdżając z parkingu dwukrotnie uderzyła w autobus stojący na przystanku.Policjanci sprawdzili stan trzeźwości zarówno 60-latka jak i 43-latki. Okazało się, że kobieta, obywatelka Ukrainy, była kompletnie pijana. Badanie wykazało, że ma ponad 2,5 promila alkoholu w wydychanym powietrzu. Jakby tego było mało, policja ustaliła też, że 43-latka nie posiada uprawnień do kierowania pojazdami. Została zatrzymana, a należące do niej auto zgodnie z obowiązującymi przepisami zostało zabezpieczone na parkingu depozytowym na poczet przyszłej kary.

Ukrainka próbowała przekupić policjantów

Policja poinformowała, że kobieta próbowała przekupić mundurowych w zamian za odstąpienie od czynności służbowych. 43-latka stwierdziła, że „jest prawnikiem, dużo zarabia i nie ma co robić problemu bo wszystko da się załatwić". Kiedy funkcjonariusze poinformowali ją, że jej zachowanie wyczerpuje znamiona przestępstwa z art. 229 Kodeksu Karnego, kobieta zaczęła ich znieważać.

Pogrzeb Łukasza Litewki w Sosnowcu. Ten widok przed kościołem wyciska łzy

 Przed świątynią w Sosnowcu nie zabrakło czworonogów, które towarzyszyły swoim właścicielom podczas ostatniego pożegnania Łukasza Litewki. Zwierzęta, o których los polityk zabiegał przez lata, zgromadziły się przed budynkiem bez wieńców czy zniczy. Obecność psów na uroczystości pogrzebowej stanowiła wyraz ogromnej wdzięczności za zaangażowanie zmarłego w poprawę losu porzuconych czworonogów.

Kampania wyborcza Łukasza Litewki inna niż wszystkie. Na plakatach pojawiły się psy

Działalność polityczna Łukasza Litewki od zawsze opierała się na głębokiej wrażliwości, a szczególne miejsce w jego pracy zajmowała pomoc pokrzywdzonym i bezdomnym zwierzętom. Zamiast traktować przepełnione schroniska jako statystyczny problem, widział w nich indywidualne tragedie czworonogów, którym można pomóc. Swoje zaangażowanie udowodnił w niespotykany dotąd sposób, przekazując własną kampanię wyborczą na rzecz ratowania porzuconych psów.

Zamiast twarzy i nazwiska kandydata, na materiałach wyborczych wyeksponowano wizerunki bezdomnych zwierząt. Każdy plakat zawierał zdjęcie konkretnego psa, jego imię oraz informację o możliwości adopcji. Ten bezpośredni komunikat miał uświadomić społeczeństwu, że przed wielką polityką warto pochylić się nad losem najbardziej bezbronnych.

Nieszablonowa strategia przyniosła znakomite rezultaty, ponieważ wiele z promowanych w ten sposób psów szybko znalazło nowe domy. Dla Łukasza Litewki nie był to wyłącznie zabieg wizerunkowy, ale początek długofalowej misji charytatywnej, którą z determinacją kontynuował w późniejszej działalności publicznej.

Psy przed kościołem w Sosnowcu. Wyjątkowe pożegnanie Łukasza Litewki

Ostatnie pożegnanie polityka odbyło się w środę, 29 kwietnia, w parafii św. Joachima w Sosnowcu. Przed wejściem do świątyni zgromadzili się żałobnicy, którym towarzyszyły uratowane z przytulisk psy. Wiele z nich przypominało te same czworonogi, które jeszcze niedawno spoglądały z plakatów wyborczych zmarłego. Zwierzęta spokojnie asystowały swoim właścicielom lub wpatrywały się w drzwi kościoła, tworząc poruszający obraz oddania.

Momentowi wynoszenia trumny z kościoła towarzyszyło pojedyncze szczekanie zgromadzonych przed budynkiem psów. Nikt z obecnych na miejscu nie uznał tego za niestosowne zachowanie. Był to symboliczny hołd oddany człowiekowi, który przez wiele lat konsekwentnie występował w obronie praw zwierząt.

Pamięć o jego niezłomnej walce o lepszy byt dla czworonogów na trwale zapisze się w świadomości mieszkańców.

Włodzimierz Czarzasty żegna Łukasza Litewkę. Wspomniał historię z psem

Środowe nabożeństwo zgromadziło rodzinę, przyjaciół zmarłego oraz licznych mieszkańców regionu. Odprawiający mszę duchowny w swojej homilii skupił się na ogromnej empatii Łukasza Litewki i jego darze dostrzegania problemów ludzi oraz zwierząt zepchniętych na margines. Kapłan zaznaczył, że postawa polityka stanowiła najlepszy dowód na to, jak skutecznie można odmieniać otaczającą rzeczywistość za pomocą dobrych uczynków.Pod koniec ceremonii przemówił Włodzimierz Czarzasty, który opisał zmarłego jako niezależnego działacza, stawiającego realne wsparcie dla najsłabszych ponad politycznymi kalkulacjami. Wicemarszałek Sejmu przytoczył anegdotę z okresu Świąt Wielkanocnych w 2021 roku.- Dzwoni, mówi: "w Warszawie jest pies, dla którego znalazłem dom w Sosnowcu. Przywieź go". Przywiozłem, bo to było dla niego ważne — mówił marszałek. Zaznaczył, że poseł Litewka potrafił jednoczyć ludzi o różnych poglądach, a dla wielu osób w trudnych sytuacjach życiowych był ostatnią deską ratunku.Ta krótka opowieść świetnie podsumowała życiowe motto zmarłego, u którego zawsze na pierwszym miejscu znajdowało się konkretne działanie na rzecz potrzebujących.

Włodzimierz Czarzasty dodał również, że Łukasz Litewka potrafił budować mosty między osobami o skrajnie odmiennych poglądach. Kiedy w grę wchodziło niesienie pomocy, zawsze odnajdywał nić porozumienia, a dla ludzi w kryzysowych sytuacjach wielokrotnie stawał się ostatnią szansą na ratunek. Jego słowa wywołały głębokie poruszenie i łzy wśród uczestników mszy.

Ogromne emocje wzbudził także odczytany list od rodziców Łukasza Litewki, w którym wyrazili swój rozdzierający ból oraz miłość do tragicznie zmarłego syna. Pożegnanie w kościele zakończyły długie, wdzięczne brawa zebranych, podczas gdy na zewnątrz wciąż czuwały uratowane przez niego psy.

2026/04/29

Przeżyła piekło na imprezie. Trzy kobiety brutalnie zgwałciły czwartą. Poznaliśmy akta sprawy

 Była bita, szarpana, poniżana i brutalnie zgwałcona przez trzy inne kobiety. Katarzyna L. przeżyła prawdziwe piekło na imprezie w jednym z mieszkań w Warszawie. Jej oprawczynie zostały już skazane. Onet dotarł do akt sądowych tej koszmarnej sprawy.Cała sprawa wyszła na jaw ponad dwa miesiące temu, kiedy w ręce policjantów z Woli wpadła 40-letnia kobieta, poszukiwana listem gończym za przestępstwo przeciwko wolności seksualnej. Została zatrzymana w salonie kosmetycznym na warszawskim Mokotowie. Ma do odbycia karę 3,5 roku więzienia.

Biły, kopały, ciągnęły za włosy. Potem dwukrotnie zgwałciły

Jak ujawniliśmy na początku lutego w Onecie, kobieta została skazana przez sąd z art. 197 par. 3 Kodeksu karnego, a więc za gwałt w szczególnych okolicznościach. Z naszych ustaleń wynikało, że zatrzymana 40-latka, wraz z dwoma innymi koleżankami, dopuściły się zgwałcenia innej kobiety. Teraz poznaliśmy szczegóły tego przestępstwa. Są wstrząsające.Jak wynika z akt sprawy, które widział Onet, do zdarzenia doszło 11 lipca 2020 r. Wszystko zaczęło się od tego, że Katarzyna L.* spotkała się ze swoim kolegą przed jednym ze sklepów spożywczych na warszawskiej Woli i postanowili wspólnie wypić piwo. Po chwili dołączyła do nich znajoma mężczyzny, 35-letnia wówczas Aneta B. Po krótkiej rozmowie zaproponowała Katarzynie dołączenie do jej znajomych, którzy imprezowali już w jednym z mieszkań w tej dzielnicy. Ta zgodziła się.Kiedy dotarli do lokalu, to oprócz właściciela przebywali w nim inni uczestnicy imprezy, a wśród nich 34-letnia wówczas Joanna A. i 27-letnia Beata K. Wszyscy spożywali alkohol. Piła go również Aneta, mimo że była w widocznej ciąży. Imprezowicze poczęstowali Katarzynę piwem. Nie wypiła jednak nawet połowy, bo nagle źle się poczuła. Aneta zaproponowała, by położyła się na materacu w pomieszczeniu obok, oddzielonym zasłoną. Katarzyna przystała na to. Butelkę z niedopitym piwem postawiła obok materaca i zaczęła przysypiać.Jak wynika z akt sprawy, w pewnym momencie, po około 15 minutach, do pomieszczenia wpadły Aneta, Joanna i Beata. Zaczęły bić Katarzynę po twarzy, kopać ją po całym ciele, ciągnąć za włosy. Po chwili rozerwały jej bluzkę i rozebrały ją od pasa w dół, ściągając spodnie, majtki i buty, a następnie oblały ją piwem i zgwałciły ją, używając do tego pustej butelki. Kiedy jedna z nich to robiła — w toku procesu ustalono, że była to Beata K. — pozostałe przytrzymywały ofiarę.

"Jęczysz jak chomik, nikt ci nie pomoże"

Przerażona 20-latka zaczęła wzywać pomocy. Nie przyniosło to jednak rezultatu. Trzy napastniczki zaczęły na dodatek z niej drwić i jej ubliżać. Krzyczały m.in. że "nikt jej nie pomoże", że "jęczy jak chomik" i nazywały ją "szmatą" i "konfidentką". Skąd to ostatnie określenie?Jak się okazało, w ten koszmarny sposób kobiety postanowiły zemścić się na Katarzynie za to, że ich znajomy miał "przez nią" trafić do więzienia. Chodziło o to, że blisko dwa lata wcześniej ów mężczyzna, handlujący na Woli warzywami, miał próbować ją napastować seksualnie na ulicy, wykorzystując to, że była pod wpływem alkoholu. Jakaś inna kobieta usłyszała jej krzyki i zawiadomiła policję. Funkcjonariusze zatrzymali mężczyznę, który trafił na kilka miesięcy za kraty.Kobiety były przekonane, że to ona "wsypała" ich znajomego. Stąd nazywanie jej "konfidentką". Uważały, że zrobiła to bezpodstawnie. Tymczasem sama pokrzywdzona zapewniała, że nie składała na niego zawiadomienia na policję i nie zeznawała przeciwko niemu. Mimo to nie dane jej było uniknąć "zemsty".Horror Katarzyny trwał przynajmniej kilkadziesiąt minut. W pewnym momencie Beata K. ponownie użyła butelki. Wzięła do ręki również wieszak i groziła jej. Napastniczki przestały ją maltretować i zostawiły ją w spokoju dopiero wtedy, kiedy ich ofiara przestała krzyczeć.

Stwierdził, że musi ją przeszukać. Rozebrał do naga i robił zdjęcia

"Pokrzywdzona czuła upokorzenie i po ubraniu się, z płaczem wyszła z pomieszczenia. Tam była obrażana przez wszystkich uczestników libacji alkoholowej, "że śmierdzi", "że jest brudasem". Kiedy pokrzywdzona powiedziała, żeby zachowywali się ciszej, bo przyjedzie policja, to Joanna A. zrobiła "tulipana" z butelki i groziła jej. Biła też ją po twarzy. Pokrzywdzona czuła ból i dalej płakała, z czego wszyscy się śmiali. Prosiła, aby ją wypuścić" — czytamy w aktach.Okazało się, że to nie koniec koszmaru Katarzyny. Kiedy kobieta próbowała wyjść z mieszkania, uniemożliwił jej to Tomasz I., konkubent Beaty K. Stwierdził, że gdzieś zniknęły jego pieniądze, w związku z tym ją przeszuka. Zaczął ją bić po twarzy, kopać po całym ciele i ciągnąć po podłodze za włosy. Na koniec siłą ją rozebrał do naga, po czym miał robić jej zdjęcia telefonem komórkowym.Z kolei Mariusz B. — inny z uczestników imprezy — miał uderzył ją z dużą siłą w klatkę piersiową. Po tym zaczęła mieć trudności z oddychaniem. Czyny obydwu mężczyzn zostały potem wyłączone do odrębnego postępowania. Ten pierwszy został oskarżony o bezprawne pozbawienie wolności, naruszenie intymności seksualnej i nietykalności cielesnej, a ten drugi — o spowodowanie u pokrzywdzonej średniego uszczerbku na zdrowiu.
Katarzyna mogła uciec z mieszkania dopiero kilka minut po wyjściu jej oprawców. Wypuścił ją właściciel lokalu, który siedział w innym pokoju i nie brał udziału w maltretowaniu kobiety, ale też nie zareagował, by temu zapobiec. Przed wyjściem jej oprawcy zagrozili jej poważnymi konsekwencjami, jeżeli powiadomi o tym wszystkim policję.Pokrzywdzona poszła do swego znajomego, któremu zrelacjonowała wszystko, co zaszło. Pokazała mu też swoją porwaną, zakrwawioną bieliznę. "Z uwagi na to, że Katarzyna oświadczyła, że zamierza iść z tym na policję, ale nie dzisiaj, bo ze stresu dostanie padaczki, świadek kazał jej iść do swego mieszkania, gdzie spędziła kolejny dzień" — czytamy w aktach.
Kolejnego dnia przyjechał do niej tenże znajomy. Za jego namową i mimo obawy przed sprawcami, Katarzyna powiadomiła o wszystkim swego opiekuna z Ośrodka Pomocy Społecznej. To on zgłosił na policję, że doszło do pobicia i gwałtu. Mundurowi wezwali na miejsce pogotowie ratunkowe, które zabrało Katarzynę do szpitala. Lekarze stwierdzili na ciele kobiety liczne obrażenia: zasinienia, krwiaki, zadrapania, urazy klatki piersiowej, głowy, rąk i nóg, a także otarcia w drogach rodnych."Pokrzywdzona przejawiała lęk, przygnębienie, obawy przed wyjściem z domu po zdarzeniu. W snach wracały do niej sceny gwałtu" — czytamy w aktach.Ruszyło śledztwo, które ostatecznie, po kilku latach procesu, zakończyło się wyrokami dla oprawców pokrzywdzonej. Katarzyna rozpoznała wszystkie osoby podczas okazań. Jak się okazało, w trakcie felernej imprezy podały jej one fałszywe imiona, by utrudnić identyfikację. To może też świadczyć o tym, że ich "zemsta" była zaplanowana.

Sprawczynie to matki. Jedna z nich, gdy gwałciła ofiarę, była w trzeciej ciąży

Kobiety, które ją zgwałciły, zostały skazane za to na 3,5 roku bezwzględnego więzienia. Sąd Okręgowy w Warszawie, który wydał wyrok w tej sprawie, orzekł też po tysiąc zł nawiązki od każdej z nich na rzecz pokrzywdzonej."Wymierzone oskarżonym kary są surowe, oddają one jednak stopień ich winy oraz uwzględniają wysoki stopień szkodliwości społecznej ich czynu, którego na równi, wspólnie się dopuściły. Nie było przy tym zasadne różnicowanie wysokości wymierzonych kar, skoro — jak wskazano — działania oskarżonych cechował zamiar umyślny, współdziałały świadomie, nie tylko godziły się na doprowadzenie Katarzyny L. do obcowania płciowego, ale wyraźnie taki stan rzeczy akceptowały, co w konsekwencji pozwala przypisać każdej z nich na równi odpowiedzialność" — czytamy w uzasadnieniu Sądu Okręgowego w Warszawie.Kim są oprawczynie Katarzyny L.? To kobiety z wykształceniem podstawowym lub gimnazjalnym, bez wyuczonego zawodu. Dwie z nich to matki — Joanna A. ma dwójkę dzieci, a Aneta B. trójkę (w chwili dokonywania gwałtu na kobiecie, z najmłodszym z nich była w ciąży). W momencie rozpoczęcia procesu formalnie były bezrobotne, utrzymywały się z zasiłków i alimentów bądź dzięki swoim partnerom. Czasem imały się prac dorywczych — Aneta B. zajmowała się np. roznoszeniem ulotek, a Joanna A. pracowała jako kasjerka. Wszystkie miały już wcześniej konflikty z prawem.
Warto dodać, że obrońcy skazanych kobiet odwołali się od wyroku. Żądali jego uchylenia, uniewinnienia skazanych, a w jednym przypadku także zmiany kwalifikacji czynu. Jednak Sąd Apelacyjny orzeczeniem z 31 lipca 2025 r. odrzucił te wnioski i podtrzymał wyrok.