FOCH
2026/07/21
Aleksandra zginęła z rąk własnego syna? Wstrząsające szczegóły zbrodni w Chojnie
Chojna pogrążyła się w żałobie po makabrycznej zbrodni. W poniedziałkowy poranek odnaleziono tam zwłoki 46-letniej Aleksandry. Niedługo potem w ręce policji wpadł 19-letni Karol, syn zmarłej, który najpewniej ma związek z tą sprawą. Lokalne media donoszą, że w całym zajściu obrażeń doznała również babcia podejrzanego.
Krzyk na podwórzu, makabryczne odkrycie w nowym domu
Do tragicznych wydarzeń doszło 20 lipca, w okolicach godziny 10:00. Na terenie jednej z działek przy ulicy Kopernika w Chojnie odnaleziono ciało martwej kobiety. Szybko stało się jasne, że to efekt brutalnego morderstwa.
Według relacji przytaczanych przez „Fakt”, akcja rozegrała się w powstającym dopiero budynku na posesji należącej do rodziny. To właśnie tam minionej nocy mieli spać zarówno Aleksandra, jak i jej syn Karol. O poranku 46-latka udała się do tego domu i już go nie opuściła.
Siostra zmarłej, zaniepokojona przedłużającą się nieobecnością Aleksandry, postanowiła sprawdzić, co się dzieje. Kiedy weszła do środka, niemal od razu podniosła alarm. Kobieta z roztrzaskaną głową znajdowała się na podłodze.
Jak podają naoczni świadkowie, widok był makabryczny, a krew zalała niemal całą powierzchnię.
Sąsiedzi w szoku: „Nie wiedzieliśmy, jak ją ratować”
Sąsiedzi, słysząc wezwanie o pomoc, natychmiast wbiegli do nowo wybudowanego domu. Niestety, rany były na tyle rozległe, że ratunek okazał się niemożliwy.– Wyglądało to tak, jakby ktoś uderzał jej głową o podłogę – powiedział jeden z mężczyzn przepytywanych przez „Fakt”.Na miejsce zdarzenia w trybie pilnym zadysponowano dwa ambulanse. Niestety, kobieta odeszła, zanim ratownicy zdążyli do niej dotrzeć. Jedynym, co pozostało medykom, było potwierdzenie śmierci 46-latki.
Potężna obława: drony, psy tropiące, strażacy i policjanci ze Szczecina
Na miejscu zdarzenia zabrakło Karola, w związku z czym mundurowi zorganizowali wielką akcję poszukiwawczą. Szef Komendy Powiatowej Policji w Gryfinie zarządził mobilizację całego garnizonu – zaangażowano m.in. oddziały prewencji, przewodników z czworonogami, pilotów dronów i jednostkę ze Szczecina.
Do działań włączyli się również druhowie z okolicznych Ochotniczych Straży Pożarnych oraz Gryfińskie Stowarzyszenie Ratownicze.
Zmasowana akcja przyniosła efekt w niespełna trzy godziny po odkryciu tragedii, kiedy to 19-latek wpadł w ręce organów ścigania.
Rosjanie rozpisują się o ćwiczeniach w Polsce. "Przygotowania"
Głównym celem zapowiedzianych przed Donalda Tuska ćwiczeń "koalicji chętnych" w Polsce mogą być przygotowania do wysłania wojsk na Ukrainę — przekonują rosyjskie media. Jeden z moskiewskich dyplomatów przypomniał, że Kreml uważa ten ruch za niedopuszczalny. Sam mówił jednak o "pokazowych działaniach".
Scenariusz wpisujący się w linie narracyjną Kremla najpierw opisał rosyjski dziennik "Izwiestija", a za nim państwowa agencja TASS. Powołując się na rzekome głosy w Parlamencie Europejskim, stwierdzono, że "głównym celem manewrów wojskowych pod dowództwem Wielkiej Brytanii i Francji w Polsce mogą być przygotowania do wysłania wojsk na Ukrainę".Ćwiczenia "koalicji chętnych" w Polsce. Rosja już straszy
O tym, że pierwsze ćwiczenia "koalicji chętnych" odbędą się w Polsce, poinformował w połowie lipca Donald Tusk. Premier zapewnił, że celem jesiennych manewrów jest "wzmocnienie gotowości państw sojuszniczych do wspólnego działania na rzecz bezpieczeństwa regionu oraz Ukrainy".Dodatkowego celu doszukiwać miał się Fernand Kartheiser, luksemburski europoseł, który miał odwiedzać Rosję i kontaktować się z członkami rosyjskiej Dumy Państwowej. Dziennik powołuje się też na rosyjskich historyków i ekspertów, którzy straszą przed rozmieszczeniem zachodnich wojsk w Ukrainie, jednocześnie podważając zdolności militarne członków "koalicji chętnych".
Rosyjski dyplomata o "pokazowych działaniach". W tle groźby
W rozmowie z "Izwiestiją" do sprawy odniósł się ambasador Rosji w Wielkiej Brytanii Andriej Kelin. — Nie sądzę, żeby nadchodzące "spotkania" w Polsce przyniosły jakiekolwiek skutki na dużą skalę. W obecnych okolicznościach nasi przeciwnicy potrzebują jakiegoś pokazowego działania, które zademonstruje ich determinację i jedność w walce z niesławnym "rosyjskim zagrożeniem" — powiedział.
Dyplomata przypomniał jednak, że "stanowisko Rosji pozostaje niezmienne: rozmieszczenie zagranicznych kontyngentów i baz wojskowych na terytorium Ukrainy jest absolutnie niedopuszczalne". Gazeta ostrzegła przed potencjalnymi odpowiedziami Moskwy. Źródło: Fakt / Izwiestija / TASS A ja mysle tak . Powinnismy isc za przykladem Bulgarow i zaprzestac pomagac Ukrainie . Mozemy sie powolac na te nieslawne nazwanie jadnostki wojskowej bohaterami UPA . Mozna tez zwrocic sie do Zelenskiego , ze jak to cofnie to pomoc wroci . W przeciwnym razie zero pomocy . A Zelenski to zatwardzialy Ukrainiec i w zyciu tego nie zrobi . A wobec tego pomoc Ukrainie mamy z glowy . To by bylo rozsadne wyjscie ale nie za Tuska !!!!!! GB
Morawiecki nagle wydał oświadczenie. Chodzi o jego przyszłość w PiS
Mateusz Morawiecki zadeklarował, że zostaje w PiS i wezwał partię do jedności, ostrzegając przed zamknięciem się na nowych wyborców.Mateusz Morawiecki oświadczył, że pozostaje w Prawie i Sprawiedliwości i chce dalej działać w obozie patriotycznym. Były premier podkreślił, że właśnie tam widzi swoje miejsce, a przyszłość ugrupowania zależy od otwarcia na różne środowiska i wyborców.
Morawiecki: moje miejsce jest w PiS
W opublikowanym oświadczeniu wiceprezes PiS zaznaczył, że dorobek rządów jego formacji to wspólne osiągnięcie całego obozu politycznego. Wskazał przy tym na rolę rządu Beaty Szydło, własnego gabinetu, Jarosława Kaczyńskiego oraz szerokiego zaplecza partyjnego i eksperckiego.
Najmocniej wybrzmiała jednak osobista deklaracja byłego premiera. Morawiecki podkreślił, że jest w PiS, chce pozostać w tej drużynie i właśnie w obozie patriotycznym widzi swoje polityczne miejsce.
Apel Morawieckiego o różnorodność zamiast zamknięcia
Były premier ocenił, że PiS stoi dziś przed strategicznym wyborem. Jego zdaniem partia może albo zamknąć się w coraz węższym gronie i mówić wyłącznie do już przekonanych, albo znów stać się szerokim obozem prawicy i centroprawicy zdolnym do zdobywania większości.
Morawiecki przekonywał, że ugrupowanie nie musi mówić jednym językiem, by skutecznie walczyć o władzę. Zwrócił uwagę, że różne środowiska w partii mogą trafiać do różnych grup – od wyborców prawej flanki po przedsiębiorców, młodych, samorządowców i mieszkańców dużych miast.
„Rywalizacja to nie wojna domowa”
W swoim wystąpieniu Morawiecki zaapelował też do polityków PiS, by potrafili odróżniać wewnętrzną rywalizację od wyniszczającego konfliktu. Podkreślił, że partia nie jest własnością jednej grupy ani jednej frakcji i nie powinna stawać się środowiskiem hermetycznym. To wyraźny sygnał, że były premier chce budować pozycję wewnątrz ugrupowania, ale jednocześnie unikać otwartego rozłamu. W tym kontekście przypomniał również o stowarzyszeniu Rozwój Plus, o którym twierdzi, że powstało po to, by bronić dorobku rządów PiS i rozbudowywać obóz patriotyczny.
Morawiecki: celem jest odzyskanie większości i odsunięcie Tuska
Morawiecki ocenił, że prawica stoi dziś przed wielkim zadaniem politycznym, którym jest odzyskanie większości i odsunięcie od władzy rządu Donalda Tuska. Jego zdaniem może się to udać tylko wtedy, gdy obóz prawicy będzie szeroki, różnorodny i zdolny do rozmowy z wyborcami spoza własnego twardego elektoratu. MORAWIECKI chce zjesc ciastko i miec ciastko . Ale tak sie niestety nie da . Co z tego wyniknie , czas pokaze . Oby z korzyscia dla Polski i Polakow . GB
Justyna przygotowała mu ulubioną sałatkę. Kilka godzin później już nie żyła. Matka 20-latki rozpacza: „Traktowałam go jak syna”
Jakub K. ( 23 l.) usłyszał wyrok za uduszenie swojej dziewczyny. Do zabójstwa do doszło 18 listopada 2023 roku w mieszkaniu przy ul. Bytomskiej w Krakowie. To właśnie tam ujawniono ciało młodej kobiety. Szybko okazało się, że jej chłopak, po zabójstwie, uciekł za granicę. Trzy dni później zgłosił się na komisariat w towarzystwie adwokata. Nigdy nie przyznał się do zabójstwa. Za uduszenie Justyny B.( † 20 l.) usłyszał wyrok 25 lat pozbawienia wolności.Choć Jakub K. ( 23 l.) usłyszał wyrok za zabójstwo swojej dziewczyny, do dziś nie wiadomo, dlaczego to zrobił
. Co więcej sędzia prowadząca sprawę w Sądzie Okręgowym wyłączyła w całości jawność postępowania. Dziennikarze mogli usłyszeć jedynie treść zarzutu, jaki pod adresem Jakuba K. sformułował prokurator.A był on zaskakująco krótki, jednozdaniowy. Młody mężczyzna nigdy nie przyznał się do uduszenia Justyny, nie przedstawił także motywu swojego działania, a w trakcie procesu jego adwokat domagał się wypuszczenia zabójcy z aresztu tymczasowego za kaucją w wysokości miliona złotych!Justynka zabrała ze sobą do grobu tajemnicę śmierci, a on milczy. Dla mnie czas zatrzymał się w chwili jej śmierci, dokładnie dwa lata i osiem miesięcy temu. Zabójca odebrał mi ukochane dziecko, zabrał mi cały świat. Teraz jestem codziennie na cmentarzu. Pokój Justynki stoi tak jak go zostawiła, czeka aż córka wróci. Nic w nim nie ruszałam, nie jestem w stanie – mówi w rozmowie z Super Expressem Agnieszka Sapała, mama zamordowanej Justyny.
Opowiada, że jej córka poznała swojego przyszłego zabójcę przez wspólnego znajomego, a że dzieliła ich duża odległość rozmawiali na komunikatorze.
Po jakimś czasie postanowili się spotkać. Jakub K. przyleciał do nas samolotem. Zrobił na nas naprawdę dobre wrażenie. Był miły i spokojny, wzbudzał zaufanie – wspomina mama Justyny. Potem jej córka pojechała z rewizytą do rodziny swojego chłopaka. A po kolejnych 4 miesiącach postanowili zamieszkać razem w Krakowie, w mieszkaniu przy ul. Bytomskiej, należącej do rodziny Jakuba K. To właśnie tam Justyna B. została uduszona. Byłyśmy z córką bardzo blisko, właściwie cały czas w kontakcie na messengerze. Jeszcze w piątek, 17 listopada Justynka pisała mi, że przygotowuje dla Kuby jego ulubioną sałatkę z kurczakiem. On kroił tego kurczaka i warzywa. Następnego dnia, w sobotę wysłała nam jeszcze wiadomość: "Cześć robaczki, u nas dwa stopnie, słońce próbuje przebić się przez chmury, miłego dnia". Potem już się nie odezwała....bo nie żyła. On ją dusił 4 minuty. W tym mieszkaniu nie było śladów żadnej walki, panował porządek, wszystko było wysprzątanie – mówi pan Agnieszka.Justyna została uduszona około godziny 13.00. Śledczy ustalili, że po zabójstwie Jakub poszedł ze swoim ojcem, który przyjechał do niego w odwiedziny, zjeść fast food. Po czym, najedzony pojechał taksówką na lotnisko. Tam wsiadł do samolotu i poleciał do Anglii do siostry. Tego samego dnia około godziny 19.00 jego ojciec zadzwonił na policję i poinformował, że Justyna nie żyje.
Po trzech dniach Jakub K. zgłosił się na policję wraz ze swoim adwokatem i został zatrzymany. Jest synem prominentnego działacza samorządowego ze Śląska. Wyrok skazujący zapadł tuż przed wigilią 22 grudnia 2025 roku.7 lipca Sąd Apelacyjny utrzymał go w mocy, co oznacza, że jest prawomocny.
2-miesięczna Majusia skatowana na śmierć. Połamali jej ręce i nogi, płakała bez krzyku. "Łzy płynęły w ciszy"
2-miesięczna Maja ze Starogardu Gdańskiego w czasie swojego krótkiego życia zdążyła doświadczyć niewyobrażalnego cierpienia. Służby ustaliły, że dziewczynka padła ofiarą przemocy ze strony swoich rodziców: Karoliny P. oraz Dominika P. - oboje usłyszeli najpoważniejsze zarzuty, które postawiła im prokuratura. I choć dziewczynka zmarła wskutek ciągu okrutnych wydarzeń, to sąd początkowo uznał, że para nie dopuściła się zabójstwa dziecka, a stosunkowo niski wyrok oburzył opinię publiczną. Wtedy do akcji wkroczył sąd apelacyjny. Szczegóły tej historii są wstrząsające.
Tragedia w Starogardzie Gdańskim z udziałem 2-miesięcznego dziecka odbiła się szerokim echem w całej Polsce, a o sprawie rozpisywały się zarówno lokalne, regionalne, jak i ogólnokrajowe media. Wstrząsające wydarzenia ujrzały światło dzienne dokładnie 20 stycznia 2022 roku, kiedy do jednego z mieszkań w kamienicy przy ulicy Piłsudskiego w Starogardzie Gdańskim została wezwana karetka pogotowia. Karolina P., dzwoniąc na numer alarmowy, tłumaczyła dyspozytorowi, że jej dziesięciotygodniowa córeczka Maja straciła przytomność i potrzebuje natychmiastowej pomocy. Na miejsce od razu wysłano ekipę ratowników, którzy po zjawieniu się w mieszkaniu przystąpili do reanimacji dziecka. Z późniejszych raportów wynika, że resuscytacja trwała około trzydziestu minut, lecz niestety nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Dziewczynka zmarła, lekarz stwierdził jej zgon. Na tym jednak ta smutna historia się nie zakończyła.Piekło za zamkniętymi drzwiami mieszkania. Młodzi rodzice maltretowali swoje dzieci
Medycy wezwali bowiem na miejsce policjantów, ponieważ mieli podejrzenia, że malutkie dziecko mogło paść ofiarą przemocy domowej. Funkcjonariusze bez wahania zdecydowali o zatrzymaniu rodziców Mai – w ich ręce wpadła matka, Karolina P., oraz ojciec, Dominik P. Zaledwie dzień po śmierci niemowlaka, sąd przychylił się do wniosku prokuratury i tymczasowo aresztował parę. Po okolicy niosły się z kolei plotki na temat tego, co miało dziać się za zamkniętymi drzwiami mieszkania, w którym przebywała rodzina.Prokurator Agnieszka Barbanowicz z Prokuratury Okręgowej w Gdańsku, przygotowując akt oskarżenia w tej sprawie, zarzucała rodzicom, że pozbawili życia swojej 2-miesięcznej córki, działając wspólnie i w porozumieniu. Zdecydowano o postawieniu im zarzutów zabójstwa, zagrożonych karą nawet dożywotniego więzienia. Strona oskarżająca uważała, że 22-letnia Karolina i 25-letni Dominik w tamtym okresie mieli znęcać się nad dziewczynką, podobnie jak nad dwójką jej starszego rodzeństwa – 4-letniej wówczas dziewczynki i ponad 2-letniego chłopca. Rodzeństwo ofiary, po zatrzymaniu rodziców, zgodnie z decyzją sądu trafiło do rodziny zastępczej.
Służby zabezpieczyły SMS-y, które obciążały oskarżonych. Na ich niekorzyść działały także zeznania świadków, w tym jednego z pokrzywdzonych dzieci. Sędzia Anna Jachniewicz, przewodnicząca 5-osobowego składu orzekającego w późniejszym procesie, z Sądu Okręgowego w Gdańsku, wyliczała, że zgodnie z dowodami oskarżona miała krzyczeć na dzieci. - W sposób wulgarny wyzywała je często, izolowała od świata i ludzi; rzadko wychodziła z mieszkania, a w samym mieszkaniu zamykała dzieci w pokoju i kazała siedzieć w zamknięciu, nie chcąc, żeby jej przeszkadzały – wyliczała sędzia, cytowana przez portal Starogard Gdański Nasze Miasto, który szczegółowo relacjonował cały proces. Z ustaleń służb wynikało ponadto, że oskarżona miała dopuszczać się przemocy wobec dzieci, będąc pod wpływem środków odurzających, od których była uzależniona, i które miała przyjmować jeszcze w okresie ciąży z Mają.Ostatecznie sekcja zwłok wykazała, że dziewczynka zmarła wskutek nie tylko przemocy fizycznej, lecz choroby i nieudzielenia lekarskiej pomocy. Rodzice mieli nie zdecydować się na kontakt ze służbą zdrowia, ponieważ – zdaniem prokuratury – obawiali się, że wyjdzie wówczas na jaw fakt znęcania się nad dziewczynką oraz jej rodzeństwem. Sędzia, przyglądając się tym wstrząsającym wydarzeniom, zwróciła uwagę na to, że dysfunkcje i patologie były w tej rodzinie przenoszone z pokolenia na pokolenie oraz – niestety – prowadziły do kolejnych haniebnych czynów. W toku śledztwa ujawniono bowiem, że sama oskarżona również wychowała się w atmosferze przemocy i krzyków, które miała stosować wobec niej uzależniona od alkoholu babcia. Karolina P. miała także stwierdzone liczne zaburzenia osobowości.
Syndrom niemego krzyku. Dzieci tak bardzo bały się rodziców, że płakały bez wydawania dźwięków
Stan dzieci, które były badane przez specjalistów, dawał wiele do myślenia. Mimo bardzo młodego wieku, wykształcił się u nich na przykład syndrom niemego krzyku – maluchy okazywały ból poprzez ciszę, objawiającą się jedynie spływającymi po policzkach łzami. Nie krzyczały i nie płakały w sposób typowy dla dzieci w ich wieku, ponieważ były nauczone poprzez terror, że przy mamie nie mogą hałasować. - Skutkami postępowania kobiety miał być między innymi niewłaściwy rozwój intelektualny dziewczynek i chłopczyka, którzy późno zaczęli mówić, a gdy protestowali przeciw złemu traktowaniu, byli karani biciem i krzykiem – relacjonował portal Starogard Gdański Nasze Miasto.Po tym, jak rodzeństwo 2-miesięcznej Mai trafiło do pieczy zastępczej, zauważono u nich objawy pewnej walki o pożywienie. Gdy tylko otrzymywały jedzenie, wręcz pochłaniały je do ostatniego okruszka, łącznie z tym, co wylądowało na podłodze. To kazało sądzić ekspertom, że mogły nie być odpowiednio karmione w domu rodzinnym. Na ich ciałach odnotowano także zadrapania i różnego rodzaju obrażenia. Stwierdzono na przykład złamania kości, które nie były leczone i w efekcie zrastały się w sposób niewłaściwy, bez należytego opatrzenia, co spowodowało u 4-letniej siostry Mai niedowład kończyn. Nie zdołano jednak udowodnić, czy do złamania doszło przez działania rodziców, czy możne na skutek nieszczęśliwego wypadku.
Karolina P. i Dominik P. nie przyznawali się do znęcania nad 2-miesięczną córeczką, ale dowody były jednoznaczne. I choć sprawa oburzyła opinię publiczną, która domagała się najwyższej kary dla oprawców dziecka, to ostatecznie sąd uznał, że okoliczności wydarzeń nie spełniają warunków przestępstwa w kodeksie karnym, by określić je mianem „szczególnego okrucieństwa”. Takowe zachodzi bowiem wtedy, gdy zadawanie obrażeń wiążę się z sadyzmem lub czerpaniem satysfakcji z zadawania bólu – takich przesłanek tutaj nie stwierdzono.
Mimo aktu oskarżenia, zaistniałej sytuacji nie uznano również za zabójstwo, ponieważ Maja nie zmarła wskutek zadawanych obrażeń, tylko przez ciąg okrutnych wydarzeń. - Dziecko zmarło przez niezwykle rzadką chorobę – mówiła sędzia Anna Jachniewicz. Powołano się w tej kwestii na opinię biegłego eksperta, który orzekł, że 2-miesięczna Maja chorowała na rzadką odmianę zapalenia opon mózgowych i to ona doprowadziła do śmierci dziewczynki. Przyczyną było konkretnie rozlane, wysiękowe zapalenie opon mózgowych współistniejące z obrzękiem mózgu. Doszło w efekcie do porażenia ważnych dla życia ośrodków w pniu mózgu - krążenia i oddychania. W toku sekcji stwierdzono również liczne zmiany urazowe w postaci mnogich, wielomiejscowych uszkodzeń ciała. Charakter urazów wskazywał, że przemoc wobec dziewczynki była stosowana na długo przed tym, jak trafiła do szpitala.
Jednocześnie wskazywano, że chorobę Mai trudno zdiagnozować w tak wczesnym stadium i mogła ona zostać nierozpoznana na tym etapie nawet przez wykwalifikowanego lekarza. Podejmując decyzję dotyczącą wyroku w procesie, zwrócono też uwagę na fakt, że Karolina P. podawała dziecku leki, gdy Maja miała gorączkę powyżej 38 stopni, więc nie pozostawała całkowicie obojętna jej stan. I choć były one nieadekwatne do wieku, to – jak stwierdził biegły – nawet podanie właściwych leków mogłoby nie pomóc dziecku. Portal Starogard Gdański Nasze Miasto podawał, że ryzyko śmierci wciąż oscylowałoby wokół poziomu 20 procent.Sąd, wydając wyrok w tej sprawie, wskazywał że Karolina P. spowodowała u rodzeństwa Mai „zespół dziecka maltretowanego”, dopuściła się też spowodowania u nich poważnych obrażeń. Z kolei Dominik P. miał zaniechać natychmiastowej pomocy lekarskiej w związku ze wspomnianą wcześniej chorobą Mai, i znęcać się psychicznie oraz fizycznie nad trójką dzieci. Funkcjonariusze wyliczali, że objawiało się to poprzez krzyczenie, niezapewnienie opieki medycznej po złamaniu rąk, niezainteresowanie losem i wychowaniem najmłodszych. Przyzwalał też matce na stosowanie opresji wobec dzieci. Dominik P. usłyszał także zarzut posiadania marihuany. Podobnie jak w przypadku Karoliny P., tak i u niego stwierdzono wychowanie w dysfunkcyjnej rodzinie w przeszłości, choć nie był to dom, w którym dochodziło do aż takich nieprawidłowości, jak u jego partnerki. W procesie uznano jednak przede wszystkim winę Karoliny P., bo to ona miała stosować przemoc, a Dominik uderzał dzieci „tylko od czasu do czasu”.
Apelacja, która przyniosła sprawiedliwość. Pierwszy wyrok był szokująco skandaliczny i niezrozumiały
Mając to wszystko na uwadze, sąd zdecydował, że Karolina P. zostanie skazana łącznie na siedem lat pozbawienia wolności, a karę będzie odbywać w systemie terapeutycznym. Musi również zapłacić żyjącym dzieciom, w ramach zadośćuczynienia, po pięć tysięcy złotych. Ponadto ma zakaz kontaktowania się z nimi przez okres dziesięciu lat. Dominik P. został z kolei skazany na 4 lata więzienia w systemie terapeutycznym i jemu również zakazano kontaktować się z żyjącymi dziećmi oraz nakazano wpłacenie zadośćuczynienia w tej samej wysokości, co matce. Dlaczego tylko po 5 tys. zł? Taka kwota została ustalona ze względu na stan ubóstwa obojga oskarżonych.Na koniec sędzia odniósł się jeszcze do ciotki oraz prababci dzieci, które także zostały postawione przez prokuraturę w stan oskarżenia. Zarzucano im, że mogły mieć wiedzę o chorobie Mai oraz stosowanej w domu przemocy, a jednak nic z tą wiedzą nie zrobiły. Jedna z kobiet mieszkała piętro wyżej, w tej samej kamienicy, natomiast druga bywała w mieszkaniu ofiary. Prokuratura twierdziła, że musiały słyszeć krzyki lub widzieć obrażenia na ciałach dzieci, lecz postanowiły odwrócić wzrok i nie udzielić im pomocy. Mimo takich zarzutów, sąd uznał, że kobiety były izolowane od dzieci i w rzeczywistości mogły nie mieć dokładnej wiedzy o tym, co dzieje się w mieszkaniu pary. Nie znaleziono dowodów ani niepodważalnych powodów, dla których można byłoby ukarać ciotkę oraz prababkę maluchów. Ostatecznie zostały więc one przez sąd uniewinnione.
Niskie wyroki dla Karoliny P. i Dominika P. oburzyły mieszkańców, którzy długo śledzili tę sprawę w mediach. Zdaniem wielu osób, kara była nieadekwatna do czynów oskarżonych. Podobnego zdania była prokuratura, która od razu zapowiedziała, że złoży apelację w tej sprawie – wyrok był bowiem nieprawomocny. - Naszym zdaniem ocena sądu odbiega na tyle mocno, że z niektórymi argumentami nie możemy się zgodzić – tłumaczyła prokurator Anita Radecka z Prokuratury Okręgowej w Gdańsku, która jednocześnie przyznała, że sytuacja prawna „ewentualnego zamiaru zabójstwa” jest faktycznie „bardzo skomplikowana”. Jak podawał portal Starogard Gdański Nasze Miasto, strona oskarżająca uważa, że rodzice Mai przez co najmniej trzy dni widzieli pogarszający się stan zaledwie 2-miesięcznego dziecka i nic z tym nie zrobili, więc musieli liczyć się z tym, że może dojść do jego śmierci, chociażby z uwagi na tak młody wiek. Obrona oskarżonych uważa jednak, że w żadnym momencie Karolina P. i Dominik P. nie godzili się na taki dramatyczny skutek choroby, jak śmierć dziecka.Sąd Apelacyjny w Gdańsku ostatecznie zmienił wcześniejszy wyrok, uznając, że sąd pierwszej instancji zbyt łagodnie potraktował rodziców. Prokuratura od początku domagała się uznania ich winnymi zabójstwa z zamiarem ewentualnym i znęcania się ze szczególnym okrucieństwem. W 2025 roku sąd przychylił się do tego wniosku, skazując Karolinę P. na 20 lat, a Dominika P. na 19 lat więzienia. Dodatkowo, oboje mają zakaz zbliżania się do żyjących dzieci na odległość mniejszą niż 100 metrów przez 10 lat. To nie koniec konsekwencji. Sąd Apelacyjny uchylił uniewinnienie siostry oskarżonej i babci Mai, które również odpowiadały za nieudzielenie pomocy. Ich sprawa zostanie ponownie rozpatrzona. Sąd podkreślił, że choć Karolina P. i Dominik P. pochodzili z dysfunkcyjnych rodzin, to sami stworzyli dom, w którym zachowywali się jeszcze gorzej niż byli traktowani w dzieciństwie. „Kary są dotkliwe, ale muszą uświadomić społeczeństwu, że takie krzywdzenie dzieci musi spotkać się z reakcją” – uzasadniała sędzia Joanna Mielec. „Super Express” opisywał, że wielomiejscowe uszkodzenia ciała Mai wskazywały na długotrwałą przemoc, a złamania kończyn górnych i dolnych u niej musiały powstać przy użyciu dużej siły. Kara musiała więc być surowsza, to nie pozostawiało żadnych wątpliwości. Wyrok jest już prawomocny.