2026/09/16

USMIECHNIJ SIE

 














 




Matka ujawnia koszmar na SOR we Wrocławiu. "Zapomnieli o nas"

 Mieszkanka Wrocławia spędziła z chorym synem osiemnaście godzin na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym. Lekarze po prostu wykreślili ich z systemu. "Szpital, noc, zmęczone dziecko i rodzic, który musi upominać się o pomoc" - przekazała w sieci zbulwersowana matka. Placówka odpiera zarzuty.

We wtorek 15 września Wrocławianka zgłosiła się z chorym synem na Szpitalny Oddział Ratunkowy przy ulicy Borowskiej we Wrocławiu. Kobieta opisała przebieg interwencji medycznej w mediach społecznościowych, a sprawę nagłośnili dziennikarze Radia Wrocław. Z relacji matki wynika, że pobyt w placówce przerodził się w wielogodzinne oczekiwanie na korytarzu."Zarejestrowaliśmy się o godzinie 13.00. Do 16.00 czekaliśmy na pierwszą konsultację. W końcu zostaliśmy przyjęci przez laryngologa. Po konsultacji lekarz polecił nam wyjść na hol i czekać na neurologa" - zrelacjonowała w sieci pacjentka.Rodzina czekała na kolejne badania przez wiele godzin, nie otrzymując żadnych komunikatów od personelu. Kiedy po północy matka chłopca postanowiła zainterweniować u lekarzy, poznała zaskakujący powód opóźnienia."O godzinie 00.30 poszłam zapytać, czy przypadkiem o nas nie zapomniano. Okazało się, że tak. Kierownik dyżuru wpisał w kartę, że nas nie ma" - poinformowała kobieta, dodając, że o godzinie 4.30 nad ranem w środę 16 września wciąż czekali na wizytę specjalisty.

Tłumaczenia szpitala przy ulicy Borowskiej

Radio Wrocław skontaktowało się z przedstawicielami Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego, aby ustalić powody tak długiego oczekiwania. Rzeczniczka prasowa placówki Jadwiga Witek zapewniła, że pod względem medycznym personel nie popełnił żadnego błędu.

- Z naszych ustaleń wynika, że wszelkie procedury medyczne zostały przeprowadzone prawidłowo. Zostało wykonane wiele czynności rozłożonych w czasie, które pozwoliły ustalić, że nie ma ryzyka zagrożenia życia i że pacjent został wypisany do domu - przekazała dziennikarzom rzeczniczka szpitala.Przedstawicielka placówki wydała również oficjalne oświadczenie pisemne, w którym przyznała, że na oddziale zawiodła komunikacja. Zwróciła uwagę, że tylko tej jednej doby SOR przy Borowskiej przyjął dwustu pacjentów, w tym osoby w stanie bezpośredniego zagrożenia życia, którym udzielano pomocy w pierwszej kolejności.

"Zabrakło wyraźnej informacji, że oczekiwanie na kolejne badania może się wydłużyć. Przykro nam, że czas oczekiwania był tak długi i że nie został on odpowiednio zakomunikowany. Nad tym elementem organizacji i komunikacji obecnie pracujemy" - napisała w oświadczeniu Jadwiga Witek.

Skarga do rzecznika praw pacjenta

Matka chłopca zapowiedziała wyciągnięcie oficjalnych konsekwencji wobec personelu medycznego. Przekazała dziennikarzom stacji, że sporządziła już oficjalną skargę do rzecznika praw pacjenta. Poinformowała również o planach zgłoszenia sprawy bezpośrednio do Dolnośląskiej Izby Lekarskiej.

"Nie oczekujemy cudów. Oczekujemy informacji, szacunku i zwykłej ludzkiej odpowiedzialności. Bo za każdą kartą pacjenta stoi człowiek" - podsumowała we wpisie zbulwersowana Wrocławianka.


39-letnia Ukrainka zatrzymana w Piotrkowie. Skusił ją plecak z pieniędzmi i lekami

 

Piotrkowscy kryminalni rozwiązali sprawę incydentu, do którego doszło w rejonie stacji kolejowej. W ręce policji wpadła 39-latka, która ma na koncie kradzież mienia o wartości przekraczającej 4 tysiące złotych.Do zdarzenia doszło 30 lipca w rejonie dworca PKP przy ulicy Polskiej Organizacji Wojskowej. Około godziny 22:30 sprawczyni dostrzegła leżący na jednej z ławek plecak. Wewnątrz znajdowało się 2400 złotych, smartfon, dowód osobisty oraz leki, w tym inhalatory. Pokrzywdzony podliczył całkowite straty na kwotę 4050 złotych.

39-letnia obywatelka Ukrainy zatrzymana

Rozwiązaniem sprawy zajęli się funkcjonariusze z Wydziału Kryminalnego KMP w Piotrkowie Trybunalskim. Policjanci szybko ustalili, że związek z kradzieżą może mieć 39-letnia obywatelka Ukrainy przebywająca na terenie Piotrkowa Trybunalskiego.

Mundurowi złożyli wytypowanej podejrzanej niespodziewaną wizytę. Podczas przeszukania lokalu, w którym przebywała kobieta, policjanci zabezpieczyli skradziony pod dworcem telefon komórkowy. 39-latka została zatrzymana.– Kobieta usłyszała zarzut kradzieży, za popełnione przestępstwo grozi jej kara pozbawienia wolności do 5 lat - mówi mł. asp. Edyta Daroch, oficer prasowy w Komendzie Miejskiej Policji w Piotrkowie Trybunalskim.


O RUDYM

 



Zadał ofierze 17 ciosów. Ciało kobiety leżało, a Piotr wyprowadzał i karmił jej psa!

 W 2025 roku w jednym z kaliskich mieszkań doszło do tragedii, gdzie 53-letnia kobieta otrzymała 17 ran zadanych nożem. Jej zwłoki odkryto dopiero po kilkunastu dniach od morderstwa. W tym okresie sprawca regularnie zajmował się czworonogiem zmarłej, wychodząc z nim na dwór.

W środę, 16 września ruszył proces karny w kaliskim Sądzie Okręgowym, dotyczący bulwersującej zbrodni na 53-letniej mieszkance miasta. Do makabrycznego zdarzenia doszło w maju 2025 roku w lokalu usytuowanym przy ulicy Górnośląskiej. Makabrycznego odkrycia dokonano ponad tydzień później, zaalarmowani specyficzną wonią dochodzącą zza drzwi, sąsiedzi zawiadomili służby. Podejrzanym okazał się 62-letni kolega ofiary.Zatrzymany mężczyzna nie zaprzeczał przedstawionym mu zarzutom i oficjalnie skierował słowa ubolewania do rodziny zmarłej podczas pierwszej rozprawy. Piotr K. usprawiedliwiał swój czyn problemami psychicznymi, podkreślając jednocześnie brak intencji dokonania morderstwa.
W nieustalonym dniu maja 2025 roku w Kaliszu, nie później niż w dniu 30 maja 2025 roku w Kaliszu, działając z zamiarem bezpośrednim pozbawienia jej życia, zadał jej przy użyciu noża o długości całkowitej 31,5 cm długości, ostrza 20 cm i szerokości 4 cm w najszerszym miejscu, 17 ran kłutych w okolicę jamy brzusznej – mówi prokurator Kamila Jabłońska-Rosik.