2026/05/02

 

Wampir z Byczyny. Poszedł do sklepu z jej ciałem w reklamówce [18+]

 Morderstwo dziecka zawsze budzi skrajne emocje, zwłaszcza wtedy, gdy zna ono swojego zabójcę. Tak było w przypadku 9-letniej Kasi. Dziewczynka nie miała szans w starciu ze swoim oprawcą. O tej bestialskiej zbrodni, której ofiarą padło bezbronne dziecko, nie da się zapomnieć.

Byczyna to niewielkie miasto oddalone o około 65 km od stolicy woj. opolskiego. To miejsce dorocznych mistrzostw Polski oldboyów w piłce nożnej, plenerów malarskich, a także turniejów rycerskich. W tym na pozór spokojnym mieście 29 lat temu doszło do koszmarnego morderstwa, które w jednej chwili sparaliżowało strachem całą okolicę. Kasia była uczennicą trzeciej klasy szkoły podstawowej. Jako jedynaczka i długo wyczekiwane dziecko była prawdziwym oczkiem w głowie swoich rodziców. 9-latka nie sprawiała żadnych problemów wychowawczych, wręcz przeciwnie, była prawdziwym aniołkiem. Wzorowa i zdyscyplinowana uczennica nigdy nie opuszczała zajęć w szkole. Tak było aż do feralnego czwartku, 3 października 1996 r. Nic nie wskazywało na to, że tego jesiennego dnia rodzice Kasi przeżyją prawdziwy koszmar, który mieszkańcy miasta zapamiętają już na zawsze…Czwartek (3 października) jak na środek jesieni był wyjątkowo ciepłym dniem. Kasia do szkoły wyszła około godz. 7.40. Gdy dziewczynka nie wróciła do domu o planowanej porze, jej matka poczuła wewnętrzny niepokój. Szybko jednak przypomniała sobie, że jej mąż miał pojechać do szpitala, by odwiedzić swoją chorą siostrę. Pomyślała wtedy, że wracająca ze szkoły Kasia prawdopodobnie zabrała się razem z nim. Na zegarku dochodziła godz. 16.00, gdy mężczyzna dotarł do domu. Po chwili, gdy kobieta zorientowała się, że ich córki z nim nie było, wpadła w panikę. Małżeństwo zrozumiało wtedy, że Kasi musiało przytrafić się coś złego.

Wizja, która dała nadzieję

Informacja o zaginięciu córki państwa G. lotem błyskawicy obiegła mieszkańców miasta. W poszukiwaniach dziecka brali udział strażacy, policjanci, harcerze oraz każdy, komu los 9-latki nie był obojętny. W Byczynie znali się wszyscy — to przecież niewielkie miasto. Trudno było utrzymać w sekrecie jakieś informacje. Każdy wiedział kto, z kim, gdzie i dlaczego. Zrozpaczeni rodzice o pomoc zwrócili się do jasnowidza, który wtedy dał im nadzieję. Mężczyzna był przekonany, że 9-latka żyje. W swojej wizji zobaczył leżącą pod kartonami dziewczynkę, która była skrępowana. Zdaniem jasnowidza, wcześniej miała zostać ogłuszona i przeniesiona do piwnicy domu z czerwonej cegły. Mężczyzna poradził rodzicom, by ci się pospieszyli. Idąc tym tropem, przeszukano każdy zakamarek na ul. Długiej, jednak finalnie nie dało to żadnego rezultatu. Rodzice odchodzili od zmysłów, tak bardzo pragnęli, by ich dziecko wróciło do domu całe i zdrowe…By znaleźć zaginioną 9-latkę, mieszkańcy przeszukiwali każdy dom, każde gospodarstwo... Dokładnie sprawdzano stawy, glinianki, pobliskie lasy, zagajniki, ale i w tych miejscach po dziewczynce nie było najmniejszego śladu. Niewiarygodne było to, że nikt niczego nie widział, że nikt niczego nie słyszał…

Zabrał ich cały świat

W sobotę (5 października), ok. 11.00 trójka harcerzy, która włączyła się w akcję poszukiwawczą, dotarła w okolicę dzikiego wysypiska śmieci. Jeden z chłopców dostrzegł tam pozostawione między chaszczami reklamówki. Jego uwagę przykuło to, że siatki były poplamione krwią. Harcerz postanowił zajrzeć do środka, by zobaczyć, co kryje ich zawartość. Gdy to zrobił, momentalnie zasłabł. Widok, który ujrzały jego oczy, wywołałby wstrząs u każdego. W środku znajdowała się odcięta głowa małej dziewczynki, Kasi… W drugiej reklamówce sprawca umieścił kończyny dziecka. 9-latka padła ofiarą brutalnego morderstwa.Wieść o tym makabrycznym odkryciu szybko rozniosła się po miasteczku, a na jego mieszkańców padł blady strach. Ludzie zadawali pytania, na które początkowo nie znali odpowiedzi. Jaki potwór mógł skrzywdzić to bezbronne dziecko? W Byczynie, owszem, zdarzały się drobne kradzieże czy bójki, ale zabójstwo? W dodatku kilkuletniej dziewczynki? To nie mieściło się nikomu w głowie… Mordercę Kasi nazwano wówczas "wampirem z Byczyny". Strach przed zabójcą był na tyle silny, że wszyscy, niezależnie od wieku bali się wychodzić z domu. Dzieci do szkoły odprowadzali rodzice, a po zmroku na mieście nie było żywej duszy.

Sąsiedzka czujność

Makabryczne szczegóły morderstwa 9-letniej Kasi z Byczyny pojawiały się na pierwszych stronach gazet. Mimo strachu przed zabójcą sąsiedzi zaczęli łączyć fakty i szybko przypomnieli sobie, że gdy oni szukali dziewczynki po mieście, to pewien znany im mężczyzna biegał po okolicy z siatkami, które odpowiadały opisowi tych, w których znaleziono rozczłonkowane ciało dziecka. Pod wskazany przez mieszkańców adres szybko udali się policjanci, którzy zatrzymali mężczyznę w jego mieszkaniu, a następnie zabrali go do radiowozu. Można powiedzieć, że funkcjonariusze dotarli na miejsce w odpowiednim momencie i uratowali 30-latka przed linczem. Pod kamienicą, w której mieszkał, zjawił się tłum gotowy na to, by wymierzyć sprawiedliwość.

Krzysztof był najbliższym sąsiadem rodziny dziewczynki. Po śmierci swojego ojca mężczyzna zaproponował rodzicom Kasi zamianę mieszkaniami, ponieważ dowiedział się, że ci szukają większego lokum. 30-latek pracował wcześniej w zakładzie pogrzebowym — przygotowywał zwłoki do pochówku. Rok wcześniej, podczas komunii Kasi, jej matka przyniosła mu z tej okazji poczęstunek. Ze względu na to, że mężczyzna nie miał pieniędzy, rodzice dziewczynki starali się mu pomagać, jak tylko mogli. 30-latek na komisariacie od razu przyznał się do winy. W czasie wizji lokalnej dokładnie podał miejsca, w których rozrzucił zwłoki oraz precyzyjnie opisał przebieg zbrodni, której się dopuścił.Była w mieszkaniu obok

Tamtego dnia wracający do domu pod wpływem alkoholu Krzysztof spotkał na klatce schodowej idącą do szkoły 9-latkę. Siłą zaciągnął ją do swojego mieszkania, gdzie dusił paskiem, a następnie brutalnie zgwałcił — dziewczynka najprawdopodobniej już wtedy nie żyła. Jej zwłoki zaniósł do łazienki, położył w wannie i poćwiartował przy użyciu kuchennego noża oraz piłki do metalu. Podczas przesłuchania wskazał miejsce, gdzie zakopał tułów 9-latki. Decyzję o jej poćwiartowaniu tłumaczył policjantom tym, że wydawało mu się, że ten sposób będzie najlepszym na pozbycie się zwłok.

Zaskakujące w tym wszystkim jest to, że w dniu zaginięcia 9-latki, gdy jej przerażeni rodzice odchodzili od zmysłów i wraz z innymi mieszkańcami szukali jej w pobliskich domach, zapukali również do mieszkania 30-latka. Ten, jak gdyby nigdy nic otworzył im drzwi na oścież, by mogli zajrzeć do środka, a na pytanie, czy wie, gdzie jest Kasia, odpowiedział, że nie ma pojęcia. W jego mieszkaniu panowała ciemność, mężczyzna nie płacił za prąd. Przyjmując słowa Krzysztofa za prawdę, ruszyli w jej dalsze poszukiwania. Już wtedy pocięte zwłoki 9-latki leżały w reklamówkach, ukryte za szafą…

30-latek wieczorem wyniósł poćwiartowane ciało dziecka i porzucił na wspomnianym wcześniej terenie. Kiedy tam szedł, zmęczył się. W międzyczasie postanowił odpocząć przy pobliskim sklepie i wypić piwo. Robił to przy innych ludziach, mając przy nodze reklamówkę ze zmasakrowanym ciałem dziewczynki.Chciał swojej śmierci

W pogrzebie 9-letniej Kasi wzięły udział trzy tysiące osób. Trumnę z jej ciałem nieśli harcerze. Pochowano ją w białej sukience z pierwszej komunii. Dokładnie w tej samej, w której przed rokiem przyjmowała życzenia od swojego przyszłego zabójcy.Podczas procesu Krzysztof P. wpatrywał się w zdjęcie swojej ofiary, prosząc sąd o karę śmierci. Ta już jednak nie obowiązywała w Polsce i w sierpniu 1997 r. mężczyzna został skazany na karę dożywotniego pozbawienia wolności i 10 lat pozbawienia praw publicznych. To był pierwszy taki wyrok, odkąd w kraju zniesiono karę śmierci. Jego uprawomocnienie nastąpiło w marcu 1998 r. Podczas jednej z rozpraw matka dziewczynki bezpośrednio zwróciła się do sądu, mówiąc: — Miałam w życiu tylko jeden kwiat. Ten kwiat potrzebował opieki, potrzebował troski. Nie potrafił się bronić. Został w brutalny sposób zaatakowany, zniszczony i rozrzucony po polach. Dlatego domagam się jak najwyższego wymiaru kary i żeby ta kara ustrzegła te wszystkie kwiaty, które jeszcze są, jeszcze cieszą nasze oczy. Bo moich oczu już nic nie ucieszy.

Nie pozwolił jej dorosnąć

Krzysztof P. figuruje w publicznym Rejestrze Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym. Podczas wywiadu wyjaśnił dziennikarzowi, że tamtego dnia był w złym stanie psychicznym i mógł wówczas zamordować dosłownie każdego.  Stało się najgorsze, że to było dziecko. Kasia znalazła się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze  tłumaczył mężczyzna.

Chociaż od tej przerażającej i niezrozumiałej zbrodni, która w latach 90. wstrząsnęła Opolszczyzną, minie w tym roku 29 lat — to dalej budzi ona strach wśród jej mieszkańców. Opinia publiczna domagała się dla "wampira z Byczyny" kary śmierci. Mimo że morderca resztę swojego życia spędzi za kratkami i nie skrzywdzi więcej żadnego dziecka, to przed laty zdołał odebrać rodzicom brutalnie zamordowanej 9-latki ich największe szczęście, na które przecież czekali tak długo... A tego nie zrekompensuje żadna kara, nawet ta najboleśniejsza. Gdyby Kasia żyła, miałaby dziś 36-lat. Niestety, jej zabójca zdecydował inaczej i nigdy nie pozwolił jej dorosnac

Kontrowersyjna egzekucja w USA. Skazany do samego końca twierdził, że to fatalna pomyłka

 W amerykańskim stanie Teksas wykonano najwyższy wymiar kary na Jamesie Garfieldzie Broadnaxie. Procedurze towarzyszyły liczne kontrowersje, ponieważ mężczyzna konsekwentnie nie przyznawał się do morderstwa. W tle sprawy przewijały się zeznania oraz materiały dowodowe obciążające inną osobę.

Egzekucja w Teksasie. Zastrzelono producentów muzycznych

W czwartek, 30 kwietnia 2026 roku, w więzieniu w Huntsville w stanie Teksas przeprowadzono egzekucję 37-letniego Jamesa Garfielda Broadnaxa. Skazanemu podano śmiertelny zastrzyk. Mężczyzna usłyszał najwyższy wymiar kary za podwójne morderstwo z 2008 roku, do którego doszło przed studiem nagraniowym w Garland. Ofiarami tej zbrodni byli dwaj producenci muzyczni: Stephen Swan oraz Matthew Butler.

Śledczy akcentowali, że w początkowej fazie przesłuchań Broadnax przyznał się do popełnienia zarzucanych mu czynów. Adwokaci skazanego przypominali jednak, że mężczyzna ostatecznie wycofał te oświadczenia, a kluczowe materiały dowodowe, w tym ślady biologiczne zabezpieczone na narzędziu zbrodni, obciążały jego kuzyna. Krewny 37-latka odsiaduje obecnie wyrok dożywotniego pozbawienia wolności.

Mimo wielu prób zablokowania procedury, zarówno lokalne instancje, jak i Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych stanowczo oddaliły wszystkie wnoszone apelacje. Odrzucenie wniosków obrony ostatecznie utorowało drogę do podania śmiertelnej trucizny.

Obrońcy 37-latka dowodzili, że orzeczona kara śmierci łamie konstytucję, argumentując, że ich klient nie był bezpośrednim sprawcą tej zbrodni. Zwracano również uwagę na potencjalne uprzedzenia na tle rasowym, które mogły w znaczący sposób rzutować na ostateczny werdykt ławy przysięgłych.

James Garfield Broadnax oskarża władze Teksasu o pomyłkę

W swoim pożegnalnym wystąpieniu skazany raz jeszcze stanowczo podkreślił, że jest niewinny. Zaznaczył, że doszło do fatalnej w skutkach pomyłki, a zgromadzone przez śledczych fakty zostały całkowicie błędnie zinterpretowane. Mężczyzna zwrócił się bezpośrednio do bliskich zamordowanych, zapewniając o modlitwie i wyrażając głęboką nadzieję, że prawda o tej zbrodni ujrzy kiedyś światło dzienne.

Wokół tej sprawy zrodził się wyraźny opór w kręgach politycznych. Część działaczy wzywała stanowe władze do natychmiastowej interwencji, powołując się na liczne nieścisłości i niejednoznaczne dowody winy. Ich desperackie prośby nie przyniosły jednak żadnego skutku i wyrok ostatecznie wykonano.

James Garfield Broadnax to trzecia osoba stracona w stanie Teksas i jednocześnie dziesiąta w całych Stanach Zjednoczonych od początku 2026 roku.


 


 



Adopcja jak z horroru. Lesbijki zamęczyły chłopca na śmierć

 Trwa proces pary kanadyjskich lesbijek, które torturowały dwóch chłopców, głodziły ich i przetrzymywały w piwnicy, jak w więzieniu. W dodatku filmowały ich gehennę i wyśmiewały się z niej.

Starszy chłopiec zmarł w szpitalu, po tym, jak został znaleziony nieprzytomny w domu obydwu kobiet. Mając 12 lat, ważył zaledwie 22 kg!

Nieludzkie warunki i sadyzm 

Becky Hamber (46 l) i Brandy Cooney (44 l) to lesbijki, które w 2017 roku przyjęły do opieki zastępczej dwóch braci, mających 7 i 4 lata. Powiedzieć, że chłopcy żyli u nich w złych warunkach, to jak nie powiedzieć nic. To było kilkuletnie, bo trwające aż 5 lat, męczenie dzieci, torturowanie. Nie „przemoc w rodzinie”, nie nerwowa atmosfera – torturowanie.

Chłopcy przez 5 lat byli przetrzymywani w osobnych pokojach, nawet przez 18 godzin dziennie. Do jedzenia dostawali tylko zmielone papki. Kobiety krępowały ich opaskami zaciskowymi i zmuszały do noszenia mokrych strojów kąpielowych i kasków hokejowych. W ich pokojach były kamery, monitorujące braci przez cały czas. 

Lesbijki w swoich prywatnych wiadomościach opisywały metody tortur oraz wyśmiewały chłopców („Drżyj, drżyj debilu!”). Obie kobiety po prostu miały frajdę z męczenia dzieci!

22 kg w wieku 12 lat

Lesbijki męczyły ze szczególnym upodobaniem zwłaszcza starszego z chłopców. Niedożywiony, stale wyziębiony i krępowany, mając 12 lat, ważył tylko 22 kg. Postępował u niego zanik mięśni. Po pięciu latach takiego nieludzkiego traktowania, w 2022 roku, kobiety znalazły go nieprzytomnego w pokoju. Wcześniej na kamerach było widać, że trzęsie się z zimna i ma nienaturalne ruchy. Obie sadystki postanowiły ogrzać chłopca w wannie, a do przetransportowania go użyły… sanek. Kiedy dziecko nie odzyskało przytomności, wezwały lekarzy. Niestety, nie udało się go uratować, chłopiec zmarł. Pomoc przyszła za późno. Pięć lat za późno!

Dlaczego nikt nie zareagował?

Może sprawa potoczyłaby się inaczej, gdyby wcześniej ktoś na poważnie zainteresował się tym, co miało miejsce w domu lesbijek. Agencja ochrony dzieci (CAS) otrzymała co najmniej sześć zgłoszeń dotyczących możliwego znęcania się i zaniedbań. Pracownicy socjalni odwiedzali dom, ale nigdy nie rozmawiali z dziećmi na osobności. Kobiety potrafiły przekonać urzędników, że chłopcy mają „trudne charaktery” i wymagają surowej dyscypliny dla własnego bezpieczeństwa. 

Była potrzebna śmierć dziecka, żeby końcu wyszło na jaw, że dwie lesbijskie „mamy” to sadystyczne wariatki, które skatowały chłopca. Jego młodszy brat w 2022 roku miał już 9 lat. Został odebrany kobietom i umieszczony w bezpiecznym miejscu, być może w innej rodzinie zastępczej lub w domu opieki. Ma jednak trwałe urazy fizyczne i psychiczne oraz traumę. Dwie kobiety, które miały zapewnić mu dom i rodzinę, torturowały go przez lata, a jego brata w końcu zabiły. Dziecko będzie nosić te rany przez całe życie!

Hamber i Cooney nie przyznają się do winy. Co ciekawe, ich prywatne rozmowy, w których wyśmiewają cierpiących chłopców, nagle zniknęły. Kobiety twierdzą, że chłopcy byli niezrównoważeni i to wszystko było potrzebne, by nad nimi zapanować i zapewnić im bezpieczeństwo. Jednak zeznania młodszego z braci dają wyraźny obraz tego, jakim piekłem było życie obu chłopców. Wyrok zapadnie wiosną tego roku.

Omawialiśmy przypadki, kiedy homoseksualiści gwałcili adoptowane dzieci. Nagrywali pedofilskie porno, albo trwale ogłuszali dziecko, żeby było takie, jak oni. Ale jeszcze nigdy nie widzieliśmy tak podłego i nieludzkiego traktowania dzieci, jak przez te dwie kobiety. To osoby nienormalne, niezrównoważone i wykazujące skrajne skłonności. Nikt nie ma prawa w imię tolerancji i wolności oddawać dzieci pod opiekę takim ludziom! Bo to nie będzie opieka, tylko piekło. Przypadków skrajnej przemocy wobec dzieci jest zresztą w środowisku LGBT całe mnóstwo. Ani geje, ani lesbijki, ani nikt inny z sześciokolorowych środowisk absolutnie nie powinien zbliżać się do dzieci. 

2026/05/01

 


„Miała gonić ich z nożem". Chwile grozy w Poznaniu. „Rodzice złożyli zawiadomienie"

 W czwartek wieczorem do poznańskiej policji wpłynęło zgłoszenie dotyczące agresywnej kobiety. 25-latka miała grozić grupie młodzieży i gonić ich z nożem. Aktualnie przebywa w policyjnym areszcie. – Rodzice nastolatków złożyli na komisariacie stosowne zawiadomienie – mówi mł. asp. Anna Klój z zespołu prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu w rozmowie z Radiem ZET. 

Agresywna kobieta miała grozić grupie nastolatków w Poznaniu

– W czwartek godziny 19.30 do policjantów wpłynęło zgłoszenie dotyczące agresywnej kobiety, która na poznańskich Jeżycach miała grozić grupie młodzieży i gonić ich z nożem – informuje mł. asp. Anna Klój z zespołu prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu w rozmowie z Radiem ZET. Kiedy policjanci przyjechali na miejsce, zamknęła się w swoim mieszkaniu i nie chciała otworzyć drzwi. Funkcjonariusze weszli do środka siłowo i zatrzymali 25-letnią mieszkankę Poznania.– W chwili zatrzymania była nietrzeźwa. Aktualnie przebywa w policyjnym areszcie. Rodzice nastolatków złożyli na komisariacie stosowne zawiadomienie w tej sprawie – dodaje Anna Klój. Na szczęście w wyniku zdarzenia nikt nie doznał obrażeń. Policjanci będą teraz dokładnie wyjaśniać okoliczności wczorajszego zdarzenia, przesłuchiwać świadków i analizować zebrany materiał dowodowy. Przypomnijmy, że – zgodnie z art. 190 KK – groźba karalna to przestępstwo, za które grozi kara grzywny, ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności do lat 3.