2026/06/27

Polscy Bonnie i Clyde zatrzymani przez policjantów z Pomorza! Grozi im 15 lat więzienia

 Wchodzili do sklepów, grozili pracownikom gazem pieprzowym i zabierali pieniądze z kas. Para podejrzanych miała w ten sposób dokonać dwóch napadów na sklepy tej samej sieci w Gdańsku. Policjanci zatrzymali 26-letnią kobietę i 29-letniego mężczyznę. Decyzją sądu najbliższe dwa miesiące spędzą w areszcie. Za rozbój grozi im nawet 15 lat więzienia.

21 czerwca do jednego ze sklepów popularnej sieci w Gdańsku weszli kobieta i mężczyzna. Podczas napadu 29-latek zagroził ekspedientce użyciem gazu pieprzowego i zmusił ją do wydania pieniędzy z kasy fiskalnej. Łupem sprawców padło blisko 1900 złotych.Zaraz po zgłoszeniu sprawą zajęli się kryminalni z komisariatu przy ul. Kartuskiej, którzy rozpoczęli poszukiwania sprawców.

- Policji zabezpieczyli nagrania z kamer monitoringów, przesłuchali świadków i wykonali szereg czynności operacyjnych. Efektem tych działań było zatrzymanie w miniony wtorek 26-letniej kobiety i 29-letniego mężczyzny – informują policjanci z Gdańska.

Wpadli po drugim napadzie. Przyznali się do winy, sąd zdecydował o areszcie

26-letnia kobieta i 29-letni mężczyzna zostali zatrzymani i przewiezieni do komisariatu. W trakcie śledztwa policjanci ustalili, że para ma związek nie tylko z napadem z 21 czerwca, ale również z bardzo podobnym rozbojem, do którego doszło 6 czerwca.- Zarówno kobieta, jak i mężczyzna przyznali się do udziału w obu tych zdarzeniach i usłyszeli zarzuty. Sąd na wniosek Prokuratury Rejonowej Gdańsk- Wrzeszcz w Gdańsku podął decyzję o aresztowaniu ich na okres dwóch miesięcy. Za popełnione przestępstwa grozi im kara do 15 lat pozbawienia wolności – dodają funkcjonariusze.

Kasjerka supermarketu „wydmuchała” ponad 3 promile! Do pracy przyjechała samochodem

 Miała ponad 3 promile alkoholu w organizmie i pracowała za sklepową kasą. „Spokojną” zmianę 41-letniej pracownicy jednego z gdańskich supermarketów przerwała policja. Funkcjonariusze ustalili, że kobieta najprawdopodobniej przyjechała do pracy samochodem. Tego samego dnia zatrzymano także 29-letniego kierowcę, który wydmuchał blisko 2 promile alkoholu. Do tego miał trzy sądowe zakazy prowadzenia pojazdów. Oboje odpowiedzą przed sądem. Szczegóły poniżej.Czerwcowego wieczora przed godz. 21 policjanci z komisariatu w Osowej otrzymali zgłoszenie dotyczące pracownicy jednego z supermarketów spożywczych. Z relacji zgłaszającego wynikało, że kobieta najpewniej wykonuje swoje obowiązki pod wpływem alkoholu. Badanie alkomatem wykazało, że 41-latka miała w organizmie ponad 3 promile alkoholu.Funkcjonariusze ustalili również, że kobieta przyjechała do pracy samochodem. O tym, czy usłyszy także zarzut kierowania pojazdem w stanie nietrzeźwości, zdecydują wyniki badań pobranej krwi oraz opinia biegłego. 41-latka została zatrzymana i doprowadzona do komisariatu. Teraz grozi jej kara nawet 3 lat więzienia. Odpowie też za wykonywanie obowiązków zawodowych w stanie nietrzeźwości. Za kierowanie po alkoholu grozi kara 3 lat więzienia, utrata prawa jazdy, sądowy zakaz prowadzenia pojazdów oraz wysoka grzywna. Za wykonywanie obowiązków zawodowych w stanie nietrzeźwości grozi kara aresztu albo kara grzywny – informują policjanci z Gdańska.To jednak nie koniec! Tego samego dnia przed godziną 2.00 funkcjonariusze ruchu drogowego otrzymali zgłoszenie o kierowcy citroena, który miał jechać w stronę Nowego Portu pod wpływem alkoholu. Policjanci pozostawali w kontakcie ze zgłaszającym i szybko namierzyli samochód kierowcy stwarzającego potencjalne zagrożenie na drodze.Na ul. Gustkowicza funkcjonariusze zauważyli pojazd i dali kierującemu sygnały do zatrzymania. 29-letni obywatel Ukrainy został zbadany na obecność alkoholu w wydychanym powietrzu i okazało się, że miał prawie 2 promile. Policjanci sprawdzili też dane mężczyzny w policyjnych systemach – zaznaczają funkcjonariusze.Wówczas okazało się, że mężczyzna posiada trzy sądowe zakazy prowadzenia pojazdów, w tym jeden dożywotni. 29-letni Ukrainiec został zatrzymany i przewieziony do komisariatu. Jego wyjaśnienia zaskoczyły policjantów.

- Policjantom powiedział, że nie pił żadnego alkoholu i nic nie wiedział o sądowych zakazach. O jego dalszym losie zadecyduje sąd – dodają funkcjonariusze.





Trafił na SOR ze zwichniętym barkiem. Kilka dni później zmarł. Jest komunikat prokuratury

 45-latek zgłosił się na SOR tylko ze zwichniętym barkiem. Po zabiegu stracił przytomność, a miesiąc później zmarł w zakładzie opiekuńczo-leczniczym. Teraz prokuratura sprawdzi, czy w radomskim szpitalu doszło do błędów, które mogły kosztować go życie.Postępowanie dotyczy wydarzeń z 10 stycznia w Mazowieckim Szpitalu Specjalistycznym w Radomiu. To właśnie tam, na Szpitalny Oddział Ratunkowy przy ul. Józefowskiej, zgłosił się 45-letni mieszkaniec Pionek koło Radomia. Powodem wizyty miał być zwichnięty bark, czyli uraz, który początkowo nie wskazywał na dramatyczny finał.


Z ustaleń śledczych wynika, że pacjent przeszedł procedurę medyczną związaną z nastawieniem barku. W trakcie sprawdzania okoliczności tej interwencji prokuratura koncentruje się przede wszystkim na tym, czy wszystkie działania podjęte wobec mężczyzny były prawidłowe i zgodne z zasadami sztuki medycznej.Sprawa stała się przedmiotem śledztwa po anonimowym zawiadomieniu. Pod pismem mieli podpisać się ratownicy medyczni pracujący na SOR-ze. Już w lutym szef Prokuratury Rejonowej Radom-Wschód Cezary Ołtarzewski informował, że w zawiadomieniu wskazywano m.in. na możliwe nieprawidłowości przy podawaniu leków. Pojawił się także wątek zastraszania personelu przez lekarza, który wykonywał zabieg.


Od początku sprawa budziła wiele pytań, bo według przekazanych informacji pacjent po pobycie na SOR-ze nie odzyskał już pełnej świadomości. Najpierw trafił na oddział intensywnej terapii, później na oddział wewnętrzny, a następnie został przetransportowany do Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego w Legionowie.Tam zmarł po jednym dniu.Nowe informacje w sprawie przekazała rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Radomiu Aneta Góźdź. Jak poinformowała, śledczy planują powołać zespół biegłych sądowych. Ich zadaniem będzie ocena, czy działania personelu szpitala wobec pacjenta były właściwe.


– Prokuratura powoła zespół biegłych sądowych, którzy wypowiedzą się, czy zastosowane w szpitalu procedury medyczne były podjęte zgodnie ze sztuką medyczną – wyjaśniła prokurator Aneta Góźdź, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Radomiu.To właśnie opinia specjalistów może mieć zasadnicze znaczenie dla dalszego biegu śledztwa. Prokuratura chce ustalić, czy w Mazowieckim Szpitalu Specjalistycznym w Radomiu nie doszło do poważnych uchybień w diagnostyce, leczeniu albo nadzorze nad pacjentem. Śledczy będą sprawdzać, czy ewentualne błędy mogły narazić mężczyznę na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.– W zespole znajdzie się m.in. biegły lekarz z zakresu medycyny ratunkowej, anestezjologii, ortopedii – wskazała prokurator Aneta Góźdź.


Równolegle trwają dalsze czynności procesowe. Przesłuchiwani są lekarze, pielęgniarki oraz osoby z personelu pomocniczego. Śledczy uzupełniają też dokumentację medyczną, która została już wcześniej zgromadzona. Będzie to szczególnie ważne, bo prokuratura nie może przeprowadzić sekcji zwłok. Ciało zmarłego zostało skremowane, dlatego biegli będą musieli oprzeć swoje wnioski na dokumentach, zeznaniach i pozostałych materiałach dowodowych.Znieczulenie bez anestezjologa? Śledczy badają śmierć 45-latka

Jednym z najważniejszych wątków sprawy jest sposób, w jaki pacjent miał zostać przygotowany do zabiegu. Według ustaleń śledczych 45-latkowi miano podać znieczulenie ogólne bez udziału anestezjologa. Prokuratura sprawdza również, czy w czasie procedury użyto aparatury monitorującej funkcje życiowe pacjenta.Po zabiegu mężczyzna stracił przytomność. Następnie trafił na OIOM, gdzie lekarze walczyli o jego stan. Później został przeniesiony na oddział wewnętrzny. Na początku lutego przewieziono go do Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego w Legionowie. Tam zmarł następnego dnia.


Wcześniejsze ustalenia „Gazety Wyborczej”, która jako pierwsza opisała tę sprawę, wskazywały, że 10 stycznia mężczyzna pojawił się na SOR-ze ze zwichniętym barkiem. Po podaniu środków znieczulających personel miał po około 20 minutach zorientować się, że pacjent nie oddycha. Później podjęto reanimację i wykonano tracheotomię, ale 45-latek nie odzyskał już przytomności.

Szpital w Radomiu od początku nie komentował szczegółowo sprawy. Placówka przekazała jedynie, że prowadzone jest postępowanie wyjaśniające. Teraz najważniejsze dla prokuratury będzie odtworzenie kolejnych etapów leczenia i sprawdzenie, czy personel medyczny dopełnił wszystkich obowiązków wobec pacjenta.


Śledztwo ma odpowiedzieć na pytanie, czy w szpitalu doszło do błędów, które mogły mieć wpływ na późniejszą śmierć mężczyzny. Na tym etapie nie zapadły jeszcze ostateczne rozstrzygnięcia. Kluczowa będzie opinia biegłych, którzy mają ocenić zarówno decyzje medyczne, jak i przebieg całej procedury na SOR-ze.






 


FOLKSDOJCZ

 


Rekordowe poparcie dla prezydenta i upadek Trzaskowskiego. "Piękna katastrofa"

 — Karol Nawrocki skanalizował opinie Polek i Polaków, którzy powiedzieli "basta" polityce Ukrainy w kwestii OUN-UPA. A Trzaskowski po aferze szpitalnej jest niemal nie do uratowania, jeśli w KO nie polecą głowy. Tych potężnych, a nie płotek — mówi Onetowi dr Bartosz Rydliński, politolog, komentując najnowszy sondaż IBRIS na nasze zlecenie.

Karol Nawrocki przebija sufit. Z poparciem na poziomie 54,8 proc. bije o 0,4 pkt proc. rekord wszech czasów, należący wcześniej do Szymona Hołowni.
Taki wynik sondażu IBRIS dla Onetu pokazuje, że najpewniej Polakom bardzo spodobała się decyzja prezydenta o odebraniu Orderu Orła Białego Wołodymyrowi Zełenskiemu. Prezydent Ukrainy nie wykonał żadnego gestu, aby złagodzić cios, jakim dla Polaków było nadanie przez niego jednostce wojskowej imienia UPA — ukraińskich partyzantów, którzy dopuścili się ludobójstwa na Wołyniu.— Nawrocki skanalizował opinie Polek i Polaków, którzy powiedzieli "basta" udawaniu, że problemu nie ma, co pokazywała nam Ukraina w kwestii ich polityki wobec OUN-UPA — mówi Onetowi dr Bartosz Rydliński, politolog. Przypomnę, że w innym sondażu, dotyczącym samego odebrania orderu Zełenskiemu, chciało tego aż 70 proc. pytanych. To pokazuje, że ta sprawa wychodzi poza tradycyjne podziały partyjne, że nas naprawdę zabolała — podkreśla ekspert.
— Nawrocki nie tyle się w ten trend wpisał, ile go stworzył. Miał swobodę ruchu, bo i Tusk, i Sikorski uprawiali w tej sprawie typowa strusią politykę, nie zabierali głosu i udawali, że ich to nie dotyczy. Słowem, oddali pole — mówi dr Rydliński.

"Jeśli Tusk nie zacznie szybko reagować, Ukraińcy zaczną być bici na ulicach. To idzie w złym kierunku"

E‑papieros za kierownicą nielegalny jak smarton? To może skończyć się gigantycznym mandatem!

 Kierowcy, którzy po przekroczeniu polsko‑niemieckiej granicy sięgają po e‑papierosa, mogą się mocno zdziwić. To, co w Polsce nie jest zabronione, w Niemczech – w zależności od sposobu użycia – może zostać potraktowane jak korzystanie ze smartfona podczas jazdy, czyli jak wykroczenie. A to oznacza jedno: wysoki mandat i punkt karny. Tak wynika z głośnego orzeczenia wyższego sądu w Kolonii, opisanego w niemieckich mediach.

Jak informuje portal hna.de, wyrok Wyższego Sądu Krajowego w Kolonii jest pierwszym tak jednoznacznym stanowiskiem niemieckiego sądu w tej sprawie. Sędziowie uznali, że e‑papieros wyposażony w ekran dotykowy spełnia definicję urządzenia elektronicznego, którego obsługa podczas jazdy jest zakazana na mocy §23 ust. 1a StVO. Nie ma znaczenia, że nie służy do komunikacji – wystarczy, że ma ekran dotykowy, a kierowca go dotyka.

Konsekwencje? 150 euro mandatu i jeden punkt karny – dokładnie jak za manipulowanie telefonem.

Wyrok sądu odbił się szerokim echem

Do zdarzenia, które doprowadziło do precedensowego wyroku, doszło w marcu 2024 r. na autostradzie A59. Policjanci zauważyli kierowcę, który trzymał e‑papierosa na wysokości klatki piersiowej i dotykał ekranu, zmieniając moc zaciągnięcia. W tym czasie odwrócił wzrok od drogi. Sąd rejonowy uznał go za winnego „zakazanej obsługi e‑papierosa jako kierowca pojazdu”. Mężczyzna odwołał się – bezskutecznie.Wyższy Sąd Krajowy w Kolonii potwierdził wyrok 25 września 2025 r., ustanawiając jasny standard prawny, którego wcześniej brakowało.ak podkreślają niemieckie portale, sędziowie porównali tę czynność do zmiany głośności w smartfonie podczas jazdy – a to jest jednoznacznie zakazane. Dlatego również „podkręcanie” ustawień na e‑papierosie traktowane jest jak korzystanie z telefonu.

Co wolno, a czego nie?

Wyrok nie oznacza całkowitego zakazu e‑papierosów w samochodzie. Kluczowe jest dotykanie ekranu:

  • Dozwolone: samo zaciąganie się, bez obsługi ekranu.
  • Zabronione: zmiana ustawień, mocy, trybów – wszystko, co wymaga dotknięcia wyświetlacza.

Niemieckie media podkreślają, że kierowcy powinni ustawić urządzenie przed ruszeniem, a w trakcie jazdy trzymać ręce z dala od ekranu. W przeciwnym razie grozi im kosztowna lekcja prawa drogowego.

Polacy szczególnie narażeni

W Polsce przepisy nie obejmują e‑papierosów w taki sposób, dlatego wielu kierowców nie zdaje sobie sprawy z różnic. Tymczasem tuż po przekroczeniu granicy może czekać ich mandat jak za używanie smartfona – i to nawet wtedy, gdy nie korzystają z telefonu, lecz jedynie „klikają” w e‑papierosa.Wyrok sądu w Kolonii to jasny sygnał: nowoczesne e‑papierosy z ekranami traktowane są jak urządzenia elektroniczne, a ich obsługa podczas jazdy jest zakazana. Kto nie chce wracać z Niemiec z mandatem i punktem karnym, powinien pamiętać o jednej zasadzie: ustaw, zanim ruszysz.