2026/04/09

5-miesięczny skatowany chłopczyk nie żyje! Trafił do szpitala przed Wielkanocą

 Wstrząsające wieści! Przed Wielkanocą do poznańskiego szpitala dla dzieci trafił skatowany niemowlak. 5-miesięczny chłopczyk miał między innymi pęknięte kości czaszki. Niestety, życia dziecka nie udało się uratować. 8 kwietnia dotarły do nas najgorsze możliwe informacje.

Maleńki chłopczyk zmarł. Do szpitala trafił z obrażeniami

Ta historia jest poruszająca. 40-letnia Gruzinka, matka niemowlaka, ze względu na finanse pojechała do Mołdawii leczyć swoje zęby. 5-miesięcznego synka zostawiła pod opieką ojca dziecka - także Gruzina i dwóch Mołdawian. Gdy wróciła, jej maleńki synek był… nieprzytomny. Pojechała z dzieckiem do szpitala dziecięcego przy ul. Wrzoska w Poznaniu, a stamtąd chłopczyk natychmiast został przetransportowany do innego szpitala przy ul. Szpitalnej. Niestety, jego życia nie udało się uratować. 8 kwietnia poznańska policja poinformowała, że chłopiec zmarł.

Policja szuka ojca dziecka

Do sprawy funkcjonariusze z Komisariatu Policji Poznań Nowe Miasto zatrzymali nie tylko dwóch mężczyzn w wieku 21 i 25 lat, obywateli Mołdawii, którzy mieli się zajmować chłopcem, ale też matkę. - Obrażenia dziecka powstały w dłuższym okresie, a nie tylko podczas jej wyjazdu na leczenie - tłumaczy nam Andrzej Borowiak. Wszystkim zatrzymanym postawiono zarzuty narażenia dziecka, którym mieli się zajmować, na niebezpieczeństwo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Grozi za to do 15 lat więzienia.

Będzie list gończy za ojcem chłopca

Policja szuka też cały czas ojca chłopca, który zniknął zaraz po tym, jak matka zawiozła chłopca do szpitala. Jak mówi prokurator Łukasz Wawrzyniak z Prokuratury Okręgowej w Poznaniu, jutro (9 kwietnia) odbędzie się sekcja zwłok chłopca. Dziś prokurator wysyła też do sądu wniosek o areszt poszukiwawczy wobec ojca dziecka. Po decyzji sądu w tym zakresie wydany zostanie list gończy. 

Przeszukania w szpitalu Świętej Rodziny w Warszawie. Chodzi o śmierć ciężarnej pacjentki

 Śledczy przeprowadzili przeszukania w Szpitalu Specjalistycznym Świętej Rodziny przy ul. Madalińskiego w Warszawie. Działania mają związek z głośnym śledztwem dotyczącym śmierci 30-letniej kobiety w 14. tygodniu ciąży, która zmarła w grudniu ubiegłego roku podczas planowego zabiegu ginekologicznego. Prokuratura zabezpieczyła dokumentację oraz nośniki elektroniczne i bada kolejne wątki sprawy.

Przeszukania w znanym warszawskim szpitalu. Zabezpieczono dokumentację

Służby przeprowadziły przeszukania w Szpitalu Specjalistycznym Świętej Rodziny przy ul. Madalińskiego w Warszawie. Działania śledczych mają związek z prowadzonym postępowaniem dotyczącym śmierci ciężarnej pacjentki, do której doszło w grudniu ubiegłego roku podczas planowego zabiegu ginekologicznego.

Podczas przeszukania funkcjonariusze zabezpieczyli zarówno dokumentację medyczną i techniczną, jak i nośniki elektroniczne. Materiały te mają zostać szczegółowo przeanalizowane w ramach prowadzonego śledztwa.

— W trakcie przeszukania na terenie szpitala zabezpieczona została dokumentacja oraz nośniki elektroniczne. Śledztwo pozostaje w toku i nadal prowadzone jest w sprawie. Jest to bardzo obszerne postępowanie pod względem już zgromadzonego i analizowanego materiału dowodowego — powiedział rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie Piotr Skiba.

Jak podkreślił, śledczy analizują kilka wątków sprawy. Jednym z nich jest kwestia podania pacjentce niewłaściwego gazu medycznego podczas zabiegu.

Kto jest winny śmierci pacjentki?

Według ustaleń śledczych kobiecie w trakcie rutynowej procedury ginekologicznej mógł zostać podany inny gaz niż tlen. Okoliczności tego zdarzenia są obecnie szczegółowo badane przez prokuraturę oraz biegłych.

Kto jest winny śmierci pacjentki?

Według ustaleń śledczych kobiecie w trakcie rutynowej procedury ginekologicznej mógł zostać podany inny gaz niż tlen. Okoliczności tego zdarzenia są obecnie szczegółowo badane przez prokuraturę oraz biegłych.Prokuratura sprawdza również wątek prac remontowych, które wcześniej były prowadzone w placówce. Śledczy analizują, czy infrastruktura medyczna w sali operacyjnej została prawidłowo dopuszczona do użytkowania.

— Chodzi o kwestię dopuszczenia do użytkowania między innymi tej kolumny oraz całej sali, na której doszło do zabiegu. Oceniane jest działanie nie tylko personelu medycznego, ale również technicznego, a także wykonawców i podwykonawców prac — wyjaśnił Piotr Skiba.

Śledczy badają więc nie tylko decyzje lekarzy i personelu medycznego obecnego podczas zabiegu, lecz także sposób przygotowania i wyposażenia sali operacyjnej, w tym instalacji gazów medycznych.

2026/04/08

3-letni Nikodem zginął w piekle ojczyma. Dusił go smyczą dla psa, bił i kopał. „Ścisnąłem i coś chrupnęło”

 3-letni Nikodem z Włocławka był brutalnie bity przez konkubenta swojej matki, Pawła K. Mężczyzna wyzywał chłopca, uderzał go, obwiązywał smyczą dla psa, aż w końcu doprowadził do śmierci dziecka. Posiniaczonego, nieprzytomnego chłopca włożył do wanny wypełnionej wodą, gdzie Nikodem się utopił. Przed śledczymi tłumaczył się, że chciał tylko „trzymać dyscyplinę”. - Ścisnąłem go i coś mu chrupnęło w środku - stwierdził. Szczegóły są przerażające.30 lipca 2019 roku zmarł 3-letni Nikodem, pochodzący z Włocławka, miasta w województwie kujawsko-pomorskim. Szybko wyszło na jaw, że w jego śmierć były zamieszane osoby trzecie. Chłopiec miał bowiem na ciele mnóstwo obrażeń: siniaków i zadrapań. Nawet lekarze, z którymi rozmawiali reporterzy, byli przerażeni tym, w jakim stanie było ciało 3-latka. Kulisy tego, jakie piekło zgotowano dziecku, są przerażające. 3-letni Nikodem żył z mamą, Agnieszką S., która już od jakiegoś czasu była związana z Pawłem K. W toku śledztwa okazało się, że konkubent kobiety wyładowywał agresję właśnie na dziecku swojej partnerki. Miał bić chłopca pięściami, wyzywać go, krępować taśmą przylepną, a także podtapiać. Podczas procesu ustalono, że po raz pierwszy uderzył 3-latka prawdopodobnie 21 czerwca 2019 roku. Koszmar dziecka i stosowane wobec niego tortury miały więc trwać nieco ponad miesiąc. Paweł K. tłumaczył śledczym, że chciał Nikodema „naprostować, bo był niegrzeczny”, że „tylko go dyscyplinował, gdy mu pyskował”. Nie potrafił poradzić sobie z 3-letnim dzieckiem i sięgnął po przemoc, która 30 lipca 2019 roku doprowadziła finalnie do śmierci chłopca. To wtedy Paweł K. znowu zaczął katować syna swojej partnerki.Ścisnąłem go i coś mu chrupnęło w środku”, twierdził przed sądem mężczyzna. Nieprzytomny 3-latek został wtedy przez niego zabrany do łazienki. Agresor zanurzył Nikodema w wannie wypełnionej wodą. Doszło do zachłyśnięcia i uduszenia się ofiary.

Nieudolna próba pomocy i okłamywanie lekarzy. "On tylko spadł ze schodów"

Oprawca wraz z matką chłopca po tych wydarzeniach wezwali nawet pogotowie, ale na ratunek było już za późno. Przez telefon powiedzieli dyspozytorowi, że dziecko spadło ze schodów i nie oddycha, lecz ratownicy od razu zauważyli ślady na ciele 3-latka, które świadczyły o znęcaniu się nad nim. Lekarz zadzwonił na policję, na miejsce przyjechały służby i sprawa ruszyła błyskawicznie.

Szczegóły, jakie ujawniło policyjne i prokuratorskie śledztwo, są wstrząsające. Wynika z nich, że Paweł K. miał w okropny sposób traktować chłopca. Zwracał się do niego wulgarnymi słowami, nieustannie groził mu, że wyprowadzi go na spacer w uprzęży dla psa. Miał też unieruchamiać dziecko, oklejając je taśmą przylepną. Uderzał 3-latka rękami w głowę i inne części ciała. Rzucał nim z wysokości na łóżko, potrząsał, szarpał, polewał zimną wodą i obwiązywał smyczą. 27-latek podnosił także Nikodema i trzymał go za nogi, głową skierowaną w dół, uderzając nim wówczas o swoje ciało. Kazał chłopcu stać kilka godzin w miejscu z rękoma uniesionymi ku górze albo przed sobą, a gdy 3-latek je opuszczał, był bity. Śledczy nie mieli żadnych wątpliwości, że sprawcadziałał z zamiarem bezpośrednim, powodując u dziecka ciężki uszczerbek na zdrowiu.

Lokalna społeczność nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Proces w tej sprawie trwał ponad trzy lata i choć toczył się za zamkniętymi drzwiami, z wyłączoną jawnością z uwagi na dobro rodziny, to relacje medialne były śledzone przez mieszkańców Włocławka, którzy komentowali sprawę w mediach oraz w internecie. Agnieszka S. pisała o sobie w sieci, że jest „mamą przez 24 godziny na dobę”. Sąsiedzi mówili dziennikarzom, że oprócz Nikodema, urodziła jeszcze dwoje dzieci – Sebastiana i Nikolę. Często miała też zmieniać partnerów, a niedługo przed dramatem jej 3-letniego syna, zaręczyła się z kolejnym – Pawłem K.

Ciało małego dziecka znalezione w śmietniku. Co ustaliła prokuratura?

 W jednym ze śmietników na terenie powiatu przemyskiego dokonano makabrycznego odkrycia – znaleziono tam zwłoki płodu. - Wiemy na tym etapie, że zostały ujawnione zwłoki płodu w miejscu, w okolicach miejsca zamieszkania kobiety, młodej kobiety - przekazała Radiu ESKA Małgorzata Taciuch-Kurasiewicz z prokuratury okręgowej w Przemyślu.

Dramat na Podkarpaciu. Zwłoki dziecka znalezione na śmietniku

W jednym ze śmietników na terenie powiatu znaleziono zwłoki płodu - podaje Radio ESKA. Sprawa natychmiast trafiła do prokuratury, która wyjaśnia okoliczności zdarzenia. Śledczy pracują nad ustaleniem tożsamości matki oraz wszystkich osób zamieszanych w tę bulwersującą sprawę. Wstępne ustalenia wskazują, że zwłoki zostały porzucone w pobliżu miejsca zamieszkania młodej kobiety. Prokuratura nie ujawnia nazwy miejscowości, w której doszło do makabrycznego odkrycia. Wiadomo jedynie, że znajduje się ona na terenie powiatu przemyskiego. Śledczy podkreślają, że dopiero dalsze działania pozwolą ustalić czy doszło do przestępstwa. Prokuratura uzyskała informację z policji o prowadzeniu wstępnych czynności, czynności w tak zwanym trybie 308 Kodeksu Postępowania Karnego, w związku z podejrzeniem spowodowania śmierci dziecka, przy czym to są czynności wstępne. Wiemy na tym etapie, że zostały ujawnione zwłoki płodu w miejscu, w okolicach miejsca zamieszkania kobiety, młodej kobiety. Te czynności są na wstępnym etapie. Dopiero przeprowadzenie dalszych czynności sprawy pozwoli na potwierdzenie okoliczności w tym związanych z tym, czy mamy do czynienia w ogóle z przestępstwem. Nie można podać. To jest teren powiatu przemyskiego - przekazała Radiu ESKA Małgorzata Taciuch-Kurasiewicz z prokuratury okręgowej w Przemyślu.

2026/04/07

35-latek zgotował piekło rodzinie. Dziecko ruszyło na ratunek rodzeństwu, doznało obrażeń

 Mieszkaniec Czerwińska nad Wisłą zamienił życie swoich bliskich w koszmar, stosując przemoc fizyczną i słowną. Agresja 35-latka sięgnęła zenitu, a jedno z dzieci musiało stanąć w obronie maltretowanego rodzeństwa, co przypłaciło obrażeniami.

Domowa awantura w Czerwińsku nad Wisłą

Do dramatycznych wydarzeń doszło 1 kwietnia w gminie Czerwińsk nad Wisłą. 35-latek urządził awanturę, podczas której znęcał się nad partnerką, jej matką oraz dziećmi. Policjanci natychmiast pojawili się na miejscu, zatrzymali agresora i wdrożyli procedurę "Niebieskiej Karty", nakładając na niego surowe zakazy.

Jak wynika z ustaleń mundurowych, mężczyzna zachowywał się niezwykle agresywnie, używał wulgaryzmów, upokarzał bliskich i stosował wobec nich siłę fizyczną. Podczas kłótni szarpał i odpychał członków rodziny, w wyniku czego jedna z kobiet przewróciła się, doznając urazu nogi.

Dziecko broniło rodzeństwa

Agresja 35-latka nie miała granic. Mężczyzna zamierzał uderzyć jedno z dzieci, jednak w jego obronie stanęło starsze rodzeństwo. Niestety, interweniujące dziecko zostało zaatakowane i doznało urazu ręki. Z relacji nadkom. Kingi Drężek-Zmysłowskiej z Komendy Powiatowej Policji w Płońsku wynika, że sprawca niszczył również mienie domowe, uszkadzając między innymi telefon należący do jednego z małoletnich. W momencie przybycia patrolu był pijany, mocno pobudzony i miał trudności z utrzymaniem się na nogach.

Agresor może trafić do więzienia

Funkcjonariusze natychmiast odizolowali nietrzeźwego mężczyznę od przerażonej rodziny i przewieźli go do policyjnej celi. Gdy 35-latek doszedł do siebie, policjanci przeprowadzili z nim niezbędne czynności. Okazało się również, że pobita kobieta musiała trafić pod opiekę lekarzy i przebywa w szpitalu.

Zebrane dowody pozwoliły na natychmiastowe wydanie wobec agresora czterech nakazów opuszczenia miejsca zamieszkania i jego najbliższej okolicy. Co więcej, nałożono na niego bezwzględny zakaz zbliżania się do ofiar na odległość mniejszą niż 100 metrów oraz zakaz jakiegokolwiek kontaktu. Mężczyzna musiał zabrać najpotrzebniejsze rzeczy i opuścić posesję w asyście mundurowych. Wspomniane zakazy obowiązują przez najbliższe dwa tygodnie, a pokrzywdzeni mogą podjąć kolejne kroki prawne. Za fizyczne i psychiczne znęcanie się nad bliskimi kodeks karny przewiduje do 5 lat więzienia.

Pani Mirella żyła w izolacji 27 lat i chce zostać w domu. Sąd zdecyduje o jej przyszłości

 Pani Mirella ze Świętochłowic (Śląskie) przez 27 lat była zamknięta w mieszkaniu. Przed Sądem Rejonowym w Chorzowie rozpoczęło się we wtorek postępowanie o przymusowe umieszczenie jej w domu pomocy społecznej. Pani Mirella stawiła się na rozprawie z ojcem. Powiedziała dziennikarzom, że chce zostać w domu. Prokuratura prowadzi śledztwo w sprawie wieloletniego pozbawienia jej wolności.Świętochłowic w asyście policji wyszła kobieta, której sąsiedzi nie widzieli od 27 lat. Myśleli, że pani Mirella zaginęła w wieku 15 lat lub wyjechała za granicę. Gdy usłyszeli w mieszkaniu odgłosy awantury, wezwali policję. 43-latka miała problemy z poruszaniem się i widoczne obrzęki na nogach, trafiła wtedy do szpitala. Po dwóch miesiącach wróciła do mieszkania rodziców.

W lutym Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej w Świętochłowicach oraz Prokuratura Rejonowa w Chorzowie zawnioskowały do sądu o przymusowe umieszczenie pani Mirelli w domu pomocy społecznej. Instytucje uzasadniły, że pani Mirella wymaga wsparcia w codziennym funkcjonowaniu, którego nie da się udzielić w jej mieszkaniu.

We wtorek Sąd Rejonowy w Chorzowie zajął się sprawą pani Mirelli. Kobieta pojawiła się w sądzie i kiedy wchodziła na salę rozpraw dziennikarze mogli pierwszy raz usłyszeć jej głos.Powiedziała do dziennikarzy, że czuje się dobrze i chce zostać w swoim domu. - W domu, w domu, po prostu w domu. Żadna krzywda mi się nie dzieje - mówiła.

Sad wyłączył jawność ze względu na dobro kobiety. O wyłączenie jawności wniósł prokurator, ponieważ na rozprawie będzie mowa o stanie zdrowia pani Mirelli, oraz pracownik MOPS.

"Forma pozbawienia wolności"

- Umieszczenie w domu pomocy społecznej bez zgody jest zawsze formą pozbawienia wolności. Nie jest co prawda w procedurze karnej, ale cywilnej, dlatego sąd zawsze musi zbadać wszystkie przesłanki wynikające z ustawy. Biegły sądowy wyda opinię co do tego, czy pani powinna zostać umieszczona w domu pomocy społecznej. W oparciu o przeprowadzenie pełnego postępowania dowodowego dotyczącego sytuacji zdrowotnej i życiowej wespół z opinią sąd będzie mógł podjąć końcową decyzję - powiedział prokurator Marcin Murias.Zapytany przez dziennikarzy, czy pisemna opinia została już sporządzona, odpowiedział, że "nie ma informacji na ten temat". Opowiedział również, jak wygląda standardowy tryb w tego typu postępowaniach.- Jeżeli uczestnik stawia się na rozprawę, sąd przesłuchuje go w charakterze uczestnika. Następnie sąd bada zgromadzoną w aktach sprawy dokumentację. Jeżeli chodzi o moje postępowanie, to starałem się je przeprowadzić jak najszerzej. Uzyskałem pełną dokumentację medyczną z domu pomocy społecznej oraz Zakładu Ubezpieczeń Społecznych czy miejskiego zespołu orzekania o niepełnosprawności. Te wszystkie dokumenty wespół z opinią biegłego i przesłuchaniem uczestników w sprawie i być może dalszych świadków pozwolą sądowi podjąć decyzję - podkreślił prokurator.

Trwa śledztwo, nikt nie usłyszał zarzutów

Prokuratura rejonowa w Chorzowie od października zeszłego roku prowadzi śledztwo, które ma wyjaśnić, dlaczego pani Mierlla nie wychodziła z domu przez 27 lat. Sprawdzane są wątki pozbawienia wolności pani Mirelli, znęcania się nad nią, narażenia jej na bezpośrednie niebezpieczeństwo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, oraz nieudzielenia pomocy w sytuacji grożącej takim niebezpieczeństwem."Dotychczas w sprawie zgromadzono wszelką niezbędną dokumentację medyczną, przesłuchano szereg świadków, uzyskano opinię sądowo-lekarską i psychologiczną. Zgromadzony materiał dowodowy, w tym zeznania pokrzywdzonej, na obecnym etapie nie dostarczył podstaw do przedstawienia komukolwiek zarzutów i w związku z tym brak jest podstaw do zastosowania jakichkolwiek środków zapobiegawczych, w tym również dotyczących kontaktu z pokrzywdzoną czy kwestii wspólnego zamieszkiwania z pokrzywdzoną" - podała w połowie lutego w komunikacie Izabela Knapik z Zespołu Prasowego Prokuratury Okręgowej w Katowicach.

"Postępowanie jest kontynuowane. Aktualnie prokuratura oczekuje na sporządzenie opinii dotyczącej profilu wiktymologicznego oraz uzupełniającej opinii sądowo-lekarskiej. Po uzyskaniu wskazanych opinii w sprawie zostaną wykonane czynności procesowe z rodzicami pokrzywdzonej, w roli procesowej adekwatnej do treści zgromadzonego materiału dowodowego" - dodała prok. Knapik.

Sąsiedzi nie widzieli jej od wielu lat

W lipcu 2025 roku policja otrzymała zgłoszenie o kłótni domowej w jednym z bloków w Świętochłowicach. Podczas interwencji okazało się, że we wskazanym przez sąsiadów mieszkaniu przebywa małżeństwo w wieku 82 lat wraz z córką panią Mirellą, której sąsiedzi nie widzieli od wielu lat. 43-latka mała problemy z poruszaniem się i widoczne obrzęki na nogach, dlatego policjanci wezwali pogotowie ratunkowe. Po dwóch miesiącach spędzonych w szpitalu wróciła do mieszkania rodziców.Dziennikarka tvn24.pl Małgorzata Goślińska ustaliła, że rodzice mieli tłumaczyć zniknięcie 15-latki jej porwaniem, zaginięciem, wyjazdem za granicę lub powrotem do biologicznej rodziny. Wypisali ją ze szkoły, pani Mirella nigdy nie wyrobiła dowodu osobistego.Kobieta otrzymała wsparcie z MOPS. Pracownicy socjalni pomogli jej wyrobić dowód, uzyskać ubezpieczenie zdrowotne, rentę, zasiłek pielęgnacyjny. Rozpoczęła się praca socjalna nad powrotem pani Mirelli do społeczeństwa. Niestety, nie udała się, rodzina przestała wpuszczać pracowników do mieszkania.

Wojewoda śląski skontrolował, jak ta praca socjalna wyglądała. Wyniki kontroli jeszcze nie zostały ujawnione, ale wiadomo, że są negatywne.                                                                                                                     Źródło: tvn24.pl, PAP