FOCH
2026/07/06
Mateusz udusił Gosię, poćwiartował i spalił ciało. Później opiekował się 2-letnim synem. "Jestem zwyrolem"
Mateusz M. miał według śledczych najpierw udusić swoją dziewczynę, Małgorzatę W., następnie odciąć jej nogi, a później spalić ciało kobiety. W pierwszych rozmowach z policjantami tłumaczył się tym, że po prostu jest „zwyrolem”. Wcześniej udawał, że bierze udział w poszukiwaniach Gosi, sam zgłosił nawet jej rzekome zaginięcie. Gdy stanął przed sądem, wycofał zeznania i nie przyznał się do winy. Szczegóły tej sprawy mrożą krew w żyłach.
Małgorzata W. zaginęła 21 kwietnia 2024 roku w Chełmie Śląskim pod Mysłowicami. Jej ówczesny partner, Mateusz M., osobiście zgłosił jej zniknięcie na komendzie policji. Początkowo inżynier fizyki sugerował, że po ich kłótni mogła targnąć się na swoje życie. W domu na powrót mamy czekała ich dwójka wspólnych dzieci. Z ustaleń śledczych wynikało, że 32-letnia kobieta po raz ostatni nawiązała kontakt z członkami swojej rodziny poprzez rozmowę telefoniczną – w niedzielę, około godziny 15:00. Po jej zakończeniu, przestała się odzywać i odbierać komórkę. Nie dała o sobie znać, nie wróciła też do domu, a samochód, którym podróżowała, znaleziono przy zbiorniku wodnym Dziećkowice, co mogło ponownie sugerować próbę odebrania sobie życia.Funkcjonariusze zaapelowali do mieszkańców okolicznych miejscowości o pomoc w poszukiwaniach, publikując w mediach zdjęcie Małgorzaty oraz jej opis. Można było z niego wyczytać, że kobieta ma około 165 centymetrów wzrostu i jest szczupłej budowy ciała. Włosy w kolorze blond, sięgające do ramion, ubrana w sweterek sportowy z kapturem, szare spodnie typu dresowego oraz buty sportowe – takiej osoby należało wypatrywać.
- Policja apeluje do wszystkich osób, które mogłyby posiadać jakiekolwiek informacje na temat miejsca pobytu zaginionej. Wszystkie takie wskazówki są niezmiernie cenne i mogą okazać się kluczowe w dalszych poszukiwaniach – czytaliśmy w opublikowanym komunikacie. Ale szybko wyszło na jaw, że Małgorzata W. wcale nie zaginęła, tylko została zamordowana. O szczegółach dotyczących tego, jak mundurowym udało się rozwikłać tę zagadkę, w lipcu 2025 roku w sądzie opowiedział policjant, który przeprowadził rozmowę z Mateuszem M., partnerem kobiety. To on został oskarżony o jej zabójstwo i po roku od sprawy stanął przed wymiarem sprawiedliwości.
Kamery monitoringu nagrały podejrzanego, jak porzuca samochód partnerki w okolicach zbiornika Dziećkowice. Mężczyzna na dalszym etapie śledztwa nie chciał też udostępnić komputerów do sprawdzenia przez policję, nie angażował się w poszukiwania Małgorzaty, znikał na dłuższy czas i nie było z nim kontaktu. Nie zachowywał się jak zrozpaczona osoba, która szuka ukochanej, to dało policjantom do myślenia. Kilkakrotnie zmieniał też zeznania: przyznał, że nie układało im się w związku, ale rzekomo proponował kobiecie rozstanie. Potem twierdził, że to ona groziła, że odejdzie i odbierze mu dzieci. Często mieli się kłócić, a sprzeczki nabierały na sile.Aspirant Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach zeznawał, że w dzień, kiedy Mateusz M. przyznał mu się do winy, najpierw zadzwonił do mężczyzny, by uprzedzić go o wizycie. Podejrzany nie był zaskoczony, w końcu sam złożył zawiadomienie o zaginięciu dziewczyny. Niedawno wrócił do domu, przygotowywał obiad dla 2-letniego synka, z którym był w mieszkaniu.- Pojechaliśmy tam. Otworzył drzwi, a ja celowo od razu powiedziałem mu, że jesteśmy od zabójstw, żeby obserwować reakcję. Tej jednak nie było, zupełnie. Weszliśmy do środka. Rozmawiał z nami odwrócony tyłem, skrobał ziemniaki, mówił, że musi zrobić obiad synkowi – relacjonował funkcjonariusz.
Niedługo później padło pytanie, co Mateusz M. zrobił, by pomóc w odnalezieniu partnerki. Słowa, których użył, od razu zapaliły czerwoną lampkę nad głowami policjantów. - Usłyszałem, że się „przeszedł” nad pobliski zbiornik wodny. To „przeszedłem się” sprawiło, że byłem przekonany, że to on jest zabójcą. Wtedy powiedziałem do niego: gdyby pan był mną, a ja panem, czy uwierzyłby mi pan w wypowiedziane właśnie słowa? Odpowiedział, że nie – zeznawał mundurowy. Wtedy coś w Mateuszu M. pękło. Odwrócił się do funkcjonariuszy i stanął wyprostowany, jak na baczność. Po chwili przerwał ciszę i przyznał się do zbrodni. - Stwierdził: udusiłem ją. Spytałem: gdzie ciało? Odpowiedział, że nie ma ciała – padło w zeznaniach.
Zdaniem policjantów podejrzany szczegółowo opisał później, jak doszło do zabójstwa. Miał twierdzić, że do zbrodni doszło w afekcie, podczas szarpaniny na schodach, z których Małgorzata W. została przez niego zepchnięta. Po wszystkim zbiegł do obolałej partnerki i zacisnął ręce na jej szyi, dusząc tak długo, aż przestanie oddychać. Następnie miał starannie umyć schody, by zatrzeć po sobie wszelkie ślady, ale z rozbrajającą szczerością stwierdził też, że w jego ocenie dobry policjant powinien odnaleźć na nich krew, co się jednak nie stało – przynajmniej nie od razu.- Nie chciałem go „kajdankować” przy małym dziecku, żeby nie zrobić z niego „zwyrola”. Dałem mu czas na pożegnanie się z synem. Później on do mnie powiedział: pan mówił, że nie chce zrobić ze mnie „zwyrola”, ale ja jestem „zwyrolem”. Jeszcze nie powiedziałem wszystkiego – cytował słowa podejrzanego policjant, który z nim rozmawiał w dniu zatrzymania.
To właśnie wtedy Mateusz M. miał wskazać kominek i wyznać, że próbował w nim spalić ciało Małgorzaty, uprzednio obcinając jej nogi. Ze szczątków miał zostać jedynie kawałek jej kości oraz telefon, który też próbował spalić, co mu się jednak nie udało. Pozostałości wyrzucił w zaroślach przy jakichś hałdach, tak przynajmniej wówczas mówił.
Mateusz odciął nogi ofierze, starał się rozczłonkować ciało. Porównał krojenie człowieka do krojenia kurczaka
Śledczy wyciągnęli od niego jeszcze inne szczegóły: miał im przyznać się do tego, że po zabójstwie zniósł zwłoki Małgorzaty do piwnicy, gdzie starał się je rozczłonkować. Na początek obciął nogi, prawdopodobnie po to, by szczątki zmieściły się w kominku. Ale temperatura w piecu była zbyt niska i nie uporała się z całkowitym spaleniem ciała, na co miał liczyć podejrzany. Wtedy mężczyzna zapakował pozostałości w folię i wywiózł je do nieodległego lasku. Tam miał pozbyć się nadpalonych nóg oraz reszty korpusu. Gdzieś wyczytał, że najlepszym drewnem do spalenia ciała jest dębina, która daje najwyższą temperaturę. Zakupił dużą beczkę po oleju, w której wywiercił dziury, a następnie wrócił na miejsce ukrycia zwłok. Zabrał je z powrotem do domu, a następnie przez całą noc spalał szczątki w beczce. Spopielił je. Ostatnim akordem było wysypanie prochów i zmieszanie ich z cementem i wodą. Tę „zaprawę” wylał pod płotem posesji – relacjonował Przemysław Gluma, dziennikarz „Super Expressu”, który śledził rozpoczęty niedawno proces Mateusza M. w tej sprawie.Przed sądem pierwsze zeznania złożył zresztą nie tylko policjant, lecz także Magdalena S., była żona oskarżonego, która nie ukrywała, że boi się byłego męża. Ekspertka z dziedziny chemii, pracownica naukowa, prosiła o złożenie zeznań w innej sali, ponieważ nie czuje się komfortowo w obecności Mateusza. Sąd częściowo przychylił się do jej wniosku, pozwalając po prostu na to, by złożyła zeznania podczas połączenia z salą przez internet – wyświetlono ją na widoku z kamerki. Wydawała się bardzo przejęta tym wszystkim.
- Rozwiedliśmy się z powodu niezgodności charakterów. Używam bardzo dyplomatycznej formuły. Powodem był trudny charakter mojego byłego męża. Mieszkaliśmy wtedy w małym mieszkanku w domu asystenta, ponieważ robiłam doktorat. Mateusz musiał opuścić mieszkanie, bo ja miałam do niego prawo - zeznawała była żona mężczyzny. - Mąż był dominujący, nawet apodyktyczny. Wszystko musiało być wedle jego woli. Był nieustępliwy w kłótniach. Jest bardzo inteligentny i traktował innych jako głupszych, krytykował i nie poważał ich, nie tolerował innego zdania. Z perspektywy czasu uważam, że to osoba toksyczna – dodawała.
Małżeństwo z podejrzanym stawało się dla kobiety coraz bardziej uciążliwe. Miała poczucie, jak zeznawała, że zabrnęła w pułapkę. W pewnym momencie zaczęła nawet korzystać z porad psychologa, na co według śledczych zdecydowała się również następna partnerka Mateusza, czyli zamordowana Małgorzata. Pani Magdalena zeznawała, że stała się potulna i stłamszona, miała poczucie, że i tak nie wygra, więc odpuszczała.Mąż nie stosował jednak fizycznej przemocy. Raz chyba tylko mocniej pociągnął mnie za rękę. Raz też, gdy się z nim nie zgodziłam, powiedział w żartach, że jak jeszcze raz coś takiego powiem, to rozbije mi butelkę po piwie na głowie. To była taka wysublimowana przemoc w białych rękawiczkach, która miała mnie ustawić do pionu. Krytykował mnie publicznie. Zawsze wyglądało to na żarty, strofował jak dziecko za byle pierdoły. Czułam się napominana. To wszystko sprawiło, że się bardzo zmieniłam. Z otwartej osoby zrobiłam się smutna i wycofana. Bez poczucia wartości w roli małżonki. Wtedy w tajemnicy przed mężem zaczęłam spotykać się z psychologiem - zeznawała Magdalena S.Gdy podjęła decyzję o rozwodzie, zostawiła Mateuszowi list. Bała się powiedzieć mu o tym wprost. W powodach zaznaczyła między innymi, że nie chce mieć dzieci, bo wiedziała, że on wręcz przeciwnie – marzył o zostaniu ojcem. Do rozwodu ostatecznie doszło, a po jego zakończeniu dawne małżeństwo praktycznie przestało się całkowicie widywać. Magdalena S. pamięta jeszcze sytuację, w której poznała Małgorzatę – obie miały zostać sobie przedstawione przez podejrzanego. PóźniejszaPytała o powód naszego rozstania, mówiła o problemach w związku. Zastanawiała się, czy to nie ona przypadkiem jest temu winna. Poza tym napisała, że gdyby nie dwoje ich dzieci, to ona sama już dawno by go opuściła – zeznawała Magdalena S., która przyznała wprost, że zaskoczyło ją to wyznanie, zrobiło jej się też żal tej kobiety. - Przypomniało mi się wtedy, jak bardzo mój były mąż potrafił być mściwy i bałam się, że dowie się o korespondencji. Odpisałam bardzo ogólnie. Zdradziłam jej, że chodziłam do psychologa. Podziękowała mi za odpowiedź, później już nie odpisywałam z obawy przed zemstą byłego męża – zeznała świadek. W kwietniu 2024 roku, kiedy media obiegło zdjęcie Małgorzaty W. wraz z informacją o jej zaginięciu, Magdalena poczuła ogromny niepokój. Od razu pomyślała, że Mateusz mógł jej coś zrobić, a kiedy potwierdziła się informacja o śmierci kobiety: była niemal pewna.
Złe przeczucia mieli także współpracownicy Małgorzaty, którzy o sprawie dowiedzieli się z mediów. - W ostatnim czasie bardzo zamknęła się w sobie. Była księgową. Ostatni miesiąc przez tydzień przed śmiercią już się nie odzywała – zeznała koleżanka z pracy. - Jedno zajście z dziećmi uderzyło mnie. Pokazała mi zdjęcia obrażeń córeczki i mówiła, że to Mateusz ją szarpał. Zgłosiła sprawę na policję i w przedszkolu. Tak bardzo zależało jej na rodzinie: chodziła do psychologa, byli razem na terapii. Mateusz miał jej powiedzieć, że zniszczyła mu życie, że ma dosyć jej i dzieci, i że niepotrzebnie kupili dom. Ona przy nim czuła się nikim – dodawała kobieta. Małgorzata miała być uzależniona finansowo od Mateusza, nigdy nic nie kupowała, w pracy prawie nie jadła, bo nie miała swoich pieniędzy. - Według mojej oceny on zawsze był socjopatą – mówiła koleżanka Małgorzaty. I choć początkowo Mateusz M. przyznał się do winy w rozmowach z policjantami, to podczas samego procesu wycofał swoje zeznania. Teraz twierdzi, że doszło do nieszczęśliwego wypadku, że Małgorzata spadła ze schodów i uderzyła głową o stopień, a on spanikował. Sprawdził jej puls, lecz 32-latka już nie żyła, dlatego postanowił pozbyć się ciała. Warto przy tym zaznaczyć, że mimo słabego zaangażowania w pozorowane poszukiwania partnerki, mężczyzna przejawia ogromną aktywność podczas rozpraw: zadaje pytania świadkom w sposób niezwykle inteligentny, jest stanowczy i opanowany, nie uronił też ani jednej łzy.Małgosia negatywnie nastawiała otoczenie do mojej osoby, przedstawiała mnie w złym świetle. Nieprawdą jest, że pozbawiłem ją środków do życia. Od 2020 roku prowadziłem nasze finanse, ona miała do nich dostęp. W 2022 roku podjąłem decyzję o powrocie do korepetycji, które prowadziłem w naszym domu, by spłacić nasze zobowiązania. Trzy razy się oświadczałem i trzykrotnie zostałem odrzucony. Nie zawarliśmy małżeństwa ze względu na jej wybuchowy charakter. Nasza relacja przypominała huśtawkę. Nigdy jej nie groziłem śmiercią i zakopaniem — zeznawał oskarżony. Mateusz powtórzył, że to Małgorzata miała mu grozić odejściem i odebraniem dzieci.
Tymczasem ogromne katusze przechodzą najbliżsi kobiety, w tym dwójka maluchów, które tęsknią za mamą, ale też rodzice Małgorzaty. Ojciec ofiary pełni w procesie rolę oskarżyciela posiłkowego, to on z żoną przejął opiekę nad małoletnimi. - Dzieci straciły matkę i szansę na normalne wychowanie. W rolę ojca i matki muszą się wcielić dziadkowie. Nie powinno tak być — mówił mecenas Dariusz Kawalec, pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych, który wniósł o zadośćuczynienie po 300 tys. złotych dla obojga dzieci i po 100 tys. zł dla dziadków. — To, co się stało ze zwłokami Małgorzaty, i okoliczność pochówku, który raczej był symboliczny niż rzeczywisty, to powoduje olbrzymie cierpienie. Dziś dziewczynka już rozumie, że nie ma mamy, chłopiec jeszcze nie. Przyjdzie im całe życie wychowywać się bez matki – dodawał prawnik.Gdy przygotowywaliśmy ten materiał, proces w sprawie mężczyzny nadal trwał. Mateuszowi M. za zarzucane mu zabójstwo partnerki oraz zbezczeszczenie jej zwłok grozi kara dożywotniego więzienia.
Matka zjadła 4-letnie dziecko?! Szokująca relacja policji
Wstrząsające doniesienia z Australii! Tamtejsza policja prowadzi śledztwo w sprawie tajemniczej śmierci 4-letniego chłopca, którego szczątki znaleziono w mieszkaniu w miejscowości Wyong w stanie Nowa Południowa Walia. Matka dziecka została oskarżona o morderstwo, a śledczy sprawdzają doniesienia o możliwym... kanibalizmie.
4-letni chłopiec nie żyje. Matka usłyszała zarzut morderstwa, policja bada "wątek kanibalizmu"
Tylko szokująca plotka mediów na antypodach czy niewiarygodna prawda?! Australijska policja wyjaśnia okoliczności śmierci 4-letniego chłopca, którego ciało znaleziono w mieszkaniu w miejscowości Wyong na środkowym wybrzeżu stanu Nowa Południowa Walia. W związku ze sprawą zatrzymano 32-letnią matkę dziecka. Kobieta usłyszała zarzut morderstwa związanego z przemocą domową. Do zdarzenia doszło w sobotę po południu. Kobieta sama zgłosiła się na komisariat policji w Wyong. Według funkcjonariuszy podczas rozmowy miała powiedzieć coś, co wzbudziło ich niepokój. Policjanci pojechali więc do mieszkania przy Byron Street, aby sprawdzić, co się dzieje. Na miejscu znaleźli ciało 4-letniego chłopca. Jak podają australijskie media, dziecko mogło nie żyć od kilku dni. Policja potwierdziła, że chłopiec miał pewne poważne obrażenia, jednak nie ujawniła ich szczegółów.
Kanibalizm to na razie tylko hipoteza. Sąsiedzi twierdzą, że nic nie wskazywało na przemoc w domu
Szef lokalnej policji, superintendent Chad Gillies, określił miejsce zdarzenia jako „wyjątkowo wstrząsające". Podkreślił, że śledczy nie chcą na tym etapie spekulować na temat charakteru obrażeń ani przebiegu wydarzeń. Według informacji przekazanych przez „Sydney Morning Herald" policja sprawdza również doniesienia o możliwym kanibalizmie. Funkcjonariusze podkreślają jednak, że jest to tylko jeden z badanych wątków. Oficjalnie nie potwierdzono, aby śledztwo wykazało, że do takich działań rzeczywiście doszło.
Departament Społeczności i Wymiaru Sprawiedliwości Nowej Południowej Walii poinformował, że rodzina była wcześniej znana służbom
W mieszkaniu przebywali tylko kobieta i jej syn. Ze względu na obowiązujące w Australii przepisy ich nazwiska nie zostały ujawnione. Policja poinformowała jedynie, że 32-latka była wcześniej znana funkcjonariuszom.
Sąsiedzi opisywali chłopca jako pogodne i pełne energii dziecko. Mówili, że często bawił się na osiedlu. Jak twierdzą, nic nie wskazywało na to, że w rodzinie mogło dochodzić do przemocy. Po ujawnieniu sprawy Departament Społeczności i Wymiaru Sprawiedliwości Nowej Południowej Walii poinformował, że rodzina była wcześniej znana służbom. Urzędnicy zapowiedzieli sprawdzenie dokumentacji dotyczącej kontaktów z matką i dzieckiem. Sprawa wywołała także dyskusję o funkcjonowaniu systemu opieki społecznej, głos zabierają politycy, opozycja domaga się wyjaśnień.Policja zapowiada dokładne śledztwo. Jak podkreślił superintendent Gillies, jego celem jest ustalenie, co dokładnie wydarzyło się w mieszkaniu i przedstawienie pełnych ustaleń sądowi. Kobieta nie stawiła się na pierwszym posiedzeniu dotyczącym zwolnienia za kaucją. Kolejna rozprawa została wyznaczona na 1 września.
Tragedia! Pijany Ukrainiec zabił 45- letniego rowerzystę. Uciekł z miejsca wypadku

Tragiczne zdarzenie na drodze w powiecie nyskim wstrząsnęło lokalną społecznością. Kierowca, który potrącił rowerzystę i uciekł, zostawiając go bez pomocy, został szybko ujęty przez policję.Śmierć niewinnego rowerzysty na Opolszczyźnie pokazuje dramatyczne skutki ucieczki z miejsca wypadku. Policja działała sprawnie i zatrzymała sprawcę – 40-letniego obywatela Ukrainy.
Tragiczny wypadek na trasie Głębinów-Skorochów
Do zdarzenia doszło w nocy 1 lipca 2026 roku na drodze łączącej Głębinów ze Skorochowem w powiecie nyskim. 45-letni rowerzysta został potrącony przez samochód osobowy. Mimo reanimacji lekarzom nie udało się uratować jego życia. Kierowca pojazdu odjechał z miejsca zdarzenia, nie udzielając poszkodowanemu żadnej pomocy.
Policja z Nysy natychmiast rozpoczęła intensywne działania operacyjne. Dzięki zabezpieczonym śladom i dowodom szybko wytypowano pojazd oraz kierowcę.
Zatrzymanie sprawcy i zarzuty
Kryminalni z Komendy Powiatowej Policji w Nysie ustalili i zatrzymali 40-letniego obywatela Ukrainy. Mężczyzna w chwili zatrzymania miał blisko promil alkoholu w organizmie. Usłyszał zarzuty spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym w stanie nietrzeźwości oraz ucieczki z miejsca zdarzenia. Sąd zdecydował o tymczasowym aresztowaniu na trzy miesiące. Grozi mu nawet do 20 lat pozbawienia wolności.
Śledztwo prowadzi Prokuratura Rejonowa w Nysie pod nadzorem policji. Sprawa jest rozwojowa.
Konserwatywne wnioski z tragedii na Opolszczyźnie
Obywatel Ukrainy potrącił rowerzystę i uciekł – takie przypadki budzą uzasadniony niepokój wśród Polaków. Ucieczka z miejsca wypadku i pozostawienie człowieka w potrzebie to nie tylko ciężkie przestępstwo, ale też brak elementarnego człowieczeństwa. Konserwatywny głos w debacie publicznej podkreśla potrzebę surowego karania sprawców i ochrony polskich dróg przed zagrożeniami.Incydent przypomina, jak ważne jest przestrzeganie prawa i odpowiedzialność za swoje czyny, szczególnie w kontekście ruchu drogowego. Ofiara – 45-letni mężczyzna – straciła życie, bo ktoś postanowił uciec zamiast pomóc.
Apel o bezpieczeństwo na drogach
Policja apeluje o ostrożność i zgłaszanie niebezpiecznych zachowań na drogach. Każdy kierowca musi pamiętać, że ucieczka z miejsca wypadku pogarsza sytuację prawną i moralną. W tym przypadku sprawca został szybko zatrzymany dzięki profesjonalnej pracy funkcjonariuszy.Rodzina zmarłego rowerzysty przeżywa ogromną tragedię. Cała społeczność powiatu nyskiego jest wstrząśnięta tym zdarzeniem.
MojaPL.pl
Źródła: SE.pl, Komenda Powiatowa Policji w Nysie, doniesienia lokalnych mediów z Opolszczyzny.