2026/08/06

Nawrocki zaapelował do marszałka Sejmu ws. cen prądu. Prezydent domaga się obniżki o 33 proc . Czytaj więcej: https://goniec.pl/nawrocki-zaapelowal-do-marszalka-sejmu-ws-cen-pradu-prezydent-domaga-sie-obnizki-o-33-proc-ki-wwi-060826?fbclid=IwY2xjawThvzxwZG9mAWV4dG4DYWVtAjEwAGJyaWQRMDVlMkpkYzhXRmRQUGtZQ09zcnRjBmFwcF9pZBAyMjIwMzkxNzg4MjAwODkyAAEe5pKS763KnS-Fj8CqzXBcgkCOHKYRDQgNAIdwWl2AINeyC8vr6xn9G6UgLbw_aem_w559-P-j4bfxOEfdQdeG-A

 

Karol Nawrocki zaapelował do marszałka Sejmu o natychmiastowe odblokowanie prezydenckiego projektu ustawy, który ma obniżyć ceny energii elektrycznej o 33%. Prezydent podniósł tę kwestię podczas rocznicowego wystąpienia na dziedzińcu Pałacu Prezydenckiego, którego zapis opublikowała Kancelaria Prezydenta RP, krytykując przetrzymywanie inicjatywy w tzw. sejmowej zamrażarce.W przemówieniu podsumowującym pierwszy rok kadencji prezydent uczynił spór o ceny prądu jednym z głównych wątków. Zarzucił kierownictwu parlamentu celowe blokowanie rozwiązań, które mogłyby przynieść ulgę gospodarstwom domowym i przedsiębiorcom, podkreślając, że brak decyzji uderza wprost w budżety Polaków.Nawrocki zaczął od osobistej anegdoty. Jak wspominał, w dniu zaprzysiężenia jeden z oficerów Służby Ochrony Państwa zapytał go, kiedy zaczynają pracę. 


„Od jutra. Zaczynamy pracę od jutra, od samego rana" — odpowiedział wówczas prezydent.


Już 7 sierpnia, dzień po zaprzysiężeniu, zaczął składać własne projekty ustaw.


Przez rok złożył ich 22, średnio dwie miesięcznie. Jak tłumaczył, to element świadomej zmiany modelu prezydentury. „Prezydent nie jest tylko od tego, aby prawo opiniować i zajmować się ustawami, które przychodzą z Sejmu" — mówił. 


Jak przekonywał, głowa państwa powinna też wychodzić z własnymi inicjatywami i nieść postulaty obywateli, zebrane w programie „Plan 21". Zapewnił przy tym, że choć nie wszystkie obietnice udało się dotąd spełnić, żadna nie została zapomniana i wszystkie zostaną zrealizowane.Apel do marszałka o tańszy prąd

Prezydent zwrócił uwagę, że z 22 złożonych projektów aż 21 pozostaje zablokowanych w Sejmie. Jak wyliczał, na 22 inicjatywy ustawodawcze przypada aż 21 blokad, które — jak zaznaczył — nie są wymierzone w niego, lecz w obywateli. Wśród zamrożonych projektów jest „Tani prąd -33 proc.".


„Bo co Marszałkowi Polskiego Sejmu przeszkadza tańszy prąd o 33 procent, który rzeczywiście obiecałem i którego dzisiaj nie ma?" — pytał.Apel do szefa izby prezydent powtórzył z naciskiem. 


„Dlatego jeszcze raz: Panie Marszałku, naród czeka! Mamy prawo mniej płacić za prąd. Proszę nie myśleć, że ja chcę po prostu tylko zrealizować swoją obietnicę wyborczą, ale naród, przedsiębiorcy i Polacy czekają na tańszy prąd!" — mówił. 


Podkreślał, że wysokie rachunki dotykają wszystkich.


„Prąd płacą wszyscy: ci, którzy na Nawrockiego głosowali w czasie wyborów prezydenckich, i ci, którzy głosowali na mojego kontrkandydata" — zaznaczył.

Spór o referendum i wygląd rachunków

Prezydent przypomniał również, że zwrócił się do Senatu o referendum w sprawie polityki klimatycznej i Zielonego Ładu. Jak relacjonował, po tym, gdy senatorowie uznali pierwotne pytanie za nieodpowiednie, zmienił je na takie, które miało być akceptowalne, a mimo to tego samego dnia usłyszał odmowę. Ustawa na tańszy prąd zamrożona, a referendum nie będzie!" — grzmiał, zarzucając rządzącym lekceważenie głosu obywateli.


Krytycznie odniósł się też do pomysłu resortu energii dotyczącego zmiany wzoru rachunków, który zakładał usunięcie z nich informacji o wysokości opłaty ETS. 


„Będziecie płacić wciąż, drodzy Państwo, za politykę klimatyczną Unii Europejskiej, ale już nikt Wam o tym nie będzie przypominał! Suma będzie ta sama, a rachunek będzie wyglądał lepiej!" — mówił. 


Jego zdaniem to próba ukrycia faktycznych przyczyn wysokich cen, zamiast realnej obniżki stawek.Stanowisko marszałka Sejmu

Warto przypomnieć, że sprawa jest przedmiotem sporu, a strona parlamentarna przedstawia ją zupełnie inaczej. Marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty wskazywał wcześniej, że projekt „Tani prąd -33%" był dwukrotnie zwracany prezydentowi do poprawy, ponieważ nie określono w nim źródeł finansowania ani przewidywanych kosztów. Czarzasty szacował, że wprowadzenie ustawy mogłoby obciążyć budżet kwotą około 50 miliardów złotych rocznie. 


Marszałek pytał przy tym prezydenta, z jakich obszarów miałyby pochodzić te pieniądze, wskazując m.in. na obronność, szpitale czy wydatki socjalne.

KOMUCH CZARZASTY pyta prezydenta skad wziasc na to pieniadze . To proste komuchu . Mniej kasy na Ukraine i Ukraincow , nie dawac kasy Niemcom - Unii , a pieniadze dla Polakow sie znajda . Ale nie za tego rzadu bo ten rzad sluzy Niemcom a Niemcy nic nie obchodzi ani Polska ani Polacy . Tzn obchodzi , poki moga nas doic !!!!

 


Zabili Darka, bo nie chciał im kupić napojów. Położyli 24-latka na torach, a pociąg odciął mu głowę

 24-letni Dariusz Fojcik został brutalnie pobity, bo nie chciał kupić swoim oprawcom napojów wyskokowych. Zgodził się tylko na jedną butelkę, a oni żądali więcej. Gdy odmówił, rzucili się na niego. Bartosz J. miał dusić chłopaka, a gdy ten stracił przytomność, wraz z kolegą Danielem R. zanieśli nieprzytomnego studenta na tory. Myśleli, że nie żyje. Ułożyli ciało tak, aby kark ofiary znalazł się na szynie. Chwilę później nadjechał pociąg, pod którego kołami 24-latek zginął.

Do wstrząsających wydarzeń na terenie Mikołowa w województwie śląskim doszło 18 listopada 2017 roku. Początkowe informacje mówiły o tym, że młody mężczyzna rzucił się pod pociąg, kładąc się na torach kolejowych przy dworcu PKP. Miał w ten sposób chcieć odebrać sobie życie. Przejechał po nim pociąg relacji Katowice-Racibórz, który przez mikołowską stację przejeżdżał kilka minut po godzinie 5:00 nad ranem, doprowadzając do dekapitacji ofiary i nie pozostawiając jej żadnych szans na przeżycie. Szybko wyszło na jaw, że prawda o tych wydarzeniach jest inna, natomiast Dariusz Fojcik nie zginął z własnej woli. W całą sprawę były zamieszane osoby trzecie.

Upozorowali wypadek, ale zdradził ich monitoring. Dwóch sprawców nie miało litości dla Dariusza

Śledczy ustalili, że śmierć młodego mieszkańca Orzesza została upozorowana na wypadek lub samobójstwo, a w rzeczywistości 24-latek został zamordowany. Policjanci rozpoczęli prace, które miały doprowadzić ich do tego, w jaki sposób naprawdę Dariusz Fojcik znalazł się na torach i jakie były okoliczności całego zdarzenia. Aby to zrobić, zabezpieczyli kilkanaście nagrań miejskiego monitoringu, co pomogło odtworzyć krok po kroku ostatnie godziny życia młodego mężczyzny. Funkcjonariusze dotarli także do świadków, którzy widzieli zajście, w którym uczestniczył poszkodowany oraz dwóch tajemniczych mężczyzn. Ich tożsamość niedługo później udało się ustalić: był to 27-letni wówczas Bartosz J. oraz jego starszy kolega, 42-letni Daniel R.Mundurowi prędko odtworzyli ostatnie chwile życia Dariusza Fojcika. Jak podawali, 24-latek pojechał do Mikołowa na otwarcie nowego pubu. Gdy wracał ze spotkania ze znajomymi, natknął się na Bartosza J. i Daniela R. Mężczyźni zmusili go, aby kupił im butelkę alkoholu. Początkowo miał się zgodzić, ale gdy ci zażądali kolejnych butelek, student odmówił. Między ofiarą a oprawcami wywiązała się sprzeczka, którą Dariusz zakończył, po prostu odchodząc z miejsca, w którym przebywali agresorzy. Ci jednak ruszyli za nim, śledzili go. Gdy znaleźli się w ustronnym zaułku, zaatakowali. Mundurowi ustalili, że to Bartosz J. rzucił się na Darka i zaczął go dusić. Chłopak próbował się wyrwać, bronił się, lecz jego przeciwnik był silniejszy. Trzymał go tak mocno i tak długo, aż ten stracił przytomność. Potem razem z Danielem R. zanieśli nieprzytomnego studenta na tory. Chcieli upozorować śmierć w wyniku nieszczęśliwego wypadku lub w wyniku odebrania sobie życia przez ofiarę. Kark 24-latka ułożyli na szynach, by mieć pewność, że pociąg po nim przejedzie i doprowadzi do śmierci. Tak też się stało. Przeprowadzona sekcja zwłok wykazała, że w momencie uderzenia przez pociąg Dariusz żył. Nie zginął w wyniku uduszenia, jak według medialnych doniesień myśleli jego oprawcy. Oznacza to, że 24-latek by przeżył, gdyby jego zabójcy spróbowali mu pomóc albo przynajmniej zostawili go w miejscu ataku, zamiast rzucać ciało na tory.W śmierć samobójczą od początku nie wierzyła siostra ofiary, pani Klaudia. W rozmowie z TVN-em podkreślała, że Darek zawsze był radosny, uśmiech nie schodził mu z twarzy. - Mówiłam: to niemożliwe, żeby to było samobójstwo. Chciał podróżować, dopiero co wróciliśmy z wakacji w Turcji, za rok mieliśmy znowu gdzieś razem jechać. Kończył licencjat i chciał robić studia magisterskie, w styczniu miał egzamin, a przed sobą całe życie, dużo pomysłów i możliwości – wyliczała kobieta. W odpowiedzi miała usłyszeć od policji, że takie rzeczy się zdarzają, że osoby odbierające sobie życia często dobrze maskują swój zły stan psychiczny, a wtedy rodzina nie wierzy. Być może faktycznie zamknięto by dochodzenie z takim wnioskiem, gdyby nie fakt, że znalazł się świadek, który złożył kluczowe zeznania, obciążające podejrzanych.To właśnie ten świadek zadzwonił na komendę, kiedy siostra zamordowanego opublikowała w mediach społecznościowych apel do mieszkańców, prosząc tych, którzy mogą mieć jakiekolwiek informacje w sprawie, o ujawnienie się. Być może bał się, że prędzej czy później funkcjonariusze poznają jego tożsamość. Najpierw do pani Klaudii odezwała się kobieta z pociągu, który przejechał Darka. Opowiedziała, że w okolicy dworca widziała dwóch kłócących się mężczyzn. Starszy miał krzyczeć do młodszego, pytać: „coś ty zrobił”. Bartosz J. miał też pytać policjantów, co się stało, jakby chciał upewnić się, że jego ofiara nie żyje.

Główny świadek pomógł odtworzyć tragiczną noc. Siostra ofiary też nie odpuściła oprawcom

Sześć dni po tragedii na policję zgłosił się z kolei niejaki Michał, który imprezował z Bartoszem J. i Danielem R. Mężczyzna otrzymał status pokrzywdzonego oraz był głównym świadkiem. Dzięki jego zeznaniom oraz nagraniom z miejskiego monitoringu, udało się odtworzyć tragiczną noc. Kamery uchwyciły, jak sprawcy wraz ze świadkiem i Dariuszem chodzą razem po Mikołowie. Policja twierdziła wówczas, że wspólnie imprezowali przez wiele godzin, choć siostra 24-latka twierdziła do końca, że brat ich nie znał i został przez nich zaczepiony. Jeden z oskarżonych oraz świadek zeznali finalnie, że pokrzywdzony został przez nich spotkany przez przypadek.Sam moment śmierci nie został zarejestrowany przez monitoring, ponieważ na dworcu w Mikołowie nie ma kamer. Śledczy ustalili, że Michał i Daniel nie widzieli ataku na Darka, bo odeszli na bok zapalić. Bartosz miał rzucić się na ofiarę, bo ta nie chciała mu dać pieniędzy – tak ustalił w czasie procesu sąd.

Podczas jednej z rozpraw obrońcy Daniela R. i Bartosza J. przekonywali, że ich klienci byli przekonani, że Dariusz nie żyje, dlatego przenieśli go na tory, chcąc upozorować wypadek. Mieli nie mieć pojęcia, że chłopak w rzeczywistości żyje i dało się go uratować, że tylko stracił przytomność. Michał, czyli trzeci mężczyzna, pozostający świadkiem, obserwował sytuację z boku. W sądzie mówił, że bał się zareagować, bo jeden ze sprawców był jego sąsiadem i mu groził. Agresorzy mieli go nawet pobić, przytrzymywać na dworcu, żeby nie poszedł na policję.Prokurator Maria Zaręba, która komentowała sprawę, gdy ta się wydarzyła, stwierdziła, że znajomość między ofiarą i oprawcami była chwilowa, przypadkowa, co potwierdziły ustalenia śledczych. Bartosz J. odmawiał składania wyjaśnień, ale Daniel R. był bardziej rozmowny – złożył zeznania, które w pewnych zakresach pokrywały się z zeznaniami głównego świadka. Nie przyznał się jednak do winy, jeśli chodzi o jego udział. Wobec obu mężczyzn zastosowano środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania na trzy miesiące. Obaj usłyszeli także zarzuty. Młodszy z nich, Bartosz J., miał dopuścić się zdaniem prokuratury zabójstwa, a drugiego, Daniela R., oskarżono o utrudnianie postępowania karnego poprzez pomaganie sprawcy, chcąc uniknąć odpowiedzialności karnej.

Przerażające kulisy zbrodni. To, co zrobili młodemu studentowi, nie mieści się w ramach człowieczeństwa

W międzyczasie odsłaniano kolejne kulisy śledztwa. Ludzie śledzący tę sprawę pytali na przykład, dlaczego Dariusz Fojcik wracał z imprezy sam, skoro pojechał tam ze znajomymi? Tę kwestię rozwiała jego siostra Klaudia, która rozmawiała z kolegami brata. Okazało się, że nikt prócz niego nie był z Orzesza i każdy musiał pojechać w swoją stronę, dlatego 24-latek wracał sam. Dariusz miał umówić się z rodziną, że zadzwoni do ojca, by po niego przyjechał, albo ewentualnie wróci pociągiem. Do taty nie zadzwonił, nie chciał robić problemu. Wybrał tę drugą opcję, a w drodze na stację spotkał swoich oprawców.TVN podawał, że siostra Darka chodziła na wszystkie rozprawy, bo nie mogła usiedzieć w domu. Brała leki uspokajające i przychodziła. - Czułam, że nie mogę tego tak zostawić, że muszę to robić dla brata. Tata też chodził. Mama nie dała rady, choć bała się, co ludzie pomyślą – stwierdziła kobieta, która ujawniła jednocześnie, że cztery lata przed morderstwem po długiej chorobie nowotworowej umarł ich pierwszy syn, a jej brat – Marcin. Rany jeszcze nie zdążyły się zabliźnić, a te wydarzenia rozdrapały wszystko i spotęgowały ogromny ból.

Pani Klaudia została oskarżycielem posiłkowym, wróciła z pracy za granicą, by wesprzeć rodziców i dopilnować tego, by oprawcy jej brata trafili za kratki. Na rozprawy przychodziła ze zdjęciem Dariusza, chętnie rozmawiała z dziennikarzami, co pomogło w tym, że sprawa nie została zapomniana czy przemilczana. Liczyła na surowe wyroki, dodawała też, że teraz jest za późno na przeprosiny, że oprawcy mogli myśleć wcześniej, wrócić, ściągnąć Darka z torów i sprawdzić, czy żyje. Jej brat mógł dalej żyć, zostać inżynierem, o czym marzył, gdyby agresorzy nie zachowali się w taki sposób. Na pierwszej rozprawie oskarżeni wstali i stwierdzili, że nie wiedzą, co się stało. Przekonywali, że są niewinni, choć jednocześnie przepraszali rodzinę. - To za co przepraszają? Pewnie tak im doradzono. Nie mieli litości dla Darka, sąd też nie powinien mieć dla nich litości. Zabili tak naprawdę cztery osoby: Darka, mnie i naszych rodziców – mówiła siostra ofiary.Ostatecznie sąd nie dał wiary zapewnieniom oskarżonych i wydał wyrok skazujący w obu przypadkach. Bartoszowi J. wymierzył karę 25 lat więzienia, zastrzegając, że o warunkowe zwolnienie będzie mógł prosić dopiero po odsiedzeniu 15 lat. Sędzia uzasadniała, że mężczyzna działał od pewnego momentu z zamiarem pozbawienia życia, na co wskazuje sposób, w jaki postępował, doprowadzając do tragicznej śmierci Dariusza Fojcika. Daniel R. został natomiast skazany na cztery lata więzienia. Dlaczego tak mało? Sędzia podawała, że mężczyzna otrzymał jedynie karę za pomaganie koledze w położeniu ofiary na tory.

Rodzina była usatysfakcjonowana z wyroku, choć początkowo oczekiwała dożywocia. Ale do apelacji i tak doszło, złożyli ją obrońcy oskarżonych, którzy domagali się złagodzenia kary. Sąd Apelacyjny w Katowicach nie przystał na ten wniosek. Mało tego, w przypadku jednego ze zwyrodnialców zaostrzył karę: Bartosz J. będzie mógł się starać o warunkowe zwolnienie po odbyciu 20 lat więzienia, a nie tylko 15 lat.

Zgodnie z wyrokiem prawomocnym, Bartosz J. został skazany na 25 lat więzienia i musi musi także zapłacić rodzicom Dariusza oraz jego siostrze zadośćuczynienie za doznaną krzywdę – łącznie 250 tysięcy złotych. Daniel R. otrzymał natomiast karę czterech lat więzienia.


 


Nie panował nad autem, świadek zabrał mu kluczyki

 W Sosnowcu pijany 57-latek dwukrotnie uderzył Oplem w barierki przy schodach jednego z bloków, a następnie w zaparkowanego Forda, szlaban i ogrodzenie.Działo się to w rejonie ulicy Lwowskiej w Sosnowcu. Świadek zabrał kluczyki kierowcy i wezwał policję.

"Kierujący Oplem 57-letni mieszkaniec Sosnowca dwukrotnie uderzył w barierki znajdujące się przy schodach jednego z bloków mieszkalnych, a następnie w zaparkowanego Forda, szlaban oraz ogrodzenie" - poinformowała Komenda Miejska Policji w Sosnowcu.

3,7 promila alkohlu

57-latek miał w organizmie ponad 3,7 promila alkoholu. Policjanci zatrzymali jego prawo jazdy i dowód rejestracyjny pojazdu."W przypadku skazania kierującego, który m.in. prowadził pojazd w stanie nietrzeźwości, a stężenie alkoholu we krwi przekraczało 1,5 promila, sąd orzeka przepadek pojazdu" - przypomnieli w komunikacie funkcjonariusze.

Morawiecki odsłania tajemnice PiS, Kaczyński czyta i się wścieka. To nowy poziom sporu na prawicy

 Mateusz Morawiecki odcina się od decyzji podejmowanych w czasach rządów PiS i ujawnia ich kulisy. To zmusiło w końcu do reakcji samego Jarosława Kaczyńskiego, który uważa, że były premier... "oszalał". Polityczna wojna na prawicy wreszcie doprowadziła do bezpośredniego pojedynku między jej liderami, niedawnymi bliskimi współpracownikami. PiS oskarża byłego premiera o hipokryzję. I brak szacunku do prezesa.

 Morawiecki idzie na grubo. Teraz zaczął bić w Jarosława. Brawurowo - dziwi się jeden z posłów PiS.

W lipcu w Wirtualnej Polsce pisaliśmy, że Jarosław Kaczyński w gronie bliskich współpracowników miał stwierdzić, iż zachowanie Mateusza Morawieckiego zakrawa na polityczne "szaleństwo". - Powiedział, że Mateusz przestał działać racjonalnie - twierdził stronnik frakcji przeciwnej byłemu premierowi i liderowi stowarzyszenia "Rozwój Plus". Rozmówcy z Nowogrodzkiej relacjonowali nam, że o Morawieckim Kaczyński miał wprost powiedzieć: "oszalał". 

Teraz szef PiS daje temu wyraz publicznie, potwierdzając wcześniejsze relacje swoich ludzi z PiS. "Mam wrażenie, że pan premier jest w jakimś dziwnym stanie. Odnosiłem je również w trakcie naszych rozmów. Daj Boże, żebym się mylił" - pisze Kaczyński na portalu X (a właściwie współprowadzący konto rzecznik PiS Rafał Bochenek). Prezes zdenerwował się, czytając wypowiedzi Morawieckiego z ostatnich wywiadów. - Bo uderzają bezpośrednio w niego - mówi nam człowiek Kaczyńskiego.Mateusz Morawiecki w licznych ostatnio wypowiedziach medialnych (również w Wirtualnej Polsce) przyznaje, że w wielu kluczowych sprawach za rządów PiS nie zgadzał się z kierunkiem polityki wyznaczanej przez kierownictwo. Odcina się od decyzji Jarosława Kaczyńskiego i innych liderów PiS, przekonuje, że w kilku kwestiach zgłaszał zdanie odrębne od władz partii. Ale nikt go nie słuchał. Taki ma dziś przekaz.

Lider niedawno powołanego stowarzyszenia Rozwój Plus ujawnia kulisy rządów PiS. Zdradza, jak z jego punktu widzenia podejmowano m.in. decyzje dotyczące pandemii, zaostrzenia prawa aborcyjnego czy tzw. piątki dla zwierząt. Podkreśla, że jeśli jakieś decyzje podejmował on sam, to zawsze w uzgodnieniu i "z akceptem" (lub wręcz rekomendacją) "kierownictwa politycznego" partii. 

Współpracownicy byłego premiera i wiceprezesa PiS tłumaczą, że Morawiecki musi tym samym bronić się przed atakami jego dawnych kolegów z PiS. A ci - skupieni w tzw. frakcji maślarzy - oskarżają go, że wiele decyzji podejmował, nie informując władz PiS. Tak miało być m.in. z rozmowami w Brukseli, Krajowym Planem Odbudowy i mechanizmem warunkowości czy decyzjami ws. lockdownów. Morawiecki się na takie stawianie sprawy nie zgadza. - Niech lepiej moi adwersarze polityczni z wewnątrz PiS nie kłamią, ponieważ ja mam świadków i dowody, i zacznę też mówić gdzie, w których decyzjach kto uczestniczył - powiedział lider Rozwoju Plus w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim.

W PiS jego słowa zostały odebrane z "wielkim wku..." - relacjonuje nam jeden z działaczy

WYROK TRYBUNAŁU KONSTYTUCYJNEGO WS. ABORCJI

Wcześniej - w ubiegłym tygodniu, w czasie eskalacji konfliktu w PiS - Mateusz Morawiecki gościł w Wirtualnej Polsce. Stwierdził w rozmowie z naszymi dziennikarzami, że jedną z przyczyn utraty władzy przez PiS był wniosek grupy posłów PiS do Trybunału Konstytucyjnego ws. zaostrzenia prawa aborcyjnego.

To był 2020 r., a Mateusz Morawiecki nie odcinał się od tej decyzji. Co więcej, dziś członkiem Rozwoju Plus jest Piotr Uściński, poseł, który był jednym z głównych inicjatorów wniosku, przez który - zdaniem Morawieckiego - PiS przegrało władzę w 2023 r.

A co dodaje pikanterii sprawie - Uściński wcale nie został ciepło przyjęty przez członków Rozwoju Plus. Jak słyszymy, najpierw sondował przejście do Konfederacji (na dobre miejsce z list PiS już nie miał szans), a jak to skończyło się fiaskiem, to zdecydował się przejść do ekipy Morawieckiego (choć nie należy do jego bliskiego otoczenia)..Dziś Morawiecki w wywiadach przekonuje: "zawsze byłem za tzw. kompromisem aborcyjnym, sprzeciwiałem się wnioskowi do TK". Odpowiedzialność zrzuca na Kaczyńskiego. - Myślę, że jest na tyle uczciwy, że powiedziałby, że przestrzegałem go wielokrotnie: nie ruszaj tego! Po fakcie przyznawał mi wielokrotnie rację, że trzeba było zostać przy kompromisie - stwierdził były premier w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim. 

PIĄTKA DLA ZWIERZĄT

Dalej odcinał się od tzw. piątki dla zwierząt. I połączył ten projekt (który zniechęcił do PiS rolników) z wyrokiem TK właśnie. - Najpierw była piątka dla zwierząt, niepotrzebnie zastymulowana przez pewnych nie mających wyobraźni politycznej działaczy (Morawiecki ma na myśli posła Michała Moskala, stronnika Jacka Sasina i współpracownika Jarosława Kaczyńskiego - red.) - mówił u Rymanowskiego. Piątka dla zwierząt była triggerem, katalizatorem, który spowodował, że grupa tzw. konserwatystów u nas rzuciła się panu prezesowi do gardła i błagała o wszystko, razem z Solidarną Polską wówczas, żeby zrobił wszystko, aby przykryć teraz te pierwsze spadki sondażowe i żeby wymusić wyrok w sprawach aborcyjnych - powiedział Mateusz Morawiecki.

Co więcej, twierdził, iż obecni posłowie Rozwoju Plus próbowali "piątkę" zablokować. Szkopuł w tym, że sam Morawiecki… poparł piątkę dla zwierząt w Sejmie. Co więcej, promował ten projekt w social mediach (m.in. w ramach akcji #StopFurChallenge). 

Dlatego dziś politycy PiS oskarżają Morawieckiego o hipokryzję. A on oskarża ich o zakłamywanie rzeczywistości i obarczanie go winą - po to, by zmyć własne błędy.

COVID-19

Krytyka z PiS wzmaga się, zwłaszcza że Morawiecki bije w samego Kaczyńskiego, ujawniając jego poglądy na sprawy, które wpłynęły na utratę władzy przez PiS. I bardzo emocjonowały opinię publiczną (zwłaszcza o mocno prawicowych poglądach).

Morawiecki stwierdził, iż Kaczyński popierał przymusowe szczepienia. I chciał ten pomysł wprowadzić w życie. A kto się temu miał sprzeciwiać? Posłowie związani dziś z liderem Rozwoju Plus. Tak relacjonuje to w mediach były premier. I doprowadza do wściekłości Nowogrodzką. 

- Kiedy byliśmy przez Radę Medyczną popychani i przez bardzo wiele środowisk do wprowadzenia, uwaga, szczepień przymusowych w całej Polsce, po półtora roku mniej więcej od wybuchu pandemii, ja się przeciwstawiłem temu, Rada Medyczna rzuciła papierami i uwaga, w kierownictwie politycznym wówczas naszym, w Prawie i Sprawiedliwości, były decyzje, żeby iść w kierunku szczepień obowiązkowych - opowiadał Morawiecki Bogdanowi Rymanowskiemu.

OŚWIADCZENIE KACZYŃSKIEGO

"Ostatnie wypowiedzi Mateusza Morawieckiego pokazują jasno: wrogiem dla Mateusza Morawieckiego nie jest Tusk, ale ja oraz Prawo i Sprawiedliwość. Najwyraźniej Mateusz Morawiecki ma plan poszukiwania swoich sojuszników gdzie indziej" - taki wpis pojawił się na koncie Jarosława Kaczyńskiego we wtorek.

Za jego umieszczenie odpowiedzialny jest rzecznik PiS Rafał Bochenek. "Były premier zrzuca z siebie odpowiedzialność za podejmowane decyzje na innych, często niezgodnie z prawdą… Skoro tak bardzo się z nimi nie zgadzał, wypada zapytać: dlaczego nie odcinał się od tych decyzji publicznie albo nawet nie zrezygnował z funkcji premiera?" - pyta prezes Kaczyński.

Jak czytamy w zaakceptowanym przez niego wpisie: "Co jakiś czas słyszę, że członkowie rozłamowego stowarzyszenia byli zapewniani przez Mateusza Morawieckiego, że i tak lista będzie wspólna… Po takich wypowiedziach ich szefa uwierzyć w to jest niezmiernie trudno. Mam wrażenie, że pan premier jest w jakimś dziwnym stanie. Odnosiłem je również w trakcie naszych rozmów. Daj Boże, żebym się mylił" - pisze Kaczyński. Ludzie szefa PiS mówią nam: - Morawiecki popełnia gigantyczny błąd. Bo to już nie jest walka z Sasinem i Kurskim. Zaczął walczyć z prezesem. A to się źle może skończyć. 

Oczywiście w sensie politycznym. Prezes się Morawieckiemu odwija: przestrzega, że wspólna lista wyborcza z rozłamowcami może być po takich wypowiedziach wykluczona.                                                                                                                                                                                                                                                               MORAWIECKI to podla gnida . Odszedl z PIS bo Kaczynski nie wystawil go na premiera . To go rozsierdzilo i postanowil odejsc z PIS . Mogl to zrobic , mial do tego prawo .Ale wylewanie brudow na Kaczynskiego i PIS to juz gruba przesada . Kaczysnki zachowuje sie godnie ale musi sie bronic przed kalumniami Morawieckiego Sam nie chce sporow ani wasni ale Morawiecki na kazdym kroku go zaczepia i mu dowala . Kaczynski natomiast wykazal sie kultura polityczna i bronil Morawieckiego gdy Kurski powiedzial glosno do kamery to co tak naprawde kazdy mysli o Morawieckim. Za to Kaczynski go ukaral . I co dostal w zamian od Morawieckiego  ? Ciagle zaczepki i pomowienia .Morawiecki bardziej nienawidzi Kaczynskiego niz Tuska o czym swiadczy jego postepowanie . Robi to ku uciesze Tuska . Bo takie zachowanie Morawieckiego oslabia cala prawice co przed wyborami jest niepotrzebne . Morawieckiego powinno sie odsunac od polityki bo wyraznie szkkodzi mu na glowe . A zadza bycia premierem przeslania mu zdrowy rozsadek .I pojdzie tam gdzie mu to zaproponuja , niewazne kto byle zaspokoic swoje chore  ambicje . GB

Zasnęła w taksówce. Obudziła się z kierowcą na tylnym siedzeniu

 Policjanci z Wrocławia zatrzymali 38-letniego kierowcę taksówki, który wywiózł pasażerkę na obrzeża miasta i dopuścił się wobec niej innej czynności seksualnej. Obywatel Kazachstanu wykorzystał moment, gdy kobieta zasnęła w trakcie kursu. Grozi mu do 8 lat więzienia.

Kobieta zamówiła kurs pojazdem typu taxi z centrum miasta w kierunku wrocławskiej Leśnicy. W trakcie przejazdu pasażerka zasnęła. Gdy się obudziła, zorientowała się, że samochód jest zaparkowany na obrzeżach miasta w otoczeniu zarośli. Zauważyła również, że kierowca znajduje się obok niej na tylnym siedzeniu.Pokrzywdzona początkowo zaczęła krzyczeć, jednak zachowała zimną krew. Skłoniła napastnika, aby odwiózł ją pod wskazany wcześniej adres. Kiedy w trakcie jazdy rozpoznała okoliczne budynki i zorientowała się, gdzie się znajduje, uciekła z samochodu i zawiadomiła policję.Sprawą niezwłocznie zajęli się funkcjonariusze pionu kryminalnego z Komisariatu Policji Wrocław-Leśnica. Kobieta dysponowała ograniczonymi informacjami na temat sprawcy i pojazdu, jednak policjanci przeprowadzili działania operacyjne i procesowe. Dzięki analizie zgromadzonych materiałów ustalili samochód, którym poruszał się napastnik, a także jego tożsamość oraz miejsce pobytu.W wyniku podjętych działań 38-letni obywatel Kazachstanu został zatrzymany po kilkunastu godzinach od zdarzenia. Mężczyzna usłyszał zarzut dopuszczenia się innej czynności seksualnej. Za to przestępstwo grozi mu kara pozbawienia wolności do lat 8.