2026/09/17

 


2-letnie dziecko poddano eutanazji w Holandii. "Nie było szans na poprawę"

 

W Holandii zakończono życie niepełnosprawnego dziecka, które nie miało jeszcze dwóch lat. Dziecko urodziło się w 26. tygodniu ciąży i cierpiało m.in. z powodu ciężkiej postaci mózgowego porażenia dziecięcego, zaburzeń widzenia oraz częstych napadów padaczkowych. Holenderska komisja uznała, że lekarz działał z "należytą starannością", jednak sprawa trafiła do prokuratury.Sprawa dotyczy dziecka, które urodziło się jako skrajny wcześniak – w 26. tygodniu ciąży. Z powodu poważnych powikłań doszło u niego do uszkodzenia mózgu, a konsekwencją była ciężka postać mózgowego porażenia dziecięcego. Dziecko miało również problemy ze wzrokiem i często doświadczało napadów padaczkowych. Występowały u niego także trudności z oddychaniem i połykaniem.Jak wynika z opisu przywołanego przez źródło, w płucach gromadziła się wydzielina, z którą dziecko nie potrafiło sobie poradzić. Miało to powodować niepokój i problemy ze snem.

Według ustaleń holenderskiej komisji rozwój dziecka odpowiadał mniej więcej szóstemu tygodniowi życia, mimo że dziecko miało już niemal dwa lata. Komisja oceniła, że jego stan był bardzo poważny i nie rokował poprawy. W uzasadnieniu pojawiła się również kwestia znacznego ograniczenia funkcjonowania dziecka.

"Wszystkie aspekty człowieczeństwa – dotyczące zdolności motorycznych, zachowania i osobowości – były poważnie upośledzone i nie miały szans na poprawę" – stwierdziła komisja.

Rodzice i lekarz uznali, że cierpienie nie ustępuje

Z informacji przywołanych w materiale wynika, że przed podjęciem decyzji o eutanazji stosowano zarówno interwencje medyczne, jak i pozamedyczne. Według komisji ani rodzice, ani lekarz nie zauważyli poprawy stanu dziecka. Uznali też, że jego cierpienie jest nieznośne i nie ma realnych perspektyw na jego złagodzenie. Holenderska komisja uznała następnie, że lekarz prawidłowo ocenił sytuację i spełnił wymagania dotyczące "należytej staranności".Organ zajmujący się oceną przypadków wspomaganego zakończenia życia stwierdził, że lekarz postępował zgodnie z wymaganymi procedurami. To właśnie ta ocena wzbudza szczególne zainteresowanie w sprawie, ponieważ chodziło o dziecko, które nie ukończyło 2. roku życia i nie mogło samodzielnie podejmować decyzji dotyczących własnego leczenia. Sprawa nie została jednak zakończona na etapie oceny komisji.

Sprawa trafiła obecnie do prokuratury, a ostateczna ocena prawna całej sytuacji nie została jeszcze przesądzona.


Źródło: NlTimes.ln

Nauczycielka przejechała Laurę przed szkołą. „Nie mówi, nie chodzi i wymaga całodobowej opieki”

 To historia, która wstrząsnęła całą Polską. Dwa lata temu 8-letnia Laura została potrącona przez nauczycielkę na szkolnym parkingu. Choć w sprawie zapadł wyrok, to dla dziewczynki i jej rodziny dramat trwa. Jak dziś wygląda jej życie? To walka o każdy oddech.

Tragiczny dzień, który zmienił wszystko

Dramatyczne wydarzenia rozegrały się 31 stycznia 2024 roku na terenie parkingu przy Szkole Podstawowej nr 4 w Bielawie. To właśnie tam 8-letnia Laura została przejechana przez samochód, za którego kierownicą siedziała 37-letnia nauczycielka. Nagranie z monitoringu, które trafiło do sieci za pośrednictwem profilu Katastrofy na Facebooku, ukazuje wstrząsający przebieg zdarzenia. Widać na nim, jak dziewczynka biegnie w stronę szkoły, po czym potyka się i upada. Niestety, zanim zdążyła się podnieść, po około trzech sekundach na parking wjechał samochód. Kierująca nim kobieta nie zauważyła leżącego dziecka i po nim przejechała, zatrzymując się dopiero kilka metrów dalej. Przez cały ten czas poszkodowana dziewczynka znajdowała się pod pojazdem. Opis tych makabrycznych scen sprawia, że trudno powstrzymać łzy.Bezpośrednio po wypadku dziewczynka nie wykazywała oznak życia. Dopiero po trwającej 20 minut reanimacji udało się przywrócić jej czynności życiowe. W ciężkim stanie została przetransportowana śmigłowcem Lotniczego Pogotowia Ratunkowego do szpitala we Wrocławiu. Dziewczynka doznała poważnego urazu głowy. 

"Laura od dwóch lat walczy o każdy oddech"

Choć od wypadku minęły już dwa lata, dla Laury i jej rodziny walka trwa każdego dnia. Jej stan zdrowia jest niezwykle poważny, co obrazuje aktualizacja zamieszczona przy zbiórce pieniędzy na portalu mammoc.pl. Słowa te łamią serce.

- Laura od dwóch lat walczy o każdy oddech. Nie mówi, nie chodzi i wymaga całodobowej opieki medycznej w domu. Jej codzienność to rurka tracheostomijna, ciągłe odsysanie wydzieliny i rehabilitacja, a życie jej rodziców to walka 24 godziny na dobę, która uniemożliwia im powrót do 

Nauczycielka usłyszała wyrok

W sprawie tragicznego wypadku zapadł nieprawomocny wyrok. Jak informuje portal tvn24.pl, Sąd Rejonowy w Dzierżoniowie uznał nauczycielkę za winną. Sędzia Sądu Okręgowego w Świdnicy, Agnieszka Połyniak, przekazała szczegóły wyroku.

- Usłyszała wyrok roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata. Sąd nałożył też na kobietę karę grzywny w wysokości 300 stawek dziennych po 40 złotych. Musi również zapłacić nawiązkę na rzecz pokrzywdzonej w wysokości 100 tysięcy złotych. Nałożony został na nią też roczny zakaz prowadzenia wszelkich pojazdów mechanicznych

- przekazała sędzia Agnieszka Połyniak portalowi Oskarżona została również zobowiązana do pokrycia kosztów sądowych w wysokości ponad 52 tysięcy złotych. 




22-latka zmarła przez błąd lekarza. Jej przerażający krzyk było słychać na całym oddziale.

 Historia, która wydarzyła się w jednym z szpitali, zszokowała nie tylko rodzinę zmarłej kobiety, ale także społeczeństwo, wywołując szeroką debatę na temat jakości opieki medycznej. 22-letnia matka, która udała się do szpitala na rutynową kontrolę, nigdy nie wróciła do domu. Okoliczności jej śmierci są tak dramatyczne, że trudno przejść obok nich obojętnie.

Poród, który miał przebiegać bez komplikacji

Młoda kobieta była w ciąży zagrożonej, dlatego lekarze zdecydowali się na założenie specjalnych szwów, aby zapewnić jej i dziecku bezpieczeństwo. Choć ciąża wymagała szczególnej uwagi, nie zapowiadało się, że jej finał będzie miał tak tragiczny przebieg. Kiedy przyszła mama zgłosiła się do szpitala na kontrolę, lekarze uznali, że nadszedł czas, by wywołać poród.Początkowo wszystko przebiegało zgodnie z planem, jednak po narodzinach dziecka pojawił się poważny problem – łożysko nie oddzieliło się prawidłowo i utknęło w macicy. Tego typu sytuacje są wyzwaniem dla personelu medycznego, jednak odpowiednia reakcja lekarzy mogła uratować życie pacjentki. Niestety, podjęto decyzję, która miała katastrofalne skutki.

Fatalny błąd lekarza – moment, który zdecydował o losie kobiety

Do akcji wkroczył 27-letni lekarz, który miał pomóc w rozwiązaniu problemu. Jednak jego działania doprowadziły do niewyobrażalnej tragedii. Zamiast zastosować bezpieczne metody usunięcia łożyska, lekarz podjął próbę jego ręcznego wydobycia. W wyniku tego niefortunnego zabiegu doszło do zerwania macicy, co spowodowało ogromny krwotok.Pacjentka zaczęła krzyczeć z bólu, a jej agonia była słyszana w całym szpitalu. Pomimo desperackich prób ratowania jej życia, obrażenia okazały się zbyt poważne. Młoda matka zmarła na skutek masywnej utraty krwi.

Rodzina w szoku – sekcja zwłok ujawnia prawdę

Początkowo lekarze próbowali tłumaczyć śmierć kobiety jako wstrząs poporodowy, jednak wyniki sekcji zwłok ujawniły prawdziwą przyczynę tragedii. Eksperci medyczni nie mieli wątpliwości – śmierć nastąpiła w wyniku błędu lekarskiego, który mógł być uniknięty.

Dla rodziny zmarłej kobiety był to cios, z którym trudno się pogodzić. Mąż 22-latki nie krył oburzenia i zapowiedział, że będzie walczył o sprawiedliwość. Jego zdaniem taki błąd nie może zostać zamieciony pod dywan, a osoby odpowiedzialne za tę tragedię powinny ponieść konsekwencje.

Brak sprawiedliwości – społeczne oburzenie

Pomimo ewidentnych dowodów na błąd w sztuce lekarskiej, lekarz odpowiedzialny za śmierć młodej matki nie poniósł poważnych konsekwencji. Otrzymał jedynie naganę, co wywołało falę społecznego oburzenia. Wielu ludzi zastanawia się, jak to możliwe, że życie pacjentki zostało tak brutalnie przerwane, a osoba winna tej tragedii nie została pociągnięta do odpowiedzialności karnej.

Tragedia ta skłoniła wiele osób do refleksji nad stanem opieki medycznej oraz brakiem odpowiednich procedur w sytuacjach kryzysowych. Rodzina zmarłej kobiety nie zamierza jednak się poddać – walka o sprawiedliwość trwa, a ich determinacja pokazuje, że ten przypadek może stać się impulsem do zmian w systemie ochrony zdrowia.

Wnioski na przyszłość – czy można było tego uniknąć?

Śmierć młodej matki to dramat, który nie powinien się wydarzyć. Lekarska rutyna, brak doświadczenia lub niewłaściwe procedury mogą prowadzić do tragedii, której skutki są nieodwracalne. Ta historia jest smutnym przypomnieniem, jak ważne jest zapewnienie pacjentom najwyższej jakości opieki i odpowiedzialności ze strony lekarzy.

Choć dla tej kobiety jest już za późno, jej historia może stać się ostrzeżeniem i impulsem do zmian, które zapobiegną podobnym tragediom w przyszłości.


Kobieta „umarła na 17 minut”. Teraz ujawnia, co widziała.

 Życie potrafi zaskoczyć w najmniej oczekiwanych momentach, a dla Victorii Thomas, 41-letniej mieszkanki Gloucester w Wielkiej Brytanii, jeden zwykły dzień na siłowni stał się początkiem niezwykłej historii.

Dramatyczne zatrzymanie akcji serca, 17-minutowy stan śmierci klinicznej i walka z rzadką chorobą genetyczną to tylko niektóre z wyzwań, z którymi musiała się zmierzyć. Dzięki determinacji ratowników, nowoczesnej medycynie i własnej sile ducha Victoria nie tylko odzyskała życie, ale także stała się inspiracją dla innych.

Chwila grozy na siłowni

W 2016 roku 35-letnia Victoria Thomas, jak co dzień, trenowała na siłowni. Była aktywną, zdrową kobietą, która cieszyła się sportem i prowadziła dynamiczne życie. Tego dnia jednak coś poszło nie tak. Podczas podnoszenia ciężarów poczuła nagłe osłabienie i zawroty głowy. „Czułam, jakby cała energia nagle ze mnie uleciała” – wspominała. Gdy podzieliła się swoimi odczuciami z przyjaciółką, nagle straciła przytomność i upadła na podłogę.

Służby ratunkowe przybyły błyskawicznie. Okazało się, że serce Victorii przestało bić – doszło do zatrzymania krążenia. Ratownicy podjęli natychmiastową resuscytację krążeniowo-oddechową, walcząc o jej życie. „Nie poddali się ani na chwilę. Mijały minuty, a oni wciąż próbowali” – mówiła później Victoria, pełna wdzięczności za ich determinację.Victoria opisuje swoje doświadczenie z tamtego dnia jako niezwykłe i trudne do wyjaśnienia. „Wszystko stało się czarne, a potem zdałam sobie sprawę, że unoszę się nad swoim ciałem. Widziałam siebie leżącą na podłodze siłowni, otoczona ludźmi i sprzętem” – opowiadała. Nie doświadczyła jednak typowego obrazu tunelu czy jasnego światła, o których często wspominają osoby po śmierci klinicznej. Zamiast tego czuła się, jakby obserwowała scenę z dystansu, widząc żółte maszyny i chaos wokół siebie.

Po 17 minutach intensywnej reanimacji ratownikom udało się przywrócić akcję serca. Victoria została przewieziona do szpitala, gdzie spędziła trzy dni w śpiączce. Po wybudzeniu wszczepiono jej defibrylator, który miał chronić ją przed kolejnymi incydentami. Urządzenie to później wielokrotnie ratowało jej życie, gdy dochodziło do kolejnych epizodów arytmii.

Walka z niewidzialnym wrogiem

Mimo że w rodzinie Victorii nie było historii chorób serca, jej stan zdrowia budził niepokój. W 2021 roku, będąc w ciąży, kobieta zmagała się z regularnymi epizodami zatrzymania akcji serca, co było ogromnym obciążeniem dla jej organizmu. W 24. tygodniu ciąży lekarze zdiagnozowali u niej chorobę Danona – rzadkie schorzenie genetyczne, które może uszkadzać serce, mięśnie, siatkówkę i mózg. Była pierwszą osobą w rodzinie, u której wykryto tę chorobę.Ciąża dodatkowo osłabiła jej serce, co zmusiło lekarzy do przeprowadzenia cesarskiego cięcia w 30. tygodniu. Victoria urodziła zdrowego syna, Tommy’ego, ale jej zdrowie dramatycznie się pogorszyło. Badania z 2022 roku wykazały, że jej serce funkcjonuje jedynie w 11%, co oznaczało zaawansowaną niewydolność. „Lekarze powiedzieli mi, że zostało mi kilka miesięcy. Myślałam tylko o moim synu – nie chciałam go zostawić” – wspominała z bólem.

Nowy początek

Na szczęście dla Victorii pojawiła się nadzieja w postaci przeszczepu serca. Operacja, przeprowadzona z sukcesem, dała jej szansę na nowe życie. Po rekonwalescencji kobieta wróciła do aktywności fizycznej, która zawsze była jej pasją. Zaskakująco szybko, bo zaledwie trzy tygodnie po wszczepieniu defibrylatora, znów grała w siatkówkę. Później wzięła nawet udział w Światowych Igrzyskach Transplantacyjnych w Niemczech, gdzie rywalizowała w siatkówce i koszykówce. „Czułam, że dostałam drugą szansę. Nie chciałam jej zmarnować” – mówiła.Szczęśliwie, badania potwierdziły, że Tommy nie odziedziczył choroby Danona, co było ogromną ulgą dla Victorii. „Mogę być spokojna o jego zdrowie. To dla mnie największy skarb” – podkreślała.

Siła wdzięczności

Historia Victorii to opowieść o niezwykłej woli życia i wdzięczności za każdą chwilę. „Każdy dzień, który mogę spędzić z Tommym, to dar. Bycie mamą to najpiękniejsza rzecz, jakiej doświadczyłam” – mówiła. Jej doświadczenie śmierci klinicznej, walka z chorobą i ostateczne zwycięstwo dzięki przeszczepowi serca nauczyły ją doceniać życie w zupełnie nowy sposób.Victoria dzieli się swoją historią, by inspirować innych. „Nie wiemy, ile czasu nam zostało, więc musimy żyć pełnią życia i cieszyć się każdą chwilą” – podkreśla. Jej determinacja, by wrócić do sportu i normalnego życia, pokazuje, że nawet w obliczu największych wyzwań można znaleźć siłę, by iść naprzód.Przeżycia Victorii Thomas to poruszające przypomnienie o kruchości życia i sile ludzkiego ducha. Jej historia skłania do refleksji nad tym, jak ważne jest, by nie poddawać się w obliczu trudności i doceniać wsparcie, jakie otrzymujemy od innych – czy to od ratowników, lekarzy, czy bliskich. Dzięki medycynie i własnej wytrwałości Victoria nie tylko przetrwała, ale także odnalazła nowy sens w byciu mamą i aktywnym życiu.

Co sądzisz o historii Victorii? Czy jej determinacja i wdzięczność za życie inspirują Cię? Podziel się swoimi przemyśleniami i dołącz do rozmowy o sile, nadziei i drugich szansach.

Niemowlę zabite przez psa rodziny! Makabryczny opis obrażeń

 Tragiczna śmierć tygodniowego dziecka w stanie Indiana w USA. Niemowlę zostało zaatakowane przez psa należącego do rodziny. Według śledczych zwierzę ugryzło chłopca co najmniej 180 razy. Jak podaje „New York Post”, ojciec dziecka został właśnie skazany na 16 lat więzienia. Zarzuty usłyszeli także inni członkowie rodziny.

Pies zagryzł niemowlę, ojciec skazany na wiele lat więzienia! Do tej tragedii doszło niemal dokładnie rok temu w miejscowości Markle w stanie Indiana. Jason Anthony Weaver miał zaledwie siedem dni, gdy zaatakował go pięcioletni Chomp, mieszaniec husky i pitbulla. Według „New York Post” ojciec dziecka, Austin Kinsey, powiedział policji, że grał w gry komputerowe w tym samym pokoju, w którym znajdował się jego syn. Miał wyjść tylko na krótko, aby porozmawiać z innymi członkami rodziny. Wtedy dziadek dziecka usłyszał niepokojące odgłosy. Gdy wszedł do pomieszczenia, zobaczył psa ciągnącego niemowlę po pokoju.Na miejsce wezwano policję. Funkcjonariusze próbowali reanimować chłopca, ale nie udało się go uratować. Śledczy ustalili, że dziecko zostało ugryzione co najmniej 180 razy. Miało obrażenia głowy i całego ciała, w tym krwawienie w mózgu, złamane żebra oraz uszkodzenia płuc.

Policjanci opisali też fatalne warunki panujące w domu. Według dokumentów wszędzie znajdowały się śmieci, brudne ubrania i naczynia oraz owady. „Było tam tak dużo śmieci i różnych przedmiotów, że funkcjonariusze ledwo mogli przejść przez dom” – napisano w raporcie cytowanym przez media.Rodzina przyznała, że Chomp wcześniej zachowywał się agresywnie wobec innych zwierząt i zdarzało mu się gryźć ludzi. Pies został po tragedii uśpiony.

Austin Kinsey początkowo usłyszał kilka zarzutów. W ramach ugody jeden z najpoważniejszych zarzutów zaniedbania został wycofany. W poniedziałek sąd skazał ojca dziecka na 16 lat więzienia. Postępowania wobec matki, dziadków i wuja chłopca trwają.


 

Matka i córka skazane za zakopanie dziecka żywcem. 25 lat więzienia dla babci

 

Sąd Apelacyjny w Szczecinie podtrzymał dziś wyrok wydany przez Sąd Okręgowy w sprawie, która wydarzyła się w Rynicy (gm. Widuchowa). Małgorzata I. została skazana na 12 lat pozbawienia wolności, a jej matka, Renata I., na 25 lat. Obie kobiety zostały uznane za winne dokonania zabójstwa noworodka ze szczególnym  .Sprawa wyszła na jaw w kwietniu 2025 r. Tego dnia do Rynicy w gm. Widuchowa przyjechali policjanci kryminalni z Gryfina. 

- Działaliśmy na podstawie zgłoszenia, które wpłynęło do innej KPP na terenie województwa. Członkini tej rodziny powiedziała policjantom o sytuacji, która miała wydarzyć się cztery, albo pięć lat wcześniej, gdy jej kuzynka i ciocia wspólnie zakopały zwłoki dziecka - tłumaczyli funkcjonariusze w rozmowie z „Gazetą Gryfińską”. Kości zlokalizowali w płytkim grobie niedaleko kurnika.  

- Na miejscu znajdowała się Renata I., czyli babcia zmarłego noworodka. Małgorzata I., a więc matka dziecka, przebywała w tym czasie w pracy w Szczecinie. Została zatrzymana po wyjściu z pociągu na stacji w Krzywinie - mówił przed sądem policjant, który przeprowadził interwencję. 

W kolejnych miesiącach, na podstawie zgromadzonego materiału dowodowego, udało się ustalić, że w chwili zakopywania dziecko żyło. 

Nigdy nie było widać brzucha

Do zbrodni doszło pod koniec 2019 roku, gdy Małgorzata I., w tajemnicy przed bliskimi, urodziła chłopca. W opisywanym momencie miała już dwie córki. W kolejnych latach na świat przyszła kolejna dwójka dzieci. 

- Nie miała brzucha podczas żadnej ciąży. Przeżyliśmy szok, gdy okazało się, że urodziła w Sylwestra. Tydzień wcześniej byliśmy W Rynicy na święta i nikt nie spostrzegł, że spodziewa się dziecka. Gosia urodziła je zresztą potajemnie, „pod namiotem” - zeznawała bliska kuzynka, tłumacząc, dlaczego prawie żaden członek rodziny nie wiedział o narodzinach dziecka, które zostało zakopane żywcem. 

Jej zdaniem o ciąży wiedzieć musiała jednak Renata I., czyli mama Małgorzaty. -  Mieszkała ze swoją córką, kontrolowała jej życie i dziwne, by nie zauważyła, że Gosia jest w ciąży. Kto, jak kto, ale matka wie takie rzeczy - akcentowała w kolejnym zdaniu. 

To o tyle istotne dla sprawy, że w toku postępowania Renata I. została uznana za pomysłodawczynię. Wpływ na to mogły mieć też zeznania, które złożył jej syn, czyli brat Małgorzaty I. 

To była obustronnie toksyczna relacja. Patologia w najczystszej postaci. Na pewno nie łączyła ich więź, jaka powinna łączyć matkę z córką - przyznał 35-latek, przytaczając szereg brutalnych zachowań, a także opisując przykłady przemocy (zarówno werbalnej, jak i fizycznej), stosowanej przez Renatę I. wobec dwójki swoich dzieci. 

„Wychowałabym TO dziecko!” 

Renata I. nie przyznała się do winy.  

- Rano poszłam pranie wieszać. Patrzę się, że na polu od sąsiada leży moja bluza. Gdy ją zobaczyłam, podeszłam, a tam nieżywy noworodek. Dziecię było całe sine. Zamarznięte, nie oddychało. Wzięłam je i zakopałam. Przyznaję, że je pochowałam, ale nigdy nie zakopałabym żywego dziecka! Przecież w domu były już dwie dziewczynki malutkie, którymi się zajmowałam. Bardzo kocham swoje wnuczki i za nimi tęsknię. Tym noworodkiem, które moja córka urodziła na polu, też bym się zajęła. Wychowałabym TO dziecko - zeznała w listopadzie 2025 r., przez cały czas głośno płacząc. 

Jej wersja zdecydowanie różniła się od tej przedstawianej przez córkę. Małgorzata I. chwilę wcześniej przyznała, że urodziła żywe dziecko, które następnie – za sprawą decyzji matki - zakopały przy kurniku. 32-latka nie potrafiła jednak odpowiedzieć na pytania zadawane przez sąd. Raz mówiła, że „to był chłopiec”, by w kolejnym zdaniu opłakiwać śmierć malutkiej córeczki.  

 

Jej wersja zdecydowanie różniła się od tej przedstawianej przez córkę. Małgorzata I. chwilę wcześniej przyznała, że urodziła żywe dziecko, które następnie – za sprawą decyzji matki - zakopały przy kurniku. 32-latka nie potrafiła jednak odpowiedzieć na pytania zadawane przez sąd. Raz mówiła, że „to był chłopiec”, by w kolejnym zdaniu opłakiwać śmierć malutkiej córeczki.  - Dziecko spędziło noc w kurniku. Kurnik był ogrzewany, znaczy paliło się światło przez całą noc - mówiła, by po chwili stwierdzić, że dziecko zostało zakopane od razu po porodzie, do którego doszło na polu. 

- Moja córka kłamie. Zakopałyśmy TO dziecko, bo myślałyśmy, że nie żyło - akcentowała raz za razem Renata I. 

Większa kara dla babci

Sąd Okręgowy w Szczecinie uznał, że wersja przedstawiana przez Renatę I. nie odpowiada ustaleniom wynikającym z materiału dowodowego. W marcu br. uznał obie kobiety winnymi dokonania zabójstwa noworodka ze szczególnym okrucieństwem. 

Babcia zakopanego żywcem dziecka została skazana na 25 lat, zaś jego matka na 12 lat pozbawienia wolności 

- Stopień winy oskarżonej Renaty I. zdecydowanie przewyższa stopień winy jej córki. To ona podjęła się wykonywania tych czynności. Ona zdecydowała, co się stanie. Miała wpływ na sytuację życiową córki - mówiła sędzia Wolniakowska. Jednocześnie dodała, że „Małgorzata I. miała ograniczoną w znacznym stopniu zdolność rozpoznania znaczenia czynu i pokierowania swoim postępowaniem z powodu upośledzenia umysłowego stopnia lekkiego”. 


Trzy zaskarżenia

Dziś, w czwartek 17 września, sprawa trafiła do szczecińskiego Sądu Apelacyjnego. Wyrok pierwszej instancji zaskarżyły trzy strony.

Prokurator, zarzucając rażącą niewspółmierność kary do czynu, wnosił o podwyższenie kar — do 25 lat pozbawienia wolności dla Małgorzaty I. oraz dożywotniego pozbawienia wolności dla Ireny I.

Obrończyni młodszej z kobiet zarzuciła, że sąd nie zastosował wobec jej klientki nadzwyczajnego złagodzenia kary. Powołała się przy tym na opinię biegłej z zakresu psychiatrii sądowej.

Z kolei mecenas Ireny I. podważyła wiarygodność dowodów, którym zawierzył Sąd Okręgowy, w tym wyjaśnień złożonych przez Małgorzatę I.Uznała, że są one niewystarczające do przypisania sprawstwa czynu babci noworodka. Również odwołała się do opinii, akcentując, że lekkie upośledzenie umysłowe mogło mieć wpływ na zeznania, które złożyła 32-latka.

25 lat dla babci

Sąd Apelacyjny podtrzymał w mocy wyrok pierwszej instancji. Oznacza to, że 55-letnia Renata I. może spędzić w więzieniu następne ćwierćwiecze.Z kolei Małgorzata I. ma odbyć karę 12 lat pozbawienia wolności w warunkach oddziału terapeutycznego. 

Obu kobiet zabrakło na rozprawie. Stawiło się jedynie dwoje członków rodziny, w  mąż i ojciec skazanych. w tym mąż i ojciec skazanych.