2026/06/28

Policjanci skatowali Marcina na śmierć. Matka: „Zabili mi syna, bo czuli się zupełnie bezkarni”

 Marcin K. (+30 l.) z Piątku koło Łęczycy (woj. łódzkie) - jak mówi jego mama - aniołkiem na pewno nie był. Przede wszystkim nadużywał alkoholu, po którym często wszczynał awantury. Ale czy to był powód do tego, by ten który miał stać na straży prawa, odebrał mu życie? Kamil C. policjant z miejscowego komisariatu, w trakcie kolejnej interwencji w jego domu, tak skatował 30-latka, że mężczyzna nie przeżył.

Piątek - geometryczny środek Polski, o czym informują tablice ustawione przy wjeździe do miasteczka. Położona na trasie z Łodzi do Kutna, licząca ok. 2000 mieszkańców, senna zazwyczaj miejscowość, jeszcze kilka lat temu była areną wydarzeń, przypominających kadry wyjęte z filmów o amerykańskiej prowincji, gdzie miejscowi stróże prawa wymierzali sprawiedliwość na własną rękę. O tym, do czego byli zdolni miejscowi policjanci, prawie wszyscy wiedzieli.Był 2 kwietnia 2021 roku – nomen omen – Wielki Piątek. Mieszkający na parterze jednego z bloków przy ul. Konarskiego razem z mamą, panią Marią, Marcin K. znów był pijany i się awanturował.Kobieta nie była w stanie uspokoić syna, zadzwoniła więc po policję. Na miejsce przyjechali miejscowi funkcjonariusze: 34-letni wówczas Kamil C. i Małgorzata R. (35 l.). Dzień później w kompleksie leśnym, kilka kilometrów od Piątku, znaleziono zwłoki trzydziestolatka. Jak wynikało z przeprowadzonej sekcji zwłok, zmarł z powodu rozległych obrażeń wewnętrznych.Ruszyło prokuratorskie śledztwo, które odkryło przerażającą prawdę. Za tragedię odpowiedzialni byli interweniujący w jego domu policjanci.

 Nie widziałam, co robili, bo zamknęłam się w swoim pokoju – opowiadała zaraz po zdarzeniu matka zmarłego, Maria K. - W pewnym momencie usłyszałam jakiś huk na korytarzu, potem wszystko ucichło. Nie wiem, co tam się wydarzyło.

Tymczasem, jak wynika z ustaleń śledczych, Kamil C. okładał mężczyznę pięściami po całym ciele, a jego koleżanka po fachu biernie się temu przyglądała. Potem oboje wsadzili go do radiowozu, wywieźli poza miasto i porzucili w lesie. Tam zmarł.

Marcin aniołem nie był, ale to nie powód by odbierać mu życie – rozpaczała pani Maria. - Zabili mi syna, bo czuli się zupełnie bezkarni.

Policjanci zatrzymani

Funkcjonariusze zostali zatrzymani. Policjant usłyszał zarzut przekroczenia uprawnień, spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, następstwem którego była śmierć Marcina K. i bezprawnego pozbawienia wolności.

Jego partnerka podejrzana była o niedopełnienie obowiązków służbowych, narażenie pokrzywdzonego na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia, a także o poświadczenie nieprawdy w notatniku służbowym i poplecznictwo. Okazało się bowiem, że odnotowała w nim, iż interwencja zakończyła się w mieszkaniu Marcina K.

Policjanci wywozili ludzi do lasu. Szokujące, co wyszło na jaw!

Po śmierci Marcina K. rozwiązały się języki innym mieszkańcom Piątku, którzy w podobny sposób byli traktowani przez miejscowych stróżów prawa. Wyszło na jaw, że wywożenie ludzi do lasu to była stała praktyka funkcjonariuszy.

Śledczy zdobyli dowody na to, że sam Kamil C. dopuszczał się takich czynów aż 20 razy. Jego koledzy z komisariatu, łącznie z komendantem Sebastianem K. mieli na sumieniu w sumie 19 tego typu przestępstw. W efekcie tych ustaleń na ławie oskarżonych zasiadło 6 funkcjonariuszy. Kamil C. za śmierć Marcina K. usłyszał wyrok 10 lat pozbawienia wolności, Małgorzata R. została skazana na rok więzienia w zawieszeniu na 3 lata, pozostałym funkcjonariuszom sąd wymierzył podobne kary. Wszyscy zostali wydaleni ze służby. Wyrok jest już prawomocny.

 


Chciał zemścić się za koszmarne dzieciństwo. "Zabiję starego dziś". Michał zrealizował straszny plan

 W tym domu przez lata nie było spokoju. Był alkohol, strach i krzywdy, które wracały jak najgorszy koszmar. Michał B. z Malinowa w gminie Olsztynek (woj. warmińsko-mazurskie) nosił w sobie żal do ojca za dzieciństwo. W końcu ten żal wybuchł. Jerzy B. (62. l) zginął od ciosów własnego syna. Teraz sprawa jest zakończona. Sąd Apelacyjny w Białymstoku utrzymał wyrok sądu w Olsztynie: 12 lat więzienia!

Dramat rozegrał się w ubiegłym roku w kwietniu. Ojciec i syn mieszkali razem, choć ich relacje od dawna były bardzo złe. Michał B. wypominał przy każdej okazji ojcu (Jerzy B. 62 l.) to, co spotkało go, gdy był dzieckiem. Miał za złe, że ten zamiast zajmować się nim, wolał pić piwko z kolegami i po pijanemu wszczynać awantury.Sąd mówił wprost: oskarżony był ofiarą przemocy fizycznej i psychicznej ze strony ojca. Jerzy B. miał w przeszłości nadużywać alkoholu i znęcać się nad rodziną.

Feralnego dnia Michał B. sam pił alkohol. Wieczorem wrócił do domu. Według ustaleń śledczych zaatakował ojca z ogromną agresją. Bił go rękami, kopał, uderzał jego głową o stół. Obrażenia były tak poważne, że Jerzy B. zmarł na miejscu. Sąd uznał, że nie była to zwykła szarpanina ani bójka, która wymknęła się spod kontroli. Dla sądu ważne było też to, że ofiara feralnego wieczoru nie sprowokowała syna do tego brutalnego ataku w domu. Wcześniej mężczyzna, roztrzęsiony i zdenerwowany, miał mówić sąsiadce: „Zabiję starego dziś”!W styczniu Sąd Okręgowy w Olsztynie skazał Michała B. na 12 lat więzienia za zabójstwo. Oskarżony od samego początku nie przyznawał się do zabójstwa. Obrona próbowała przekonać sąd odwoławczy, że czyn powinien zostać oceniony łagodniej. Chciała zmiany kwalifikacji na spowodowanie obrażeń skutkujących śmiercią albo na zabójstwo w stanie silnego wzburzenia. Te argumenty nie pomogły.

Sąd Apelacyjny w Białymstoku utrzymał karę. W uzasadnieniu podkreślono, że Michał B. miał do ojca głęboki żal i mówił innym, że nie potrafi darować mu krzywd z dzieciństwa. Jednocześnie sąd zaznaczył, że złość, poczucie krzywdy i alkohol nie mogą usprawiedliwiać odebrania życia. Zdaniem sądu mężczyzna chciał zabić ojca. 12 lat więzienia nie uznano za karę rażąco surową.

Wyrok jest prawomocny. Michał B. spędzi 12 lat za kratami. Historia, która zaczęła się od rodzinnej przemocy i dziecięcych ran, skończyła się kolejną tragedią. - Ojciec nie żyje, syn trafił do więzienia, pewnie gdyby ktoś zainteresował się tą rodziną wcześniej, to by tej tragedii nie było. W tej rodzinie od lat narastał problem, patologiczny problem - mówi sąsiadka rodziny B.

 


 


Sąd Najwyższy kończy sprawę "Skóry". Po 26 latach zapada przełomowy wyrok. Rodzina: ogrom cierpień

 Sąd Najwyższy uniewinnił Roberta Janczewskiego (61 l.) od zarzutu zabójstwa krakowskiej studentki. Dla niego i jego rodziców kończy się trwające 26 lat życie w cieniu zbrodni i podejrzenia. Zaczynają kolejny etap. — Uczyniono nie tylko niewymierną krzywdę naszemu synowi, ale i nam, rodzicom. To ogrom cierpień nie do określenia — mówi "Faktowi" Józef Janczewski (84 l.), ojciec uniewinnionego. Co dalej ze sprawą "Skóry"?                                                                                              Teraz Robert Janczewski walczy o zadośćuczynienie za doznane krzywdy. Przed Sądem Okręgowym w Katowicach w lutym br. odbyła się pierwsza rozprawa, w której domaga się 23 mln zł odszkodowania za niesłuszny areszt. Sąd zawiesił je bezterminowo, oczekując na rozpatrzenie kasacji wniesionej przez prokuraturę. Jak ustalił "Fakt", kolejna sprawa odbędzie się 3 sierpnia.To efekt decyzji Sądu Najwyższego, który 25 czerwca ostatecznie zamknął sprawę Roberta Janczewskiego i uniewinnił go. Po tym kwestia zadośćuczynienia wydaje się być jedynie formalną procedurą. 3 sierpnia zaplanowane jest pierwsze od lutego posiedzenie sądu w Katowicach.Jednocześnie niewyjaśnione nadal pozostają okoliczności jednej z najbardziej mrocznych spraw kryminalnych w Polsce, która okrzyknięta została medialnie "Skórą". Katarzyna Z. (†23 l.), studentka z Krakowa, zaginęła w listopadzie 1998 r. Na początku stycznia 1999 r. znaleziono jej szczątki w Wiśle: fragmenty ludzkiej skóry z uchem, nogę i pośladek. Skóra, jak uznali śledczy, miała zostać celowo ściągnięta z ofiary i pełnić rolę kostiumu, fetysza, który zabójca miał nakładać na siebie. Zdaniem prokuratury zbrodnię miał popełnić Robert Janczewski.Robert Janczewski został najpierw skazany za zabójstwo na dożywocie, a następnie prawomocnie uniewinniony w 2024 r. Prokuratura wniosła kasację do Sądu Najwyższego i wznowienie procesu. Sąd Najwyższy 25 czerwca br. oddalił w całości wniosek.Rodzice Roberta Janczewskiego, którzy przez prawie trzy dekady żyli w cieniu "Skóry", przyjęli z ulgą postanowienie Sądu Najwyższego. Obawiali się, że nie dożyją dnia uniewinnienia ich syna. — Uczyniono nie tylko niewymierną krzywdę naszemu synowi, ale i nam, rodzicom. To ogrom cierpień nie do określenia — mówi "Faktowi" Józef Janczewski (84 l.), ojciec uniewinnionego. Jest znanym krakowskim literatem.

— Podawano do wiadomości publicznej imię i nazwisko mojego syna, oczywiście za przyzwoleniem prokuratorskim. Umieszczano przy mojej podobiźnie w internecie zdjęcie mego syna zakutego w łańcuchy, w więziennym, czerwonym drelichu. Kiedy mego syna trzymano w kryminale, do moich drzwi pukano i proszono o wywiad. Dziś po wyroku w Sądzie Najwyższym można powiedzieć "milczenie owiec". Nikt się nie odezwał — mówi "Faktowi" Józef Janczewski. — Do dzisiaj nie oddano mojej żonie i mojemu synowi zarekwirowanej złotej biżuterii — dodaje oburzony.Józef Janczewski podkreśla, że wierzył w niewinność syna i to on, zanim sprawa zaczęła się robić głośna, walczył z prokuraturą i przedstawiał dowody jego niewinności. Więzienie i sprawa "Skóry" zrujnowały życie Roberta i całej rodziny.

Robert Janczewski porusza się o kulach. Pozbawiony został środków do życia. ZUS zabrał mu świadczenia rentowe. Jest na utrzymaniu starszych rodziców. Najtrudniejszy był jednak etap siedmioletniej izolacji i pobytu Roberta Janczewskiego w areszcie tymczasowym.

Traktowany był jako więzień niebezpieczny, bez prawa do kontaktu i bez możliwości odpierania zarzutów. Jego zdrowie zostało w sposób nieodwracalny zrujnowane.Matka Roberta Janczewskiego w lutym br. przed sądem w Katowicach wspominała, że Robert stracił w więzieniu zęby. Opowiadała, że budzono go w środku nocy i wożono na przesłuchania, wykręcano ręce i cały czas był skuty kajdankami, nawet u lekarza. Prokurator miał zabraniać mu strzyżenia się i golenia brody.Mężczyzna miał też być poddawany badaniu seksuologicznemu i otrzymywać zastrzyki w miejsca intymne. — On cały czas żyje przeszłością, wraca do tego. Gdy zamknie oczy, śni mu się cała ta sprawa i wszystkie pobyty w więzieniach. W godzinie swojej śmierci będzie wszystko pamiętał, bo nie jest w stanie z pamięci usunąć tego wszystkiego, co przeżył — powiedziała przed sądem matka Janczewskiego.Uniewinnienie Roberta Janczewskiego od zabójstwa Katarzyny Z. wciąż nie daje odpowiedzi na pytanie, kto dokonał tej makabrycznej zbrodni. Prokuratura nie składa broni. — Toczy się odrębne postępowanie dotyczące m.in. pomocnictwa do zabójstwa Katarzyny Z. Postępowanie to nie toczy się wobec rodziców Roberta Janczewskiego, lecz w sprawie. W sytuacji prawomocnego uniewinnienia Roberta Janczewskiego oraz faktu, że zabójstwo niewątpliwie zostało popełnione, konieczne jest prowadzenie odrębnego postępowania celem ustalenia sprawcy zbrodni — informuje Katarzyna Calów — Jaszewska z Prokuratury Krajowej.



Bili, wyzywali i gwałcili dzieci. Rodzina zastępcza z Łęczycy zgotowała im piekło. Mnóstwo ofiar

 Dziesięcioro dzieci w wieku od 8 do 13 lat padło ofiarami brutalnego małżeństwa, Bożeny i Jana, oraz ich córki Karoliny, którzy mieli opiekować się nimi jako rodzina zastępcza. Niestety, zamiast miłości, którą mieli otoczyć maluchy, zgotowali im piekło na ziemi. Z ustaleń śledczych wynika, że podopieczni byli bici pięściami i pasami, głodzeni, zatykano im usta, kazano godzinami stać na baczność, a nawet wykorzystywano seksualnie. Nie bez winy byli też pracownicy Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie, którzy oddali dzieci w ręce późniejszych oskarżonych. Szczegóły są wstrząsające.47-letnia Bożena A., 52-letni Jan A. oraz ich córka Karolina jako rodzina z Łęczycy w województwie łódzkim otrzymali status tak zwanej zawodowej pieczy zastępczej w 2007 roku. Uprawnienia do tego, by przyjmować pod swój dach potrzebujące dzieci, otrzymali na mocy decyzji urzędników z Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie. Na tamtym etapie pracownicy nie mogli jednak spodziewać się tego, jak przyszywani rodzice będą traktować maluchy. Zapewne nie sądzili, że przed sądem stanie również kierowniczka instytucji, oskarżona o niedopełnienie obowiązków związanych z nadzorem nad rodziną. To, jakie piekło Bożena i Jan wraz z pełnoletnią córką urządzili maluchom, po prostu nie mieści się w głowie. Nie bez powodu zadawano liczne pytania: jak można było do tego doprowadzić? Jak można było nie zauważyć i nie przerwać w porę tego dramatu?

Szkolny pedagog poznał prawdę i zawiadomił służby. Mroczny sekret rodziny zastępczej ukrywano latami

W 2014 roku przerażające wydarzenia w Łęczycy ujrzały światło dzienne. Jako pierwszy o krzywdzie, którą wyrządzano dzieciom, dowiedział się szkolny pedagog. Maluchy przezwyciężyły swój strach przed oprawcami i przyznali mu się do wszystkiego. Ten zawiadomił odpowiedzialną placówkę, a ona przekazała zgłoszenie na policję. Wtedy ruszyła lawina. Bożena i Jan zostali zatrzymani, następnie trafili do aresztu, podobnie jak ich 20-letnia wówczas córka. Prokuratorskie śledztwo szybko potwierdziło, że to, o czym mówiły dzieci, nie jest wytworem ich wyobraźni, a prawdą, która ścinała z nóg nawet najbardziej doświadczonych funkcjonariuszy.Prokurator Krzysztof Kopania, ówczesny rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Łodzi, wyliczał w rozmowach z dziennikarzami liczne akty przemocy, których dopuszczała się trójka głównych podejrzanych w sprawie.

- Opiekunowie bili dzieci po twarzach i plecach pasem oraz pięściami, zatykali im usta, stosowali kary polegające między innymi na wielogodzinnym staniu na baczność. Dzieciom ograniczano też dostęp do jedzenia i kontakt z rówieśnikami, ponadto używano wobec nich słów wulgarnych – wyliczał długą listę prokurator Krzysztof Kopania.

Zebrane dowody wskazywały na to, że Jan oraz jego córka Karolina mieli nawet dopuszczać się wykorzystywania seksualnego małoletnich. Mundurowi podkreślali, że mężczyzna dotykał ich narządów płciowych, przemocą nakłaniał je do dotykania własnych i zmuszał do obcowania oralnego. Karolinie również zarzucono zachowania o zabarwieniu pedofilskim. Tyle że ona ostatecznie nie stanęła przed sądem, ponieważ w toku postępowania biegli psychiatrzy orzekli, że kobieta w czasie popełniania przestępstw była całkowicie niepoczytalna i nie zdawała sobie sprawy z tego, jakich działań się dopuszcza. Internauci spekulowali, że wpływ na jej zachowanie mógł mieć fakt dorastania w patologicznym środowisku, jaki stworzyli jej rodzice. Bożena A. nie brała co prawda udziału w tym procederze, ale mogła zdawać sobie z niego sprawę: miała bowiem zastraszać podopiecznych, grozić im, że gdy ujawnią co dzieje się w domu, zostaną rozdzieleni i trafią do domu dziecka. Jak już wiemy, ten terror przez jakiś czas był skuteczny.Małżeństwo, w przeciwieństwie do ich córki, zostało dopuszczone do postępowania sądowego i para miała odpowiedzieć karnie za wszystkie przewinienia. Niestety nie wiemy, jak konkretnie wyglądał proces i zeznania podejrzanych oraz poszczególnych świadków, ponieważ z uwagi na dobro pokrzywdzonych dzieci toczył się on z wyłączeniem jawności, za zamkniętymi drzwiami. Z informacji, które przenikały do mediów, udało nam się jedynie dowiedzieć, że dwie byłe podopieczne zdecydowały się wystąpić podczas rozprawy w charakterze oskarżycieli posiłkowych. Lista pokrzywdzonych była więc spora, natomiast w samym akcie oskarżenia wskazano na dziesięcioro poszkodowanych nieletnich w wieku od 8 do 13 lat.

Zarabiali na przyjmowaniu dzieci. Zamiast miłości, którą mieli je otoczyć, "podarowali" im przemoc

Z ustaleń funkcjonariuszy wynika, że rodzina kierowała się wyjątkowo obrzydliwą motywacją. Przyjmowali pod swój dach kolejnych wychowanków, potrzebujących miłości i ciepła rodzinnego ogniska, by zwyczajnie na nich zarobić. Potwierdziła to też Iwona Z., ówczesna kierowniczka Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie, która tuż po zatrzymaniu małżeństwa przyznała wprost, że para była nastawiona na zarabianie pieniędzy. – Za samą gotowość do przyjęcia dzieci, ci państwo otrzymywali z naszych środków dwa tysiące złotych miesięcznie.Dodatkowo dostawali tysiąc złotych na każde dziecko, które przebywało w ich domu – wyliczała urzędniczka.Dariusz Kucharski, dziennikarz „Super Expressu”, opisywał na łamach gazety, że aresztowana Bożena A. miała nawet wykrzykiwać policjantom w twarz, że ci odbierając im podopiecznych, odbierają im „stałe źródło dochodu”. To słowa, które w zalewającej ją fali wściekłości, miała wypowiedzieć w stronę mundurowych, którzy pod opieką lekarzy i psychologów zabierali małoletnich z domu grozy. I choć małżeństwo nie przyznawało się do winy, to Sąd Rejonowy w Łęczycy nie miał wątpliwości, że ta wina jest bezsprzeczna.

- Oskarżony Jan A. znęcał się nad małoletnimi co najmniej od stycznia 2008 roku – mówiła sędzia, uzasadniając wyrok. – Dotykał ponadto narządów płciowych dzieci, zmuszał do dotykania własnych, a nawet do seksu oralnego. Dopuszczał się czynów lubieżnych, co do tego sąd nie ma wątpliwości. (…) Bożena A. również została uznana za winną znęcania się nad podopiecznymi – cytowali dziennikarze „Dziennika Łódzkiego”. Mężczyzna został finalnie skazany na łączną karę dziewięciu lat więzienia za znęcanie się nad podopiecznymi oraz czyny lubieżne wobec nich. Dodatkowo zakazano mu dożywotnio pracy wychowawczej, a po odbyciu kary więzienia zobowiązano do przymusowego leczenia farmakologicznego i psychoterapii. Kobiecie, jego żonie, wymierzono natomiast karę 2,5 roku więzienia za znęcanie się nad dziećmi.Prokuratura prowadząca sprawę była usatysfakcjonowana wyrokiem, przynajmniej w zakresie środków karnych i zabezpieczających, o czym mówiła w tamtym okresie Monika Piłat z Prokuratury Rejonowej w Łęczycy. - Sąd uwzględnił wszystkie nasze wnioski, zarówno wniosek o przymusowe leczenie, jak i zakaz jakiejkolwiek działalności związanej z opieką i wychowywaniem dzieci – podkreślała. Co ciekawe, nawet adwokat Bartosz Tiutiunik, obrońca oskarżonych, stwierdził że jeśli ustalenia służb są prawdziwe, to orzeczenie w sprawie jego klientów jest zasadne.

- Zapewne zostanie złożony wniosek o pisemne uzasadnienie i na tej podstawie zostanie podjęta decyzja, czy będziemy się odwoływać. Sprawa toczyła się z wyłączeniem jawności, więc nie mogę komentować ogólników ani szczegółów postępowania. Sąd podjął określone decyzje dowodowe, ograniczając niejako postępowanie dowodowe – mówił mecenas w rozmowie z mediami. Gdy przygotowywaliśmy ten materiał, informacje o ewentualnym odwołaniu nie zostały upublicznione. Poszkodowani podopieczni mogą zresztą domagać się jeszcze od skazanego małżeństwa zadośćuczynienia w drodze postępowania cywilnego.Niezależnie od dalszych wydarzeń, to co wiemy na pewno, to fakt, że ten wyrok nie zakończył całej sprawy. Prędko okazało się bowiem, że wspomniana Iwona Z., kierowniczka Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie, też miała swoje za uszami. Gdy bombardowano ją pytaniami o to, dlaczego pracownicy nie dostrzegli wcześniej dramatu dzieci i czy przypadkiem rodzina nie została dostatecznie sprawdzona przed przyznaniem im statusu pieczy zastępczej, odpierała zarzuty. Twierdziła, że nie było podstaw do tego, by małżonkom odmówić przyznania takiego statusu.Prokuratura nie dała jednak wiary kobiecie i ostatecznie oskarżyła ją o niedopełnienie obowiązków służbowych oraz brak nadzoru nad rodziną. Z ustaleń śledczych wnikało, że w latach 2007-2014 kobieta nieprawidłowo nadzorowała dwie rodziny zastępcze, w których dzieci przez wiele lat przeżywały piekło. Prokuratura wskazywała, że podejrzana nie kontrolowała sytuacji dzieci umieszczonych w rodzinach zastępczych i nie doprowadziła do ich rozwiązania pomimo wadliwego funkcjonowania. I choć Iwona Z. nie przyznawała się do winy, to sąd przyjął stanowisko strony oskarżającej. Prokurator Krzysztof Kopania przekazał, że sąd skazał kobietę na rok więzienia w zawieszeniu na dwa lata. Zasądzono wobec niej również grzywnę w wysokości 1500 złotych oraz wydano zakaz zajmowania kierowniczych i samodzielnych stanowisk, związanych ze sprawowaniem opieki społecznej i pomocy.

Dramat, który rozegrał się w Łęczycy, odbił się szerokim echem w całej Polsce i wywołał ogólnokrajową dyskusję na temat pieczy zastępczej, a także tego, jak skutecznie kontrolować i chronić najmłodszych, którzy do takich rodzin trafiają. Warto jednak podkreślić, że na szczęście nie każdy decyduje się na tego typu pomoc z nieczystych pobudek, a z chęcią szczerego wsparcia najmłodszych w trudnej sytuacji życiowej. Większość jest więc dobra, i należy o tym pamiętać.