2026/09/14

Zawiadomienie do prokuratury ws. Macierewicza. „Musi odpowiedzieć za atak na polskich policjantów”

 Szef MSWiA Marcin Kierwiński poinformował o złożeniu do prokuratury zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa przez polityka PiS Antoniego Macierewicza. „Dość tego. Macierewicz musi odpowiedzieć za atak na polskich policjantów” - napisał w oświadczeniu.

„Po skandalicznym zachowaniu Macierewicza wobec funkcjonariuszy Polskiej Policji
zdecydowałem o złożeniu do prokuratury zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa przez A.Macierewicza. Dość tego. Macierewicz musi odpowiedzieć za atak na polskich policjantów” - poinformował Marcin Kierwiński, minister spraw  wewnętrznych i administracji. 

Chodzi o scenę, która została zarejestrowana na wideo, które udostępnił m.in. poseł Lewicy Tomasz Trela. Doszło do niej podczas próby wejścia polityka do siedziby Akademii Wymiaru Sprawiedliwości. Od kilku dni trwa tam spór o kierowanie uczelnią. Na nagraniu widać, jak polityk Prawa i Sprawiedliwości przez kilkanaście sekund dotyka kamizelki policjanta, starając się odczytać dane z jego naszywki. Antoni Macierewicz mówi także, stojąc bardzo blisko funkcjonariusza: Będę musiał skierować sprawę do sądu.Akademia Wymiaru Sprawiedliwości powstała jako projekt Ministerstwa Sprawiedliwości pod kierownictwem ówczesnego ministra Zbigniewa Ziobry. To państwowa uczelnia związana ze Służbą Więzienną, której dotychczasowego rektora-komendanta Michała Sopińskiego odwołał obecny minister sprawiedliwości Waldemar Żurek.

Resort wskazuje na nieprawidłowości w procedurach doktorskich, zarzuty naruszania apolityczności oraz problemy z aplikacją kuratorską, natomiast Sopiński kwestionuje legalność decyzji, powołując się m.in. na zabezpieczenie Trybunału Konstytucyjnego.Po utrzymaniu odwołania obowiązki rektora przejął Sławomir Cudak, a spór o dostęp do władz uczelni wywołał protesty i interwencję policji.


Źródło: RMF24                                                                                                                                                    Co widzimy na nagraniu ? Ano tyle , ze Maciarewicz probowal odczytac dane personalne policjanta . Dlatego dotykal jego kamizelki . Policjant przekroczyl swoje kompetencje utrudniajac wejscie do uczelni Maciarewiczowi I to wszystko . Maciarewicz nie popelnil zadnego przstepstwa a banda Tuska probuje go ubiec bowiem Maciarewicz zagrozil ze skieruje do sadu sprawe przeciwko policjantowi .Nikt nie ma prawa tykac slugusow Tuska . Za takie zachowanie czeka surowa kara . Lipne sprawy , lewi swiadkowie i przekupny caly wymiar sprawiedliwosci . Tak funkcjonuje panstwo Tuska !!!!!!! GB

Kamila miała interweniować w sprawie Harry'ego i Meghan. Obawiała się "alternatywnego dworu"

 Powrót księcia Harry'ego i Meghan Markle do Wielkiej Brytanii miał wywołać niepokój za murami pałacu. Jeśli wierzyć zagranicznym mediom, królowa Kamila "naciskała" na Karola III, by wyraźnie postawił granicę ambicjom Sussexów. "Król nie zamierzał dopuścić do sytuacji, w której ludzie widzieliby Harry'ego i Meghan na wydarzeniach i zakładali, że reprezentują jego lub monarchię" — wyjawiło pałacowe źródło RadarOnline.

Królowa Kamila miała stanowczo zachęcać króla Karola III, by nie pozostawiał żadnych wątpliwości co do pozycji księcia Harry'ego i Meghan Markle po ich powrocie do Wielkiej Brytanii. Następstwem tego "nacisku" były formalne wytyczne, ponownie podkreślające, że Sussexowie nie są członkami rodziny królewskiej pełniącymi oficjalne obowiązki i prowadzą swoją działalność jako osoby prywatne.
Pałacowe źródło RadarOnline.com wyjawiło: "Kamila lepiej niż większość osób rozumie, jak szybko sposób postrzegania monarchii może stać się skomplikowany, i była zdeterminowana, by powrót Harry'ego i Meghan nie został odebrany jako początek stopniowego przywracania ich do dawnych ról. Uważała, że wszyscy — Sussexowie, urzędnicy i opinia publiczna — od samego początku potrzebowali absolutnej jasności. Jej wpływu na Karola nie należy lekceważyć. Jest osobą, której osądowi król ogromnie ufa, szczególnie gdy trudne kwestie rodzinne mogą przerodzić się w problemy instytucjonalne".
I, Harry, Kamila i Meghan
Inne źródło zasugerowało: "Nie chodziło o uniemożliwienie Karolowi utrzymywania relacji z synem czy wnukami. Rozróżnienie, na którym zależało Kamili, dotyczyło prywatnej rodziny i publicznej monarchii. Harry może być synem króla, nie reprezentując jednocześnie króla, a Meghan może realizować projekty charytatywne lub komercyjne, nie nadając im królewskiego statusu tylko dlatego, że ponownie mieszkają w Wielkiej Brytanii".

Harry "zbyt tępy", by zrozumieć królewską dyplomację

List, który miał określić pozycję Sussexów, został napisany na prośbę Karola III przez lorda szambelana (najwyższego rangą urzędnika Dworu Królewskiego) i rozesłany do wysokich rangą przedstawicieli rządu i wojska. Podkreślono w nim, że Harry i Meghan nie są pracującymi członkami rodziny królewskiej, ich tytuły HRH (His/Her Royal Highness — Jego/Jej Królewska Wysokość) pozostają w zawieszeniu, a działalność charytatywną prowadzą niezależnie. Ich pozycję opisano jako "zbliżoną do pozycji prywatnych obywateli posiadających interesy komercyjne i charytatywne".
Jedno z pałacowych źródeł powiedziało RadarOnline: "W królewskich kręgach panuje prawdziwa frustracja, ponieważ Harry czasami wydaje się zbyt tępy, by pojąć, jak naprawdę działa dyplomacja na tym poziomie. Były to formalne wytyczne rozesłane do urzędników, a nie początek kolejnych negocjacji z Sussexami. Była to odpowiedź na to, że Harry i Meghan nadal publicznie kreują się na członków rodziny królewskiej pełniących oficjalne obowiązki — poprzez zagraniczne podróże i wizyty charytatywne".Harmonogram publikacji dokumentu stał się kolejnym źródłem napięć. Zespół Harry'ego i Meghan otrzymał jego treść o godz. 13.59 w poniedziałek 7 września, ponad godzinę przed ujawnieniem listu mediom o godz. 15.06. O godz. 14.19 przedstawiciele Sussexów odpowiedzieli pytaniem, czy wytyczne zostały już rozesłane, najwyraźniej licząc, że nadal będzie możliwość wyjaśnienia jednego lub dwóch punktów. O godz. 15.11 otrzymali potwierdzenie, że dokument został już przekazany mediom. Rzecznik Harry'ego i Meghan powiedział: "Byliśmy nieco zaskoczeni, że nie zostaliśmy o tym wcześniej poinformowani".

Król Karol III pokazał Sussexom ich miejsce

Pałacowe źródło Radar Online wyznało: "Stanowisko króla zostało jasno przedstawione. Sussexowie nie są pracującymi członkami rodziny królewskiej, a ich niezależna działalność nie może powodować niepewności wśród przedstawicieli rządu, wojska czy innych oficjalnych instytucji co do tego, kogo reprezentują. Być może teraz w końcu do niego dotrze".
List ponownie podkreślił, że działalność charytatywna Harry'ego i Meghan jest prowadzona niezależnie, a nie w imieniu monarchii."Harry może nie lubić tej terminologii, ale królewska dyplomacja opiera się na absolutnej jasności. Urzędnicy muszą wiedzieć, czy dana osoba działa w imieniu monarchy, czy prywatnie. Przesłanie króla nie pozostawia teraz żadnych wątpliwości, do której kategorii należą Harry i Meghan. Karol uznał, że nie może być absolutnie żadnej dwuznaczności. Harry i Meghan wracali do Wielkiej Brytanii, planowali publiczne i charytatywne wydarzenia oraz przyciągali ogromną uwagę, ale nic z tego nie czyni ich pracującymi członkami rodziny królewskiej. Pojawiła się obawa, że — celowo lub nie — Sussexowie mogą zacząć sprawiać wrażenie, że funkcjonują jako alternatywny dwór królewski. Król nie zamierzał dopuścić do sytuacji, w której ludzie widzieliby Harry'ego i Meghan na wydarzeniach i zakładali, że w jakiś sposób reprezentują jego lub monarchię" — wyjawił informator amerykańskiego serwisu.Źródło RadarOnline dodało: "Nie chodziło o odebranie Harry'emu i Meghan czegokolwiek więcej. Chodziło o postawienie bardzo wyraźnej granicy. Mogą prowadzić tyle działalności charytatywnej, ile zechcą, ale robią to jako osoby prywatne. Pałac uznał, że takie przypomnienie jest konieczne, zanim publiczna aktywność Sussexów nabierze rozpędu".

Dramat w szpitalu. Anna zmarła po cesarce. Nowe informacje

 41-letnia Anna zmarła w prywatnym szpitalu w Bielsku-Białej (woj. śląskie) po planowanej cesarce. Śledczy ustalili, że położna Alina W. sfałszowała dokumentację medyczną pacjentki.

Jak opisuje TVN24, dramat rozegrał się 28 maja 2025 r. w małym, prywatnym szpitalu Esculap w Bielsku-Białej. 41-letnia Anna z Żywiecczyzny przez planowane cesarskie cięcie urodziła drugie zdrowe dziecko.
Niedługo po porodzie kobieta zaczęła cała drżeć i skarżyć się na ból brzucha. Pielęgniarki podały jej leki przeciwbólowe. 41-latka bladła i słabła, do tego rosło jej tętno, a ciśnienie spadało. Jak stwierdziła biegła ginekolożka w opinii na zlecenie prokuratury, dwie godziny później u kobiety doszło do silnego krwotoku wewnętrznego. Lekarka zwraca przy tym uwagę, że w szpitalu nie przeprowadzono badania USG, które od razu by to wykazało.Dopiero po kilku godzinach Anna trafiła na stół operacyjny — tak twierdzi jej partner Krzysztof. Z dokumentacji medycznej wynika, że miało dojść do tego wcześniej i miał to przeprowadzić ten sam lekarz Jarosław K., który przyjął poród. Jednak, jak wykazało śledztwo, w godzinach podawanych w dokumentach nie było go nawet w szpitalu.Jak podkreśla TVN24, lekarze ze szpitala długo nie chcieli rozmawiać na ten temat z prokuraturą. Wciąż uważają, że są niewinni.
Śledczy ustalili, że dokumentacja medyczna w sprawie Anny została sfałszowana. Odpowiedzialnością za to obarczyli położną i prokurentkę szpitala Alinę W. Kobieta przyznała podczas przesłuchania, że w dokumentach wpisane są nieprawdziwe dane. Tłumaczyła się, że spisywała to, co dyktował jej prezes szpitala i anestezjolog.Ponadto Alina W. przed wejściem na salę operacyjną usunęła szwy ze skóry pacjentki, a także powięzi (tkanki podskórne, które otaczają mięśnie brzucha), czym sama rozpoczęła operację. Tego właśnie dotyczy jej drugi zarzut. Lekarz operujący Annę przyznał, że gdy trafiła na stół, miała już otwarty brzuch, w którym widać było krwistą substancję.Po drugiej operacji przeprowadzający ją ginekolog Jarosław K. ponownie zostawił pacjentkę i opuścił szpital. Placówka została wówczas bez ginekologa. Jarosław K. usłyszał zarzuty: że popełnił błąd w czasie drugiej operacji i że dwa razy opuścił pacjentkę.
Po drugiej operacji 41-latka krwawiła jeszcze mocniej. Dopiero po ponad trzech godzinach przetransportowano ją do innego szpitala. Według biegłych z zakresu medycyny sądowej Anna zmarła wskutek ostrej niewydolności krążeniowo-oddechowej w przebiegu niewydolności wielonarządowej, spowodowanej atonią macicy i wstrząsem krwotocznym po przebytym cięciu cesarskim.Na początku śledztwa w sprawie śmierci Anny dwie instytucje wykazały, że szpital łamał przepisy i że dochodziło w nim do wielu nieprawidłowości, a do tego brakowało personelu oraz aparatury medycznej: urząd wojewódzki oraz NFZ. W efekcie placówka została zamknięta. Prezesowi szpitala zarzuca się m.in., że nie zapewnił Annie stałej opieki ginekologa, co opóźniło diagnozę i wdrożenie leczenia.

27-latka miała poddać się liposukcji, nie żyje. Policja prowadzi śledztwo

 Policja prowadzi śledztwo w sprawie śmierci 27-letniej influencerki Olivii Oras. Młoda kobieta poddała się zabiegowi liposukcji — odsysania tłuszczu — w prywatnej klinice w Helsinkach w Finlandii. Po podaniu znieczulenia nagle straciła przytomność. Niedługo potem stwierdzono zgon.

Fińska influencerka Olivia Oras pod koniec sierpnia poddała się zabiegowi medycyny estetycznej — liposukcji. 27-latka była pacjentką Plastic Surgery Center w Helsinkach. Ale już na samym początku doszło do tragedii. Po podaniu jej znieczulenia kobieta straciła przytomność. Została przewieziona do Uniwersyteckiego Szpitala w Helsinkach, gdzie lekarze przez kilka dni walczyli o jej życie. Niestety, Oraz zmarła 3 września.Rodzina 27-latki złożyła w tej sprawie zawiadomienie na policję. Bliscy zmarłej domagają się dokładnego ustalenia okoliczności tragedii. Wszczęto postępowanie dotyczące możliwości popełnienia przestępstwa nieumyślnego spowodowania śmierci ze szczególnym okrucieństwem, za co grozi kara do sześciu lat więzienia.Jak informuje policja w Helsinkach, śledztwo jest "na wczesnym etapie" i "na razie nie ma dodatkowych informacji do przekazania". Prywatna klinika na czas trwania śledztwa została zamknięta.

Podczas kontroli wykazano, że pacjenci byli tam "poważnie narażeni na niebezpieczeństwo" ze strony personelu medycznego, a działalność obu placówek firmy została "natychmiast zawieszona".

Zdobyła popularność jako nastolatka, zmagała się z licznymi problemami

Oras zyskała rozpoznawalność już w wieku 14 lat, gdy zaczęła dzielić się swoim życiem w internecie. W 2016 r., mając 16 lat, wystąpiła w filmie dokumentalnym "The Perfect Selfie", który przez 18 miesięcy pokazywał jej codzienność, a twórcy opisali go jako "nowoczesną opowieść o dorastaniu w erze mediów społecznościowych", pokazującą jej relację z internetem i obserwatorami.Jednak po premierze filmu dokumentalnego Oras zaczęła zmagać się ze stanami lękowymi i uciekła do Amsterdamu, zamykając swoje konta w mediach społecznościowych. Pracowała w kawiarni i planowała rozpocząć studia, zanim była świadkiem samobójstwa przyjaciółki z jej bloku — to wydarzenie nie dawało jej spokoju.Później wróciła do Helsinek, by być z rodzicami, jednak zmagała się z alkoholizmem i uzależnieniem od tabletek nasennych, o czym mówiła publicznie. W 2022 r. Oras przebywała przez miesiąc w ośrodku leczenia uzależnień.
W ostatnich latach założyła organizację wspierającą badania nad chorobami płuc po tym, jak jej ojciec otrzymał diagnozę włóknienia płuc. Pełniła także funkcję Head of Community w start-upie zajmującym się sztuczną inteligencją oraz pracowała w marketingu firmy technologicznej z branży wellness.

(Źródło: metro.co.uk)

 

Z Bałtyku wyłowiono ciało kobiety. Poranne makabryczne odkrycie przy kołobrzeskim molo

 Makabrycznego odkrycia dokonali w poniedziałkowy poranek, 14 września spacerowicze przebywający na plaży w Kołobrzegu. W okolicach molo w wodzie dryfowało ciało kobiety. Ratownicy wyciągnęli je na brzeg, a sprawą natychmiast zajęły się odpowiednie służby. Ciało zostało już zabezpieczone przez prokuratora.

Zgłoszenie o ciele dryfującym w Bałtyku wpłynęło do służb chwilę po godzinie 6 rano. Ratownicy niemal natychmiast pojawili się na miejscu i przystąpili do akcji. Z wyłowioną kobietą, która miała na sobie jedynie strój kąpielowy, nie było już kontaktu. Ten szczegół może sugerować, że ofiara zdecydowała się wejść do wody z własnej woli. W pobliżu, na piasku, leżały należące do niej przedmioty osobiste.Fakt zabezpieczenia zwłok w celu przeprowadzenia dokładnych badań potwierdziła podkom. Karolina Seemann. Rzeczniczka kołobrzeskiej policji, w wypowiedzi dla TVP3 Szczecin, zaznaczyła, że szczegółowe analizy pomogą śledczym w rozwikłaniu zagadki i ustaleniu bezpośredniej przyczyny zgonu.

Policjanci badają sprawę odnalezienia ciała kobiety w Kołobrzegu

W rejonie molo wciąż pracują technicy kryminalistyki i policjanci, którzy zabezpieczają ewentualne ślady i dokładnie dokumentują miejsce zdarzenia. Na tym etapie postępowania śledczy nie wykluczają żadnego ze scenariuszy. Trwają analizy mające potwierdzić, czy kobieta samotnie weszła do wzburzonego morza, czy też padła ofiarą nieszczęśliwego wypadku.

Zgodnie z decyzją prokuratora, zwłoki zostały przetransportowane do zakładu medycyny sądowej. Wyniki sekcji zwłok będą miały kluczowe znaczenie, ponieważ wykażą, jak doszło do śmierci i czy mogły mieć w tym swój udział osoby trzecie.

Co doprowadziło do śmierci kobiety przy molo w Kołobrzegu?

Okolice molo to niezwykle chętnie uczęszczane miejsce w Kołobrzegu, dlatego poranne znalezisko wywołało ogromne poruszenie wśród lokalnej społeczności oraz turystów spacerujących po plaży. Mundurowi proszą o zgłaszanie się świadków. Apel kierowany jest do wszystkich, którzy przebywali w tej okolicy i mogli widzieć ofiarę lub zaobserwować nietypowe sytuacje.

Teraz głównym zadaniem organów ścigania będzie dokładne odtworzenie ostatnich godzin życia denatki. Śledczy liczą, że szczegółowa analiza pozostawionych na plaży rzeczy oraz wyniki specjalistycznych ekspertyz pozwolą odpowiedzieć na pytanie, co dokładnie wydarzyło się tragicznego poranka.


 

"Patryk, boisz się mnie?"

 W karcie segregacji medycznej zapisano, że Patryk nie śpi, nie przyjmuje leków i jest przekonany, że ktoś chce go zabić. Mimo to jego stan psychiczny oceniono jako "w normie". Godzinę po wyjściu ze szpitala zabił swoją matkę.

  • 34-letni Patryk od lat chorował na schizofrenię paranoidalną. Gdy odstawił leki, matka zawiozła go na SOR i alarmowała, że syn jest w złym stanie.
  • W karcie segregacji medycznej zapisano, że pacjent nie śpi, nie przyjmuje leków i ma urojenia. Mimo to jego stan psychiczny oceniono jako "w normie".
  • Patryk opuścił szpital bez konsultacji psychiatrycznej. Niespełna godzinę później zaatakował matkę nożem. Kobieta zmarła.
  • Zeznania lekarza SOR i dyżurnego psychiatry różnią się w kluczowej kwestii: czy i kiedy przekazano informację o pacjencie wymagającym konsultacji.
  • Prokuratura początkowo umorzyła dochodzenie dotyczące możliwych nieprawidłowości personelu. Sąd uznał jednak, że sprawa nie została dostatecznie wyjaśniona i nakazał ponowne śledztwo.
  • Córka zamordowanej kobiety walczy o ustalenie odpowiedzialności i zmiany w systemie. "Nikt nie powinien ginąć z rąk najbliższej osoby w takich okolicznościach" - mówi.

Drzwi otworzył mężczyzna, który trzymał w ręku zakrwawiony nóż. Policjanci krzyknęli, żeby odrzucił go na bok i położył się na ziemi. Posłuchał. Nie stawiał oporu, nie dyskutował, był spokojny."Sprawiał wrażenie, jakby był pod wpływem jakichś leków, jakby momentami tracił kontakt z rzeczywistością i nie wiedział, co się wokół niego dzieje" – zeznał później jeden z policjantów.

Kiedy mężczyzna leżał już skuty, zaczął powtarzać, że nie chciał tego zrobić. Pokłócili się, bo mama nie wierzyła, że wziął leki. Uderzył ją pięścią w twarz i zrzucił ze schodów. Potem poszedł do kuchni po nóż i zadał kilkanaście ciosów. Na końcu sam zadzwonił po pogotowie.Zaledwie kilka godzin wcześniej 34-letni Patryk pojawił się z mamą na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym Szpitala Wojewódzkiego im. Św. Łukasza w Tarnowie. Od lat leczył się tam psychiatrycznie ze względu na schizofrenię paranoidalną. Kobieta alarmowała lekarzy, że syn odstawił leki i jest w złym stanie. Niedługo później już nie żyła.Rodzina uważa, że za jej śmierć odpowiedzialny jest personel medyczny. Twierdzi, że Patryk powinien zostać zatrzymany na oddziale psychiatrycznym.

Lekarze bronią się, że wszystkie procedury zostały dochowane. Z podobnego założenia wyszła prokuratura, która szybko umorzyła dochodzenie. Sąd nie zostawił jednak suchej nitki na działaniach śledczych i nakazał ponowne zbadanie sprawy.Odpowiedź nie mieści się w jednej scenie ani w jednym dokumencie. Jest rozpisana pomiędzy kartą segregacji medycznej, szpitalnym monitoringiem, zeznaniami lekarzy i pielęgniarki, zapisami połączeń telefonicznych oraz pamięcią córki.

W tych materiałach powracają te same godziny i te same fakty. Ich znaczenie każda ze stron odczytuje jednak inaczej.

Nieśmiały chłopak

W oczach bliskich Patryk zawsze uchodził za bardzo spokojnego. Cichy, zamknięty w sobie, większość czasu spędzał w domu przed komputerem.

Kiedy miał 16 lat, rodzice się rozwiedli. Brakowało mu ojca. Tę lukę próbował wypełnić wujek, częsty gość w ich domu. Patryk nie miał wokół siebie grupy przyjaciół ani dziewczyny, z którą mógłby spędzać czas. Wolał samotne spacery z psem.Najbliższą przyjaciółką była mama - Małgorzata. Znała go najlepiej. Rozumiała jego słabości i ograniczenia. Sama pracowała jako nauczycielka w szkole podstawowej. Dzięki swoim kwalifikacjom zajmowała się także dziećmi mierzącymi się z różnymi problemami, między innymi autyzmem i porażeniem mózgowym. Dojeżdżała do małoletnich, którzy z powodu problemów ruchowych nie mogli uczęszczać do zwykłej szkoły.W 2010 r., po ukończeniu technikum i zdaniu matury, Patryk wyjechał do Krakowa na studia psychologiczne. Nie ukończył ich. Wrócił do Tarnowa. Podejmował różne prace, najczęściej dorywcze i krótkoterminowe. Szybko się zniechęcał. Rodzinę przekonywał, że koledzy z pracy są w zmowie przeciwko niemu.

Diagnozę postawiono w 2013 r.: schizofrenia paranoidalna. Patryk miał wtedy 21 lat. Objawy nasiliły się po dziesięciodniowym kursie "rozwoju osobowości", na który pojechał do Warszawy. Po powrocie oświadczył, że jest adoptowany. Dwukrotnie robił testy genetyczne, żeby sprawdzić, czy Małgorzata i jej były mąż naprawdę są jego biologicznymi rodzicami.Coraz częściej zdarzały mu się napady słownej agresji. Potrafił też uderzyć pięścią w stół. Był przekonany, że ktoś zlecił jego zabójstwo. Miał pretensje do Darii, swojej siostry, że patrzy na niego wrogo.Najdłużej utrzymywała się jednak inna teoria: rodzina chce sprzedać go na narządy. Zaczął palić papierosy. Tłumaczył, że w ten sposób zatruwa swoje organy, aby nie nadawały się do sprzedaży. Zdarzało się, że wracał z zakupów w towarzystwie policjantów i prosił ich, by aresztowali matkę, bo go truje.

Nie przyjmował do wiadomości, że jest chory. Często odstawiał leki, a wtedy objawy psychotyczne stawały się silniejsze. Jak wiele osób chorujących na schizofrenię był przekonany, że jest zdrowy, a wszyscy, którzy namawiają go do leczenia - także lekarze - uczestniczą w spisku.

Kilka razy trafiał na oddział psychiatryczny tarnowskiego szpitala. W dokumentacji z jednego z pobytów zapisano:

"Zachowanie nieadekwatne, zmienny nastrój, drażliwość, podejrzenia o zatrucie, wycofany z kontaktów społecznych, z problemami w utrzymaniu pracy z powodu urojeń ksobnych (»wszyscy się ze mnie śmieją, wszyscy o mnie mówią«)".I dalej:

"Niespokojny, w lęku, przekonany, że niebawem umrze, mało aktywny, unikający kontaktu z innymi pacjentami z poczucia zagrożenia z ich strony".

Kiedy Patryk wracał do leków, życie wracało do względnej normy. Pomagał w opiece nad babcią i angażował się w prace wokół domu - kosił trawnik, układał kostkę brukową, wykonał ogrodzenie posesji, wstawił bramę. Kiedy była potrzeba, stawał się kierowcą.

Za każdym razem przychodził jednak moment, gdy ponownie odstawiał leki. I wszystko zaczynało się od nowa.Niedługo przed tragedią powiedział sąsiadce, że ściga go mafia, która chce go zabić. Pytał, co ma zrobić: zostać w domu czy się wyprowadzić?

13 maja 2025 r. był w wyjątkowo złym stanie. Bał się wszystkiego. Zaglądał nawet pod meble, jakby ktoś mógł się tam ukrywać. W końcu zadeklarował, że odda się w ręce lekarzy. Był gotowy jechać do szpitala.

Małgorzata nie zastanawiała się długo. Wsiadła z synem do samochodu i ruszyła na SOR. Czuła, że sytuacja wymyka się spod kontroli.

"Syn czegoś się boi"

- To był specyficzny czas w moim życiu. Kilka dni wcześniej zmieniłam stanowisko pracy i miałam bardzo dużo na głowie. Wieczorem, gdy wracałam do domu, mama wysłała mi wiadomość, że są z bratem w szpitalu – opowiada Daria, która mieszkała wówczas w Anglii.

Około pierwszej w nocy polskiego czasu zadzwoniła do matki.

- Była bardzo zła na lekarzy. Pozwolę sobie przytoczyć epitety, których wtedy użyła, bo utkwiły mi w głowie. Powtórzyła je kilka razy: "żaden ignorant psychiatra się z Patrykiem nie widział" - wspomina siostra.

Daria dopytywała, jak zachowuje się brat.– Powiedziała, że wszystkiego się boi. W tle słyszałam, jak wysiadają z samochodu i idą do domu. Pamiętam, że mama zapytała: "Patryk, boisz się mnie?". On nic nie odpowiedział. Stwierdził tylko, że idzie na górę. Krzyknęła za nim, żeby wziął leki. Dwadzieścia sześć minut po moim telefonie zaatakował mamę.Monitoring pozwala odtworzyć wcześniejsze godziny niemal minuta po minucie. Około 22:13 Małgorzata i jej syn pobrali numerek do kolejki na SOR Szpitala im. Św. Łukasza w Tarnowie. Piętnaście minut później weszli do pomieszczenia triage. To tam dokonuje się pierwszej oceny stanu pacjenta i decyduje o kolejności oraz pilności udzielenia pomocy.

"Z tego, co pamiętam, to pani [Małgorzata - red.] zapytała się mnie, czy jest możliwość przeprowadzenia konsultacji psychiatrycznej z powodu pogorszenia się stanu psychicznego jej syna. Dodatkowo powiedziała, że syn czegoś się boi" – zeznawała w prokuraturze pielęgniarka pełniąca wtedy dyżur."W trakcie prowadzonego wywiadu Patryk zachowywał się bardzo spokojnie. Nie był agresywny wobec swojej matki lub personelu medycznego, czy też samego siebie" – dodała.

W karcie segregacji medycznej pielęgniarka odnotowała m.in.:

"Według matki pacjent zgłasza lęki przed osobą, która może go zamordować. Pacjent nie śpi w nocy od dwóch dni […]. Jadąc autem [do szpitala - red.] zatrzymał się przy nastoletnich dzieciach, odsunął szybę i powiedział: »nie wstawiajcie się za mną« […] Pacjent samodzielnie modyfikuje dawki leków, zmniejsza lub nie przyjmuje ich […]. Według matki od tygodnia zapomina się i »ucieka mu pamięć«".

Jednocześnie w rubryce "ocena stanu psychicznego" pojawiły się dwa słowa: "w normie". W pięciostopniowym systemie segregacji medycznej ESI Patryk otrzymał numer cztery. Jedynka oznacza przypadek najpilniejszy, związany z zagrożeniem życia. Piątka - najmniej pilny, stan łagodny.O 22:54 Patryka przyjął lekarz dyżurujący na SOR. Zlecił pobranie krwi do badań. W elektronicznym systemie szpitala zgłosił także potrzebę konsultacji psychiatrycznej.

"Pacjent siedział spokojnie na łóżku i rozmawiał z matką. Na żadnym etapie ani pacjent, ani jego matka nie zgłosili niepokojących objawów, które by spowodowały konieczność np. zastosowania przymusu bezpośredniego lub podjęcia innych intensywnych działań, zastosowania doraźnych leków itp." – zeznawał lekarz w prokuraturze.

Oddział psychiatryczny w tarnowskim szpitalu dzieli od SOR-u około 150 metrów. Trzeba przejść łącznikiem – długim korytarzem pod ulicą.Nocą na oddziale jest jeden lekarz. Psychiatra, który pełnił wtedy dyżur, wyjaśniał śledczym, że potrzeba konsultacji na SOR jest zgłaszana na dwa sposoby.

Najpierw lekarz z oddziału ratunkowego zleca ją w systemie komputerowym - w przypadku Patryka właśnie tak zrobiono. Ponieważ psychiatra nie siedzi przez cały dyżur przed komputerem, lekarz z SOR powinien dodatkowo zadzwonić na dyżurny telefon komórkowy, pod którym psychiatra ma być cały czas dostępny, i przekazać mu podstawowe informacje o stanie pacjenta.

W tym miejscu pojawiają się rozbieżności w zeznaniach lekarzy.Medyk dyżurujący na SOR przekonywał prokuraturę, że pierwszy telefon do psychiatry wykonał tuż po wprowadzeniu zlecenia do systemu, czyli jeszcze przed godziną 23. Drugie połączenie miał wykonać około 0:30. Tym razem po to, żeby powiedzieć, iż Małgorzata z synem właśnie opuścili SOR, więc konsultacja nie jest już potrzebna.Psychiatra dyżurujący tamtej nocy nie pamięta pierwszego telefonu. Zeznał, że lekarz z SOR zadzwonił dopiero po północy - z informacją, iż pacjenta i jego matki nie ma już na terenie szpitala.

To nie jest drobna różnica wersji. Od odpowiedzi na pytanie, czy ten pierwszy telefon faktycznie wykonano, zależy ustalenie, kiedy psychiatra rzeczywiście mógł dowiedzieć się o oczekującym pacjencie.

Dwie godziny i dwadzieścia trzy minuty

Małgorzata i Patryk opuścili SOR po ponad dwóch godzinach od momentu przybycia na miejsce – dokładnie o godzinie 00:36. Dlaczego nie zaczekali, aż pojawi się psychiatra?

- Mama miała następnego dnia dużo obowiązków w szkole - była odpowiedzialna za przygotowywanie dzieci do akademii z okazji Dnia Matki. Mówiła mi: "Ja nie mogę siedzieć na SOR do czwartej nad ranem, bo muszę wstać o szóstej i jechać do pracy". Odpowiedziałam, że ja to rozumiem, ale zapytałam, jak to możliwe, że nie zatrzymali Patryka w szpitalu? – opowiada Daria.

Lekarz dyżurujący na SOR zeznał, że w pewnym momencie podszedł do niego Patryk i zapytał, czy może zgłosić się w innym terminie. Miał być zmęczony i senny, a następnego dnia czekała go rozmowa o pracę. Małgorzata również miała stwierdzić, że jest już zmęczona.

"Mama pacjenta powiedziała, że pan (Patryk – red.) zgłosi się sam, bo ona nazajutrz rano nie będzie mu mogła towarzyszyć. Oni byli zdecydowani, żeby opuścić SOR" – przekonywał śledczych medyk i podkreślił, że według niego nie było w tej sytuacji nic nadzwyczajnego.

Wyjaśniał, że gdyby Patryk zachowywał się agresywnie, zgłaszał myśli samobójcze albo zamiar skrzywdzenia kogoś, to już podczas segregacji medycznej można byłoby zastosować przymus bezpośredni: izolację, przypięcie pasami lub przymusowe podanie leków. Takie okoliczności, w jego ocenie, nie miały jednak miejsca.

Podkreślał też, że według procedur szpitala konsultacja na SOR musi odbyć się w ciągu trzech godzin od zgłoszenia. Małgorzata i Patryk spędzili tam dokładnie dwie godziny i dwadzieścia trzy minuty.

Darii te argumenty nie przekonują.

- To nie była przypadkowa osoba z ulicy zgłaszająca się z takimi objawami po raz pierwszy. Patryk był tam wcześniej kilkukrotnie hospitalizowany. Mało tego, czasami nie pozwalano mu wyjść - na przykład podczas pobytu przed Wielkanocą 2024 r., gdy chciał opuścić oddział, ale zatrzymała go ochrona – argumentuje.

– Wtedy ktoś potrafił zauważyć jego stan. Tym razem nie. A przecież dysponowali całą jego dokumentacją medyczną i historią choroby! – dodaje.

Potem wskazuje na czas. Do zabójstwa doszło krótko po powrocie Małgorzaty i Patryka do domu. Pierwszy telefon pod numer alarmowy 34-latek wykonał o 1:26. Powiedział, że matka spadła ze schodów. W tle było jednak słychać Małgorzatę, która krzyczała, żeby wysłali policję, bo się boi.Dyspozytor zorientował się, że dzieje się coś złego. Wysłał policję i pogotowie. O drugiej w nocy Małgorzata została przywieziona na ten sam SOR, z którego wcześniej wyszła z synem. O 3:30 zmarła.

To oznacza, że Patryk zaatakował matkę niespełna godzinę po opuszczeniu szpitala.

Rodzina wraca właśnie do tej krótkiej przestrzeni czasu. Z jednej strony pacjent został oceniony na SOR jako spokojny, a w karcie jego stan psychiczny uznano za "w normie". Z drugiej - według ustaleń biegłych - podczas zabójstwa działał w stanie niepoczytalności. Pomiędzy tymi dwoma obrazami nie ma dni ani tygodni. Jest dokładnie pięćdziesiąt minut.

- W związku z tym należy zadać pytanie: czy w tak krótkim czasie brat mógł stać się z osoby poczytalnej w szpitalu osobą niepoczytalną w domu? Przecież stan psychozy narasta stopniowo, nie pojawia się z minuty na minutę – mówi Daria.W karcie segregacji medycznej są wprost opisane objawy zgłaszane przez moją mamę. I nie są to błahe objawy: że jest przekonany, że ktoś chce go zabić, że nie brał leków, że od dwóch dni nie śpi. Tak nie zachowuje się osoba, która sama racjonalnie decyduje o sobie i o swoich czynach. Zostało to jednak kompletnie zbagatelizowane przez personel medyczny – ocenia.

Umorzenie bez uzasadnienia

Po tragedii Prokuratura Rejonowa Kraków-Śródmieście Zachód wszczęła dochodzenie w sprawie "narażenia Patryka A. na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu […], poprzez nieudzielenie wymienionemu odpowiedniej pomocy medycznej […], co doprowadziło do pogorszenia się stanu psychicznego, a w następstwie tego zabójstwa matki".

Pół roku później, dokładnie 26 listopada 2025 r., dochodzenie zostało umorzone. Prokuratura nie podała jednak żadnego uzasadnienia tej decyzji.

Postępowanie wyjaśniające umorzył również Okręgowy Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej w Tarnowie. Tłumaczył m.in. że lekarz dyżurny Oddziału Psychiatrii w czasie pobytu Patryka na SOR zajmował się przyjęciem do oddziału innego chorego, co zostało udokumentowane w raporcie.

Zachowanie Patryka nie wzbudziło też żadnych podejrzeń lekarza dyżurującego na SOR, a Małgorzata miała nie zgłaszać zastrzeżeń wobec decyzji o odesłaniu syna do domu.

"Pacjent nie był pozbawiony prawa decydowania o sobie i mógł zdecydować, że nie będzie czekał na lekarza psychiatrę, a zgłosi się na konsultację w godzinach porannych" – czytamy w uzasadnieniu.Dla rodziny nie zamykało to sprawy. Przeciwnie: pozostawiało bez odpowiedzi pytania, które pojawiły się już podczas odtwarzania przebiegu nocnego dyżuru.

Czy znana szpitalowi historia choroby powinna była wpłynąć na ocenę ryzyka? Czy opis urojeń, bezsenności i samodzielnego odstawiania leków można było pogodzić z wpisem "w normie"? I czy spokojne zachowanie podczas krótkiej obserwacji rzeczywiście pozwalało uznać, że nie ma bezpośredniego zagrożenia?

Pełnomocniczka rodziny zaskarżyła decyzję prokuratury. Argumentowała, że już same objawy narastającej psychozy, zgłoszone podczas segregacji medycznej przez matkę Patryka, powinny były skłonić personel do działań zmierzających do zatrzymania go w szpitalu. Tymczasem przez ponad dwie godziny nie otrzymał żadnej pomocy - nawet doraźnej.

Prawniczka wskazała również, że przewidziane procedurami trzy godziny na przeprowadzenie konsultacji psychiatrycznej nie zwalniały z odpowiedzialności lekarza dyżurującego na SOR. Zwłaszcza że miał dostęp do pełnej dokumentacji medycznej i historii choroby pacjenta.

"Miał pełną świadomość, iż pacjent ten należy do grupy wysokiego ryzyka. W takich sytuacjach lekarz ma obowiązek działać szybciej i ostrożniej niż w przypadku osoby, o której nic nie wie" - napisała w zażaleniu.

Podkreśliła też: "W niniejszej sprawie nie można przerzucać ciężaru odpowiedzialności na chorego człowieka, który nie może realnie ocenić swojego stanu, czy też na jego matkę, która niewątpliwie również jest ofiarą inkryminowanego błędu personelu medycznego".18 marca 2026 r. Sąd Rejonowy dla Krakowa-Śródmieścia, do którego trafiło zażalenie na decyzję prokuratury, przychylił się do argumentów pełnomocniczki i nakazał ponowne wszczęcie dochodzenia.

W uzasadnieniu stwierdził, że materiał dowodowy zgromadzony w sprawie nie wystarcza do wydania końcowej decyzji. Najpierw należy ustalić, czy lekarz dyżurujący na SOR rzeczywiście dwukrotnie telefonował do dyżurnego psychiatry. Trzeba też powołać biegłego, który oceni prawidłowość całej wizyty na oddziale ratunkowym.

Biegły ma odpowiedzieć m.in. na pytania: jakie czynności należało wykonać, jak powinien wyglądać wywiad z pacjentem, jakich działań (jeśli w ogóle) zaniechano, czy lekarz powinien był zapytać o dotychczasowy sposób leczenia oraz czy powinien spróbować przekonać Patryka do pozostania w szpitalu.

Ma także ocenić, czy pobieżna obserwacja spokojnego pacjenta wystarczała, aby uznać, że nie stanowi on zagrożenia dla siebie i ludzi przebywających w jego otoczeniu.

Rozbitek

Na pierwsze widzenie z bratem Daria czekała miesiąc. Kiedy wreszcie wpuszczono ją do aresztu, zobaczyła człowieka wyglądającego jak rozbitek - zarośniętego, z długimi paznokciami, podkrążonymi oczami.

Przez większość spotkania Patryk płakał. Tuż po tragedii nie rozumiał jeszcze, co naprawdę się wydarzyło. Miał dziury w pamięci. Nie pamiętał samego momentu zabójstwa. Przechodził bardzo ostrą psychozę, w której nie odróżniał rzeczywistości od czegoś, co później opisywał biegłym jako "grę".

- Gdy udało się dobrać odpowiednie leki, to powoli zaczął sobie uświadamiać, co zrobił. I to było bardzo trudne. Bałam się, że stracę też jego. Dopiero od niedawna można powiedzieć, że jest w miarę dobrym stanie, a większość objawów - urojenia, mania prześladowcza, lęki, które towarzyszyły mu przez wiele miesięcy - wyciszyły się - opowiada Daria.

- Ale prawda jest taka, że nie da się tego wyciszyć całkowicie. Będzie musiał żyć ze świadomością, że najbliższa osoba, którą kochał najbardziej, odeszła w taki sposób z powodu jego choroby. Niektórzy pisali o moim bracie, że jest potworem. Nie mam do nich pretensji, bo raczej nie mieli wcześniej styczności z tą chorobą. Nie wiedzą, że potrafi ona zrobić z chorym wszystko - dodaje.

Przez pierwszych dziewięć miesięcy Patryk przebywał na oddziale aresztu śledczego przeznaczonym dla osób chorujących psychicznie. Znosił to bardzo źle. Dopiero gdy sąd - uwzględniając opinię biegłych o jego niepoczytalności - umorzył postępowanie karne dotyczące zabójstwa Małgorzaty, Patryk trafił do zamkniętego zakładu psychiatrycznego.

Po tragedii Daria wróciła do Polski na stałe. Nie zamierza odpuszczać. Uważa, że skoro coś takiego przydarzyło się jej bratu, to może przydarzyć się komuś innemu. Chciałaby nie tylko wyciągnięcia konsekwencji wobec lekarzy z tarnowskiego szpitala, ale też zmian w przepisach dotyczących zdrowia psychicznego - takich, które sprawią, że lekarze będą odpowiednio przeszkoleni i nie będą bagatelizowali osób z chorobami psychicznymi.

- Moja mama zrobiła wszystko, żeby wesprzeć brata. Zgłosiła się z synem do instytucji, która miała obowiązek pomóc i zapewnić im bezpieczeństwo. Tak się jednak nie stało. Wciąż jestem w szoku, że to się nie udało - mówi.

Na końcu podkreśla:

- To jest teraz walka moja i mojego brata o to, żeby coś takiego nie przydarzyło się już nikomu innemu. Żeby ludzie zgłaszający się po pomoc w krytycznych sytuacjach rzeczywiście tę pomoc dostawali. Wierzę, że nagłośnienie tej sprawy może coś zmienić. Nikt nie powinien ginąć z rąk najbliższej osoby w takich okolicznościach.

***

Postępowanie przygotowawcze w sprawie możliwych nieprawidłowości w zachowaniu lekarzy jest obecnie zawieszone. Zgodnie z wytycznymi sądu prokuratura oczekuje na opinię biegłych.

Do momentu publikacji artykułu nie otrzymaliśmy odpowiedzi na nasze pytania od Szpitala im. Św. Łukasza w Tarnowie.