SIEMKA . Zawsze pisze o Tusku , czas na Kaczynskiego . Coz moge o nim powiedziec ? Jego zycie prywatne mnie nie obchodzi . Obchodzi mnie natomiast jego dzialalnosc dla Polski . Co by nie mowic , za panowania jego partii Polakom zylo sie zdecydowanie lepiej . Lepiej stala gospodarka , szpitalnictwo i nie mielismy az tak potwornego zadluzenia panstwa. Ukrainie pomagalismy ale w granicach rozsadku . Tusk natomiast oddaje im bez kolsuntacji z kimkolwiek nasze najlepsze rakiety .Takich numerow nie robil Kaczynski .Za rzadow jego partii gospodarka kwitla . Polska byla szanowana w Unii i zawsze robila to co bylo dobre dla Polski , nie jak za Tuska - dla Niemiec !!!! Co by tu jeszcze . Pan ten jest patriota i kocha Polske i Polakow . Zawsze na pierwszym miejscu mial dobro Polski i Polakow nie Niemiec jak Tusk . Nie wykonywal rozkazow Niemiec bo Niemcy nawet nic nie probowali. Probowala Unia ale jak bylo za duzo Kaczynski mowil - dosc !!!! A teraz siedzimy pod butem Niemca a zwolennicy Tuska skanduja : byle nie PIS . Prawda jest jednak taka ze cierpliwosc Polakow jest na wykonczeniu . I na pewno beda woleli zeby kraj prowadzil PIS .A ja powiem tak : wole pana z kotem niz tego z wrona , sierpem i mlotem !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! GB
FOCH
2026/07/12
KOGO WOLISZ - TUSKA CZY KACZYNSKIEGO
Siostry wyjechały na wymarzone wakacje. Zginęły w zamachu terrorystycznym
Cztery siostry z Krzyszkowic (województwo małopolskie) wyruszyły do Włoch na wakacje. To nie była zwykła podróż — to była próba złapania oddechu po tragedii, która rozdarła ich życie na pół. Dwa lata wcześniej straciły mamę, Jolantę. Miała zaledwie 38 lat. Odeszła nagle, zostawiając sześcioro dzieci i męża pogrążonych w bólu, którego nie sposób opisać słowami. Tamte wakacje miały być pierwszym krokiem ku normalności, pierwszym uśmiechem po długim czasie łez. Los jednak nie miał dla nich litości.
Wakacje zamieniły się w koszmar. Jak siostry znalazły się w Nicei?
14 lipca 2016 roku na Promenadzie Anglików w Nicei zgromadził się tłum turystów i mieszkańców. Wieczorem, w tym najbardziej rozpoznawalnym punkcie miasta położonego na Lazurowym Wybrzeżu, miał odbyć się spektakularny pokaz fajerwerków na zakończenie obchodów narodowego święta Francji. Pokaz sztucznych ogni przyciągnął rzesze oglądających, wśród nich były cztery siostry z Polaki: Magdalena, Marzena, Dorota i najmłodsza Gabrysia. Dziewczyny kilka dni wcześniej przyleciały tanimi liniami do Włoch z krakowskiego lotniska na wakacje razem z ówczesnym chłopakiem najstarszej Doroty.
Dla Doroty, Marzeny, Magdaleny i Gabrysi to miały być pierwsze wakacje po stracie mamy. Bracia zostali z tatą w Krzyszkowicach. Dziewczyny same zarobiły na wypoczynek. Italia była naturalnym wyborem, bo właśnie tam pracował tata chłopaka najstarszej z sióstr i zaprosił młodzież do siebie. Siostry postanowiły skorzystać z gościny w jego domu. Po kilku dniach spędzonych na południu Italii, cała piątka spontanicznie wpadła na pomysł, by wybrać się na pokaz fajerwerków do Nicei.14 lipca - Dzień Bastylii. Nicea tonęła w świetle fajerwerków, w gwarze świętujących ludzi, w beztrosce letniego wieczoru nad Morzem Śródziemnym. Tłum wypełniał Promenadę Anglików. Wśród nich były one - Magdalena, Marzena, Dorota i najmłodsza Gabrysia. Jeszcze chwilę wcześniej patrzyły w niebo rozświetlone kolorami, nie wiedząc, że za moment ich świat runie po raz drugi.
Kiedy pokaz się skończył, ruszyły przed siebie razem z innymi. Wprawdzie najpierw planowały iść plażą, wzdłuż morza, ale wieczór był dość chłodny i zmieniły zdanie. Szły spokojnie, zwyczajnie - tak jak setki ludzi wokół. Zauważyły ciężarówkę. Ciemną. Z wyłączonymi światłami. To był tylko ułamek sekundy - moment, który oddzielał życie od śmierci. Potem wszystko zamieniło się w koszmar.
Siostry zginęły w zamachu terrorystycznym islamskiego fanatyka
Siostrom nawet przez myśl im nie przeszło, że za kierownicą zbliżającego się do nich auta siedzi zamachowiec i celowo kieruje pojazd we wracający z pokazu tłum. Najstarsza z sióstr Dorota wraz chłopakiem i najmłodszą Gabrysią odruchowo odskoczyli na bok w kierunku przystanku. To uratowało im życie. Magda i Marzena nie miały tyle szczęścia, uciekły w drugą stronę, tą w którą zamachowiec skierował 19-tonową ciężarówkę. Marzena zginęła na miejscu. Dorota, w rozpaczy i niedowierzaniu, próbowała ratować Magdalenę. Bez skutku. W ciągu kilku minut straciła kolejną część swojej rodziny. Ciężarówka jechała przez dwa kilometry, siejąc śmierć i zniszczenie. Zatrzymały ją dopiero kule policji, które dosięgły zamachowca, 34-letniego obywatela Tunezji, Mohameda Lahouaieja Bouhlela.
W zamachu, oprócz Polek, zginęły jeszcze 84 osoby z całego świata, w tym 15 dzieci, a ponad 200 osób zostało rannych, w tym wiele ciężko. Zamachowcem okazał się 31-letni Mohamed Lahouaiej-Bouhlel mieszkaniec Nicei pochodzenia tunezyjskiego. Atak przygotowywał od kilku miesięcy. W tym celu ukradł ciężarówkę. Władze Francji aresztowały osoby powiązane z zamachowcem, które pomagały w przygotowaniach. W sumie osiem osób stanęło przed sądem. Wszystkie zostały uznane za winne i usłyszały wyroki od 2 lat do 8 pozbawienia wolności. Magdalena i Marzena zostały pochowane na cmentarzu parafialnym w Krzyszkowicach w grobie razem z mamą. Zamach w Nicei uważa się za jeden z najkrwawszych w Europie.
Uciekli z Polski i wiedli "koczowniczy" tryb życia w Hiszpanii. Bracia trafili do aresztu
Długo unikali sprawiedliwości za granicą, ale ostatecznie zostali namierzeni. Policjanci zatrzymali w Hiszpanii dwóch braci z powiatu chełmskiego, którzy zostali już przewiezieni do Polski. Obaj mężczyźni spędzą w więzieniu wiele lat za poważne czyny, w tym przestępstwa przeciwko wolności seksualnej.
Funkcjonariusze z Wydziału Poszukiwań i Identyfikacji Osób KWP w Lublinie, znani jako „Łowcy Głów”, współdziałając z Oficerem Łącznikowym Polskiej Policji w Hiszpanii, zlokalizowali dwóch braci w wieku 32 i 35 lat. Poszukiwani ukrywali się na hiszpańskim terytorium, gdzie prowadzili tak zwany „koczowniczy” styl życia.Na ich trop wpadli policjanci z Wydziału Poszukiwań i Identyfikacji Osób KWP w Lublinie. To dzięki intensywnym, operacyjnym działaniom ustalono, że ukrywają się na ternie Hiszpanii. Ścisła współpraca z Oficerem Łącznikowym Polskiej Policji w Hiszpanii doprowadziła do ich zatrzymania, pomimo iż prowadzili oni „koczowniczy” tryb życia. W chwili ich zatrzymania w jednej z hiszpańskich miejscowości odnaleziono również małoletnią zaginioną, która przebywała w ich towarzystwie - informuje nadkomisarz Anna Kamola.
Młodszy z braci spędzi w więzieniu trzy lata
Za 32-latkiem wydano dwa listy gończe. Mężczyzna usłyszał wyrok trzech lat pozbawienia wolności za czyny przeciwko obyczajności oraz wolności seksualnej. Udowodniono mu obcowanie płciowe z osobą poniżej 15. roku życia oraz podawanie jej narkotyków. Ponieważ uciekł z kraju, wystawiono za nim Europejski Nakaz Aresztowania.
Starszy brat poszukiwany czterema listami gończymi
Starszy z braci, 35-latek, figurował w czterech listach gończych. Został skazany za przestępstwa narkotykowe, uczestnictwo w pobiciu ze skutkiem narażenia na utratę życia, a także za czyny przeciwko wolności seksualnej wobec osoby małoletniej. Spędzi w zamknięciu cztery lata. Podobnie jak w przypadku młodszego brata, sądy wydały wobec niego Europejski Nakaz Aresztowania.
W minionym tygodniu obu uciekinierów przetransportowano do Polski w ramach procedury ekstradycyjnej. Po przekazaniu ich w ręce krajowych służb, natychmiast trafili do aresztu śledczego, aby odbyć wymierzone im kary.
Mateusz M. poćwiartował i spalił Małgorzatę, a potem spokojnie obrał ziemniaki dla syna. "Jestem zwyrolem"
Śledczy zarzucają Mateuszowi M. brutalne zamordowanie swojej partnerki. Mężczyzna miał udusić Małgorzatę W., odciąć jej kończyny, a następnie spalić zwłoki. Początkowo sam zgłosił zaginięcie ukochanej na policję i udawał zaangażowanego w poszukiwania. Podczas pierwszych przesłuchań przyznał się do winy, nazywając siebie „zwyrolem”. Przed sądem diametralnie zmienił jednak wersję wydarzeń i odwołał wcześniejsze zeznania. Kulisy tej makabrycznej zbrodni są niezwykle przerażające.
Dramat rozpoczął się 21 kwietnia 2024 roku na terenie Chełma Śląskiego niedaleko Mysłowic. Zniknięcie 32-letniej Małgorzaty W. zgłosił tamtejszym funkcjonariuszom osobiście jej partner, Mateusz M. Z zawodu inżynier fizyki sugerował mundurowym, że kobieta mogła skutecznie targnąć się na własne życie po ich niedawnej kłótni. W rodzinnym domu przebywała dwójka ich małych, wspólnych dzieci, która nieświadomie czekała na powrót matki. Policyjni detektywi szybko ustalili, że zaginiona po raz ostatni kontaktowała się ze swoją rodziną podczas niedzielnej rozmowy telefonicznej, około godziny 15:00. Po zakończeniu tego połączenia przestała się odzywać, a jej komórka zamilkła na zawsze. Kobieta nie wracała do miejsca zamieszkania, a samochód używany przez 32-latkę odnaleziono porzucony przy zbiorniku wodnym Dziećkowice, co z pozoru pasowało do teorii o próbie samobójczej.Mundurowi poprosili lokalną społeczność o wsparcie w akcji poszukiwawczej, publikując fotografię Małgorzaty oraz jej rysopis. Komunikaty informowały, że zaginiona ma około 165 centymetrów wzrostu, szczupłą sylwetkę i blond włosy do ramion. W dniu zniknięcia założyła sportowy sweter z kapturem, szare spodnie dresowe i buty sportowe. Takiej kobiety wypatrywali okoliczni mieszkańcy.„Policja apeluje do wszystkich osób, które mogłyby posiadać jakiekolwiek informacje na temat miejsca pobytu zaginionej. Wszystkie takie wskazówki są niezmiernie cenne i mogą okazać się kluczowe w dalszych poszukiwaniach” – przekazywały służby w oficjalnym apelu. Prawda okazała się jednak zupełnie inna, ponieważ 32-latka padła ofiarą brutalnego morderstwa. Zagadkę zniknięcia kobiety wyjaśnił przed sądem w lipcu 2025 roku oficer śledczy. Funkcjonariusz szczegółowo zrelacjonował kluczowe przesłuchanie życiowego partnera ofiary, Mateusza M. To właśnie ten mężczyzna usłyszał ostatecznie zarzut zabójstwa i po dwunastu miesiącach od tragedii zasiadł na ławie oskarżonych.Kamery uchwyciły podejrzanego porzucającego auto ofiary w rejonie Dziećkowic. Mężczyzna blokował mundurowym dostęp do komputerów, lekceważył poszukiwania i nagminnie znikał bez kontaktu. Taka postawa nie pasowała do wizerunku partnera szukającego ukochanej, co zaniepokoiło śledczych. Inżynier dodatkowo plątał się w relacjach, twierdził, że z powodu kryzysu proponował rozstanie, by chwilę później oskarżać Małgorzatę o groźby odejścia i zabrania dzieci. Przyznawał też, że ich domowe kłótnie systematycznie przybierały na sile.
Aspirant katowickiej Komendy Wojewódzkiej Policji opisał przed sądem moment przyznania się Mateusza M. do zbrodni. Funkcjonariusz zadzwonił do niego, zapowiadając wizytę. Oskarżony nie wykazał zdziwienia, gdyż wcześniej osobiście zgłosił zaginięcie partnerki. W tamtej chwili przebywał w swoim mieszkaniu, zajmując się przygotowywaniem obiadu dla dwuletniego synka.
„Pojechaliśmy tam. Otworzył drzwi, a ja celowo od razu powiedziałem mu, że jesteśmy od zabójstw, żeby obserwować reakcję. Tej jednak nie było, zupełnie. Weszliśmy do środka. Rozmawiał z nami odwrócony tyłem, skrobał ziemniaki, mówił, że musi zrobić obiad synkowi” – zeznał w sądzie zdumiony śledczy.Momentem przełomowym okazało się pytanie kryminalnych o działania podejrzanego na rzecz poszukiwań zaginionej. Śledczy nabrali absolutnej pewności po specyficznej odpowiedzi inżyniera. „Usłyszałem, że się »przeszedł« nad pobliski zbiornik wodny. To »przeszedłem się« sprawiło, że byłem przekonany, że to on jest zabójcą. Wtedy powiedziałem do niego, gdyby pan był mną, a ja panem, czy uwierzyłby mi pan w wypowiedziane właśnie słowa? Odpowiedział, że nie” – relacjonował funkcjonariusz. Właśnie wtedy morderca ostatecznie zrzucił maskę, stanął na baczność i wyjawił makabryczną prawdę. „Stwierdził, udusiłem ją. Spytałem, gdzie ciało? Odpowiedział, że nie ma ciała” – kontynuował świadek.
Według zeznań policjantów inżynier dokładnie odtworzył przebieg morderstwa. Twierdził, że zbrodni dokonał w przypływie ogromnych emocji, kiedy podczas kłótni zepchnął 32-latkę ze schodów. Następnie zszedł do kontuzjowanej ofiary i dusił ją gołymi rękami aż do momentu ustania czynności życiowych. Mężczyzna wyczyścił potem stopnie z krwi, próbując pozbyć się obciążających dowodów zbrodni. Mateusz M. wyznał służbom z pełnym przekonaniem, że wprawny technik kryminalistyki i tak znalazłby tam biologiczne ślady, co początkowo jednak zupełnie nie miało miejsca.„Nie chciałem go »kajdankować« przy małym dziecku, żeby nie zrobić z niego »zwyrola«. Dałem mu czas na pożegnanie się z synem. Później on do mnie powiedział, pan mówił, że nie chce zrobić ze mnie »zwyrola«, ale ja jestem »zwyrolem«. Jeszcze nie powiedziałem wszystkiego” – przypomniał szokujące słowa oskarżonego oficer policji.
Oskarżony wskazał wtedy kominek, przyznając, że odciął ofierze nogi i próbował w nim spalić ciało. Zadeklarował funkcjonariuszom, że z 32-latki ocalał wyłącznie fragment kości i komórka, której nie zdołał zniszczyć ogniem. Według ówczesnych słów mężczyzny pozbył się tych resztek, wyrzucając je w zarośla w pobliżu lokalnych hałd.Detektywi wydobyli od mordercy jeszcze mroczniejsze fakty. Przyznał, że zniósł zwłoki Małgorzaty do piwnicy, by je poćwiartować. Najpierw odciął kończyny dolne, chcąc upchnąć trupa w kominku. Zbyt niska temperatura domowego paleniska nie zdołała jednak całkowicie spopielić ludzkiego mięsa. Zdesperowany zbrodniarz zafoliował resztki i wywiózł do pobliskiego lasu, by ukryć korpus i nadpalone nogi. Przeczytał jednak, że dębina gwarantuje najwyższą temperaturę ognia. Kupił więc metalową beczkę olejową, nawiercił w niej otwory wentylacyjne i wrócił w miejsce porzucenia ciała.
„Zabrał je z powrotem do domu, a następnie przez całą noc spalał szczątki w beczce. Spopielił je. Ostatnim akordem było wysypanie prochów i zmieszanie ich z cementem i wodą. Tę »zaprawę« wylał pod płotem posesji” – relacjonował śledzący proces Przemysław Gluma, dziennikarz „Super Expressu”.
Na sali rozpraw oprócz oficera policji przesłuchano również byłą małżonkę oskarżonego, Magdalenę S. Pracująca na co dzień jako ekspertka od chemii kobieta głośno mówiła o panicznym lęku przed dawnym mężem. Sąd przychylił się do jej wniosku o izolację i pozwolił na składanie wyjaśnień w formie wideokonferencji z innego pomieszczenia. Naukowiec nie była w stanie przebywać w jednym pokoju z oskarżonym o morderstwo inżynierem. Obserwatorzy zauważyli, że łączenie internetowe bardzo ją stresowało.„Rozwiedliśmy się z powodu niezgodności charakterów. Używam bardzo dyplomatycznej formuły. Powodem był trudny charakter mojego byłego męża. Mieszkaliśmy wtedy w małym mieszkanku w domu asystenta, ponieważ robiłam doktorat. Mateusz musiał opuścić mieszkanie, bo ja miałam do niego prawo” – tłumaczyła przed sądem ekspertka. „Mąż był dominujący, nawet apodyktyczny. Wszystko musiało być wedle jego woli. Był nieustępliwy w kłótniach. Jest bardzo inteligentny i traktował innych jako głupszych, krytykował i nie poważał ich, nie tolerował innego zdania. Z perspektywy czasu uważam, że to osoba toksyczna” – zeznawała z powagą.Życie z inżynierem zamieniło się dla kobiety w istny koszmar. Magdalena S. przyznała, że wpadła w pułapkę. Z biegiem czasu stała się uległa i zastraszona, rezygnując z walki z powodu ogromnej bezradności. Ostatecznie kryzys zmusił ją do wizyt u psychologa, na co według ustaleń detektywów zdecydowała się w późniejszym czasie również zamordowana Małgorzata.
„Mąż nie stosował jednak fizycznej przemocy. Raz chyba tylko mocniej pociągnął mnie za rękę. Raz też, gdy się z nim nie zgodziłam, powiedział w żartach, że jak jeszcze raz coś takiego powiem, to rozbije mi butelkę po piwie na głowie. To była taka wysublimowana przemoc w białych rękawiczkach, która miała mnie ustawić do pionu. Krytykował mnie publicznie. Zawsze wyglądało to na żarty, strofował jak dziecko za byle pierdoły. Czułam się napominana. To wszystko sprawiło, że się bardzo zmieniłam. Z otwartej osoby zrobiłam się smutna i wycofana. Bez poczucia wartości w roli małżonki. Wtedy w tajemnicy przed mężem zaczęłam spotykać się z psychologiem” – skrupulatnie wyliczała Magdalena S. podczas swojego przesłuchania.
Decyzję o rozwodzie przekazała Mateuszowi wyłącznie za pomocą listu, ponieważ panicznie bała się bezpośredniej konfrontacji z mężem. W dokumencie wskazała m.in. na brak chęci posiadania potomstwa, mając pełną świadomość, że jej partner bardzo chciał zostać ojcem. Po zakończeniu procedury rozwodowej ich ścieżki całkowicie się rozeszły. Magdalena S. przypomniała sobie jednak moment, gdy inżynier osobiście przedstawił jej nową wybrankę, Małgorzatę. Krótko przed brutalnym morderstwem nowa ukochana oskarżonego niespodziewanie nawiązała z nią kontakt za pośrednictwem wiadomości.
„Pytała o powód naszego rozstania, mówiła o problemach w związku. Zastanawiała się, czy to nie ona przypadkiem jest temu winna. Poza tym napisała, że gdyby nie dwoje ich dzieci, to ona sama już dawno by go opuściła” – zeznawała Magdalena S., wyznając współczucie dla ofiary. „Przypomniało mi się wtedy, jak bardzo mój były mąż potrafił być mściwy i bałam się, że dowie się o korespondencji. Odpisałam bardzo ogólnie. Zdradziłam jej, że chodziłam do psychologa. Podziękowała mi za odpowiedź, później już nie odpisywałam z obawy przed zemstą byłego męża” – zeznała z przejęciem świadek oskarżenia. Kiedy w kwietniu 2024 roku ogłoszono zaginięcie 32-latki, Magdalena od razu założyła najgorsze, podejrzewając Mateusza o morderstwo.Głębokim niepokojem sprawę zaginięcia przyjęli współpracownicy zamordowanej księgowej. „W ostatnim czasie bardzo zamknęła się w sobie. Była księgową. Ostatni miesiąc przez tydzień przed śmiercią już się nie odzywała” – zeznawała koleżanka z jej biura. „Jedno zajście z dziećmi uderzyło mnie. Pokazała mi zdjęcia obrażeń córeczki i mówiła, że to Mateusz ją szarpał. Zgłosiła sprawę na policję i w przedszkolu. Tak bardzo zależało jej na rodzinie, chodziła do psychologa, byli razem na terapii. Mateusz miał jej powiedzieć, że zniszczyła mu życie, że ma dosyć jej i dzieci, i że niepotrzebnie kupili dom. Ona przy nim czuła się nikim” – wyliczała przerażona pracownica. Według jej słów ofiara żyła na finansowym utrzymaniu inżyniera, odmawiając sobie jedzenia w pracy z braku własnej gotówki. „Według mojej oceny on zawsze był socjopatą” – zakończyła znajoma zmarłej.
Mateusz M. nagle zmienia wersję wydarzeń przed sądem. Morderca Małgorzaty rezygnuje z przyznania się do winy
Na etapie sądowym inżynier całkowicie wycofał się z początkowego przyznania się do winy. Obecnie forsuje teorię o nieszczęśliwym upadku Małgorzaty ze schodów i śmiertelnym urazie głowy. Twierdzi, że zataił sprawę i pozbył się zwłok pod wpływem gigantycznej paniki po stwierdzeniu zgonu. Obserwatorzy zauważają, że oskarżony jest na sali rozpraw wyjątkowo opanowany i chłodny w swoich osądach. Zamiast rozpaczać po zmarłej matce swoich dzieci, mężczyzna wnikliwie przepytuje kolejnych świadków, nie roniąc przy tym ani jednej łzy nad tragicznym losem ofiary.
„Małgosia negatywnie nastawiała otoczenie do mojej osoby, przedstawiała mnie w złym świetle. Nieprawdą jest, że pozbawiłem ją środków do życia. Od 2020 roku prowadziłem nasze finanse, ona miała do nich dostęp. W 2022 roku podjąłem decyzję o powrocie do korepetycji, które prowadziłem w naszym domu, by spłacić nasze zobowiązania. Trzy razy się oświadczałem i trzykrotnie zostałem odrzucony. Nie zawarliśmy małżeństwa ze względu na jej wybuchowy charakter. Nasza relacja przypominała huśtawkę. Nigdy jej nie groziłem śmiercią i zakopaniem” — zarzekał się w sądzie, oskarżając zmarłą o grożenie mu zabraniem dzieci.Cała ta niewyobrażalna tragedia najmocniej uderzyła w bliskich zamordowanej kobiety, zwłaszcza dwójkę osieroconych maluchów oraz jej pogrążonych w żałobie rodziców. Ojciec 32-latki pełni w toczącym się procesie funkcję oskarżyciela posiłkowego i to on z żoną wychowuje teraz wnuki. „Dzieci straciły matkę i szansę na normalne wychowanie. W rolę ojca i matki muszą się wcielić dziadkowie. Nie powinno tak być” — przekonywał przed sądem adwokat Dariusz Kawalec. Pełnomocnik zażądał olbrzymiego zadośćuczynienia, domagając się 300 tysięcy złotych dla obojga nieletnich oraz po 100 tysięcy dla seniorów. „To, co się stało ze zwłokami Małgorzaty, i okoliczność pochówku, który raczej był symboliczny niż rzeczywisty, to powoduje olbrzymie cierpienie. Dziś dziewczynka już rozumie, że nie ma mamy, chłopiec jeszcze nie. Przyjdzie im całe życie wychowywać się bez matki” – podsumował ze smutkiem prawnik.
Sądowe postępowanie przeciwko oprawcy 32-latki z Chełma Śląskiego wciąż nie dobiegło końca. Za zamordowanie ukochanej oraz drastyczne zbezczeszczenie jej ciała Mateuszowi M. grozi kara dożywotniego pozbawienia wolności.
Kajdanki za autyzm. Jak system zrobił z Natalii zdemoralizowaną nastolatkę
Sąd uznał trzynastoletnią Natalię za zdemoralizowaną. Z budynku wyprowadzono ją w kajdankach i w asyście policji, choć jej jedyną "zbrodnią" był paraliżujący lęk przed światem i spowodowana nim nieobecność na lekcjach. Choć lekarze zdiagnozowali u nastolatki spektrum autyzmu i zaburzenia rozwojowe, sędzia zdecydował o umieszczeniu jej w ośrodku wychowawczym. Dziewczynka powinna trafić do specjalnej placówki medycznej, ale tam zabrakło dla niej miejsca.Gdy do Natalii (imię zmienione - przyp. red.) podchodzą policjanci, nie krzyczy, nie stawia oporu, nie próbuje uciekać. Nie robi nic z rzeczy, które przypisuje się nastolatkom "zdemoralizowanym". Pytana o nazwisko, milczy. Czasem tylko, po długiej pauzie, delikatnie kiwa głową na "tak" lub "nie". Dwa dni wcześniej ucieka z Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego. Dla systemu sprawa jest prosta: samowolne oddalenie się z placówki to kolejny dowód na upadek dziewczyny.Wnętrze salonu jest ascetyczne, uderzająco puste, ale schludne. Mała, szara sofa, skromny stolik, dwa krzesła. W kącie stoi telewizor. Jedynym elementem, który przełamuje tę surowość, są ciepłe, rodzinne fotografie gęsto wiszące na ścianach.
- Meble sprzedaliśmy, żeby mieć pieniądze na specjalistów dla córki - mówi cicho Anna (imię zmienione - przyp. red.). Ma 48 lat, zmęczone oczy i na co dzień pracuje jako szkolna sprzątaczka.
Jej mąż, 47-letni Jan (imię zmienione - przyp. red.), z wykształcenia jest mechanikiem, ale od miesięcy jego serce odmawia posłuszeństwa. Zdiagnozowane migotanieprzedsionków i skomplikowane złamanie nogi sprawiły, że stracił stałą pracę. Teraz, czekając na zabieg kardiologiczny, łapie się jedynie dorywczych zleceń.
Są ze sobą od lat, dzielą trudną codzienność i wspólnie wychowują dzieci. Najmłodsza, czwartoklasistka Lena (imię zmienione - przyp. red.), pod wpływem narastającego wokół dramatu zaczyna coraz bardziej zamykać się w sobie.W oczach Opiniodawczego Zespołu Sądowych Specjalistów ta rodzina to podręcznikowy przykład "niewydolności wychowawczej" i "braku odpowiedniej dyscypliny".
Urzędnicy z łatwością punktują ich potknięcia, finansowe trudności i bezradność wobec lęków córki. Dla sądu decyzja jest jasna: dom jest dysfunkcyjny, rodzice bezradni, a dzieci trzeba izolować.
System opierający się na paragrafach nie dostrzega jednak najważniejszego szczegółu - to nie jest dom pozbawiony miłości.Natalia przychodzi na świat w 2011 r. we Włoszech, skąd jako trzylatka wraca z rodzicami do Polski. Pierwsze niepokojące symptomy, wskazujące na głębokie problemy adaptacyjne i lękowe, pojawiają się już w przedszkolu. Dziewczynka unika rówieśników, bawi się wyłącznie sama, nie nawiązuje kontaktu z opiekunami.
W szkole podstawowej lęk paraliżuje ją całkowicie. Natalia odcina się od klasy, stając się przez swoje wycofanie obiektem kpin i rówieśniczych ataków. Przerażona rzeczywistością szkolną, zaczyna wagarować.
Rodzice początkowo niczego nie podejrzewają. Ich córka co rano pakuje plecak i wychodzi z domu. Gdy prawda wychodzi na jaw, Anna i Jan zaczynają osobiścieodprowadzać ją pod same drzwi placówki. Nastolatka przekracza próg budynku, ale wystarczy kilka minut w przebodźcowanym, głośnym tłumie, by wyjść ze szkoły i zniknąć między osiedlowymi blokami.Nauczyciele próbują pomóc: organizują wsparcie drugiego pedagoga podczas zajęć oraz planują Trening Umiejętności Społecznych. Wszystko na nic. Dziewczynka nie pojawia się na żadnych zajęciach dodatkowych.
Gdy szkolna psycholog prosi ją na przerwie o przyjście do gabinetu, Natalia w panice potakuje głową, po czym natychmiast ucieka do domu, jedynego miejsca, w którym czuje się bezpiecznie.
Szkolny pedagog, przygotowując opinię dla poradni psychologiczno-pedagogicznej, wpisuje podejrzenie niedostosowania społecznego, ale dodaje kluczową uwagę: to może być mutyzm wybiórczy. To zaburzenie o dwóch twarzach. W bezpiecznych, domowych realiach pozwala na swobodną rozmowę z bliskimi, jednak w tłumie lubstresującym środowisku brutalnie odbiera głos.W połowie września 2022 r. sytuacja osiąga punkt krytyczny. Natalia, nękana i wyśmiewana przez dwie koleżanki ze szkoły, od tygodnia odmawia pójścia na lekcje. Gdy zdeterminowana matka próbuje z nią porozmawiać i w emocjach odbiera jej telefon, w dziewczynce coś pęka. Nastolatka chwyta nóż, przykłada go sobie do gardła i krzyczy, że ma już dość, grożąc odebraniem sobie życia, po czym wybiega z mieszkania.Kilka godzin później na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym lekarz pyta ją o powody tego wybuchu. Natalia odpowiada, że tak naprawdę nie chciała zrobić sobie krzywdy. Konsultująca ją lekarka psychiatrii dziecięcej po raz pierwszy zapisuje w dokumentacji fundamentalne podejrzenie: to może być zespół Aspergera.
Wrześniowy kryzys zmusza rodziców do natychmiastowego działania. Przenoszą córkę do innej szkoły, wierząc, że nowe środowisko będzie dla niej szansą na nowy start. Zderzają się jednak z bezwzględną rzeczywistością.
W nowej placówce sytuacja błyskawicznie wraca do punktu wyjścia. Natalia znówspotyka się z ostracyzmem rówieśników, a paraliżujący lęk ponownie zamyka ją w czterech ścianach pokoju.Na przełomie 2022 i 2023 r. machina urzędnicza w końcu rusza. Poradnia psychologiczno-pedagogiczna rozpoczyna oficjalną diagnozę Natalii. W gabinecie jest ciepło, ale dziewczynka odmawia zdjęcia kurtki. Przez całe, długie i wyczerpujące badanie siedzi sztywno, zapięta pod szyję, z szalikiem owiniętym wokół twarzy.Wydana trzy miesiące później opinia obnaża niezwykły paradoks: ogólna sprawność intelektualna Natalii plasuje się poniżej przeciętnej, za to jej pamięć robocza jest rozwinięta wybitnie.
Oznacza to, że nastolatka błyskawicznie rejestruje i trwale przechowuje każdy, nawet najmniejszy detal otoczenia. Słyszy i pamięta każdy ton głosu, szmer czy szkolny hałas. Rzeczywistość dociera do niej ze zwielokrotnioną siłą, rani zmysły i paraliżuje zdolności komunikacyjne.Biegłe opisują dziewczynkę jako cichą, bezbronną i pasywną. Wskazują na wysokie natężenie objawów ze spektrum autyzmu, zalecają Trening Umiejętności Społecznych oraz pilną konsultację psychiatryczną.
Dla nauczycieli rozpisują jasne wskazówki: należy wykazywać indywidualne podejście, unikać ironii, dawać proste komunikaty i chwalić za sam podjęty wysiłek.
Zalecenia trafiają jednak w próżnię. Przerażona szkołą Natalia wciąż ucieka, a placówka - działając zgodnie z przepisami - zawiadamia sąd o jej notorycznych nieobecnościach.Dla sędziego sprawa staje się jednoznaczna: wszczyna postępowanie w sprawie ograniczenia władzy rodzicielskiej Annie i Janowi, a przeciwko samej trzynastolatce uruchamia postępowanie o demoralizację.Zrozpaczeni rodzice podejmują dramatyczną walkę o córkę. Chcą zapisać ją na zaleconą terapię, ale kolejki w ramach NFZ sięgają od kilku miesięcy do roku. Decydują się na wizyty prywatne, co przy ich skromnych zarobkach oznacza finansową katastrofę. Zaczynają tonąć w długach, odmawiają sobie opłacania czynszu, a w końcu wyprzedają z mieszkania meble, byle tylko zdobyć gotówkę na kolejną godzinę terapii dla dziecka.
Jednocześnie Anna i Jan na własny koszt zlecają niezależną opinię w klinice psychologiczno-psychiatrycznej i błagają sędziego o powołanie biegłego psychiatry. Chcą udowodnić, że zachowanie ich córki to nie krnąbrność czy zła wola, ale głębokiezaburzenia rozwojowe.
Sądowa machina okazuje się jednak głucha i nieubłagana. W kwietniu 2024 r., nie czekając na kluczowe dokumenty medyczne, sędzia uznaje trzynastoletnią Natalię za zdemoralizowaną i nakazuje umieszczenie jej w placówce opiekuńczo-wychowawczej.
Zaledwie miesiąc po tym postanowieniu rodzice otrzymują do rąk oficjalne wyniki niezależnej opinii psychiatrycznej. To, co dla sądu było "demoralizacją", lekarz psychiatra nazywa wprost: zespół Aspergera, zaburzenia adaptacyjne i potężna nadwrażliwość sensoryczna.Ucieczki ze szkoły były dla umysłu Natalii jedyną dostępną formą obrony przed przebodźcowaniem i odrzuceniem. Specjaliści alarmują: dziewczynka potrzebuje warunków skrajnie bezpiecznych, wręcz laboratoryjnych, ciszy, stałej opieki medycznej oraz krótkich komunikatów.Anna natychmiast składa w sądzie oficjalne pismo. Załącza nową, niezależną opinię psychiatryczną i błaga sędziego o zmianę postanowienia. Chce, by jej córka mogła wrócić do domu, skoro jej zachowanie wynika z choroby, a nie buntu. Sędzia pozostaje jednak nieugięty.
Machina wymiaru sprawiedliwości toczy się dalej własnym, biurokratycznym torem. Podczas gdy psychologowie na zlecenie sądu prześwietlają życie rodziców Natalii, Anna i Jan się nie poddają.Ze swoich skromnych pensji odkładają każdy grosz, by opłacić i ukończyć specjalistyczne warsztaty wychowawcze. Chcą zrobić wszystko, by udowodnić sędziemu, że potrafią i chcą odpowiednio komunikować się z autystyczną córką.
Tymczasem zamknięta w placówce opiekuńczo-wychowawczej Natalia odcięta od bezpiecznego domu, w całkowicie obcym środowisku, ponownie prW lutym 2025 r. czternastoletnia wówczas dziewczynka dokonuje głębokich samookaleczeń i trafia do szpitala. Dopiero pod wpływem tej tragedii sąd zgadza się na miesięczną przepustkę. Natalia na chwilę wraca do rodziców.zestaje chodzić na lekcje. Presja i przebodźcowanie okazują się nie do zniesienia.W lutym 2025 r. czternastoletnia wówczas dziewczynka dokonuje głębokich samookaleczeń i trafia do szpitala. Dopiero pod wpływem tej tragedii sąd zgadza się na miesięczną przepustkę. Natalia na chwilę wraca do rodziców.Ten krótki oddech nie trwa jednak długo. Pod koniec marca 2025 r. nastolatka (ma wtedy już 14 lat - przyp. red.) musi wrócić do placówki, nie wiedząc, że spędzi tam zaledwie kilka dni. Sędzia uznaje, że dotychczasowy rygor był niewystarczający i na początek kwietnia wyznacza kolejne posiedzenie.
Ma zapaść decyzja o umieszczeniu dziewczynki w zamkniętym Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym (MOW) - placówce resocjalizacyjnej dla młodzieży głęboko niedostosowanej społecznie.
Rodzice obiecują córce, że przyjadą po nią, by na rozprawę wejść wspólnie, jako rodzina. Nie zdążą. Zanim Anna i Jan docierają na miejsce, w placówce zjawia siędwójka nieumundurowanych policjantów.
Procedura rusza z impetem: funkcjonariusze zakuwają przerażoną, kompletnie nierozumiejącą sytuacji autystyczną dziewczynkę w kajdanki i konwojują ją prosto na salę rozpraw.Samo posiedzenie trwa krótką chwilę. Sędzia, całkowicie ignorując specyfikę zaburzeń nastolatki, ogłasza, że jej "demoralizacja postępuje". Gdy zamyka posiedzenie, policjanci ponownie zatrzaskują metalowe kajdanki na dłoniach Natalii.
Funkcjonariusze wyprowadzają ją sądowym korytarzem. Anna desperacko próbuje przedrzeć się, by choć na moment przytulić córkę, dać jej słowo otuchy, pożegnać się. Policjantka zagradza matce drogę, a prośby o zdjęcie kajdanek na czas przejścia do radiowozu pozostają bez odpowiedzi.
Czternastolatka zostaje wywieziona do policyjnej izby dziecka. Kilkanaście godzinpóźniej Ministerstwo Sprawiedliwości wskazuje docelowy punkt na mapie, to ośrodek oddalony o kilkaset kilometrów od jej rodzinnego domu.Do nowej placówki Natalia trafia na początku kwietnia 2025 r., ma wtedy czternaście lat. Kiedy stęsknieni rodzice przyjeżdżają w odwiedziny, zderzają się z kolejnym murem. Sąd odmawia dziewczynce zgody na przepustki. W praktyce oznacza to bezwzględną izolację. Nastolatka nie może nawet na chwilę opuścić terenu ośrodka, by wyjść z mamą i tatą na zwykły spacer czy pójść do sklepu.Miesiąc później, w maju 2025 r., biegli sądowi ponownie pochylają się nad sprawą. Zespół specjalistów, który drobiazgowo analizuje historię, dochodzi do uderzających wniosków: zachowanie Natalii nigdy nie wynikało z demoralizacji.
Eksperci wprost wskazują, że zamknięcie dziewczynki w rygorystycznym reżimie zamiast pomocy przynosi jej potężną krzywdę. Bezwzględny dryl blokuje jej rozwój, wywołuje skrajne poczucie winy i drastycznie niszczy i tak kruche poczucie własnej wartości. To właśnie ta głęboka izolacja doprowadza dziewczynkę do aktów autoagresji i panicznej ucieczki w świat wirtualny.
Podsumowanie opinii brzmi jak miażdżący wyrok nad dotychczasowymi decyzjamisądu. Specjaliści oświadczają wprost: dalszy pobyt Natalii w tym miejscu jest całkowicie bezcelowy, ponieważ ośrodek nie posiada żadnych narzędzi, by zapewnić jej adekwatne wsparcie. Zamiast izolacji i rygoru, biegli żądają natychmiastowego objęcia jej systematyczną opieką psychologiczno-psychiatryczną.W lipcu 2025 r. sędzia, pod wpływem opinii biegłych, wydaje kolejne postanowienie. Tym razem nakazuje umieszczenie dziewczynki w placówce leczniczej. Chce, by zamiast wychowawców zaopiekowali się nią lekarze.Wtedy jednak na jaw wychodzi brutalna prawda o stanie polskiej psychiatrii dziecięcej. W całym kraju nie ma ani jednego wolnego miejsca w specjalistycznych ośrodkach, które mogłyby przyjąć nastolatkę.
Z powodu niewydolności systemu sąd nakazuje Natalii pozostać tam, gdzie była. Dziewczynka zostaje uwięziona dokładnie w tym samym miejscu, o którym eksperci zaledwie dwa miesiące wcześniej pisali wprost, że nie posiada żadnych narzędzi, by jej pomóc.Czternastolatka kompletnie nie radzi sobie z rozsadzającymi ją emocjami. Przerażona, skrajnie samotna i odcięta od najbliższych, od których dzielą ją setki kilometrów, decyduje się na krok ostateczny. W odruchu desperacji podejmuje próbę ucieczki z ośrodka. Policja zatrzymuje ją dopiero po dwóch dniach i odwozi z powrotem. Natalia po jakimś czasie ucieka ponownie, ale po kilku dniach funkcjonariusze przywożą ją do ośrodka.
Mijają miesiące, a machina urzędnicza milczy. Terapia nie rusza.Jest czerwiec 2026 r.
Po zapoznaniu się z jednoznaczną opinią biegłych sądowych, wymiar sprawiedliwości decyduje, że nie odbierze praw rodzicielskich Annie i Janowi. Sędzia, który od początku decydował o losach tej rodziny, nie znalazł podstaw do podjęcia tak radykalnego kroku.W najbliższym czasie ma zapaść kolejna, ostateczna decyzja o przyszłości Natalii. Rodzice pragną dziś tylko jednego, by ich córka wreszcie wróciła do domu. Chcą, aby tutaj, w bezpiecznym i przewidywalnym środowisku, rozpoczęła od września naukę w liceum.
Wierzą, że w domowej atmosferze i przy ścisłej, regularnej współpracy z zaufanymi lekarzami będą w stanie zapewnić Natalii opiekę.