2026/04/18

22-latka zmarła przez błąd lekarza. Jej przerażający krzyk było słychać na całym oddziale.

 Historia, która wydarzyła się w jednym z szpitali, zszokowała nie tylko rodzinę zmarłej kobiety, ale także społeczeństwo, wywołując szeroką debatę na temat jakości opieki medycznej. 22-letnia matka, która udała się do szpitala na rutynową kontrolę, nigdy nie wróciła do domu. Okoliczności jej śmierci są tak dramatyczne, że trudno przejść obok nich obojętnie.

Poród, który miał przebiegać bez komplikacji

Młoda kobieta była w ciąży zagrożonej, dlatego lekarze zdecydowali się na założenie specjalnych szwów, aby zapewnić jej i dziecku bezpieczeństwo. Choć ciąża wymagała szczególnej uwagi, nie zapowiadało się, że jej finał będzie miał tak tragiczny przebieg. Kiedy przyszła mama zgłosiła się do szpitala na kontrolę, lekarze uznali, że nadszedł czas, by wywołać poród.Początkowo wszystko przebiegało zgodnie z planem, jednak po narodzinach dziecka pojawił się poważny problem – łożysko nie oddzieliło się prawidłowo i utknęło w macicy. Tego typu sytuacje są wyzwaniem dla personelu medycznego, jednak odpowiednia reakcja lekarzy mogła uratować życie pacjentki. Niestety, podjęto decyzję, która miała katastrofalne skutki.

Fatalny błąd lekarza – moment, który zdecydował o losie kobiety

Do akcji wkroczył 27-letni lekarz, który miał pomóc w rozwiązaniu problemu. Jednak jego działania doprowadziły do niewyobrażalnej tragedii. Zamiast zastosować bezpieczne metody usunięcia łożyska, lekarz podjął próbę jego ręcznego wydobycia. W wyniku tego niefortunnego zabiegu doszło do zerwania macicy, co spowodowało ogromny krwotok.

Pacjentka zaczęła krzyczeć z bólu, a jej agonia była słyszana w całym szpitalu. Pomimo desperackich prób ratowania jej życia, obrażenia okazały się zbyt poważne. Młoda matka zmarła na skutek masywnej utraty krwi.

Rodzina w szoku – sekcja zwłok ujawnia prawdę

Początkowo lekarze próbowali tłumaczyć śmierć kobiety jako wstrząs poporodowy, jednak wyniki sekcji zwłok ujawniły prawdziwą przyczynę tragedii. Eksperci medyczni nie mieli wątpliwości – śmierć nastąpiła w wyniku błędu lekarskiego, który mógł być uniknięty.

Dla rodziny zmarłej kobiety był to cios, z którym trudno się pogodzić. Mąż 22-latki nie krył oburzenia i zapowiedział, że będzie walczył o sprawiedliwość. Jego zdaniem taki błąd nie może zostać zamieciony pod dywan, a osob

Brak sprawiedliwości – społeczne oburzenie

Pomimo ewidentnych dowodów na błąd w sztuce lekarskiej, lekarz odpowiedzialny za śmierć młodej matki nie poniósł poważnych konsekwencji. Otrzymał jedynie naganę, co wywołało falę społecznego oburzenia. Wielu ludzi zastanawia się, jak to możliwe, że życie pacjentki zostało tak brutalnie przerwane, a osoba winna tej tragedii nie została pociągnięta do odpowiedzialności karnej.y odpowiedzialne za tę tragedię powinny ponieść konsekwencje.

Brak sprawiedliwości – społeczne oburzenie

Pomimo ewidentnych dowodów na błąd w sztuce lekarskiej, lekarz odpowiedzialny za śmierć młodej matki nie poniósł poważnych konsekwencji. Otrzymał jedynie naganę, co wywołało falę społecznego oburzenia. Wielu ludzi zastanawia się, jak to możliwe, że życie pacjentki zostało tak brutalnie przerwane, a osoba winna tej tragedii nie została pociągnięta do odpowiedzialności karnej.Tragedia ta skłoniła wiele osób do refleksji nad stanem opieki medycznej oraz brakiem odpowiednich procedur w sytuacjach kryzysowych. Rodzina zmarłej kobiety nie zamierza jednak się poddać – walka o sprawiedliwość trwa, a ich determinacja pokazuje, że ten przypadek może stać się impulsem do zmian w systemie ochrony zdrowia.

 

Chciała zabić rodziców w Wigilię. Zaczęła od polewy mlecznej do ciasta

 - Nie zamordowałam ich. Nikogo nie zamordowałam. Byli moim całym światem. Nikogo nie miałam poza nimi - przekonywała Julianna S., oskarżona w związku ze sprawą zabójstwa rodziców. Sąd w to nie uwierzył. W wyroku punkt po punkcie został odtworzony przebieg całej wstrząsającej zbrodni.          Barbara i Mieczysław S. wraz z córką Julianną latami mieszkali za granicą. Była Wielka Brytania, były Niemcy, a nawet była i Republika Południowej Afryki. W okolicach 2000 roku zdecydowali się jednak wrócić do kraju. Zamieszkali w Kudowie-Zdroju i handlowali ubraniami ściąganymi z Anglii. Julianna miała wtedy 19 lat. Córka Barbary i Mieczysława ukończyła lingwistykę, była prezeską spółki zajmującej się obrotem nieruchomościami. Pasjonowała się końmi i jeździectwem. W sierpniu 2016 r. rodzice kupili Juliannie dom z przylegającą stajnią w miejscowości oddalonej od Kudowy o kilkadziesiąt kilometrówW 2019 r. 38-letnia wówczas Julianna S. zupełnie przypadkiem poznała 16-letnią Karolinę Z. Nawiązała się między nimi przyjaźń, wzmocniona wspólnymi zainteresowaniami, jakimi były konie. Karolina przyjeżdżała do Julianny i pomagała jej w stadninie. Nastolatka narzekała na trudną sytuację w domu, na awantury z rodzicami. Ostatecznie po dwóch latach Karolina, za zgodą matki i przy sprzeciwie ojca, zamieszkała u Julianny. 

Kilka miesięcy później Julianna złożyła zawiadomienie na policję o wykorzystywaniu seksualnym, którego wobec Karoliny miał dopuszczać się  ojciec nastolatki w latach 2014-2019. Twierdziła też, że mężczyzna śledzi i prześladuje swoją córkę. Julianna S. została decyzją sądu opiekunem prawnym Karoliny. Na jej konto wpływały m.in. świadczenie z tytułu 500 plus, świadczenie z Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie i dodatek wychowawczy. 

Razem złożyły też internetową zbiórkę na sądową walkę o "godność" Karoliny. Gdy pod koniec 2021 r. Karolina była już pełnoletnia, pozwała swoich rodziców

Julianna podejmuje decyzję

Julianna i Karolina razem odwiedzały też rodziców Julianny w ich mieszkaniu w Kudowie. Julianna wypowiadała się o swoich rodzicach negatywnie, oskarżała ich o rozpad związku z mężczyzną. Irytowało ją też to, że Barbara i Mieczysław S. często u niej bywali w związku z przeprowadzanym remontem domu. Twierdziła wręcz, że "czują się oni tam jak u siebie". Obawiała się jednocześnie, że odkryją, że pobrała z ich konta pieniądze (miało chodzić o kilka tysięcy funtów). 

W międzyczasie Julianna S. poznała ok. 50-letniego Dariusza Z. Mężczyzna zajmował się m.in. sprzedażą sprzętu komputerowego i oprogramowania. Na początku ich relacje opierały się tylko na kwestiach biznesowych, później przekształciły się w bardziej towarzyskie. Do biura Dariusza Z. przyjeżdżała również Karolina. Mężczyzna pokazywał kobietom należącą do niego broń palną, instruował, jak należy się nią posługiwać. 

Pod koniec 2021 r. Julianna S. zdecydowała, że zabije swoich rodziców. Mówiła Karolinie, że ich nienawidzi i że nie chce, by dowiedzieli się o tym, że ukradła im pieniądze. Jeden ze świadków zeznał później w sądzie, że Julianna zarzekała się, że zakopie zwłoki rodziców wgnojowniku. 

Julianna obmyśliła dwa plany: jeden zakładał uśpienie, a następnie uduszenie Barbary i Mieczysława S. Drugi - zastrzelenie. Oba plany zaczęła wdrażać w życie jednocześnie. o alimenty. Julianna swobodnie korzystała z pieniędzy należących do młodszej przyjaciółki. 

Julianna podejmuje decyzję

Julianna i Karolina razem odwiedzały też rodziców Julianny w ich mieszkaniu w Kudowie. Julianna wypowiadała się o swoich rodzicach negatywnie, oskarżała ich o rozpad związku z mężczyzną. Irytowało ją też to, że Barbara i Mieczysław S. często u niej bywali w związku z przeprowadzanym remontem domu. Twierdziła wręcz, że "czują się oni tam jak u siebie". Obawiała się jednocześnie, że odkryją, że pobrała z ich konta pieniądze (miało chodzić o kilka tysięcy funtów). 

W międzyczasie Julianna S. poznała ok. 50-letniego Dariusza Z. Mężczyzna zajmował się m.in. sprzedażą sprzętu komputerowego i oprogramowania. Na początku ich relacje opierały się tylko na kwestiach biznesowych, później przekształciły się w bardziej towarzyskie. Do biura Dariusza Z. przyjeżdżała również Karolina. Mężczyzna pokazywał kobietom należącą do niego broń palną, instruował, jak należy się nią posługiwać. Pod koniec 2021 r. Julianna S. zdecydowała, że zabije swoich rodziców. Mówiła Karolinie, że ich nienawidzi i że nie chce, by dowiedzieli się o tym, że ukradła im pieniądze. Jeden ze świadków zeznał później w sądzie, że Julianna zarzekała się, że zakopie zwłoki rodziców w gnojowniku. 

Julianna obmyśliła dwa plany: jeden zakładał uśpienie, a następnie uduszenie Barbary i Mieczysława S. Drugi - zastrzelenie. Oba plany zaczęła wdrażać w życie jednocześnie. 

Nic już nie będę od ciebie jadł"

Na dwa dni przed Wigilią 2021 roku Julianna S. kazała Karolinie Z. ustalić w lokalnych przychodniach weterynaryjnych, gdzie można dostać silny lek uspokajający dla dużych zwierząt. W samą Wigilię kupiły lek w jednej z lecznic. Zapłaciły za preparat kartą.

Później Julianna kupiła ciasto, polewę mleczną i blanszowane migdały. W biurze Dariusza Z. kobiety zmieszały polewę z lekiem. Następnie Julia pokryła ciasto polewą i dla pewności posmarowała ją jeszcze pozostałą zawartością leku. Wszystko na koniec przyozdobiła blanszowanymi migdałami. 

- Nic już nie będę od ciebie jadł - żartował Dariusz Z. 

Julianna i Karolina umówiły się, że jeśli rodzice będą chcielKobiety poprosiły też Dariusza Z., by pomógł im w załatwieniu pistoletu maszynowego. Mężczyzna 23 grudnia zamówił broń przez internet. Przesyłka dotarła już dzień później. Osobno zamówił także instrukcję.

Julianna i Karolina przed godz. 17 pojawiły się w mieszkaniu Barbary i Mieczysława S. Rodzice Julianny rzeczywiście zjedli po kawałku ciasta. Starszy mężczyzna poczuł się senny, natomiast kobieta praktycznie w ogóle na lek nie zareagowała. Dawka leku okazała się zbyt mała, by małżonkowie zapadli w nagły sen. 

Młode kobiety na bieżąco komentowały całą sytuację wymieniając się potajemnie wiadomościami na smartfonach. Przed godz. 19 zawiedzione wyszły z mieszkania rodziców Julianny. i poczęstować je ciastem, jedna z nich odpowie, że jest uczulona, a druga - że jest na diecie. Kobiety poprosiły też Dariusza Z., by pomógł im w załatwieniu pistoletu maszynowego. Mężczyzna 23 grudnia zamówił broń przez internet. Przesyłka dotarła już dzień później. Osobno zamówił także instrukcję.

Julianna i Karolina przed godz. 17 pojawiły się w mieszkaniu Barbary i Mieczysława S. Rodzice Julianny rzeczywiście zjedli po kawałku ciasta. Starszy mężczyzna poczuł się senny, natomiast kobieta praktycznie w ogóle na lek nie zareagowała. Dawka leku okazała się zbyt mała, by małżonkowie zapadli w nagły sen. 

Młode kobiety na bieżąco komentowały całą sytuację wymieniając się potajemnie wiadomościami na smartfonach. Przed godz. 19 zawiedzione wyszły z mieszkania rodziców Julianny. 

"Ja nie daję rady, ty masz dokończyć"

W związku z niepowodzeniem pierwszego planu, zdecydowały się na użycie broni kupionej przez Dariusza Z. Mężczyzna przygotował broń, ładując amunicję. Obiecał też, że wyłączy alarm w swoiUmówiły się z Barbarą i Mieczysławem S. na wieczorne spotkanie 13 stycznia 2022 r. Kobieta dopytywała jeszcze tego dnia córkę SMS-owo, "czy będą dzisiaj". 

Przyjechały na miejsce. Julianna wyciągnęła broń z plecaka Karoliny i razem poszły do kuchni, gdzie była wówczas Barbara S. Kobieta oddała strzał z bliskiej odległości w plecy matki. "Co się dzieje", "O jak boli", "O Boże" - miała mówić Barbara S. Potem kolejny strzał, w klatkę piersiową. - Ja nie daję rady, ty masz dokończyć - poleciła Julianna Karolinie.

Gdy Mieczysław S. usłyszał krzyk żony, wybiegł z łazienki. Karolina strzeliła w jego kierunku dwukrotnie. Drugi z pocisków przeszedł przez ciało mężczyzny i zranił Juliannę S. w żuchwę. Kobieta zaczęła obficie krwawić.

Barbara i Mieczysław S. zmarli w wyniku masywnej utraty krwi. m biurze, by po wszystkim Julianna i Karolina mogły się tam na jakiś czas schować. Umówiły się z Barbarą i Mieczysławem S. na wieczorne spotkanie 13 stycznia 2022 r. Kobieta dopytywała jeszcze tego dnia córkę SMS-owo, "czy będą dzisiaj". 

Przyjechały na miejsce. Julianna wyciągnęła broń z plecaka Karoliny i razem poszły do kuchni, gdzie była wówczas Barbara S. Kobieta oddała strzał z bliskiej odległości w plecy matki. "Co się dzieje", "O jak boli", "O Boże" - miała mówić Barbara S. Potem kolejny strzał, w klatkę piersiową. - Ja nie daję rady, ty masz dokończyć - poleciła Julianna Karolinie.

Gdy Mieczysław S. usłyszał krzyk żony, wybiegł z łazienki. Karolina strzeliła w jego kierunku dwukrotnie. Drugi z pocisków przeszedł przez ciało mężczyzny i zranił Juliannę S. w żuchwę. Kobieta zaczęła obficie krwawić.

Barbara i Mieczysław S. zmarli w wyniku masywnej utraty krwi. Po północy Julianna i Karolina pojechały do biura Dariusza Z. Córka Barbary i Mieczysława S. wysłała jeszcze na numer matki SMS-a o treści: "Dojechaliszmy Nie ma zasiengu". 

Rano kobiety opowiedziały Dariuszowi Z. o tym, co się wydarzyło. Mężczyzna wziął od nich broń, spryskał jakimś płynem, włożył do czarnego worka, a potem do torby na laptopa. Zaprowadził też Juliannę do lekarza w związku z raną żuchwy. Torbę z bronią po kilku dniach wywiózł z biura.Julianna i Karolina zawinęły ciała w dywany i narzuty. Zwłoki Barbary i Mieczysława S. powoli zaczęły się rozkładać, dlatego w pokoju, w którym kobiety umieściły ciała, zostały zainstalowane też ozonator powietrza i urządzenie chłodzące. 

Julianna powiedziała sąsiadom, że rodzice wyjechali do Anglii.3 lutego, trzy tygodnie po zabójstwie, Julia kupiła czarną folię budowlaną, w które Karolina potem zawinęła ciała. Nie była zadowolona z efektu. "Skończyłam zostało jeszcze folii ale trochę źle wymierzyłam i z jednej jest wyżej z drugiej niżej" - napisała w wiadomości do Julianny. Wysłała jej też zdjęcie. 

Julianna wpadła także na pomysł, by użyć owadów zjadających martwe tkanki. Karolina na jej polecenie zamówiła 5 lutego w sieci żywe larwy much plujki pospolitej. Paczka przyszła po trzech dniach. Karolina zaniosła larwy do mieszkania. Kilka dni później zamówiła kolejną partię. Wówczas larwy odebrała już Julia.

Pomysł okazał się nietrafiony. Używane w wędkarstwie larwy są zwykle już w końcowym etapie rozwoju larwalnego, co oznacza, że praktycznie już nie żerują i szybko przekształcają się w muchy. W rozmowach Julianny, Karoliny i Dariusza pojawiał się wątek całkowitego pozbycia zwłok. Z pieniędzy mężczyzny kupili nawet wózek transportowy, którym miałyby zostać wywiezione ciała, ale ostatecznie zrezygnowali z tego pomysłu. Potrzebowali silnych, zaufanych osób. Nie znali nikogo takiego. Poza tym, bali się, że o wszystkim dowiedzą się sąsiedzi. 

Prawda wychodzi na jaw

Miesiąc po zabójstwie doszło do nasilenia konfliktu między Julianną i Karoliną. Kobieta już po kolejnej kłótni wyrzuciła nastolatkę z domu. Dariusz Z. znalazł dziewczynie pokój do wynajęcia. Nawiązali kontakty seksualne. Karolina i Dariusz ustalili, że mężczyzna będzie jej pomagał finansowo do czasu usamodzielnienia się. Mężczyzna powiedział dziewczynie, że w przypadku zatrzymania muszą trzymać się razem i że nie wolno im do niczego się przyznawać. 

Po kilku dniach sąsiadka małżeństwa S. zadzwoniła do spółdzielni i poinformowała, że zalewa ją woda. Zadzwoniła też na komórkę Barbary S., którą odebrała Julianna. Zapewniła, że sama się wszystkim zajmie. Nie wpuściła też do mieszkania pracownika spółdzielni. 

Julianna po zabójstwie rodziców korzystała swobodnie z ich pieniędzy. W ciągu kolejnych kilku miesięcy wypłaciła ze wspólnego konta Barbary i Mieczysława S. ok. 100 tys. zł. Korzystała też z konta matki, z którego wykonała przelewy i płatności kartą na ponad 10 tys. zł. 20 kwietnia, po ponad trzech miesiącach od zbrodni, Julianna zadzwoniła do swojego wujka mieszkającego w Niemczech. Powiedziała, że jej rodzice nie żyją, że zabiła ich Karolina ze swoim 50-letnim partnerem. Julianna żaliła się wujkowi, że nie zadzwoniła na policję, ponieważ czuje się szantażowana przez sprawców. Wieści rozeszły się po rodzinie. Ciotka Julianny powiadomiła policję. Tego dnia w mieszkaniu znaleziono zwłoki małżeństwa. Wieczorem zostały zatrzymane Julianna i Karolina, a następnego dnia - Dariusz. 

"Nikogo nie zamordowałam"

Biegli uznali, że Julianna S. była poczytalna i nie cierpiała na żadne choroby psychiczne. Dopatrzono się u niej za to m.in. obniżenia empatii, obojętności na śmierć i problemów z ponoszeniem odpowiedzialności. 

Również u Karoliny Z. nie stwierdzono poważnych zaburzeń. Nie uznano również, by w jej przypadku doszło do nadmiernej zależności czy podporządkowania Juliannie S. Oceniono, że jest niepodatna na stres, wchodzi w niestabilne, płytkie związki emocjonalne, jest uparta, stanowcza, opanowana i zdystansowana. Pełną poczytalność stwierdzono także u Dariusza Z.

Karolina już podczas pierwszego przesłuchania przyznała się do winy. Potwierdziła, że Julianna strzeliła do swojej matki, a ona - Karolina - oddała strzał w kierunku Mieczysława S. Julianna do winy się nie przyznała. Z jej wyjaśnień wynikało, że to Karolina sama zabiła jej rodziców. Podobnie o swojej niewinności przekonywał Dariusz Z.Za w pełni wiarygodne uznano wyjaśnienia Karoliny Z. A to chociażby z tego powodu, że podawane przez nią szczegóły dotyczące okoliczności zabójstwa małżeństwa S. były potem potwierdzane przez innych świadków, w opiniach biegłych, podczas oględzin, w korespondencji SMS-owej. 

W areszcie Karolina Z. urodziła dziecko. Ojcem jest Dariusz Z. 

Cała trójka stanęła przed Sądem Okręgowym w Świdnicy. - Kochałam ich. Nie zamordowałam ich. Nikogo nie zamordowałam. Byli moim całym światem. Nikogo nie miałam poza nimi. Teraz jestem sama - przekonywała Julianna S., cytowana przez "Gazetę Wyborczą".

"Matkobójstwo i ojcobójstwo uznawane jest za jedną z najpoważniejszych zbrodni"

28 sierpnia 2024 r. zapadł wyrok - Julianna S. została skazana na dożywocie (z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie po co najmniej 30 latach), do tego na 10 lat została pozbawiona praw publicznych. Nakazano też zapłatę 40 tys. zł na rzecz Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej oraz pokrycie wydatków poniesionych przez Skarb Państwa (200 tys. zł).Sąd wyraża przekonanie, że jedynie dożywotnie spędzenie czasu w odosobnieniu w warunkach izolacji penitencjarnej pozwoli uchronić społeczeństwo przed oskarżoną i pozwoli dostrzec jej karygodność swego postępowania oraz uświadomi jej ogrom tragedii, jaką spowodowała" - czytamy w uzasadnieniu wyroku. 

Karolinę Z. skazano na 12 lat więzienia, do tego pozbawienie praw publicznych na 10 lat. Kara dla Dariusza Z. to 15 lat więzienia i pozbawienie praw publicznych na 8 lat, a także zapłata 50 tys. zł na rzecz Skarbu Państwa. 

Prokuratura i obrońcy oskarżonych złożyli apelacje. W kwietniu tego roku Sąd Apelacyjny we Wrocławiu częściowo zmienił wyrok sądu pierwszej instancji. W rezultacie jednak kara dożywocia orzeczona wobec Julianny S. pozostała aktualna, skrócono jedynie okres pozbawienia praw publicznych (z 10 do 8 lat). 

"W historii prawa zabójstwo ojca i matki uznawane było za zbrodnię wymagającą szczególnego potępienia. W prawie rzymskim uważane było za najpoważniejszeprzestępstwo, za popełnienie którego była wymierzana najsurowsza kara, czyli poena cullei (łac. kara worka). Polegała ona na zaszyciu skazanego żywcem w skórzanym worku i wrzuceniu do morza lub rzeki, co wiązało się z odmówieniem im pochówku, a przez to połączenia z bogami (...). Matkobójstwo i ojcobójstwo również współcześnie uznawane jest za jedną z najpoważniejszych zbrodni, wymagającej szczególnego potępienia i bardzo surowej odpowiedzialności" - wskazał Sąd Apelacyjny w uzasadnieniu. Wyrok Karoliny Z. został nieco złagodzony - nie 12 lat więzienia, a 11 lat i 10 miesięcy. I nie 10, a 8 lat pozbawienia praw publicznych. Dariusz Z. ma z kolei spędzić w więzieniu nie 15 lat, a 13,5 roku.

Tragedia w Kielcach. W mieszkaniu znaleziono ciała 63-latka i jego 9-letniego syna

 Wstrząsające odkrycie w jednym z kieleckich mieszkań. W piątek (17.04) przed godziną 10:00 na kieleckim osiedlu przy Alei Legionów służby ratunkowe ujawniły ciała dwóch osób – 63-letniego mężczyzny oraz jego 9-letniego syna. Policja pod nadzorem prokuratora wyjaśnia okoliczności tej tragedii.      Do zdarzenia doszło dzisiaj [17 kwietnia], przed godziną 10:00. Dyżurny kieleckiej komendy otrzymał zgłoszenie, z którego wynikało, że w lokalu na jednym z osiedli przy Alei Legionów znajdują się dwie osoby niedające oznak życia.Na miejsce natychmiast skierowano służby ratunkowe. Niestety, mimo szybkiej interwencji, na ratunek dla lokatorów było już za późno. Przybyły na miejsce lekarz stwierdził zgon 63-letniego mężczyzny oraz jego 9-letniego syna.

Śledztwo pod nadzorem prokuratury

Obecnie na miejscu tragedii trwają intensywne czynności śledcze. Pod nadzorem prokuratora pracują policjanci, którzy zabezpieczają ślady i ustalają szczegółowy przebieg zdarzenia.Decyzją prokuratora ciała obu osób zostały zabezpieczone do badań sekcyjnych, które mają pomóc w ustaleniu bezpośredniej przyczyny śmierci. Na ten moment śledczy nie podają więcej szczegółów dotyczących możliwych przyczyn tego tragicznego zdarzenia. Wyjaśnianie wszystkich okoliczności sprawy jest w toku - wyjaśnia Małgorzata Perkowska - Kiepas, rzeczniczka KMP w Kielcach.

2026/04/17

Rodzice zatłukli swoją 9-miesięczną córeczkę. Dla pewności przebili jej serce.

 Historia 9-miesięcznej dziewczynki, która zginęła w wyniku przemocy domowej, jest jednym z wielu przypadków, które pokazują, jak wiele dzieci na świecie cierpi z powodu przemocy fizycznej i seksualnej. Przemoc wobec dzieci jest jednym z największych problemów społecznych naszych czasów. Co roku tysiące dzieci na całym świecie padają ofiarą przemocy fizycznej i seksualnej ze strony swoich opiekunów.

Przemoc wobec dzieci ma bardzo poważne konsekwencje dla ich zdrowia i życia. Dzieci, które doświadczają przemoc w rodzinie, często cierpią na problemy emocjonalne i psychiczne, które mogą towarzyszyć im przez całe życie. Ponadto, przemoc wobec dzieci może prowadzić do poważnych obrażeń i urazów, które w niektórych przypadkach mogą zakończyć się śmiercią.Należy zaznaczyć, że przemoc wobec dzieci to problem, który dotyczy nie tylko krajów rozwijających się, ale również krajów wysoko rozwiniętych. Zdarzenia takie jak ta tragiczna śmierć 9-miesięcznej dziewczynki w Polsce pokazują, że przemoc wobec dzieci jest nadal problemem globalnym.

Warto zwrócić uwagę na to, że wiele ofiar przemocy wobec dzieci nie zgłasza swojego cierpienia, z powodu strachu przed reakcją sprawców lub z powodu braku wsparcia i zrozumienia ze strony otoczenia. Dlatego ważne jest, aby społeczeństwo było bardziej wrażliwe na problem przemocy wobec dzieci i aby dostępne były odpowiednie środki ochrony i wsparcia dla ofiar przemocy.

Również rodzina, która powinna być miejscem bezpiecznym i pełnym miłości, może być źródłem przemocy i cierpienia dla dziecka. Dlatego w przypadkach, gdypodejrzewamy, że dziecko jest ofiarą przemoc, musimy działać i nie bać się zgłosić tego faktu odpowiednim służbom.Warto również podkreślić, że przemoc wobec dzieci to nie tylko problem rodzinny, ale również społeczny. Musimy działać na różnych poziomach, aby zmniejszyć liczbę przypadków przemocy wobec dzieci. Władze państwowe powinny podejmować skuteczne działania w celu ochrony dzieci przed przemocą oraz karć sprawców z całą surowością prawa. Należy również prowadzić kampanie edukacyjne, aby zwiększyć świadomość społeczeństwa na temat przemocy wobec dzieci oraz zwiększyć dostępność pomocy i wsparcia dla ofiar przemocy.Ważne jest, abyśmy nie ignorowali problemu przemocy wobec dzieci i nie traktowali go jako czegoś normalnego. Każde dziecko zasługuje na bezpieczne i pełne miłości dzieciństwo, a my jako społeczeństwo musimy zapewnić im odpowiednią ochronę i wsparcie.

Należy również pamiętać, że przemoc wobec dzieci to nie tylko fizyczne czy seksualne nadużycie, ale również np. zaniedbywanie czy emocjonalne wykorzystywanie. Wszelkie formy przemocy wobec dzieci są niedopuszczalne i musimy działać, aby ochronić dzieci przed takimi zachowaniami.

Każdy może pomóc

Pomoc dla ofiar przemocy wobec dzieci jest dostępna, a najważniejsze, aby zgłosić każdy przypadek podejrzenia przemoc, by odpowiednie służby mogły interweniować. Każdy z nas może pomóc w ochronie dzieci przed przemocą poprzez zwiększenie naszej wrażliwości na ten temat i podejmowanie działań, gdy tylko widzimy lub podejrzewamy, że dziecko jest ofiarą przemoc.Dlatego ważne jest, aby szkoły, placówki opiekuńcze i służby społeczne miały odpowiednie narzędzia i szkolenia do rozpoznawania i przeciwdziałania przemocy wobec dzieci. Powinny być również stworzone specjalistyczne programy dla rodzin, które są narażone na ryzyko przemoc, aby pomóc im w radzeniu sobie z trudnościami i poprawie sytuacji w rodzinie.

Należy również zadbać o to, aby odpowiednie służby były dostępne i skuteczne w reagowaniu na sytuacje przemocy wobec dzieci. Wymaga to zarówno odpowiedniego wyposażenia i szkolenia funkcjonariuszy, jak i dostatecznych środków finansowych na działania związane z ochroną dzieci.

W takich sytuacjach, jak opisywane w artykule, ważne jest również, aby media poruszały temat przemoc wobec dzieci, informowały o dostępnych sposobachpomocy, ale także wyrażały publiczne oburzenie i dezaprobatę wobec takich zachowań. Ważne jest, aby przekazywać społeczeństwu, że przemoc wobec dzieci jest absolutnie niedopuszczalna i nie może być tolerowana.

Wypadek na torach. Nie żyje 14-latek

 

Dramatyczne wieści z powiatu iławskiego. Doszło do tragicznego zdarzenia z udziałem pociągu Pendolino. Życia nastolatka nie udało się uratować. Mieszkańcy regionu są wstrząśnięci tym, co się wydarzyło. Sprawą zajmują się już policja i prokuratura.Dramat rozegrał się rano 16 kwietnia na trasie kolejowej Susz–Prabuty, w miejscowości Karolewo w gminie Susz. Jak informowały służby, zgłoszenie wpłynęło przed godz. 9. Na miejsce natychmiast skierowano policję, straż pożarną oraz ratowników. Szybko potwierdzono, że doszło do potrącenia młodej osoby przez pociąg Pendolino jadący z Warszawy do Gdyni.


Ofiarą okazał się 14-letni chłopiec. Nastolatek zginął na miejscu w wyniku odniesionych obrażeń. Informacja o śmierci dziecka wstrząsnęła lokalną społecznością. Trasa, na której doszło do tragedii, należy do jednej z ważniejszych linii kolejowych w kraju, obsługiwanych przez szybkie składy dalekobieżne. Po zdarzeniu ruch pociągów mógł zostać czasowo utrudnionyPrzed godz. 9 rano dostaliśmy zgłoszenie o tym, że doszło do potrącenia mężczyzny przez pociąg Pendolino. Funkcjonariusze natychmiast pojechali na miejsce, gdzie potwierdzili tę informację. W trakcie czynności okazało się, że na szlaku kolejowym Susz-Prabuty pociąg Pendolino relacji Warszawa Zachodnia—Gdynia Główna potrącił młodego mężczyznę. To 14-latek, który w wyniku poniesionych obrażeń zmarł


– mówiła asp. szt. Joanna Kwiatkowska, rzeczniczka Komendanta Powiatowego Policji w Iławie w rozmowie z “Faktem”.Na miejscu pracowały służby dochodzeniowe oraz technik kryminalistyki. Zabezpieczano ślady i ustalano dokładny przebieg zdarzenia. Na obecnym etapie nie podano oficjalnych informacji, w jaki sposób chłopiec znalazł się na torach.Po śmiertelnym potrąceniu 14-latka wszczęto czynności procesowe. Sprawą zajęli się policjanci z grupy dochodzeniowo-śledczej, którzy pracowali pod nadzorem prokuratora. Ich zadaniem jest ustalenie wszystkich okoliczności tragedii, w tym tego, czy doszło do nieszczęśliwego wypadku, czy też istniały inne przyczyny zdarzeniaTo obecnie najważniejszy kierunek działań śledczych. Funkcjonariusze analizują miejsce zdarzenia, przesłuchują świadków oraz sprawdzają zapis monitoringu, jeśli taki był dostępny w rejonie torowiska.


W podobnych sprawach standardowo badane są również dane dotyczące pracy maszynisty, stan infrastruktury kolejowej oraz przebieg ruchu pociągu. Na razie nie pojawiły się informacje, które wskazywałyby na awarię techniczną składu lub nieprawidłowości po stronie obsługi pociągu. Wszystko wskazuje na to, że kluczowe będą ustalenia dotyczące obecności chłopca w rejonie torów.Śmierć 14-latka poruszyła lokalną społeczność. Takie dramaty odbijają się szerokim echem, szczególnie gdy ofiarą jest dziecko. Mieszkańcy czekają na ustalenia śledczych, licząc, że pozwolą one odpowiedzieć na pytania dotyczące przebiegu zdarzenia. 


To kolejny tragiczny przypadek pokazujący, jak niebezpieczne są tereny kolejowe i jak niewiele potrzeba, by doszło do dramatu. Służby apelują, by nie wchodzić na tory w miejscach niedozwolonych i zachowywać szczególną ostrożność w pobliżu infrastruktury kolejowej. 






2026/04/12

W trakcie procesu weszła na salę sądową i zastrzeliła mordercę swojej córki.

 Szóstego marca 1981 roku, sala sądowa w Lubece, niemieckim mieście przesiąkniętym historią, stała się sceną wydarzeń, które na zawsze zapisały się w annałach kryminalistyki i ludzkiej psychiki. To tam, wśród ponurego zgiełku wymiaru sprawiedliwości, pewna kobieta wkroczyła, niosąc ze sobą nie tylko ciężar niewyobrażalnej straty, ale i determinację, by samemu wymierzyć sprawiedliwość. Marianne Bachmeier, bo o niej mowa, podeszła do barierek, a jej dłoń, z pozoru spokojna, sięgnęła do torebki. Ułamek sekundy później, w ciszę sali wdarł się huk strzałów. W stronę 35-letniego Klausa Grabowskiego, oskarżonego o porwanie, znęcanie się i brutalne morderstwo jej siedmioletniej córki, Anny Bachmeier, poleciały kule. Siedem trafień, każdy z nich niosący ze sobą echo bólu, rozpaczy i nieznośnej pustki, jaką pozostawiła śmierć małej Anny. Klaus Grabowski, sprawca niewyobrażalnej zbrodni, wydał swój ostatni oddech na sali sądowej, symboliczniekończąc swoje życie tam, gdzie miał zostać osądzony przez prawo.

Ten akt desperacji, lecz dla wielu – akt sprawiedliwości, natychmiast doprowadził do aresztowania Marianne. Jednak kobieta, której oczy płonęły żądzą zemsty, nie okazywała najmniejszych wyrzutów sumienia. Nawet po czterdziestu latach od tamtego dnia, pamięć o „Mściwej Mamie” wciąż żyje, a wyrok w tej sprawie niezmiennie dzieli społeczeństwo, wzbudzając kontrowersje i skłaniając do refleksji nad granicami prawa i moralności.Utrata dziecka to ból, który dla każdego rodzica jest najgorszym koszmarem, przekraczającym granice wyobraźni. Piątego maja 1980 roku życie Marianne Bachmeier, kobiety już wcześniej doświadczonej przez los, na zawsze zostało naznaczone tą niewyobrażalną tragedią. W tamtych latach Marianne była samotną matką, prowadzącą skromny pub w Lubece, próbującą związać koniec z końcem w obliczu codziennych trudności.Jej młodość również nie była usłana różami. Naznaczona nędzą i serią traumatycznych przeżyć, ukształtowała ją w osobę o niezwykłej wewnętrznej sile. Ojciec Marianne był członkiem osławionej Waffen-SS, formacji, której nazwa budziła grozę i kojarzyła się z najciemniejszymi kartami historii. Ta rodzinna przeszłość z pewnością odcisnęła na niej swoje piętno, dodając kolejną warstwę złożoności do jej już i tak trudnego życia. Dorastając, Marianne doświadczyła wielokrotnych aktów przemocy na tle seksualnym z rąk różnych mężczyzn. W wieku zaledwie szesnastu lat zaszła w ciążę, a jako młoda, niedoświadczona nastolatka, nie była w stanie samodzielnie wychować dziecka i podjęła bolesną decyzję o oddaniu go do adopcji. Dwa lata później, mając osiemnaście lat, historia powtórzyła się – Marianne ponownie zaszła w ciążę i po raz kolejny musiała oddać dziecko do adopcji.

Dopiero w 1973 roku, wraz z narodzinami trzeciego dziecka, córki Anny, Marianne postanowiła podjąć wyzwanie samotnego macierzyństwa i wychować córkę.Wszystkie dostępne informacje wskazują, że Anna była „szczęśliwym, dobrze rozwijającym się dzieckiem”, promieniującym radością i nadzieją. Niestety, ten krótki okres względnego spokoju i szczęścia miał wkrótce ustąpić miejsca koszmarnej tragedii, która na zawsze odmieniła los całej rodziny.Maj 1980 roku, dzień, który na zawsze pozostawił niezatarte piętno w sercu Marianne. Po drobnej kłótni z matką, mała Anna postanowiła opuścić szkołę i udać się do domu koleżanki. To właśnie ta niewinna decyzja, chęć ucieczki od chwilowego nieporozumienia, okazała się fatalna w skutkach. Po drodze Anna została porwana przez 35-letniego Klausa Grabowskiego, miejscowego rzeźnika, mężczyznę, który wkrótce miał okazać się wcieleniem zła.

Grabowski więził Annę w swoim mieszkaniu przez wiele godzin, poddając ją niewyobrażalnym cierpieniom, zanim brutalnie udusił ją na śmierć. Po dokonaniu tej potwornej zbrodni, w akcie desperacji i próby zatarcia śladów, sprawca spakował ciało swojej ofiary do pudła i ukrył je nad brzegiem kanału. Zbrodniarz powrócił później na miejsce zbrodni, by pochować ciało. Jednak los, a raczej jego własna narzeczona, miał wobec niego inne plany. Grabowskiego aresztowano jeszcze tego samego wieczoru, w jego ulubionym pubie w Lubece, po tym jak jego partnerka, najprawdopodobniej zaszokowana i przerażona jego czynami, wydałago policji.Już wtedy Grabowski był osobą o notowanej przeszłości kryminalnej. Miał na swoim koncie wyrok za przestępstwo na tle seksualnym, odsiadując wyrok za napaść seksualną na dwie dziewczynki. Co więcej, podczas pobytu w więzieniu w 1976 roku Grabowski poddał się dobrowolnej kastracji chemicznej, co miało zapobiec dalszym przestępstwom. Jednak dwa lata później podjął terapię hormonalną, aby odwrócić skutki tego procesu, dążąc do przywrócenia możliwości prowadzenia życia seksualnego ze swoją narzeczoną. To pokazuje jego cynizm i brak jakiejkolwiek skruchy.Po aresztowaniu Grabowski natychmiast przyznał się do morderstwa Anny, ale w zaskakujący sposób zaprzeczył, jakoby wykorzystał dziewczynkę seksualnie. W trakcie procesu posunął się jeszcze dalej w swojej perwersyjnej narracji, twierdząc, że to Anna próbowała go uwieść i szantażować, domagając się od niego pieniędzy. Grabowski w cyniczny sposób obwiniał ofiarę za popełnioną przez siebie zbrodnię, utrzymując, że zabił dziewczynkę tylko dlatego, że groziła mu ujawnieniem, że dotykał jej w niewłaściwy sposób.Sąd, mimo jego absurdalnych wyjaśnień, nie dał wiary jego zeznaniom. Jednak te dziwne i niepokojące słowa, pełne perfidnej manipulacji, doprowadziły matkę Anny, Mariannę, do stanu absolutnego szaleństwa. Uczucia bezsilności, gniewu i furii, nagromadzone przez miesiące cierpienia, osiągnęły swój punkt kulminacyjny. Szóstego marca 1981 roku, w trzecim dniu procesu, Marianne Bachmeier podjęła decyzję, która na zawsze zmieniła jej życie i wstrząsnęła opinią publiczną – postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce.W jakiś niewyjaśniony sposób Marianne Bachmeier zdołała przemycić broń na salę sądową, omijając wszelkie kontrole bezpieczeństwa i czujne oczy strażników. Krótko po wejściu do sali, wyjęła z torebki naładowany pistolet, Berettę M1934. Jej ręka drżała, ale jej cel był jasny. Wycelowała w zabójcę córki i opróżniła cały magazynek. Siedem z ośmiu kul trafiło w Grabowskiego, a on natychmiast upadł, umierając na miejscu.

Natychmiast po oddaniu strzałów matka Anny upuściła broń. W jej głosie, który rozbrzmiał na sali, słychać było mieszankę ulgi i rozpaczy: „Zabił moją córkę… Chciałam strzelić mu w twarz, ale strzeliłam mu w plecy… Mam nadzieję, że nie żyje”. Według zeznań dwóch policjantów obecnych na miejscu zdarzenia, Marianne po otworzeniu ognia nazwała Grabowskiego również „świnią”, wyrażając całą swoją pogardę i gniew.Kobieta została natychmiast aresztowana i oskarżona o morderstwo. Jednak podczas procesu w 1982 roku Marianne twierdziła, że zastrzeliła Grabowskiego w stanie nieświadomości, wizualizując sobie swoją córkę w sądzie. Eksperci zeznający na rozprawie zgodnie stwierdzili, że czyn Marianne wymagał obycia z bronią i precyzyjnego planowania, co wskazywało na premedytację. Lekarze, którzy ją badali, poprosili o próbkę jej odręcznego pisma. W odpowiedzi Marianne napisała: „Zrobiłam to dla ciebie, Anno”, ozdabiając tekst siedmioma serduszkami, co wielu interpretowało jakSamosąd dokonany przez Marianne Bachmeier wywołał ogromne zainteresowanie mediów, nie tylko w Niemczech, ale i na całym świecie. Marianne zyskała przydomek „Mściwej Mamy”, a jej czyn spotkał się z szerokim poparciem społecznym. Wiele osób uważało, że powinna zostać uniewinniona, widząc w niej symbol zrozpaczonej matki, która pomściła śmierć ukochanej córki. Początkowo media przedstawiały ją niemalże jako świętą, uosobienie sprawiedliwości.o symbol wieku jej córki. Po skazaniu na Marianne czekało życie w więzieniu.Samosąd dokonany przez Marianne Bachmeier wywołał ogromne zainteresowanie mediów, nie tylko w Niemczech, ale i na całym świecie. Marianne zyskała przydomek „Mściwej Mamy”, a jej czyn spotkał się z szerokim poparciem społecznym. Wiele osób uważało, że powinna zostać uniewinniona, widząc w niej symbol zrozpaczonej matki, która pomściła śmierć ukochanej córki. Początkowo media przedstawiały ją niemalże jako świętą, uosobienie sprawiedliwości.Jednak z czasem dziennikarze zaczęli zagłębiać się w jej przeszłość, odkrywając szczegóły, które stopniowo niszczyły wizerunek kochającej i ofiarnej matki. Gazety ujawniły, że Marianne oddała swoje pierwsze dzieci do adopcji, a fakt, że spędzała dużo czasu w barze, w którym pracowała, stał się kolejnym elementem podważającym jej nieskazitelny wizerunek.W 1983 roku Marianne została skazana za zabójstwo z premedytacją i nielegalne posiadanie broni palnej. Wymierzono jej karę sześciu lat pozbawienia wolności, ale została zwolniona warunkowo po trzech latach. Kara ta głęboko podzieliła społeczeństwo. Według ankiety przeprowadzonej przez Instytut Allensbacha, około 28% respondentów uznało jej sześcioletni wyrok za słuszny, 27% uważało go za zbyt surowy, a kolejne 25% – za zbyt łagodny.

Po odbyciu kary Marianne wyemigrowała do Nigerii, gdzie wyszła za mąż za nauczyciela języka niemieckiego. W 1990 roku rozwiodła się i przeprowadziła na Sycylię we Włoszech. Po pewnym czasie u Marianne zdiagnozowano raka trzustki, co skłoniło ją do powrotu do ojczyzny i rodzinnego miasta, Lubeki. Jej akt zemsty na długo zapisał się w pamięci wielu Niemców, a gazety rozpisywały się o tymwydarzeniu aż do lat 90. XX wieku.W 1994 roku, trzynaście lat po dokonanym samosądzie, Marianne udzieliła poruszającego wywiadu w niemieckim radiu, w którym ponownie odniosła się do swoich motywacji. „Myślę, że jest bardzo duża różnica, jeśli zabija się małą dziewczynkę, ponieważ ktoś boi się, że będzie musiał iść do więzienia na całe życie. No i jeszcze to »jak to zrobił«, stanął za nią i ją udusił, co dosłownie sam powiedział: 'Słyszałem, że coś wyszło jej z nosa, byłem oszołomiony, wtedy już dłużej nie mogłem znieść widoku jej ciała’” – powiedziała, z niezwykłą precyzją odtwarzając słowa mordercy i odzwierciedlając swój wewnętrzny ból. W wywiadzie dla kanału telewizyjnego Das Erste w 1995 roku Marianne wyznała, że zastrzeliła Grabowskiego po dokładnym zastanowieniu się, chcąc również zapobiec dalszemu rozpowszechnianiu kłamstw na temat Anny.Siedemnastego września 1996 roku Marianne Bachmeier zmarła w szpitalu w Lubece. Jej ostatnie życzenie, by umrzeć w swoim domu na Sycylii, nie spełniło się. Została pochowana obok ukochanej córki na cmentarzu w Lubece, w symbolicznym geście ponownego połączenia, które stało się celem jej życia.

Historia Marianne Bachmeier i jej czynu wciąż budzą gorące dyskusje. Duża część społeczeństwa broniła jej działania, postrzegając je jako sprawiedliwą karę dla przestępcy seksualnego, który już wcześniej był skazany za wykorzystywanie dzieci. Inni jednak stanowczo twierdzili, że Marianne niesłusznie wzięła prawo w swoje ręce, a werdykt powinien był zostać pozostawiony w gestii sądu. Ta niezgoda co do słuszności jej czynu trwa do dziś.

Senior przekazał milion 19-letniej Ukraince. Był zwodzony latami

 

Młodziutka Ukrainka trafi do aresztu na trzy miesiące po zatrzymaniu przez policję w Świdniku (woj. lubelskie). 19-latka została przyłapana na gorącym uczynku – odebrała od starszego mężczyzny 700 tys. złotych, które wcześniej senior zgodził się przekazać oszustom „na inwestycje”. Wcześniej w ręce wschodnich przestępców wpadło 300 tys. złotych. Jak ustalili policjanci – mieszkaniec Świdnika był „prowadzony” przez oszustów przez dwa lata.Zaczęło się przed dwoma laty, kiedy 76-letni świdniczanin natrafił w mediach społecznościowych na ogłoszenie, w którym oferowano możliwość inwestycji na atrakcyjnych warunkach. Starszy mężczyzna dał się złapać na przynętę i trafił pod cierpliwą pieczę oszustki, która cierpliwie zdobywała zaufanie seniora.„Pod jej kierunkiem pokrzywdzony stopniowo angażował się w kolejne inwestycje, początkowo na rynku polskim, a następnie zagranicznym, m.in. tureckim i argentyńskim. W trakcie całego procederu mężczyzna kilkukrotnie przekazywał gotówkę osobom wskazanym przez rozmówczynię. Do spotkań dochodziło w umówionych miejscach na terenie powiatu świdnickiego, a przekazanie pieniędzy odbywało się po uprzednim ustaleniu hasła” – przekazała rzeczniczka Komendy Powiatowej Policji w Świdniku, asp. szt. Elwira Domaradzka, cytowana przez portal fakt.pl.

W ten sposób w ręce oszustów wpadło 300 tys. złotych oszczędności świdniczanina. Poszkodowany przekazywał pieniądze w gotówce przez kuriera – 19-letniej Ukrainki. W toku śledztwa policyjni kryminalni ustalili, że dojdzie do kolejnego przekazania gotówki. Tym razem policja czekała już na młodą oszustkę w miejscu transakcji. W trakcie zatrzymania 19-latki funkcjonariusze zabezpieczyli gotówkę w kwocie 700 tys. złotych.Ukrainka została następnie doprowadzona do Prokuratury Rejonowej w Świdniku. Młoda kobieta usłyszała zarzut oszustwa, za co polski kodek karny przewiduje maksymalną karę 10 lat więzienia. Wobec 19-latki zastosowano ponadto środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania na trzy miesiące. Nastolatka poczeka na proces za kratkami.

To jedna nie koniec sprawy. Policjanci zapowiadają, że sytuacja jest rozwojowa, a śledczy będą starali się namierzyć i zatrzymać pozostałych członków szajki oszustów.

Funkcjonariusze po raz kolejny apelują też o ostrożność i zdrowy sceptycyzm wobec ofert – szczególnie „okazyjnych” i zbyt atrakcyjnych – znalezionych w sieci.