2026/05/19

 


Dziecko porzucone w szambie. Zgodnie z instrukcją aborterów

 

Pracownicy oczyszczalni ścieków w Gierzwałdzie (woj. warmińsko-mazurskie) znaleźli w beczkowozie z nieczystościami ciało dziecka. Biegli oszacowali jego wiek na piąty-szósty miesiąc życia płodowego. Nie wiadomo jeszcze, czy maluch został pozostawiony na śmierć po samoistnym, przedwczesnym porodzie, czy też zmarł wskutek aborcji. Policjanci będą teraz szukać jego matki, by to ustalić. Wiadomo jednak, że urodził się żywy.Biorąc pod uwagę sposób postępowania matki (poród w ukryciu, niewezwanie służb, porzucenie dziecka), można mieć niemal pewność, że doszło do późnej aborcji tabletkami. Czołowe polskie aborcjonistki, zrzeszone w tzw. Aborcyjnym Dream Teamie, zupełnie jawnie radzą w końcu, by zabijać dzieci przez aborcję farmakologiczną na dowolnym etapie ciąży, a później – po domowym porodzie – wyrzucić je do śmieci…Podczas utylizacji nieczystości pracownicy oczyszczalni ścieków w Gierzwałdzie zobaczyli ciało dziecka, wypływające z szambowozu. Wezwali policję, a ta przesłuchała świadków i zabezpieczyła ślady. Następnego dnia wykonano sekcję zwłok porzuconego malucha. Biegły stwierdził, że dziecko urodziło się między 20. a 24. tygodniem, czyli w 5. albo 6. miesiącu życia płodowego. Badania potwierdziły, że w momencie porodu maluszek jeszcze żył, bez pomocy medycznej nie miał jednak szans.

Najprawdopodobniej doszło albo do dzieciobójstwa po żywym, przedwczesnym porodzie, albo do nieudanej aborcji. Kim jest matka zmarłego noworodka? Czy ktoś towarzyszył jej podczas porodu? Jeśli zażyła środki aborcyjne, to kto je jej nielegalnie dostarczył? I czy śledczy odważą się zbadać wątek aborcyjny, czy też ze strachu przed naruszeniem interesów aborterek od razu skierują dochodzenie w inną stronę? Odpowiedzi na te pytania poznamy w najbliższych dniach.

Kto odpowie za śmierć niewinnego dziecka?

Prokuratura Rejonowa w Ostródzie rozpoczęła dochodzenie w kierunku podejrzenia nielegalnego przerwania ciąży za zgodą kobiety lub udzielenia pomocy w takim czynie. Osoba, która dostarczyła matce tabletki aborcyjne i/lub nakłoniła do jej przyjęcia, może zostać skazana nawet na 3 lata więzienia.

Czy to Aborcyjny Dream Team wysłał matce zabitego dzieciątka środki, które doprowadziły do dramatu w Gierzwałdzie? Wiele na to wskazuje. Organizacja ta zamawia przecież dla Polek tabletki aborcyjne zza granicy, instruuje, jak je zażywać i –  co najgorsze – zachęca, by to robić. W dodatku bez względu na etap ciąży. Z całkowitym brakiem szacunku dla życia dzieci! Kobiety pracujące w Abotaku mają krew na rękach. Ile maluchów umarło już, porzuconych w śmietnikach, zakopanych lub właśnie wrzuconych do ścieków, z ich inspiracji? Można się tego tylko domyślać!

Oby zabójców maleństwa z Gierzwałdu dosięgła sprawiedliwość. A my nie przestajemy modlić się o życie dzieci narażonych na aborcjęRóżaniec pod ośrodkiem aborcyjnym Abotak na ul. Wiejskiej 9 w Warszawie w każdą 1. i 3. sobotę miesiąca punktualnie w południe. Przyjdź, zaproś znajomych: zatrzymajmy razem rzeź nienarodzonych!

Tekst: Anna Nowak

 

VIKI GABOR ZYJE Z PARTNEREM NA KOCIA LAPE !!!!!!!

 

18 letnia Viki Gabor zyje ze swoim partnerem na kocia lape . Ma na to przyzwolenie rodzicow . Bo u cyganow tak juz jest . Nie potrzeba slubu bo i po co . Ale ona zyje w spoleczenstwie w ktorym w takim ukladzie bierze sie slub. Jest osoba publiczna i powinna dbac o swoja reputacje . Bo poki co zyje z chlopem bez slubu i zadne cyganskie prawo tego nie zmieni . GB

Lekarze chcą weta Nawrockiego. „Oni nie umieją mówić po polsku, nie powinni pracować"

 Naczelna Izba Lekarska apeluje do prezydenta Karola Nawrockiego o zawetowanie nowelizacji ustawy o medykach spoza Unii Europejskiej. Sejmowe przepisy dają lekarzom m.in. z Ukrainy dodatkowy rok na przedstawienie certyfikatu językowego na poziomie B1. Prezes NIL Łukasz Jankowski ostro krytykuje te zmiany, argumentując, że brak znajomości języka polskiego przez medyków bezpośrednio zagraża zdrowiu i życiu pacjentów.

Naczelna Izba Lekarska domaga się weta Karola Nawrockiego

Niespodziewany apel do prezydenta Karola Nawrockiego wystosowała Naczelna Izba Lekarska, która chce zawetowania ustawy o medykach spoza Unii Europejskiej. Chodzi konkretnie o przyjęte przez Sejm przepisy, które wydłużają o rok termin na przedstawienie certyfikatu znajomości języka polskiego. Obowiązek dotyczyć ma głównie lekarzy z Ukrainy. - Jeżeli lekarze z Ukrainy mieli dwa lata, żeby nauczyć się języka polskiego na poziomie ponadpodstawowym, czyli poziomie B1, i tego nie uczynili, to znaczy, że oni nie umieją mówić po polsku i nie powinni pracować w systemie - mówi prezes NIL Łukasz Jankowski.

Dodaje, że czeka na spotkanie z Karolem Nawrockim, które ma się odbyć w środę 20 maja. - Wiemy, że to spotkanie jest możliwe i mam nadzieję, że uda się przekonać pana prezydenta do tego, żeby zawetował szkodliwe przepisy - dodaje Jankowski. 

Szpitale przesadzają?

Ocenia też, że szpitale, które mówią o tym, że  system zawali się bez lekarzy, którzy nie umieją mówić po polsku", zwyczajnie przesadzają. - Nie wierzę, że jakikolwiek szpital w Polsce opiera się głównie na pracowników, którzy nie mówią po polsku. Nie wierzę też, że nasz system zawali się, jeżeli zniknie z niego 700 czy 800 lekarzy - twierdzi. Do tej pory wygaszono uprawnienia 235 lekarzom. - Póki co nie widzimy dużego wpływu na funkcjonowanie ochrony zdrowia. Być może tylko taki, że polski pacjent, kiedy trafi do szpitala, znajdzie tam lekarza, który mówi po polsku, i z którym będzie mógł się porozumieć - mówi. 

Polska ma najniższe wymagania dla lekarzy spoza UE

Dodaje, że lekarze, którzy stracili - bądź stracą - uprawnienia, mają „otwartą ścieżkę" do wykonywania zawodu w Polsce, jeśli tylko przeprowadzą nostryfikację dyplomu, lub zdadzą egzamin w języku polskim. Jankowski zwraca uwagę, że Polska jest jedynym krajem UE, który wymaga tak niskiego - jak B1 - poziomu znajomości języka od lekarzy.

- Inne kraje żądają znajomości języka na poziomie B2 i języka specjalistycznego. Wyobraźmy sobie, że na takiego lekarza trafia pacjent z zawałem i próbuje mu opisać swój ból jako piekący, opasający, drażniący, promieniujący, a lekarz z Ukrainy czy Białorusi nie rozumie żadnego z tych słów - dodaje. Nie można igrać z ogniem, nie można igrać z życiem i zdrowiem pacjentów. Jeżeli przez dwa lata ktoś nie nauczył się języka polskiego, samemu władając językiem pokrewnym, to znaczy, że nie ma chęci do tego, aby się asymilować i wydajnie pracować dla dobra polskich pacjentów - twierdzi.

 


Lekarze ocenili stan zdrowia Donalda Trumpa. "Wyraźne i bezpośrednie zagrożenie"

 W USA narastają wątpliwości dotyczące zdolności Donalda Trumpa do dalszego sprawowania urzędu prezydenta. Grupa amerykańskich lekarzy publicznie wyraziła zaniepokojenie jego stanem psychicznym i fizycznym, wskazując na objawy pogorszenia funkcji poznawczych oraz impulsywne zachowania.

Od początku jego drugiej kadencji wielokrotnie pojawiało się jedno pytanie: czy Donald Trump jest nadal w pełni zdolny do wypełniania obowiązków prezydenta? W pewnym stopniu jednak to również duchy, które sam prezydent USA przywołał, nawiedzają go teraz regularnie. Podczas kampanii wyborczej wielokrotnie atakował swojego przeciwnika politycznego Joego Bidena, nazywając go "ociężałym" i psychicznie niestabilnym — nie tylko ze względu na wiek Bidena. Teraz ten argument obrócił się przeciwko niemu.W oświadczeniu opublikowanym w British Medical Journal (BMJ) 30 amerykańskich lekarzy ostrzega przed Trumpem i otwarcie kwestionuje jego zdolność do sprawowania urzędu. Określają prezydenta jako "wyraźne i bezpośrednie zagrożenie" dla świata. Ich drastyczne żądanie: natychmiastowe usunięcie go z urzędu.

Zmęczenie, niepokój i niestabilny chód

Eksperci, w tym neurolodzy, psychiatrzy i psychologowie, dostrzegają oznaki pogorszenia stanu umysłowego. Wskazują na niespójną mowę, nagłe zmiany tematu i zauważalne zmęczenie. Na przykład, niedawno opublikowane przez Agencję Reutera zdjęcie Trumpa przedstawiało go z zamkniętymi oczami podczas oficjalnego wystąpienia w Gabinecie Owalnym. Biały Dom określił to jako "mrugnięcie", a krytycy nazwali to kolejnym uchybieniem. Trump podobno wielokrotnie drzemał podczas posiedzeń gabinetu.Dalsze obserwacje podsycają te wątpliwości: Trump czasami gubi wątek podczas wystąpień, myli nazwiska lub w krótkim czasie sam sobie zaprzecza. Do tego dochodzą impulsywne wypowiedzi, takie jak drastyczne groźby w konfliktach międzynarodowych, które irytują nawet sojuszników politycznych. Jednocześnie krążą zdjęcia siniaków na jego dłoniach i doniesienia o jego chwiejnym chodzie.

Czy Trump jest megalomanem?

Co więcej, lekarze potwierdzają "megalomańskie i urojeniowe przekonania" Trumpa. Niedawny obraz wygenerowany przez sztuczną inteligencję, przedstawiający go jako Jezusa, wywołał oburzenie. Po fali krytyki Trump usunął post, tłumacząc, że uważał tę postać za lekarza.Jego podejście do testów poznawczych również budzi wątpliwości. Trump wielokrotnie chwalił się rzekomo "trudnymi testami IQ". W rzeczywistości były to tzw. testy MOCA — proste procedury wczesnego wykrywania demencji, a nie testy inteligencji.

Oskarżenia są kontrowersyjne

W psychiatrii obowiązuje zasada Goldwatera: diagnozy na odległość bez osobistego badania są nieetyczne. Eksperci ostrzegają zatem przed stawianiem konkretnych diagnoz na odległość. Jednocześnie podkreślają, że brak diagnozy nie oznacza całkowitego zdrowia, konieczne jest raczej "pilne badanie kliniczne".Zapowiedziano jedno z takich badań: Trump ma zostać zbadany w Narodowym Centrum Medycznym Wojskowym im. Waltera Reeda pod koniec maja. Na ile transparentne będą wyniki, czas pokaże. Niewątpliwie debata na temat zdrowia psychicznego i fizycznego Trumpa od dawna stała się kwestią polityczną — i prawdopodobnie będzie go nadal prześladować.

Na policję zadzwonił 11-letni chłopiec. Jego mamę chwilę wcześniej zastrzelił ojciec

 Do tragedii doszło w podwarszawskim Raszynie. Mężczyzna, były zawodowy pilot, zastrzelił byłą żonę, po czym na cmentarzu odebrał sobie życie. Reporterka "Uwagi!" TVN dotarła do relacji osoby, do której G. zadzwonił już po zabójstwie.

Jeśli doświadczasz problemów emocjonalnych i potrzebujesz porady lub wsparcia, tutaj znajdziesz listę organizacji oferujących profesjonalną pomoc. W sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia zadzwoń na numer 997 lub 112.

30 kwietnia po godzinie 16 na policję zadzwonił 11-letni chłopiec, którego mamę chwilę wcześniej zastrzelił jego ojciec. Kobieta miała 45 lat, była Wietnamką. Wraz z mężem - Polakiem - 67-letnim Bogusławem G., przyjechali kilka lat temu z Wietnamu do Polski.

Bogusław G., po zabiciu matki swoich dzieci, wsiadł do samochodu i pojechał do Prażmowa, gdzie na pobliskim cmentarzu odebrał sobie życie.

"Wiedziałam, że jest źle"

O ostatnim dniu mężczyzny opowiedziała nam jego znajoma. 

- Mówił, że o 13-14 jedzie do dzieci. Zadzwoniłam do niego później, ale miał wyłączony telefon, więc napisałam - mówi nasza rozmówczyni. I dodaje: - Odpisał, że byłam dla niego ogromnym wsparciem, że byłam dla niego jak siostra. Następny SMS był już takim pożegnaniem. Zadzwoniłam do niego, ale nie chciał mi powiedzieć, gdzie jest. To już była chyba 18.30, wiedziałam, że jest źle.

Zamordowana Wietnamka używała polskiego imienia Anna. Z Bogusławem G. miała dwójkę dzieci, które urodziły się jeszcze, kiedy para mieszkała w Wietnamie. W każdą sobotę handlowała na targowisku w Piastowie.  Sprzedawała sajgonki, które sama produkowała - opowiada pan Robert, znajomy kobiety.

O Bogusławie G., który zastrzelił byłą żonę, niewiele wiadomo. Ze strzępków informacji udało nam się jednak ułożyć spójny obraz. Mężczyzna był zawodowym pilotem linii pasażerskich, od lat mieszkał za granicą, sporadycznie wracając do Polski.

- Część życia spędził we Francji, później mieszkał w Azji. Z Anną poznali się w Wietnamie około 18 lat temu - opowiada znajoma mężczyzny. 

- Anna pokazywała mi zdjęcia sprzed kilkunastu lat. Kiedyś brała udział w Wietnamie w wyborach miss. Była bardzo piękną kobietą - mówi pan Robert.- Wzięli ślub, urodziło im się dziecko. Mieli apartament z basenem na dole i dwie opiekunki do dzieci. Przyjechali do Polski, jak on miał 61 lat. Zostało mu już niewiele oszczędności, bo tam żyli na wysokim poziomie - opowiada znajoma mężczyzny.

- Przyjechali do Polski, bo on miał jakiś problem z nogą i nie mógł już latać. Powiedział mi też, że chyba ma depresję - dodaje nasza rozmówczyni.

Jak dowiedzieliśmy się od znajomej Bogusława G., w małżeństwie mężczyzny już wówczas nie działo się najlepiej. Jednak sąsiedzi wspominają Annę i jej męża jako zwyczajną parę.

- Nigdy nic tu się nie działo, tu nigdy nie było policji - usłyszeliśmy.

Para nie mieszkała razem. Z matką mieszkały w Raszynie dzieci w wieku siedmiu i 11 lat.

Niebieska Karta i wyrok za znęcanie się nad rodziną

Po zabójstwie policja przeszukała mieszkanie Bogusława G. Klucze do lokalu miała jego znajoma.

- Panował tam straszny bałagan, to było chyba zbieractwo. Leżało tam też dużo pustych łusek. Wiem, że on jeździł gdzieś na strzelnicę pod Warszawę - słyszymy od znajomej mężczyzny.

Bogusław G. jakiś czas temu stracił pozwolenie na broń.

- W tej rodzinie była założona Niebieska Karta. Z tego, co wiemy, w 2022 roku były tam cztery interwencje. To było podstawą między innymi do skazania mężczyzny - mówi Marta Banaszak z Prokuratury Okręgowej w Warszawie. I dodaje: - Wyrok sądu pierwszej instancji dotyczył znęcania się nad całą rodziną, czyli żoną oraz synem i córką. Natomiast w wyniku złożonej apelacji sąd odwoławczy zmienił ten wyrok w ten sposób, że utrzymał skazanie co do żony i syna, natomiast uchylił je w zakresie córki.

- Pozwolenie na broń zostało mu odebrane z momentem wydania wyroku skazującego. Rzeczywiście fizycznie odebrano mu broń, na którą miał pozwolenie. Ale, jak już wiemy, najwyraźniej musiał też mieć inną broń - dodaje prokurator Marta Banaszak.

Po wyroku za znęcanie się nad rodziną - i po rozwodzie - były mąż pani Anny nadal odwiedzał ich wspólne dzieci.

- Kilka miesięcy temu przyjechała z podbitym okiem. Była w przeciwsłonecznych okularach, ale kątem oka zauważyłem, że to oko jest podbite. Powiedziała, że to eksmąż - opowiada znajomy kobiety.Na to pytanie nie mamy jeszcze odpowiedzi. Myślę, że musimy poczekać między innymi na wyniki uzyskanych informacji telekomunikacyjnych - zaznacza prokurator Marta Banaszak.