2026/05/30

Lublin: dziecko przeżyło tzw. aborcję. Obrońcy życia żądają wyjaśnień, co później stało się z noworodkiem

 

W wojewódzkim szpitalu specjalistycznym imienia Stefana Kardynała Wyszyńskiego w Lublinie nienarodzone dziecko przeżyło tzw. aborcję. Placówka nie udziela informacji co później stało się z noworodkiem, jak długo żył i w jaki sposób zmarł. Szpital się przyznał, że dziecko przeżyło procedurę aborcji i staramy się dowiedzieć więcej. Wiemy, że takie dzieci potrafią długo konać, cierpią bardzo, mają niewykształcone płuca – mówi Krzysztof Kasprzak, członek Fundacji Życia i Rodzina.

Lubelski szpital nie ujawnił, kiedy doszło do tego zdarzenia oraz co się stało z dzieckiem, jak długo żyło, w jakich okolicznościach zmarło. Fundacja zapowiada złożenie zawiadomienia do prokuratury. Zabijanie dzieci nienarodzonych ułatwił obecny rząd nielegalnymi rozporządzeniami – przypomina obrońca życia, Michał Kutrzeba.

– W sposób oczywisty, jeżeli ktoś stwarza prawo takie, a właściwie paradoksalnie łamie prawo, które powinno chronić życie,  to staje się współwinnym śmierci dzieci, które są zabijane – dodaje.

W najbliższy poniedziałek 1 czerwca o godzinie 17:00 przed wojewódzkim szpitalem specjalistycznym imienia Stefana Kardynała Wyszyńskiego w Lublinie publicznie będzie odmawiany różaniec. Będziemy konsekwentnie modlić się o zaprzestanie aborcji, o zatrzymanie aborcji w tym szpitalu, dlatego że wiemy, że w tym szpitalu odbywają się aborcje i to tak zwane aborcje psychiatryczne, czyli „na świstek” od psychiatry – dodaje Krzysztof Kasprzak.Do obrońców życia docierają sygnały z całej Polski, że do porodów dzieci w trakcie tzw. aborcji mogło dochodzić w innych szpitalach.


 






Seniorka okładała kijem psy, kury i krowę. "Biłam, kiedy zasłużył". Wstrząsająca relacja obrońców zwierząt

 "Biłam, kiedy zasłużył" – takie szokujące słowa usłyszeli od 76-letniej seniorki spod Kalisza (woj. wielkopolskie) obrońcy zwierząt. Na dodatek kobieta robiła to w obecności chorego na serce wnuka, co źle wpływało na jego samopoczucie. Sprawa trafiła do prokuratury, bo synowa kobiety nie wytrzymała już jej zachowania.

Ta historia jest tak straszna, że aż nie do uwierzenia. Zdaniem wolontariuszy z Kaliskiego Stowarzyszenia Pomocy dla Zwierząt Help Animals blisko 80-letnia staruszka miała okładać kijami nie tylko psy, ale także kury i krowę, która już nie żyje. Gehenna zwierząt trwała od kilku lat. Do interwencji doszło, bo obrońcy zwierząt dostali informację, że kobieta z podkaliskiej miejscowości znęca się nad dwoma psami.

Obrońcy zwierząt odebrali staruszce psy, nad którymi się znęcała

— Według zgłoszenia, które przyszło od synowej, starsza kobieta znęcała się nad psem poprzez uderzanie furtką po żebrach, bicie kijem... Na miejscu zastaliśmy starszego, zaniedbanego psa — Łatka. Okazało się, że na posesji przebywa także młody psiak — Reksio. Z informacji jakie otrzymaliśmy wynikało, że kobieta jest okrutna w stosunku do wszystkich zwierząt, które przebywały pod jej opieką. Podczas rozmowy wykrzyczała, że biła psa kiedy zasłużył. Oba psy zabraliśmy – mówi Anna Małecka z Help Animals.Łatek natychmiast trafił do weterynarza. Wstępne badania wykazały bolesność w niektórych miejscach podczas dotyku, podwyższoną temperaturę oraz pęknięty guz koło odbytu. Pies był potwornie zaniedbany. — Na szczęście wyniki krwi ma dobre, jak na jego wiek i stan. Psiak miał przerośnięte pazury, które utrudniały mu chodzenie, zwyrodnienia, przez które cierpiał. Problemy z skórą i liczne pchły. Nie był szczepiony – opowiada Małecka.

Rodzina prosiła emerytkę, by nie znęcała się nad zwierzętami

Bliscy kobiety prosili, by nie znęcała się nad zwierzętami m.in. ze względu na stan zdrowia jej wnuka. — Od dawna prosili ją by tego nie robiła, ale ona była tak harda, że nie zwracała uwagi na te prośby. Syn w końcu prosił, żeby chociaż przy nich tego nie robiła. Kiedy to nic nie dało, synowa zgłosiła sprawę w kilku miejscach i ukróciła gehennę zwierząt – mówi "Faktowi" Anna Małecka. Dodaje, że teraz inne osoby spokrewnione ze staruszką próbują zastraszać obrońców zwierząt, ale oni nie mają zamiaru odpuścić i zgłosili sprawę prokuraturze. Skierowaliśmy wytyczne do policji celem weryfikacji tych zarzutów. Po zebraniu materiału podejmiemy decyzję o formułowaniu bądź nie zarzutów – mówi "Faktowi" prok. Maciej Meler z prokuratury okręgowej w Ostrowie Wielkopolskim.

Łatek na razie dochodzi do siebie. Kiedy go dokładnie umyto i ogolono, widać jak wielką niedowagę ma psiak. Póki co opiekunowie pomagają mu dojść do siebie. Za jakiś czas zwierzak będzie miał dokładniejsze badania. Trwa zbiórka pieniędzy na jego leczenie.

 

Umierały na stojąco. Dorzucał tylko więcej słomy, żeby to ukryć. Wieś milczy

 Makabra na posesji w Landeku na Śląsku. W gospodarstwie Pawła J. (40 l.), miejscowego strażaka ochotnika, odkryto cmentarzysko martwych krów i byków. Zwierzęta zostały zagłodzone — to wstępne ustalenia śledczych. Przeżyła tylko jedna krowa. Ludzie we wsi twierdzą, że o niczym nie wiedzieli. Nikt publicznie nie chce potępić podejrzanego.

Landek to niewielka, malownicza wieś w gminie Jasienica. 15 maja w gospodarstwie Pawła J. zaroiło się od służb i urzędników. We wsi gruchnęła wiadomość o makabrycznym odkryciu. Mężczyzna jest jednym z ostatnich rolników we wsi.— Na miejscu, po wstępnym przeszukaniu, oprócz żywej krowy natknęliśmy się na truchło kolejnej krowy. To był początek. Byliśmy przygotowani do interwencji. Pojawił się patrol z psem tropiącym — mówi podkom. Sławomir Kocur rzecznik policji w Bielsku-Białej. Śledczy mieli podejrzenia, że w zalegającym oborniku znajdują się szczątki zwierząt. Urząd Gminy w Jasienicy zorganizował koparkę, która odkopywała martwe bydło zmieszane z odchodami i słomą.— Paweł J. nadużywa alkoholu. Nie karmił zwierząt. One umierały z wygłodzenia na stojąco. Szczątki rozkładały się w odchodach żywych krów. Rolnik dorzucał więcej słomy, żeby to ukryć — opowiada "Faktowi" jedna z osób uczestnicząca w akcji usuwania truchła z posesji Pawła J. — Słomy było prawie po dach obory — słyszymy.Służby pracowały do 22 maja. Sprawę prowadzi Wydział do Walki z Przestępczością Ekonomiczną Komendy Miejskiej Policji w Bielsku-Białej. Była to nielegalna hodowla. Śledczy zabezpieczyli dowody świadczące, że padło sześć lub siedem sztuk bydła. Szczątki zostały przekazane do badań, które ustalą wiek i choroby zwierząt. Jedyna żyjąca krowa zostanie uśpiona ze względów sanitarnych.Byliśmy na miejscu wstrząsającego odkrycia. W gospodarstwie nikogo nie zastaliśmy. Po działaniach służb pozostała brezentowa niebieska płachta z napisem "Inspekcja Weterynaryjna". Przed domem rodziny Pawła J. stoi plastikowa figurka uśmiechniętej krowy. W kącie prowizorycznej zagrody z pustaków i drewnianego płotu pozostała wynędzniała, żywa krowa.

— To dobry chłopak, bardzo uczynny, strażak OSP — mówią o nim miejscowi. Dodają, że jest starym kawalerem, a takim we wsi trudno, dlatego nadużywał alkoholu i przestał dbać o zwierzęta. Jedna z mieszkanek wspomina, że w gospodarstwie do niedawna mieszkały dwie siostry Pawła J., ale pobudowały się. Paweł wkrótce zostanie sam z niepełnosprawną schorowaną matką poruszającą się na wózku inwalidzkim.Jak to możliwe, że wszyscy przechodzili obojętnie obok cierpienia zwierząt? Dopytujemy mieszkańców Landeka. Sąsiad Pawła J., który mieszka płot w płot, powiedział "Faktowi", że o sprawie dowiedział się dopiero 15 maja. Wcześniej nic niepokojącego nie zauważył.W Landeku nikt publicznie nie chce potępić Pawła J. Na zdjęciach jako strażak OSP prezentuje się ze sztandarem, w galowym mundurze. W 2019 r. został odznaczony przez Janusza Pierzynę, wójta Jasienicy, srebrnym medalem za zasługi dla pożarnictwa. Wójt jest jednocześnie prezesem Związku Gminnego OSP. Chcieliśmy zapytać, go czy druh Paweł zostanie wydalony z formacji, bo skalał mundur strażaka. Wójt odesłał nas do referatu ochrony środowiska, który jedynie potwierdził interwencję służb.

— Nikomu nie zaglądam do domu, nie ma takiego prawa — mówi "Faktowi" Kazimierz Majcher, sołtys Landeka, zapytany, dlaczego nikt nie reagował. — Pełnię służbę społeczną dla dobra wszystkich. Ten pan poniesie konsekwencje. Nie ja, nie mieszkańcy będziemy go oceniali — podsumował.

Torturował, gwałcił żonę i sprzedawał ją za 20 zł. To nie koniec

 Potworność! Mariusz Sz. (40 l.) od ślubu znęcał się nad swoją żoną Anną* (32 l.) i na dwa lata zamknął ją w piwnicy, gdzie była głodzona, bita i gwałcona nie tylko przez niego, ale też przez jego braci. Zwyrodnialec zmuszał też do seksu oralnego swoją kilkuletnią córkę.                                               Mariusz Sz. był równie okrutny, jak niesławny Austriak Josef Fritzl, który przez 24 lata więził i gwałcił swoją córkę! Annę poznał w 2004 roku i szybko się pobrali. Zamieszkali na obrzeżach wioski w pobliżu Pucka (woj. pomorskie). Wtedy zaczęła się gehenna kobiety. Już tydzień po ślubie mąż uderzył ją, bo chciała odwiedzić swoją matkę. Potem było tylko gorzej.

Zwyrodniały ojciec pastwił się też nad córkami. Młodszą wiązał i zaklejał jej usta taśmą, żeby nie krzyczała i nie pytała o mamę, a starszą molestował i zmuszał do seksu oralnego.Anna mogła wyjść z piwnicy tylko podczas ważnych uroczystości rodzinnych tak, by nie wzbudzać żadnych podejrzeń u swoich bliskich. Bała się, że gdy komuś powie, to Mariusz zabije ich dzieci. Sam miał jej podczas tortur grozić: „piśniesz, głupia k., słówko, zabiję cię i zakopię za domem”.W końcu powiedziała o wszystkim swojej matce i ta pomogła jej w ucieczce 28 grudnia 2010 roku. Anna zabrała córki, zaczęła nowe życie. Później rozwiodła się z potworem. O torturach, gwałtach poinformowała policję. Jednak Prokuratura Rejonowa w Pucku trzykrotnie umarzała dochodzenie! Śledczy nie wierzyli ofierze, tylko oprawcy! Wszczęto je dopiero w lutym 2016 roku, na wniosek sądowego kuratora, który przeczytał pamiętniki dorastających dziewczynek, w którym opisały szokujące fakty. Wtedy Mariusz Sz. trafił do aresztu.Rok później Sąd Okręgowy w Gdańsku skazał go na 25 lat więzienia za znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem nad żoną oraz dziećmi.Sędzia Marta Urbańska w częściowo jawnym uzasadnieniu wyroku (sam proces toczył się za zamkniętymi drzwiami), podkreśliła, że zebrany w sprawie materiał dowodowy w sposób „nie budzący wątpliwości” wykazał słuszność stawianych oskarżonemu zarzutów. Mariusz Sz. miał też zapłacić Annie i córkom łącznie ok. 200 tys. zł zadośćuczynienia.Do więzienia trafili również bracia „polskiego Fritzla”. W śledztwie ustalano, że w okresie od stycznia 2009 roku do grudnia 2010 roku, kiedy kobieta był więziona, Andrzej i Marian Sz. wielokrotnie brali udział w zbiorowym gwałcie. - Pobudki godne pogardy, odrażające i powszechnie nieakceptowalne - powiedziała o przestępstwach oskarżonych Dorota Rostankowska, sędzia Sądu Apelacyjnego w Gdańsku podczas ogłaszania wyroku w 2021 roku. Andrzej Sz. został skazany na 12,5 roku więzienia, a Marian Sz. na 12 lat. Obaj bracia o wcześniejsze zwolnienie mogli ubiegać się nie wcześniej niż po odbyciu trzech czwartych wyroku.