2026/04/20

Skandal z karetką i posłanką KO w tle. Prokuratura wkroczyła do szpitala

 Gliwiccy śledczy prześwietlają bulwersujące okoliczności użycia ambulansu należącego do knurowskiej lecznicy. Jak ustalono, pojazdem przetransportowano sędziwą krewną parlamentarzystki Koalicji Obywatelskiej. Za kierownicą miał zasiąść dyrektor administracyjny, który nie dysponował ani medycznym wykształceniem, ani odpowiednimi


uprawnieniami do prowadzenia tego typu wozów.

Śledztwo prokuratury w sprawie szpitala w Knurowie i Krystyny Szumilas

Jako pierwsza doniesienia w tym temacie opublikowała redakcja portalu Zero.pl. Z ich materiałów wynika, że w kwietniu 2025 roku państwowa karetka z knurowskiego ośrodka posłużyła do przewozu bliskiej członkini rodziny parlamentarzystki Krystyny Szumilas.

Za organizację całego przedsięwzięcia miał odpowiadać lokalny polityk zrzeszony w Koalicji Obywatelskiej, który w tym samym czasie sprawował stanowisko dyrektora do spraw administracyjnych we wspomnianym ośrodku medycznym.

Zgromadzone fakty skłoniły odpowiednie organy do powiadomienia służb. Zastępca szefa Prokuratury Rejonowej Gliwice-Zachód, Mariusz Dulba, przekazał, że oficjalne dochodzenie w tej kwestii ruszyło 11 lutego 2026 roku. Wniosek o ściganie wpłynął bezpośrednio od władz samej placówki.

Czynności prawne skupiają się na incydencie datowanym na 11 kwietnia 2025 roku, a ich głównym celem jest kompleksowe zbadanie tła przewiezienia starszej pacjentki za pomocą szpitalnego wozu ratunkowego.

Śledztwo prokuratury w sprawie szpitala w Knurowie i Krystyny Szumilas

Jako pierwsza doniesienia w tym temacie opublikowała redakcja portalu Zero.pl. Z ich materiałów wynika, że w kwietniu 2025 roku państwowa karetka z knurowskiego ośrodka posłużyła do przewozu bliskiej członkini rodziny parlamentarzystki Krystyny Szumilas.

Za organizację całego przedsięwzięcia miał odpowiadać lokalny polityk zrzeszony w Koalicji Obywatelskiej, który w tym samym czasie sprawował stanowisko dyrektora do spraw administracyjnych we wspomnianym ośrodku medycznym.

Zgromadzone fakty skłoniły odpowiednie organy do powiadomienia służb. Zastępca szefa Prokuratury Rejonowej Gliwice-Zachód, Mariusz Dulba, przekazał, że oficjalne dochodzenie w tej kwestii ruszyło 11 lutego 2026 roku. Wniosek o ściganie wpłynął bezpośrednio od władz samej placówki.

Czynności prawne skupiają się na incydencie datowanym na 11 kwietnia 2025 roku, a ich głównym celem jest kompleksowe zbadanie tła przewiezienia starszej pacjentki za pomocą szpitalnego wozu ratunkowego.

Śledztwo prokuratury w sprawie szpitala w Knurowie i Krystyny Szumilas

Jako pierwsza doniesienia w tym temacie opublikowała redakcja portalu Zero.pl. Z ich materiałów wynika, że w kwietniu 2025 roku państwowa karetka z knurowskiego ośrodka posłużyła do przewozu bliskiej członkini rodziny parlamentarzystki Krystyny Szumilas.

Za organizację całego przedsięwzięcia miał odpowiadać lokalny polityk zrzeszony w Koalicji Obywatelskiej, który w tym samym czasie sprawował stanowisko dyrektora do spraw administracyjnych we wspomnianym ośrodku medycznym.

Zgromadzone fakty skłoniły odpowiednie organy do powiadomienia służb. Zastępca szefa Prokuratury Rejonowej Gliwice-Zachód, Mariusz Dulba, przekazał, że oficjalne dochodzenie w tej kwestii ruszyło 11 lutego 2026 roku. Wniosek o ściganie wpłynął bezpośrednio od władz samej placówki.

Czynności prawne skupiają się na incydencie datowanym na 11 kwietnia 2025 roku, a ich głównym celem jest kompleksowe zbadanie tła przewiezienia starszej pacjentki za pomocą szpitalnego wozu ratunkowego.

Śledztwo prokuratury w sprawie szpitala w Knurowie i Krystyny Szumilas

Jako pierwsza doniesienia w tym temacie opublikowała redakcja portalu Zero.pl. Z ich materiałów wynika, że w kwietniu 2025 roku państwowa karetka z knurowskiego ośrodka posłużyła do przewozu bliskiej członkini rodziny parlamentarzystki Krystyny Szumilas.

Za organizację całego przedsięwzięcia miał odpowiadać lokalny polityk zrzeszony w Koalicji Obywatelskiej, który w tym samym czasie sprawował stanowisko dyrektora do spraw administracyjnych we wspomnianym ośrodku medycznym.Zgromadzone fakty skłoniły odpowiednie organy do powiadomienia służb. Zastępca szefa Prokuratury Rejonowej Gliwice-Zachód, Mariusz Dulba, przekazał, że oficjalne dochodzenie w tej kwestii ruszyło 11 lutego 2026 roku. Wniosek o ściganie wpłynął bezpośrednio od władz samej placówki.

Czynności prawne skupiają się na incydencie datowanym na 11 kwietnia 2025 roku, a ich głównym celem jest kompleksowe zbadanie tła przewiezienia starszej pacjentki za pomocą szpitalnego wozu ratunkowego.

Organy ścigania dokładnie weryfikują, czy zajmujący stanowisko administracyjne dyrektor dopuścił się rażącego nadużycia swoich kompetencji.

Dyrektor szpitala w Knurowie kierował karetką bez uprawnień?

Zgodnie z komunikatami płynącymi z prokuratury, trwają analizy mające wykazać, czy medyczny transport zrealizowano z jawnym pogwałceniem jakichkolwiek uregulowanych prawem procedur. Postępowanie jest prowadzone pod kątem przekroczenia uprawnień przez dyrektora ds. administracyjnych Zespołu Szpitali Powiatu Gliwickiego – a dokładniej szpitala w Knurowie – które miało polegać na wykonywaniu transportu medycznego osoby w podeszłym wieku i w stanie osłabienia bez wymaganych uprawnień do kierowania karetką, bez kwalifikacji medycznych oraz bez asysty zespołu ratowniczego – przekazał prokurator Mariusz Dulba.Spore kontrowersje wywołuje także sama technika transportowania pacjentki. Treść zawiadomienia sugeruje, że kobieta mogła być nieodpowiednio zabezpieczona i ułożona we wnętrzu pojazdu sanitarnego.Badany jest obecnie wątek ewentualnego narażenia chorej na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty zdrowia, a dodatkowo śledczy sprawdzają, czy całe zajście nie nosi znamion działania wymierzonego w interes społeczny.

Śledczy badają dowody z izby przyjęć w Knurowie

W ramach prowadzonych czynności prokuratura zażądała wydania szerokiej puli akt powiązanych z tym incydentem. Na liście żądań znalazły się między innymi historia chorobowa kobiety, szczegóły przewozu do lecznicy, teczka osobowa dyrektora oraz kwity eksploatacyjne konkretnego ambulansu.Serwis Zero.pl poinformował, że pismo do organów ścigania zostało skierowane na początku 2026 roku przez Tomasza Brodę, pełniącego wtedy funkcję prezesa zarządu knurowskiej lecznicy. Dziś jest on szefem szpitala imienia św. Józefa na terenie Mikołowa.

Do formalnego zawiadomienia dołączono rzekomo film nagrany smartfonem przez jedną z pielęgniarek pracujących na izbie przyjęć. Klip ma ukazywać sam ambulans i pozycję, w jakiej przewożono staruszkę. Wśród dowodów znalazły się również protokoły z zeznaniami dwóch pielęgniarek i pani doktor oraz dokumenty medyczne z oddziału.Posłanka Krystyna Szumilas postanowiła zareagować na medialną burzę w zeszły piątek, zamieszczając obszerne oświadczenie na platformie społecznościowej X.Przedstawicielka Sejmu wytłumaczyła, że w zeszłym roku pożegnała swoją 93-letnią matkę, która do samego końca znajdowała się pod domową kuratelą najbliższych. W chwilach poprzedzających zgon jej samopoczucie miało ulec drastycznemu załamaniu.

Według słów polityczki, medyk wezwany ze szpitala w Knurowie na domową konsultację stwierdził jednoznacznie, że wyłączną formą ratunku pozostaje pilna hospitalizacja starszej pani. Wraz z lekarzem na miejscu był dyrektor ds. administracyjnych. Nie pamiętam, który z panów powiedział, że zapewnią mamie transport. Nie zastanawiałam się nad tym, bo przysługiwał on mojej mamie bezpłatnie z uwagi na jej wiek – napisała posłanka.Szumilas stanowczo zaprzeczyła, jakoby używała politycznych wpływów do załatwienia przejazdu, dodając, że nie mieszała się w specjalistyczne werdykty personelu medycznego.O tym, że sprawą zajmuje się prokuratura dowiedziałam się wczoraj od dziennikarza. Jestem pewna, że jeśli prokuratura stwierdzi, że doszło do nieprawidłowości, to na pewno będzie w tej sprawie działała. Nie załatwiłam sobie transportu dzięki znajomościom, nie robię takich rzeczy – zaznaczyła Szumilas.


Śledztwo prokuratury w sprawie szpitala w Knurowie i Krystyny Szumilas

Jako pierwsza doniesienia w tym temacie opublikowała redakcja portalu Zero.pl. Z ich materiałów wynika, że w kwietniu 2025 roku państwowa karetka z knurowskiego ośrodka posłużyła do przewozu bliskiej członkini rodziny parlamentarzystki Krystyny Szumilas.

Za organizację całego przedsięwzięcia miał odpowiadać lokalny polityk zrzeszony w Koalicji Obywatelskiej, który w tym samym czasie sprawował stanowisko dyrektora do spraw administracyjnych we wspomnianym ośrodku medycznym.

Zgromadzone fakty skłoniły odpowiednie organy do powiadomienia służb. Zastępca szefa Prokuratury Rejonowej Gliwice-Zachód, Mariusz Dulba, przekazał, że oficjalne dochodzenie w tej kwestii ruszyło 11 lutego 2026 roku. Wniosek o ściganie wpłynął bezpośrednio od władz samej placówki.

Czynności prawne skupiają się na incydencie datowanym na 11 kwietnia 2025 roku, a ich głównym celem jest kompleksowe zbadanie tła przewiezienia starszej pacjentki za pomocą szpitalnego wozu ratunkowego.

Śledztwo prokuratury w sprawie szpitala w Knurowie i Krystyny Szumilas

Jako pierwsza doniesienia w tym temacie opublikowała redakcja portalu Zero.pl. Z ich materiałów wynika, że w kwietniu 2025 roku państwowa karetka z knurowskiego ośrodka posłużyła do przewozu bliskiej członkini rodziny parlamentarzystki Krystyny Szumilas.

Za organizację całego przedsięwzięcia miał odpowiadać lokalny polityk zrzeszony w Koalicji Obywatelskiej, który w tym samym czasie sprawował stanowisko dyrektora do spraw administracyjnych we wspomnianym ośrodku medycznym.

Zgromadzone fakty skłoniły odpowiednie organy do powiadomienia służb. Zastępca szefa Prokuratury Rejonowej Gliwice-Zachód, Mariusz Dulba, przekazał, że oficjalne dochodzenie w tej kwestii ruszyło 11 lutego 2026 roku. Wniosek o ściganie wpłynął bezpośrednio od władz samej placówki.

Czynności prawne skupiają się na incydencie datowanym na 11 kwietnia 2025 roku, a ich głównym celem jest kompleksowe zbadanie tła przewiezienia starszej pacjentki za pomocą szpitalnego wozu ratunkowego.

Śledztwo prokuratury w sprawie szpitala w Knurowie i Krystyny Szumilas

Jako pierwsza doniesienia w tym temacie opublikowała redakcja portalu Zero.pl. Z ich materiałów wynika, że w kwietniu 2025 roku państwowa karetka z knurowskiego ośrodka posłużyła do przewozu bliskiej członkini rodziny parlamentarzystki Krystyny Szumilas.

Za organizację całego przedsięwzięcia miał odpowiadać lokalny polityk zrzeszony w Koalicji Obywatelskiej, który w tym samym czasie sprawował stanowisko dyrektora do spraw administracyjnych we wspomnianym ośrodku medycznym.

Zgromadzone fakty skłoniły odpowiednie organy do powiadomienia służb. Zastępca szefa Prokuratury Rejonowej Gliwice-Zachód, Mariusz Dulba, przekazał, że oficjalne dochodzenie w tej kwestii ruszyło 11 lutego 2026 roku. Wniosek o ściganie wpłynął bezpośrednio od władz samej placówki.

Czynności prawne skupiają się na incydencie datowanym na 11 kwietnia 2025 roku, a ich głównym celem jest kompleksowe zbadanie tła przewiezienia starszej pacjentki za pomocą szpitalnego wozu ratunkowego.

Śledztwo prokuratury w sprawie szpitala w Knurowie i Krystyny Szumilas

Jako pierwsza doniesienia w tym temacie opublikowała redakcja portalu Zero.pl. Z ich materiałów wynika, że w kwietniu 2025 roku państwowa karetka z knurowskiego ośrodka posłużyła do przewozu bliskiej członkini rodziny parlamentarzystki Krystyny Szumilas.

Za organizację całego przedsięwzięcia miał odpowiadać lokalny polityk zrzeszony w Koalicji Obywatelskiej, który w tym samym czasie sprawował stanowisko dyrektora do spraw administracyjnych we wspomnianym ośrodku medycznym.

Zgromadzone fakty skłoniły odpowiednie organy do powiadomienia służb. Zastępca szefa Prokuratury Rejonowej Gliwice-Zachód, Mariusz Dulba, przekazał, że oficjalne dochodzenie w tej kwestii ruszyło 11 lutego 2026 roku. Wniosek o ściganie wpłynął bezpośrednio od władz samej placówki.

Czynności prawne skupiają się na incydencie datowanym na 11 kwietnia 2025 roku, a ich głównym celem jest kompleksowe zbadanie tła przewiezienia starszej pacjentki za pomocą szpitalnego wozu ratunkowego.

Zostawiła córeczkę pod opieką partnera. Kiedy wróciła do domu, dziewczynka zanosiła się od płaczu.

 W życiu każdego rodzica przychodzi moment, kiedy musi powierzyć swoje dziecko komuś innemu — partnerowi, opiekunowi, członkowi rodziny. Ufamy, że osoba, którą znamy i darzymy uczuciem, otoczy nasze dziecko troską i miłością. Niestety, historia Aiji Brown to przerażający dowód na to, że nawet największe zaufanie może zostać brutalnie zdradzone.

Ta opowieść wstrząsnęła nie tylko najbliższym, ale poruszyła także setki ludzi na całym świecie. To historia o matczynej miłości, bezsilności i niewyobrażalnym bólu, który na zawsze odmienił życie jednej kobiety.

Miłość, zaufanie i złudne poczucie bezpieczeństwa

Aija Brown przez wiele lat była związana ze swoim partnerem. Ich relacja, mimo że niepozbawiona trudności, zbudowana była na fundamencie, który ona uznała za solidny — na zaufaniu. Gdy musiała na kilka godzin pozostawić swoją półtoraroczną córeczkę, Nariah, nie miała wątpliwości, że dziewczynka będzie bezpieczna pod opieką ojca i jego znajomej, która miała dodatkowo wspierać go w codziennej opiece.

To, co wydarzyło się później, nie mieści się w żadnych wyobrażeniach o tym, co może spotkać dziecko w miejscu, które powinno być jego azylem.

Powrót, który złamał serce

Kiedy Aija wróciła do domu, oczekiwała radosnego powitania. Zamiast tego zastała scenę, której żadna matka nie powinna nigdy zobaczyć. Jej córeczka była w stanie skrajnego wycieńczenia — posiniaczona, bez kontaktu, z przerażeniem i bólem w oczach, które błagały o pomoc. Kobieta bez chwili wahania wezwała karetkę. Trzymając swoją córkę w ramionach, szeptała jej słowa miłości, mając nadzieję, że wciąż ją słyszy.Chociaż lekarze natychmiast podjęli działania, stan dziewczynki był krytyczny. Przez dwa dni trwała walka o jej życie. Niestety, mimo starań całego personelu medycznego, Nariah zmarła, zostawiając po sobie pustkę, którą trudno będzie kiedykolwiek wypełnić.

Okrutna prawda ujawniona

W toku śledztwa ujawniono druzgocące informacje. Partner Aiji, człowiek, któremu powierzyła najcenniejszy skarb swojego życia, miał dopuścić się przemocy wobec dziecka. Szczegóły ujawniane przez funkcjonariuszy policji i lekarzy biegłych w sprawie porażają — malutkie ciało Nariah nosiło liczne ślady obrażeń, które nie mogły być przypadkiem.Wszystko wskazuje na to, że cierpienie dziewczynki nie było jednorazowym incydentem, lecz powtarzającym się koszmarem. Jak długo trwał ten dramat? Czy ktoś mógł zareagować wcześniej? To pytania, na które odpowiedzi szukają teraz nie tylko śledczy, ale i opinia publiczna.Dla Aiji świat się zatrzymał. Straciła nie tylko córkę, ale również złudzenia co do człowieka, któremu ufała. Zmuszona do organizacji pogrzebu, którego koszty przekraczały jej możliwości finansowe, stanęła w obliczu kolejnego ciosu.

W tym najtrudniejszym momencie nie została jednak sama. Społeczność – lokalna i internetowa – zareagowała błyskawicznie. Uruchomiono zbiórkę pieniędzy, która w krótkim czasie przyniosła niezbędne wsparcie. Tysiące ludzi, poruszonych historią Nariah, postanowiło pomóc matce, by mogła pożegnać córkę z godnością i spokojem.

Prawo i sprawiedliwość – oczekiwanie na wyrok

Choć nic nie przywróci życia małej dziewczynce, wymiar sprawiedliwości działa. Mężczyzna odpowiedzialny za tę tragedię został zatrzymany, a postępowanie karne toczy się z pełną surowością. Dochodzenie ma ustalić wszystkie okoliczności tragedii i jasno określić, kto i w jakim stopniu zawinił.

Dla Aiji Brown to jednak zbyt mała pociecha. Żadne więzienie, żaden wyrok nie cofnie cierpienia i nie wypełni pustki po utracie dziecka.Ta dramatyczna historia to nie tylko opowieść o cierpieniu, ale i przestroga. W świecie, gdzie często musimy polegać na pomocy innych w opiece nad dziećmi, nie możemy zapominać o ostrożności. Zaufanie jest piękne, ale musi być oparte na obserwacji, doświadczeniu i rozwadze. Nie każdy, kto wydaje się bliski, jest godzien tego, by opiekować się naszymi dziećmi.

Zdarzenia, takie jak te, powinny być sygnałem alarmowym. Musimy być bardziej czujni, bardziej świadomi i bardziej gotowi do reakcji. Jeśli widzimy niepokojące sygnały — nie milczmy. Czasem jeden telefon może uratować życie.

Pamięć, która musi trwać

Nariah Brown nie miała szansy dorosnąć, poznać świata, cieszyć się dzieciństwem. Odebrano jej to wszystko w brutalny sposób. Ale jej historia może coś zmienić. Może obudzić w nas odpowiedzialność i wrażliwość, która pomoże ochronić inne dzieci.

Niech jej imię zostanie zapamiętane nie tylko jako ofiary, ale jako przypomnienie, że każdy z nas ma obowiązek chronić tych, którzy nie potrafią obronić się sami.

2026/04/18

Pielęgniarka wstrzykiwała niemowlętom nieznaną substancję. Zapadł szokujący wyrok w głośnej sprawie

 W Sądzie Rejonowym w Szczecinku zapadł nieprawomocny wyrok w bulwersującej sprawie emerytowanej pielęgniarki. Kobieta przez lata oszukiwała rodziców, pobierając od nich pieniądze za nowoczesne preparaty ochronne, a w zamian wstrzykując niemowlętom substancje o zupełnie nieznanym składzie. Śledczy ustalili, że ten niebezpieczny proceder dotknął aż 40 małych pacjentów, narażając ich zdrowie i życie na poważne niebezpieczeństwo.Proces przed Sądem Rejonowym w Szczecinku, który rozpoczął się 22 kwietnia 2025 roku, właśnie dobiegł końca. Na ławie oskarżonych zasiadła Ewa B., emerytowana pielęgniarka oskarżona o rażące uchybienia w trakcie wykonywania swoich obowiązków zawodowych.

Wymiar sprawiedliwości nie miał wątpliwości i uznał kobietę za winną sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa na życie oraz zdrowie małych dzieci. Sąd wymierzył jej surową karę obejmującą:

  • spędzenie trzech lat w zakładzie karnym,
  • zakaz wykonywania zawodu pielęgniarki przez okres pięciu lat,
  • zapłatę grzywny oraz nakaz finansowego zadośćuczynienia poszkodowanym rodzinom.Zgodnie z decyzją sądu skazana musi zwrócić rodzicom łącznie 16 tysięcy złotych, ponieważ taką kwotę zdołała od nich wyłudzić pod pozorem opłat za rzekome szczepienia.Materiał dowodowy zgromadzony przez prokuraturę potwierdził, że przez około trzy lata oskarżona pobierała gotówkę za drogie, nowoczesne preparaty uodparniające. W praktyce jednak niemowlęta otrzymywały zastrzyki z substancją, której pochodzenia i składu chemicznego do dzisiaj nie udało się zidentyfikować.

    Bezpośrednie ryzyko utraty zdrowia dotyczyło grupy 40 najmłodszych pacjentów przychodniProceder miał trwać w latach 2016-2019, gdy oskarżona była pielęgniarką do spraw szczepień ochronnych w jednej ze szczecineckich przychodni. – Wnoszę o uznanie oskarżonej winną zarzucanych jej czynów. Przyjęcie, że zarzucane czyny stanowią ciąg przestępstw. Wymierzenie jej kary trzech lat pozbawienia wolności, grzywny 50 stawek dziennych po 20 zł każda oraz orzeczenie wobec oskarżonej zakazu wykonywania zawodu pielęgniarki na pięć lat oraz obowiązku naprawienia szkody poprzez zapłatę rodzicom kwoty, która została od nich pobrana – mówiła na sali rozpraw w styczniu 2026 roku prok. Ewa Dziadczyk.Oskarżycielka publiczna zaznaczyła, że w placówce medycznej oraz w ogólnopolskim systemie zdrowia nie natrafiono na żadne recepty wystawione na rzekomo podane preparaty po 2019 roku. Tłumaczenia Ewy B. o rzekomym nabywaniu specyfików bezpośrednio u producenta lub w aptekach okazały się całkowicie bezpodstawne i nie miały pokrycia w dokumentacji.Śledczy wykazali również rażące braki w kartach szczepień prowadzonych przez kobietę. Oskarżona próbowała się bronić, twierdząc, że priorytetem było dla niej samo podanie dawki pacjentowi. Zastanawiający jest fakt, że pielęgniarka wolała ręcznie wpisywać numery seryjne ampułek, zamiast wklejać do kart oryginalne naklejki z opakowań.

    W toku śledztwa wyszło na jaw, że w analizowanym okresie jedno z zaszczepionych przez nią dzieci zachorowało na infekcję pneumokokową. Ten incydent dodatkowo uwypuklił ogromne zagrożenie, jakie niosły za sobą praktyki emerytowanej pracownicy ochrony zdrowia.

    Dla zainteresowanych sprawą udostępniono również zdjęcia wykonane na sali rozpraw w trakcie trwania posiedzeń.

    Wiceprezes szczecineckiego sądu, Katarzyna Brambor-Kwiatkowska, w trakcie uzasadniania orzeczenia stanowczo podkreśliła, że taki wymiar kary musi stanowić jasną przestrogę dla całego społeczeństwa.W ocenie sądu posłanie kobiety na trzy lata za kratki idealnie odzwierciedla powagę popełnionych przestępstw. Wyrok ten dobitnie udowadnia, że wymiar sprawiedliwości nie toleruje żadnych zachowań, które godzą w bezpieczeństwo najmłodszych i najbardziej bezbronnych pacjentów.

    Sama Ewa B. stawiła się w sądzie w dniu ogłoszenia decyzji, jednak już wcześniej konsekwentnie korzystała z prawa do odmowy składania wyjaśnień i nie chciała odpowiadać na żadne pytania składu orzekającego.

    Cały proces wywołał potężne oburzenie wśród opiekunów oszukanych maluchów. Wielu zszokowanych rodziców dopiero po długim czasie uświadomiło sobie, że w gabinecie zabiegowym ich dzieci otrzymywały niebezpieczny płyn zamiast prawdziwych szczepionek ochronnych.

22-latka zmarła przez błąd lekarza. Jej przerażający krzyk było słychać na całym oddziale.

 Historia, która wydarzyła się w jednym z szpitali, zszokowała nie tylko rodzinę zmarłej kobiety, ale także społeczeństwo, wywołując szeroką debatę na temat jakości opieki medycznej. 22-letnia matka, która udała się do szpitala na rutynową kontrolę, nigdy nie wróciła do domu. Okoliczności jej śmierci są tak dramatyczne, że trudno przejść obok nich obojętnie.

Poród, który miał przebiegać bez komplikacji

Młoda kobieta była w ciąży zagrożonej, dlatego lekarze zdecydowali się na założenie specjalnych szwów, aby zapewnić jej i dziecku bezpieczeństwo. Choć ciąża wymagała szczególnej uwagi, nie zapowiadało się, że jej finał będzie miał tak tragiczny przebieg. Kiedy przyszła mama zgłosiła się do szpitala na kontrolę, lekarze uznali, że nadszedł czas, by wywołać poród.Początkowo wszystko przebiegało zgodnie z planem, jednak po narodzinach dziecka pojawił się poważny problem – łożysko nie oddzieliło się prawidłowo i utknęło w macicy. Tego typu sytuacje są wyzwaniem dla personelu medycznego, jednak odpowiednia reakcja lekarzy mogła uratować życie pacjentki. Niestety, podjęto decyzję, która miała katastrofalne skutki.

Fatalny błąd lekarza – moment, który zdecydował o losie kobiety

Do akcji wkroczył 27-letni lekarz, który miał pomóc w rozwiązaniu problemu. Jednak jego działania doprowadziły do niewyobrażalnej tragedii. Zamiast zastosować bezpieczne metody usunięcia łożyska, lekarz podjął próbę jego ręcznego wydobycia. W wyniku tego niefortunnego zabiegu doszło do zerwania macicy, co spowodowało ogromny krwotok.

Pacjentka zaczęła krzyczeć z bólu, a jej agonia była słyszana w całym szpitalu. Pomimo desperackich prób ratowania jej życia, obrażenia okazały się zbyt poważne. Młoda matka zmarła na skutek masywnej utraty krwi.

Rodzina w szoku – sekcja zwłok ujawnia prawdę

Początkowo lekarze próbowali tłumaczyć śmierć kobiety jako wstrząs poporodowy, jednak wyniki sekcji zwłok ujawniły prawdziwą przyczynę tragedii. Eksperci medyczni nie mieli wątpliwości – śmierć nastąpiła w wyniku błędu lekarskiego, który mógł być uniknięty.

Dla rodziny zmarłej kobiety był to cios, z którym trudno się pogodzić. Mąż 22-latki nie krył oburzenia i zapowiedział, że będzie walczył o sprawiedliwość. Jego zdaniem taki błąd nie może zostać zamieciony pod dywan, a osob

Brak sprawiedliwości – społeczne oburzenie

Pomimo ewidentnych dowodów na błąd w sztuce lekarskiej, lekarz odpowiedzialny za śmierć młodej matki nie poniósł poważnych konsekwencji. Otrzymał jedynie naganę, co wywołało falę społecznego oburzenia. Wielu ludzi zastanawia się, jak to możliwe, że życie pacjentki zostało tak brutalnie przerwane, a osoba winna tej tragedii nie została pociągnięta do odpowiedzialności karnej.y odpowiedzialne za tę tragedię powinny ponieść konsekwencje.

Brak sprawiedliwości – społeczne oburzenie

Pomimo ewidentnych dowodów na błąd w sztuce lekarskiej, lekarz odpowiedzialny za śmierć młodej matki nie poniósł poważnych konsekwencji. Otrzymał jedynie naganę, co wywołało falę społecznego oburzenia. Wielu ludzi zastanawia się, jak to możliwe, że życie pacjentki zostało tak brutalnie przerwane, a osoba winna tej tragedii nie została pociągnięta do odpowiedzialności karnej.Tragedia ta skłoniła wiele osób do refleksji nad stanem opieki medycznej oraz brakiem odpowiednich procedur w sytuacjach kryzysowych. Rodzina zmarłej kobiety nie zamierza jednak się poddać – walka o sprawiedliwość trwa, a ich determinacja pokazuje, że ten przypadek może stać się impulsem do zmian w systemie ochrony zdrowia.

 

Chciała zabić rodziców w Wigilię. Zaczęła od polewy mlecznej do ciasta

 - Nie zamordowałam ich. Nikogo nie zamordowałam. Byli moim całym światem. Nikogo nie miałam poza nimi - przekonywała Julianna S., oskarżona w związku ze sprawą zabójstwa rodziców. Sąd w to nie uwierzył. W wyroku punkt po punkcie został odtworzony przebieg całej wstrząsającej zbrodni.          Barbara i Mieczysław S. wraz z córką Julianną latami mieszkali za granicą. Była Wielka Brytania, były Niemcy, a nawet była i Republika Południowej Afryki. W okolicach 2000 roku zdecydowali się jednak wrócić do kraju. Zamieszkali w Kudowie-Zdroju i handlowali ubraniami ściąganymi z Anglii. Julianna miała wtedy 19 lat. Córka Barbary i Mieczysława ukończyła lingwistykę, była prezeską spółki zajmującej się obrotem nieruchomościami. Pasjonowała się końmi i jeździectwem. W sierpniu 2016 r. rodzice kupili Juliannie dom z przylegającą stajnią w miejscowości oddalonej od Kudowy o kilkadziesiąt kilometrówW 2019 r. 38-letnia wówczas Julianna S. zupełnie przypadkiem poznała 16-letnią Karolinę Z. Nawiązała się między nimi przyjaźń, wzmocniona wspólnymi zainteresowaniami, jakimi były konie. Karolina przyjeżdżała do Julianny i pomagała jej w stadninie. Nastolatka narzekała na trudną sytuację w domu, na awantury z rodzicami. Ostatecznie po dwóch latach Karolina, za zgodą matki i przy sprzeciwie ojca, zamieszkała u Julianny. 

Kilka miesięcy później Julianna złożyła zawiadomienie na policję o wykorzystywaniu seksualnym, którego wobec Karoliny miał dopuszczać się  ojciec nastolatki w latach 2014-2019. Twierdziła też, że mężczyzna śledzi i prześladuje swoją córkę. Julianna S. została decyzją sądu opiekunem prawnym Karoliny. Na jej konto wpływały m.in. świadczenie z tytułu 500 plus, świadczenie z Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie i dodatek wychowawczy. 

Razem złożyły też internetową zbiórkę na sądową walkę o "godność" Karoliny. Gdy pod koniec 2021 r. Karolina była już pełnoletnia, pozwała swoich rodziców

Julianna podejmuje decyzję

Julianna i Karolina razem odwiedzały też rodziców Julianny w ich mieszkaniu w Kudowie. Julianna wypowiadała się o swoich rodzicach negatywnie, oskarżała ich o rozpad związku z mężczyzną. Irytowało ją też to, że Barbara i Mieczysław S. często u niej bywali w związku z przeprowadzanym remontem domu. Twierdziła wręcz, że "czują się oni tam jak u siebie". Obawiała się jednocześnie, że odkryją, że pobrała z ich konta pieniądze (miało chodzić o kilka tysięcy funtów). 

W międzyczasie Julianna S. poznała ok. 50-letniego Dariusza Z. Mężczyzna zajmował się m.in. sprzedażą sprzętu komputerowego i oprogramowania. Na początku ich relacje opierały się tylko na kwestiach biznesowych, później przekształciły się w bardziej towarzyskie. Do biura Dariusza Z. przyjeżdżała również Karolina. Mężczyzna pokazywał kobietom należącą do niego broń palną, instruował, jak należy się nią posługiwać. 

Pod koniec 2021 r. Julianna S. zdecydowała, że zabije swoich rodziców. Mówiła Karolinie, że ich nienawidzi i że nie chce, by dowiedzieli się o tym, że ukradła im pieniądze. Jeden ze świadków zeznał później w sądzie, że Julianna zarzekała się, że zakopie zwłoki rodziców wgnojowniku. 

Julianna obmyśliła dwa plany: jeden zakładał uśpienie, a następnie uduszenie Barbary i Mieczysława S. Drugi - zastrzelenie. Oba plany zaczęła wdrażać w życie jednocześnie. o alimenty. Julianna swobodnie korzystała z pieniędzy należących do młodszej przyjaciółki. 

Julianna podejmuje decyzję

Julianna i Karolina razem odwiedzały też rodziców Julianny w ich mieszkaniu w Kudowie. Julianna wypowiadała się o swoich rodzicach negatywnie, oskarżała ich o rozpad związku z mężczyzną. Irytowało ją też to, że Barbara i Mieczysław S. często u niej bywali w związku z przeprowadzanym remontem domu. Twierdziła wręcz, że "czują się oni tam jak u siebie". Obawiała się jednocześnie, że odkryją, że pobrała z ich konta pieniądze (miało chodzić o kilka tysięcy funtów). 

W międzyczasie Julianna S. poznała ok. 50-letniego Dariusza Z. Mężczyzna zajmował się m.in. sprzedażą sprzętu komputerowego i oprogramowania. Na początku ich relacje opierały się tylko na kwestiach biznesowych, później przekształciły się w bardziej towarzyskie. Do biura Dariusza Z. przyjeżdżała również Karolina. Mężczyzna pokazywał kobietom należącą do niego broń palną, instruował, jak należy się nią posługiwać. Pod koniec 2021 r. Julianna S. zdecydowała, że zabije swoich rodziców. Mówiła Karolinie, że ich nienawidzi i że nie chce, by dowiedzieli się o tym, że ukradła im pieniądze. Jeden ze świadków zeznał później w sądzie, że Julianna zarzekała się, że zakopie zwłoki rodziców w gnojowniku. 

Julianna obmyśliła dwa plany: jeden zakładał uśpienie, a następnie uduszenie Barbary i Mieczysława S. Drugi - zastrzelenie. Oba plany zaczęła wdrażać w życie jednocześnie. 

Nic już nie będę od ciebie jadł"

Na dwa dni przed Wigilią 2021 roku Julianna S. kazała Karolinie Z. ustalić w lokalnych przychodniach weterynaryjnych, gdzie można dostać silny lek uspokajający dla dużych zwierząt. W samą Wigilię kupiły lek w jednej z lecznic. Zapłaciły za preparat kartą.

Później Julianna kupiła ciasto, polewę mleczną i blanszowane migdały. W biurze Dariusza Z. kobiety zmieszały polewę z lekiem. Następnie Julia pokryła ciasto polewą i dla pewności posmarowała ją jeszcze pozostałą zawartością leku. Wszystko na koniec przyozdobiła blanszowanymi migdałami. 

- Nic już nie będę od ciebie jadł - żartował Dariusz Z. 

Julianna i Karolina umówiły się, że jeśli rodzice będą chcielKobiety poprosiły też Dariusza Z., by pomógł im w załatwieniu pistoletu maszynowego. Mężczyzna 23 grudnia zamówił broń przez internet. Przesyłka dotarła już dzień później. Osobno zamówił także instrukcję.

Julianna i Karolina przed godz. 17 pojawiły się w mieszkaniu Barbary i Mieczysława S. Rodzice Julianny rzeczywiście zjedli po kawałku ciasta. Starszy mężczyzna poczuł się senny, natomiast kobieta praktycznie w ogóle na lek nie zareagowała. Dawka leku okazała się zbyt mała, by małżonkowie zapadli w nagły sen. 

Młode kobiety na bieżąco komentowały całą sytuację wymieniając się potajemnie wiadomościami na smartfonach. Przed godz. 19 zawiedzione wyszły z mieszkania rodziców Julianny. i poczęstować je ciastem, jedna z nich odpowie, że jest uczulona, a druga - że jest na diecie. Kobiety poprosiły też Dariusza Z., by pomógł im w załatwieniu pistoletu maszynowego. Mężczyzna 23 grudnia zamówił broń przez internet. Przesyłka dotarła już dzień później. Osobno zamówił także instrukcję.

Julianna i Karolina przed godz. 17 pojawiły się w mieszkaniu Barbary i Mieczysława S. Rodzice Julianny rzeczywiście zjedli po kawałku ciasta. Starszy mężczyzna poczuł się senny, natomiast kobieta praktycznie w ogóle na lek nie zareagowała. Dawka leku okazała się zbyt mała, by małżonkowie zapadli w nagły sen. 

Młode kobiety na bieżąco komentowały całą sytuację wymieniając się potajemnie wiadomościami na smartfonach. Przed godz. 19 zawiedzione wyszły z mieszkania rodziców Julianny. 

"Ja nie daję rady, ty masz dokończyć"

W związku z niepowodzeniem pierwszego planu, zdecydowały się na użycie broni kupionej przez Dariusza Z. Mężczyzna przygotował broń, ładując amunicję. Obiecał też, że wyłączy alarm w swoiUmówiły się z Barbarą i Mieczysławem S. na wieczorne spotkanie 13 stycznia 2022 r. Kobieta dopytywała jeszcze tego dnia córkę SMS-owo, "czy będą dzisiaj". 

Przyjechały na miejsce. Julianna wyciągnęła broń z plecaka Karoliny i razem poszły do kuchni, gdzie była wówczas Barbara S. Kobieta oddała strzał z bliskiej odległości w plecy matki. "Co się dzieje", "O jak boli", "O Boże" - miała mówić Barbara S. Potem kolejny strzał, w klatkę piersiową. - Ja nie daję rady, ty masz dokończyć - poleciła Julianna Karolinie.

Gdy Mieczysław S. usłyszał krzyk żony, wybiegł z łazienki. Karolina strzeliła w jego kierunku dwukrotnie. Drugi z pocisków przeszedł przez ciało mężczyzny i zranił Juliannę S. w żuchwę. Kobieta zaczęła obficie krwawić.

Barbara i Mieczysław S. zmarli w wyniku masywnej utraty krwi. m biurze, by po wszystkim Julianna i Karolina mogły się tam na jakiś czas schować. Umówiły się z Barbarą i Mieczysławem S. na wieczorne spotkanie 13 stycznia 2022 r. Kobieta dopytywała jeszcze tego dnia córkę SMS-owo, "czy będą dzisiaj". 

Przyjechały na miejsce. Julianna wyciągnęła broń z plecaka Karoliny i razem poszły do kuchni, gdzie była wówczas Barbara S. Kobieta oddała strzał z bliskiej odległości w plecy matki. "Co się dzieje", "O jak boli", "O Boże" - miała mówić Barbara S. Potem kolejny strzał, w klatkę piersiową. - Ja nie daję rady, ty masz dokończyć - poleciła Julianna Karolinie.

Gdy Mieczysław S. usłyszał krzyk żony, wybiegł z łazienki. Karolina strzeliła w jego kierunku dwukrotnie. Drugi z pocisków przeszedł przez ciało mężczyzny i zranił Juliannę S. w żuchwę. Kobieta zaczęła obficie krwawić.

Barbara i Mieczysław S. zmarli w wyniku masywnej utraty krwi. Po północy Julianna i Karolina pojechały do biura Dariusza Z. Córka Barbary i Mieczysława S. wysłała jeszcze na numer matki SMS-a o treści: "Dojechaliszmy Nie ma zasiengu". 

Rano kobiety opowiedziały Dariuszowi Z. o tym, co się wydarzyło. Mężczyzna wziął od nich broń, spryskał jakimś płynem, włożył do czarnego worka, a potem do torby na laptopa. Zaprowadził też Juliannę do lekarza w związku z raną żuchwy. Torbę z bronią po kilku dniach wywiózł z biura.Julianna i Karolina zawinęły ciała w dywany i narzuty. Zwłoki Barbary i Mieczysława S. powoli zaczęły się rozkładać, dlatego w pokoju, w którym kobiety umieściły ciała, zostały zainstalowane też ozonator powietrza i urządzenie chłodzące. 

Julianna powiedziała sąsiadom, że rodzice wyjechali do Anglii.3 lutego, trzy tygodnie po zabójstwie, Julia kupiła czarną folię budowlaną, w które Karolina potem zawinęła ciała. Nie była zadowolona z efektu. "Skończyłam zostało jeszcze folii ale trochę źle wymierzyłam i z jednej jest wyżej z drugiej niżej" - napisała w wiadomości do Julianny. Wysłała jej też zdjęcie. 

Julianna wpadła także na pomysł, by użyć owadów zjadających martwe tkanki. Karolina na jej polecenie zamówiła 5 lutego w sieci żywe larwy much plujki pospolitej. Paczka przyszła po trzech dniach. Karolina zaniosła larwy do mieszkania. Kilka dni później zamówiła kolejną partię. Wówczas larwy odebrała już Julia.

Pomysł okazał się nietrafiony. Używane w wędkarstwie larwy są zwykle już w końcowym etapie rozwoju larwalnego, co oznacza, że praktycznie już nie żerują i szybko przekształcają się w muchy. W rozmowach Julianny, Karoliny i Dariusza pojawiał się wątek całkowitego pozbycia zwłok. Z pieniędzy mężczyzny kupili nawet wózek transportowy, którym miałyby zostać wywiezione ciała, ale ostatecznie zrezygnowali z tego pomysłu. Potrzebowali silnych, zaufanych osób. Nie znali nikogo takiego. Poza tym, bali się, że o wszystkim dowiedzą się sąsiedzi. 

Prawda wychodzi na jaw

Miesiąc po zabójstwie doszło do nasilenia konfliktu między Julianną i Karoliną. Kobieta już po kolejnej kłótni wyrzuciła nastolatkę z domu. Dariusz Z. znalazł dziewczynie pokój do wynajęcia. Nawiązali kontakty seksualne. Karolina i Dariusz ustalili, że mężczyzna będzie jej pomagał finansowo do czasu usamodzielnienia się. Mężczyzna powiedział dziewczynie, że w przypadku zatrzymania muszą trzymać się razem i że nie wolno im do niczego się przyznawać. 

Po kilku dniach sąsiadka małżeństwa S. zadzwoniła do spółdzielni i poinformowała, że zalewa ją woda. Zadzwoniła też na komórkę Barbary S., którą odebrała Julianna. Zapewniła, że sama się wszystkim zajmie. Nie wpuściła też do mieszkania pracownika spółdzielni. 

Julianna po zabójstwie rodziców korzystała swobodnie z ich pieniędzy. W ciągu kolejnych kilku miesięcy wypłaciła ze wspólnego konta Barbary i Mieczysława S. ok. 100 tys. zł. Korzystała też z konta matki, z którego wykonała przelewy i płatności kartą na ponad 10 tys. zł. 20 kwietnia, po ponad trzech miesiącach od zbrodni, Julianna zadzwoniła do swojego wujka mieszkającego w Niemczech. Powiedziała, że jej rodzice nie żyją, że zabiła ich Karolina ze swoim 50-letnim partnerem. Julianna żaliła się wujkowi, że nie zadzwoniła na policję, ponieważ czuje się szantażowana przez sprawców. Wieści rozeszły się po rodzinie. Ciotka Julianny powiadomiła policję. Tego dnia w mieszkaniu znaleziono zwłoki małżeństwa. Wieczorem zostały zatrzymane Julianna i Karolina, a następnego dnia - Dariusz. 

"Nikogo nie zamordowałam"

Biegli uznali, że Julianna S. była poczytalna i nie cierpiała na żadne choroby psychiczne. Dopatrzono się u niej za to m.in. obniżenia empatii, obojętności na śmierć i problemów z ponoszeniem odpowiedzialności. 

Również u Karoliny Z. nie stwierdzono poważnych zaburzeń. Nie uznano również, by w jej przypadku doszło do nadmiernej zależności czy podporządkowania Juliannie S. Oceniono, że jest niepodatna na stres, wchodzi w niestabilne, płytkie związki emocjonalne, jest uparta, stanowcza, opanowana i zdystansowana. Pełną poczytalność stwierdzono także u Dariusza Z.

Karolina już podczas pierwszego przesłuchania przyznała się do winy. Potwierdziła, że Julianna strzeliła do swojej matki, a ona - Karolina - oddała strzał w kierunku Mieczysława S. Julianna do winy się nie przyznała. Z jej wyjaśnień wynikało, że to Karolina sama zabiła jej rodziców. Podobnie o swojej niewinności przekonywał Dariusz Z.Za w pełni wiarygodne uznano wyjaśnienia Karoliny Z. A to chociażby z tego powodu, że podawane przez nią szczegóły dotyczące okoliczności zabójstwa małżeństwa S. były potem potwierdzane przez innych świadków, w opiniach biegłych, podczas oględzin, w korespondencji SMS-owej. 

W areszcie Karolina Z. urodziła dziecko. Ojcem jest Dariusz Z. 

Cała trójka stanęła przed Sądem Okręgowym w Świdnicy. - Kochałam ich. Nie zamordowałam ich. Nikogo nie zamordowałam. Byli moim całym światem. Nikogo nie miałam poza nimi. Teraz jestem sama - przekonywała Julianna S., cytowana przez "Gazetę Wyborczą".

"Matkobójstwo i ojcobójstwo uznawane jest za jedną z najpoważniejszych zbrodni"

28 sierpnia 2024 r. zapadł wyrok - Julianna S. została skazana na dożywocie (z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie po co najmniej 30 latach), do tego na 10 lat została pozbawiona praw publicznych. Nakazano też zapłatę 40 tys. zł na rzecz Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej oraz pokrycie wydatków poniesionych przez Skarb Państwa (200 tys. zł).Sąd wyraża przekonanie, że jedynie dożywotnie spędzenie czasu w odosobnieniu w warunkach izolacji penitencjarnej pozwoli uchronić społeczeństwo przed oskarżoną i pozwoli dostrzec jej karygodność swego postępowania oraz uświadomi jej ogrom tragedii, jaką spowodowała" - czytamy w uzasadnieniu wyroku. 

Karolinę Z. skazano na 12 lat więzienia, do tego pozbawienie praw publicznych na 10 lat. Kara dla Dariusza Z. to 15 lat więzienia i pozbawienie praw publicznych na 8 lat, a także zapłata 50 tys. zł na rzecz Skarbu Państwa. 

Prokuratura i obrońcy oskarżonych złożyli apelacje. W kwietniu tego roku Sąd Apelacyjny we Wrocławiu częściowo zmienił wyrok sądu pierwszej instancji. W rezultacie jednak kara dożywocia orzeczona wobec Julianny S. pozostała aktualna, skrócono jedynie okres pozbawienia praw publicznych (z 10 do 8 lat). 

"W historii prawa zabójstwo ojca i matki uznawane było za zbrodnię wymagającą szczególnego potępienia. W prawie rzymskim uważane było za najpoważniejszeprzestępstwo, za popełnienie którego była wymierzana najsurowsza kara, czyli poena cullei (łac. kara worka). Polegała ona na zaszyciu skazanego żywcem w skórzanym worku i wrzuceniu do morza lub rzeki, co wiązało się z odmówieniem im pochówku, a przez to połączenia z bogami (...). Matkobójstwo i ojcobójstwo również współcześnie uznawane jest za jedną z najpoważniejszych zbrodni, wymagającej szczególnego potępienia i bardzo surowej odpowiedzialności" - wskazał Sąd Apelacyjny w uzasadnieniu. Wyrok Karoliny Z. został nieco złagodzony - nie 12 lat więzienia, a 11 lat i 10 miesięcy. I nie 10, a 8 lat pozbawienia praw publicznych. Dariusz Z. ma z kolei spędzić w więzieniu nie 15 lat, a 13,5 roku.

Tragedia w Kielcach. W mieszkaniu znaleziono ciała 63-latka i jego 9-letniego syna

 Wstrząsające odkrycie w jednym z kieleckich mieszkań. W piątek (17.04) przed godziną 10:00 na kieleckim osiedlu przy Alei Legionów służby ratunkowe ujawniły ciała dwóch osób – 63-letniego mężczyzny oraz jego 9-letniego syna. Policja pod nadzorem prokuratora wyjaśnia okoliczności tej tragedii.      Do zdarzenia doszło dzisiaj [17 kwietnia], przed godziną 10:00. Dyżurny kieleckiej komendy otrzymał zgłoszenie, z którego wynikało, że w lokalu na jednym z osiedli przy Alei Legionów znajdują się dwie osoby niedające oznak życia.Na miejsce natychmiast skierowano służby ratunkowe. Niestety, mimo szybkiej interwencji, na ratunek dla lokatorów było już za późno. Przybyły na miejsce lekarz stwierdził zgon 63-letniego mężczyzny oraz jego 9-letniego syna.

Śledztwo pod nadzorem prokuratury

Obecnie na miejscu tragedii trwają intensywne czynności śledcze. Pod nadzorem prokuratora pracują policjanci, którzy zabezpieczają ślady i ustalają szczegółowy przebieg zdarzenia.Decyzją prokuratora ciała obu osób zostały zabezpieczone do badań sekcyjnych, które mają pomóc w ustaleniu bezpośredniej przyczyny śmierci. Na ten moment śledczy nie podają więcej szczegółów dotyczących możliwych przyczyn tego tragicznego zdarzenia. Wyjaśnianie wszystkich okoliczności sprawy jest w toku - wyjaśnia Małgorzata Perkowska - Kiepas, rzeczniczka KMP w Kielcach.

2026/04/17

Rodzice zatłukli swoją 9-miesięczną córeczkę. Dla pewności przebili jej serce.

 Historia 9-miesięcznej dziewczynki, która zginęła w wyniku przemocy domowej, jest jednym z wielu przypadków, które pokazują, jak wiele dzieci na świecie cierpi z powodu przemocy fizycznej i seksualnej. Przemoc wobec dzieci jest jednym z największych problemów społecznych naszych czasów. Co roku tysiące dzieci na całym świecie padają ofiarą przemocy fizycznej i seksualnej ze strony swoich opiekunów.

Przemoc wobec dzieci ma bardzo poważne konsekwencje dla ich zdrowia i życia. Dzieci, które doświadczają przemoc w rodzinie, często cierpią na problemy emocjonalne i psychiczne, które mogą towarzyszyć im przez całe życie. Ponadto, przemoc wobec dzieci może prowadzić do poważnych obrażeń i urazów, które w niektórych przypadkach mogą zakończyć się śmiercią.Należy zaznaczyć, że przemoc wobec dzieci to problem, który dotyczy nie tylko krajów rozwijających się, ale również krajów wysoko rozwiniętych. Zdarzenia takie jak ta tragiczna śmierć 9-miesięcznej dziewczynki w Polsce pokazują, że przemoc wobec dzieci jest nadal problemem globalnym.

Warto zwrócić uwagę na to, że wiele ofiar przemocy wobec dzieci nie zgłasza swojego cierpienia, z powodu strachu przed reakcją sprawców lub z powodu braku wsparcia i zrozumienia ze strony otoczenia. Dlatego ważne jest, aby społeczeństwo było bardziej wrażliwe na problem przemocy wobec dzieci i aby dostępne były odpowiednie środki ochrony i wsparcia dla ofiar przemocy.

Również rodzina, która powinna być miejscem bezpiecznym i pełnym miłości, może być źródłem przemocy i cierpienia dla dziecka. Dlatego w przypadkach, gdypodejrzewamy, że dziecko jest ofiarą przemoc, musimy działać i nie bać się zgłosić tego faktu odpowiednim służbom.Warto również podkreślić, że przemoc wobec dzieci to nie tylko problem rodzinny, ale również społeczny. Musimy działać na różnych poziomach, aby zmniejszyć liczbę przypadków przemocy wobec dzieci. Władze państwowe powinny podejmować skuteczne działania w celu ochrony dzieci przed przemocą oraz karć sprawców z całą surowością prawa. Należy również prowadzić kampanie edukacyjne, aby zwiększyć świadomość społeczeństwa na temat przemocy wobec dzieci oraz zwiększyć dostępność pomocy i wsparcia dla ofiar przemocy.Ważne jest, abyśmy nie ignorowali problemu przemocy wobec dzieci i nie traktowali go jako czegoś normalnego. Każde dziecko zasługuje na bezpieczne i pełne miłości dzieciństwo, a my jako społeczeństwo musimy zapewnić im odpowiednią ochronę i wsparcie.

Należy również pamiętać, że przemoc wobec dzieci to nie tylko fizyczne czy seksualne nadużycie, ale również np. zaniedbywanie czy emocjonalne wykorzystywanie. Wszelkie formy przemocy wobec dzieci są niedopuszczalne i musimy działać, aby ochronić dzieci przed takimi zachowaniami.

Każdy może pomóc

Pomoc dla ofiar przemocy wobec dzieci jest dostępna, a najważniejsze, aby zgłosić każdy przypadek podejrzenia przemoc, by odpowiednie służby mogły interweniować. Każdy z nas może pomóc w ochronie dzieci przed przemocą poprzez zwiększenie naszej wrażliwości na ten temat i podejmowanie działań, gdy tylko widzimy lub podejrzewamy, że dziecko jest ofiarą przemoc.Dlatego ważne jest, aby szkoły, placówki opiekuńcze i służby społeczne miały odpowiednie narzędzia i szkolenia do rozpoznawania i przeciwdziałania przemocy wobec dzieci. Powinny być również stworzone specjalistyczne programy dla rodzin, które są narażone na ryzyko przemoc, aby pomóc im w radzeniu sobie z trudnościami i poprawie sytuacji w rodzinie.

Należy również zadbać o to, aby odpowiednie służby były dostępne i skuteczne w reagowaniu na sytuacje przemocy wobec dzieci. Wymaga to zarówno odpowiedniego wyposażenia i szkolenia funkcjonariuszy, jak i dostatecznych środków finansowych na działania związane z ochroną dzieci.

W takich sytuacjach, jak opisywane w artykule, ważne jest również, aby media poruszały temat przemoc wobec dzieci, informowały o dostępnych sposobachpomocy, ale także wyrażały publiczne oburzenie i dezaprobatę wobec takich zachowań. Ważne jest, aby przekazywać społeczeństwu, że przemoc wobec dzieci jest absolutnie niedopuszczalna i nie może być tolerowana.