2026/06/06

Zgotowali 16-latkowi ze Śremu piekło za pomówienia nastolatki. Główny oprawca nawet nie przeprosił

 Mieszkaniec wielkopolskiego Śremu postanowił wymierzyć sprawiedliwość na własną rękę, gdy córka oskarżyła 16-latka o wyrządzenie jej krzywdy. Mężczyzna skrzyknął kolegów, wciągnął pokrzywdzonego do auta, założył mu worek na głowę i dokonał okrutnego aktu przemocy. Jak się później okazało, rzekoma wina chłopaka mogła być wyłącznie wymysłem dziewczyny, która ostatecznie przed śledczymi wycofała się ze swoich słów.

W niedzielę 13 kwietnia 2025 roku na terenie Śremu rozegrał się dramat przypominający brutalne kino gangsterskie. Około godziny 22:00 pokrzywdzony 16-latek przechadzał się rejonem ulicy Kolejowej w towarzystwie znajomej pary. Początkowo widok nadjeżdżającego pojazdu z czterema osobami wewnątrz nie wzbudził w nastolatkach żadnych podejrzeń. Sytuacja zmieniła się diametralnie, kiedy maszyna nagle stanęła, a z jej wnętrza gwałtownie wybiegli sprawcy, rzucając się prosto na bezbronnego chłopaka. Mimo prób oporu i ogromnego przerażenia, młodzieniec musiał ulec przewadze fizycznej dorosłych napastników. Został siłą wciśnięty w szczelinę między przednimi a tylnymi fotelami, po czym pozbawiono go telefonu komórkowego i osłonięto mu głowę foliową reklamówką. Zgromadzone przez organy ścigania dowody wskazują, że oprawcy przetransportowali nastolatka w rejon nadrzecznej przystani nad Wartą. Właśnie tam wyciągnęli go z auta i dopuścili się na nim drastycznego aktu przemocy z użyciem pałki teleskopowej.

Znajomi 16-latka ze Śremu brali udział w spisku. Wystawili go oprawcom

Osoby towarzyszące ofierze rzekomo obawiały się o własne bezpieczeństwo, dlatego zaniechały powiadomienia służb. Zastraszony chłopak po uwolnieniu wrócił do miejsca zamieszkania i początkowo zachował absolutne milczenie na temat doznanych krzywd. Przełom nastąpił dopiero po upływie czterech dób, 17 kwietnia 2025 roku, kiedy to zdecydował się odwiedzić jednostkę policji i opowiedzieć o wszystkim śledczym. Dla dorastającego młodzieńca zrelacjonowanie tak drastycznego upokorzenia wiązało się z niewyobrażalnym stresem i delikatością. Według doniesień Piotra Żytnickiego, reportera śledczego reprezentującego łamy „Gazety Wyborczej”, postępowaniem natychmiast zajęli się specjaliści z pionu kryminalnego śremskiej komendy. Szybka analiza faktów doprowadziła ich do wstrząsających wniosków, z których wynikało, że bierność znajomych 16-latka w momencie porwania była starannie zaplanowanym elementem misternej pułapki.

„- Od początku zachowanie kolegi i koleżanki porwanego 16-latka wydawało im się podejrzane. Widzieli, jak bandyci wciągają ich kolegę do samochodu, ale nie zareagowali. Nie uciekli, nie zadzwonili po policję. Stali w miejscu i przyglądali się porwaniu” – pisał Piotr Żytnicki w „Wyborczej”. „- Byliśmy przekonani, że o wszystkim wiedzieli. Celowo wywabili 16-latka z domu o tej godzinie pod pozorem spaceru i wystawili porywaczom” – przyznali policjanci w rozmowie z dziennikarzem. Dalsze działania potwierdziły instynkt funkcjonariuszy, bezsprzecznie dowodząc, że całe zdarzenie było wynikiem cynicznej zmowy.Zatrzymanie osób odpowiedzialnych za ten akt przemocy miało miejsce w lany poniedziałek, 21 kwietnia 2025 roku. Zaledwie kilkudniowe czynności operacyjne wystarczyły mundurowym, aby zidentyfikować całą grupę stojącą za atakiem na młodzieńca. Rolę głównego organizatora przypisano 43-letniemu Mariuszowi Z., działającemu z pobudek rzekomej troski o własną córkę. Nastolatka wcześniej oskarżyła 16-latka o zrobienie jej krzywdy, co skłoniło krewkiego ojca do zorganizowania bezlitosnego odwetu w formie brutalnej nauczki. Postępowanie ujawniło jednak poważne luki w tej historii, wskazując na prawdopodobne oszustwo dziewczyny. O rzekomej przemocy wobec niej organy śledcze nigdy nie zostały oficjalnie powiadomione. Ostatecznie podczas spotkania z policją córka agresora wycofała się z obciążających zarzutów, a sam pokrzywdzony wyjaśnił dodatkowo, że jego intymna relacja z koleżanką opierała się na pełnej dobrowolności stron.Śledczy prowadzący sprawę pod nadzorem prokuratury wciąż badają stopień wiarygodności wersji przedstawionej przez młodą kobietę. Motywy, dla których mogła wymyślić i opowiedzieć swojemu rodzicielowi nieprawdziwą historię, pozostają dotąd niewyjaśnione. Poważnie rozpatrywana jest również inna hipoteza śledcza, zakładająca, że ojciec całkowicie samodzielnie zmyślił wątek skrzywdzonej córki, aby wykreować dla siebie korzystną linię obrony przed wymiarem sprawiedliwości. Te skomplikowane wątki podlegają obecnie drobiazgowej weryfikacji.

Nie ulega z kolei żadnej wątpliwości, że główny architekt ataku, Mariusz Z., w momencie dokonywania przestępstwa realizował swój plan z chłodną kalkulacją, a nie w przypływie nagłego afektu. Taki poziom logistyki pozwala domniemywać, że operacja uprowadzenia była opracowywana ze sporym wyprzedzeniem. Do wymierzenia samozwańczej sprawiedliwości zaangażował trójkę swoich znajomych, wśród których znalazł się zaledwie 17-letni chłopak. Ekipę uzupełniało dwóch dojrzałych mężczyzn w wieku 36 oraz 37 lat.

Mariusz Z. nie miał czystej kartoteki. Sprawca ze Śremu znany organom ścigania

Działania dochodzeniowe błyskawicznie obnażyły mroczną przeszłość głównego podejrzanego, dowodząc jego wielokrotnych potyczek z wymiarem sprawiedliwości. Stróże prawa doskonale znali Mariusza Z., interweniując wcześniej z powodu jego udziału w burdach, wyłudzeniach, unikaniu płacenia na dzieci, podrabianiu dokumentów oraz czynnych napaściach. Rejestr ten dopełniają cztery udowodnione incydenty związane z kradzieżami i włamaniami. Reporter „Gazety Wyborczej” dotarł ponadto do informacji, iż 43-latek publicznie manifestuje przekonania rasistowskie i neonazistowskie. Na swoich profilach w internecie mężczyzna nawołuje do rzekomej supremacji białej rasy, aktywnie sprzeciwiając się między innymi ruchowi Black Lives Matter. Prezentuje wizerunek radykalnego skinheada-narodowca, posługując się chętnie hasłami typu „Wielka Polska”, „Bóg, honor, ojczyzna” czy życząc śmierci domniemanym wrogom ojczyzny. W chwili aresztowania agresor miał na sobie koszulkę ozdobioną symbolem orła z trójzębną swastyką układającą się z trzech cyfr siedem. Znawcy tematyki ekstremistycznej jednoznacznie identyfikują ten znak jako godło rasistowskiego Afrykanerskiego Ruchu Oporu z RPA.

Zaledwie dwanaście miesięcy przed atakiem na bezbronnego 16-latka nazwisko prowodyra znów zagościło w policyjnych notesach. Mężczyzna zaangażował się w oddolne formacje strażników obywatelskich, które przemierzały ulice Śremu oraz przyległych miejscowości. Twórcy tych inicjatyw tłumaczyli to troską o przestrzeganie ładu, jednak obserwatorzy zwracali uwagę, że owe marsze do złudzenia przypominały agresywne pochody faszystowskich bojówek liczące kilkadziesiąt osób. Grupy te zaczepiały spacerujących cudzoziemców, natarczywie przypominając im o konieczności respektowania lokalnego prawodawstwa. Publikacje „Super Expressu” z tamtego okresu wiązały te wydarzenia z głośną bójką na śremskim kąpielisku, o którą oskarżano gości z Kolumbii i Argentyny. Właśnie w trackie jednej z takich nacjonalistycznych Co równie interesujące, wspólnicy dobrani przez organizatora do pomocy w brutalnej napaści na nastolatka również nie mogli pochwalić się czystą kartoteką. Jeden z nich figurował w rejestrach ze względu na wcześniejszy udział w ulicznej bijatyce, dewastację własności, paserstwo, zaniedbania alimentacyjne, a także agresję wobec pracownika służb publicznych. Kolejny kompan dzielił z resztą przewinienia związane z długami alimentacyjnymi. Pełna identyfikacja i zatrzymanie tej recydywistycznej grupy pochłonęło organom ścigania okrągłe cztery dni. Jak podkreślali zaangażowani mundurowi w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, proces tropienia przestępców toczył się nieprzerwanie, przez całą dobę.

Jakie konkluzje przyniosło policyjne dochodzenie?

„- 43-latek postanowił »dać nauczkę« nastolatkowi i przybrał sobie do tego swoich wspólników. Obok córki i jej chłopaka, w zmowie z 43-latkiem byli jeszcze jego trzej znajomi mający 37, 36 i 17 lat. To właśnie z tymi znajomymi 43-latek zaatakował 16-latka na ulicy i siłą wrzucił go do samochodu, między tylną kanapę a przednie siedzenia. Tam 16-latkowi założono na głowę torbę foliową oraz zabrano telefon komórkowy. Po dojechaniu w rejon przystani »Marina« nad Wartą pokrzywdzonego siłą wyciągnięto z auta, a następnie zostało popełnione przestępstwo o charakterze seksualnym na jego szkodę” - przekazała podinspektor Ewa Kasińska, rzeczniczka prasowa Komendy Powiatowej Policji w Śremie. „– Podczas przesłuchania 16-latka nie potwierdziła, aby ofiara jej cokolwiek zrobiła” – dodała policjantka.

Wyroki dla sprawców porwania w Śremie. Mariusz Z. nie zdobył się na przeprosiny

Na mocy decyzji sędziego prowadzącego, wobec całego składu napastników orzeczono tymczasowy areszt do momentu rozstrzygnięcia kwestii popełnionej zbrodni. Wolnościowe środki zapobiegawcze w postaci policyjnego dozoru zastosowano jedynie w stosunku do osiemnastoletniego kolegi ofiary, który w kooperacji z córką głównego oprawcy podstępnie wystawił chłopaka na pastwę losu. Reporterzy ustalili również zaskakujący szczegół w tej sprawie – młoda inicjatorka tragicznych wydarzeń miała od niedawna tworzyć związek uczuciowy właśnie z owym 18-latkiem. Wyciągnięcie konsekwencji wobec nieletniej leży teraz w kompetencjach wydziału rodzinnego.demonstracji policja wylegitymowała 43-letniego bohatera opisywanych wydarzeń.Co równie interesujące, wspólnicy dobrani przez organizatora do pomocy w brutalnej napaści na nastolatka również nie mogli pochwalić się czystą kartoteką. Jeden z nich figurował w rejestrach ze względu na wcześniejszy udział w ulicznej bijatyce, dewastację własności, paserstwo, zaniedbania alimentacyjne, a także agresję wobec pracownika służb publicznych. Kolejny kompan dzielił z resztą przewinienia związane z długami alimentacyjnymi. Pełna identyfikacja i zatrzymanie tej recydywistycznej grupy pochłonęło organom ścigania okrągłe cztery dni. Jak podkreślali zaangażowani mundurowi w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, proces tropienia przestępców toczył się nieprzerwanie, przez całą dobę.

Jakie konkluzje przyniosło policyjne dochodzenie?

„- 43-latek postanowił »dać nauczkę« nastolatkowi i przybrał sobie do tego swoich wspólników. Obok córki i jej chłopaka, w zmowie z 43-latkiem byli jeszcze jego trzej znajomi mający 37, 36 i 17 lat. To właśnie z tymi znajomymi 43-latek zaatakował 16-latka na ulicy i siłą wrzucił go do samochodu, między tylną kanapę a przednie siedzenia. Tam 16-latkowi założono na głowę torbę foliową oraz zabrano telefon komórkowy. Po dojechaniu w rejon przystani »Marina« nad Wartą pokrzywdzonego siłą wyciągnięto z auta, a następnie zostało popełnione przestępstwo o charakterze seksualnym na jego szkodę” - przekazała podinspektor Ewa Kasińska, rzeczniczka prasowa Komendy Powiatowej Policji w Śremie. „– Podczas przesłuchania 16-latka nie potwierdziła, aby ofiara jej cokolwiek zrobiła” – dodała policjantka.

Wyroki dla sprawców porwania w Śremie. Mariusz Z. nie zdobył się na przeprosiny

Na mocy decyzji sędziego prowadzącego, wobec całego składu napastników orzeczono tymczasowy areszt do momentu rozstrzygnięcia kwestii popełnionej zbrodni. Wolnościowe środki zapobiegawcze w postaci policyjnego dozoru zastosowano jedynie w stosunku do osiemnastoletniego kolegi ofiary, który w kooperacji z córką głównego oprawcy podstępnie wystawił chłopaka na pastwę losu. Reporterzy ustalili również zaskakujący szczegół w tej sprawie – młoda inicjatorka tragicznych wydarzeń miała od niedawna tworzyć związek uczuciowy właśnie z owym 18-latkiem. Wyciągnięcie konsekwencji wobec nieletniej leży teraz w kompetencjach wydziału rodzinnego.Rozstrzygnięcie sądowe zapadło wiosną, w kwietniu 2026 roku, skazując Mariusza Z. na łączny wymiar siedmiu lat odosobnienia za kratami. Na spędzenie pięciu i pół roku w zamknięciu skazano dodatkowo Franciszka G., który pomimo młodego wieku podczas ataku wykazał się wyjątkowym zaangażowaniem w krzywdzenie 16-latka. Wyrok 6 lat i 2 miesięcy pozbawienia wolności usłyszał natomiast Michał L. Wszyscy wymienieni pomocnicy, w przeciwieństwie do mózgu operacji, zdobyli się na refleksję i skierowali w stronę poszkodowanego słowa skruchy. Znamienny pozostaje fakt, że główny agresor zignorował tę szansę i w ogóle nie przeprosił. Czwarty z grupy porywaczy już wcześniej zawarł porozumienie z wymiarem sprawiedliwości, dobrowolnie przyjmując wyrok 8 miesięcy pozbawienia wolności warunkowo zawieszony na okres trzech lat.

W momencie oddawania tego artykułu do publikacji ogłoszone sentencje wyroków nie nosiły jeszcze znamion prawomocności, a stronom niezadowolonym z decyzji sędziego przysługiwało prawo wniesienia środka odwoławczego.

Referenda lokalne coraz ważniejszym elementem polityki. Czy samorządy staną przed nową falą społecznej kontroli?

 Debata wokół lokalnych referendów nabiera w Polsce nowej dynamiki. Po głośnych wydarzeniach związanych z próbami odwołania władz samorządowych w niektórych miastach coraz częściej pojawiają się pytania o to, czy podobne inicjatywy mogą rozprzestrzenić się na kolejne ośrodki miejskie. Dla części komentatorów jest to sygnał rosnącej aktywności obywatelskiej, dla innych natomiast przejaw coraz ostrzejszej politycznej polaryzacji.Punktem wyjścia dla tych dyskusji stały się wydarzenia w Krakowie, gdzie działania władz miasta wywołały szeroką debatę publiczną. W materiale publicystycznym, na którym opiera się analiza, pojawia się teza, że przykład Krakowa może zachęcić mieszkańców innych miast do korzystania z narzędzi demokracji bezpośredniej.

Autor materiału wskazuje, że mieszkańcy coraz częściej rozważają referendum jako sposób wyrażenia niezadowolenia z polityki lokalnych władz. Niezależnie od oceny tych opinii, sam fakt pojawiania się takich inicjatyw pokazuje wzrost zainteresowania mechanizmami kontroli samorządowców.Jednym z miast najczęściej wymienianych w dyskusji jest Poznań, kierowany przez Jacek Jaśkowiak. W debacie publicznej pojawiają się głosy krytyczne dotyczące funkcjonowania transportu miejskiego oraz niektórych decyzji inwestycyjnych.

Nie oznacza to jednak automatycznie, że referendum zostanie przeprowadzone. Aby było możliwe, konieczne jest spełnienie szeregu wymogów formalnych oraz zebranie odpowiedniej liczby podpisów mieszkańców.W przypadku Wrocławia krytycy władz miasta odwołują się zarówno do kwestii związanych z zarządzaniem samorządem, jak i do spraw będących przedmiotem zainteresowania organów ścigania. Sam prezydent wielokrotnie odpierał kierowane wobec niego zarzuty.

W polskim systemie samorządowym referendum odwoławcze stanowi jedno z najsilniejszych narzędzi demokratycznej kontroli władz lokalnych. Jednocześnie jest to instrument trudny do skutecznego przeprowadzenia, ponieważ wymaga wysokiej mobilizacji wyborców.

W analizowanym materiale pojawiają się również Gliwice, gdzie funkcję prezydenta miasta pełni Katarzyna Kuczyńska-Budka.

Jej nazwisko jest często przywoływane w kontekście zmian politycznych po wyborach samorządowych z 2024 roku. Część mieszkańców pozytywnie ocenia nowy kierunek zarządzania miastem, inni zgłaszają zastrzeżenia dotyczące tempa realizacji obietnic wyborczych.

W debacie pojawiają się również Kielce oraz Agata Wojda. Także tutaj nie istnieją obecnie formalne decyzje o referendum, jednak temat jest obecny w lokalnych dyskusjach politycznych.Podobne spekulacje dotyczą Rzeszowa, którym kieruje Konrad Fijołek.Fijołek objął urząd po przedterminowych wyborach w 2021 roku, a następnie uzyskał mandat na kolejną kadencję. Jego działalność pozostaje przedmiotem zarówno pozytywnych, jak i krytycznych ocen mieszkańców.

Wśród miast wymienianych przez komentatorów znalazł się także Białystok. Od wielu lat funkcję prezydenta sprawuje tam Tadeusz Truskolaski.

Długoletnie rządy lokalnych włodarzy często stają się źródłem sporów politycznych. Zwolennicy podkreślają doświadczenie i stabilność zarządzania, przeciwnicy wskazują na potrzebę zmian i świeżego spojrzenia na rozwój miasta.

W podobnym kontekście wymieniany jest również Lublin, gdzie prezydentem pozostaje Krzysztof Żuk.

Autor materiału interpretuje te przykłady jako dowód narastającego zmęczenia częścią długo urzędujących samorządowców. Należy jednak zaznaczyć, że są to przede wszystkim opinie publicystyczne, a nie wyniki oficjalnych badań opinii publicznej.Stolica od lat stanowi polityczny bastion środowisk liberalnych i centrowych. Historia pokazuje, że próby przeprowadzania referendów odwoławczych w Warszawie napotykały bardzo wysokie bariery frekwencyjne.

W materiale pojawia się sugestia, że niektóre decyzje władz miasta, zwłaszcza dotyczące transportu i stref czystego transportu, mogą wpływać na poziom społecznego niezadowolenia.

Jednocześnie brak jest obecnie przesłanek wskazujących, że ewentualna inicjatywa referendalna osiągnęła etap pozwalający ocenić jej realne szanse powodzenia.

Warto zauważyć, że referenda lokalne nie są zjawiskiem związanym wyłącznie z jednym środowiskiem politycznym. W przeszłości obejmowały samorządowców reprezentujących różne ugrupowania i odbywały się zarówno w dużych miastach, jak i mniejszych gminach.

Mechanizm ten stanowi jeden z elementów demokratycznej odpowiedzialności władz lokalnych przed mieszkańcami.

Z drugiej strony częste wykorzystywanie referendów może prowadzić do permanentnej kampanii politycznej, utrudniając realizację długoterminowych projektów inwestycyjnych.Dlatego eksperci zazwyczaj podkreślają, że referendum powinno być stosowane w sytuacjach szczególnych, gdy istnieje wyraźna i szeroka utrata społecznego zaufania.

W analizowanym materiale pojawia się również teza, że ewentualne sukcesy inicjatyw referendalnych mogłyby mieć konsekwencje wykraczające poza poziom samorządowy.

Według tej interpretacji kolejne porażki polityków kojarzonych z obozem rządzącym mogłyby wpływać na nastroje społeczne przed wyborami parlamentarnymi.

Taka zależność nie jest jednak automatyczna. Wyniki wyborów samorządowych, referendów lokalnych i wyborów parlamentarnych często rządzą się odmienną logiką polityczną.

Potwierdzają to liczne przykłady z polskiej polityki, gdy wyborcy głosowali inaczej na poziomie lokalnym, a inaczej w wyborach krajowych.

Nie zmienia to faktu, że lokalne referenda stają się coraz bardziej widocznym elementem debaty publicznej i mogą wpływać na sposób działania władz samorządowych.Rosnąca aktywność obywatelska sprawia, że prezydenci miast, burmistrzowie i wójtowie muszą coraz uważniej reagować na oczekiwania mieszkańców.

Dla samorządowców może to oznaczać konieczność większej przejrzystości działań, skuteczniejszej komunikacji oraz ostrożniejszego podejmowania decyzji budzących kontrowersje.

Na obecnym etapie trudno przesądzić, czy Polska rzeczywiście stoi przed falą referendów odwoławczych. Wiele zależy od lokalnych uwarunkowań, poziomu mobilizacji mieszkańców oraz zdolności organizatorów do spełnienia wymogów formalnych.

Jedno jest jednak pewne: dyskusja o odpowiedzialności władz lokalnych staje się coraz ważniejsza, a referendum pozostaje narzędziem, które w określonych okolicznościach może realnie wpływać na polityczną rzeczywistość w polskich miastach.

 

"Nawet nie zdąży zapiszczeć". Koszmar 5-letniej Oliwii trwał miesiącami. Ojczym i matka usłyszeli wyrok

 Pięcioletnia Oliwia przeszła w rodzinnym domu prawdziwe piekło. Dziewczynka była regularnie bita paskiem, podtapiana oraz dręczona przez ojczyma, na co biernie przyzwalała jej matka. Poznański sąd wydał właśnie prawomocny wyrok w tej wstrząsającej sprawie. Śledczy ujawnili wiadomości, w których dorośli wymieniali się pomysłami na zadawanie dziecku bólu.

Pięcioletnia Oliwia przez długie miesiące doświadczała potężnego strachu, będąc nieustannie zastraszana, bita i upokarzana przez partnera swojej matki. Ustalenia prokuratury jednoznacznie wykazały, że biologiczna matka doskonale widziała rany na ciele dziecka, ale w żaden sposób nie próbowała przerwać tej spirali agresji. Prawomocne orzeczenie w tej bulwersującej sprawie zostało ostatecznie ogłoszone we wtorek 3 czerwca w poznańskim sądzie.Zgromadzone przez śledczych materiały ujawniły niewyobrażalną skalę sadyzmu Roberta S., który systematycznie okładał dziecko pięściami, używając do tego również paska oraz kija od miotły. Mężczyzna kazał przerażonej pasierbicy stać godzinami przy ścianie, oblewał jej ciało lodowatą wodą i straszył wyrzuceniem na bruk. Kiedy dziewczynka nie chciała jeść posiłków, oprawca podtapiał ją, wlewał płyny siłą do gardła i kazał połykać kawałki papieru. Koszmar przerwali dopiero wezwani do mieszkania ratownicy medyczni oraz policjanci, którzy pojawili się tam tuż po powrocie matki z nowo narodzonymi bliźniętami, zastając na miejscu skrajnie zaniedbaną i posiniaczoną pięciolatkę.Funkcjonariusze pracujący nad sprawą natrafili na kluczowe poszlaki podczas analizy sprzętu elektronicznego należącego do oskarżonej pary. Zabezpieczone w smartfonach rozmowy bezsprzecznie dowiodły, że agresja wobec bezbronnej Oliwii miała charakter ciągły i była celowo stosowana w celu całkowitego złamania jej woli. Wstrząsający zapis konwersacji pomiędzy Robertem S. a Karoliną P. został opublikowany na łamach poznańskiej „Gazety Wyborczej”. Wynika z nich jasno, że opiekunowie wspólnie planowali kolejne techniki zadawania ciosów, dbając jednocześnie o zminimalizowanie widocznych siniaków na ciele ofiary.

Robert S.: Nie biję jej już, ale liść od razu za kłamstwo, to nawet nie zdąży zapiszczeć.Karolina P.: Na buzi będzie schodzić z dwa tygodnie.

Robert S.: Zawsze starałem się walnąć w czoło, najtwardsze miejsce w ciele człowieka, ale wiesz, jak ona się wierci i szamota, nie zawsze trafisz.

[...]

Robert S.: Co z nią teraz, bo cały czas robi to samo?

Karolina P.: Na dupę i do stania. Dać trzy razy z miotły.

Robert S.: Mam rzemyk.

Karolina P.: Może być rzemyk.

Robert S.: Raz dostała przez ciuch, to raczej ciągnie, bo zaczyna inaczej gadać.

Karolina P.: Na pewno ciągnie, bo to taka skórka jest.Pierwsze rozstrzygnięcie zapadło w sierpniu 2025 roku, kiedy to Robertowi S. wymierzono karę siedmiu lat pozbawienia wolności, natomiast Karolina P. usłyszała wyrok pięciu lat i dwóch miesięcy za kratami. Zgodnie z informacjami przekazanymi przez portal Fakt.pl, organ odwoławczy po rozpatrzeniu apelacji zdecydował się utrzymać w mocy pierwotną karę dla bezwzględnego ojczyma, dołączając do niej zakaz kontaktu z dzieckiem przez piętnaście lat. W przypadku biologicznej matki sędziowie postanowili jednak złagodzić wyrok, obniżając jej czas pobytu w zakładzie karnym do czterech lat oraz dwóch miesięcy.

Chce od syna 500 zł/mies., bo ma niską emeryturę. Oto wyrok sądu

 Ojciec domagał się od syna 500 zł alimentów miesięcznie, przekonując, że ma zbyt niską emeryturę. Sąd Okręgowy w Olsztynie prawomocnie oddalił jego pozew, wskazując m.in. na brak przesłanek niedostatku i wcześniejsze zaniedbania wobec dziecka.


Sprawa dotyczyła mężczyzny, który wystąpił o zasądzenie od swojego dziecka 500 zł miesięcznie. Powód opisywał, że jego sytuacja materialna jest na tyle trudna, że bez wsparcia syna nie jest w stanie samodzielnie się utrzymać.

Portal prawo.pl podaje, że sąd zarówno w pierwszej, jak i w drugiej instancji uznał, iż w tej sprawie nie zostały spełnione kryteria "niedostatku". W ocenie sądu roszczenie ojca pozostawało też w sprzeczności z zasadami współżycia społecznego. Prawomocne rozstrzygnięcie wydał Sąd Okręgowy w Olsztynie.Analizując położenie finansowe powoda, sąd badał, czy nie jest ono konsekwencją przyjętego przez niego stylu życia. Z dokumentów wynikało, że mężczyzna pobiera niską emeryturę, a część świadczenia przeznaczana jest na koszty pobytu w domu pomocy społecznej oraz na składki zdrowotne.

Sąd zwrócił uwagę, że powodowi wypłacane jest ok. 400 zł miesięcznie "na życie". Jednocześnie wskazał, że wysokość tej kwoty wiąże się z wcześniejszymi decyzjami mężczyzny. Dodatkowo w uzasadnieniu podkreślono, że powód przeznacza pieniądze na papierosy, co w ocenie sądu wyklucza uznanie, że należy do grupy osób wymagających wsparcia finansowego od dziecka.Znaczenie miała także sytuacja pozwanego syna. Sąd ustalił, że on również ma problemy finansowe i pomaga swojej matce, co ogranicza jego możliwości wspierania ojca. Sąd Okręgowy zaznaczył przy tym, że odmowa zasądzenia alimentów jest uzasadniona także z innego powodu: ojciec w przeszłości nie wspierał dziecka ani finansowo, ani wychowawczo.

Alimenty dla rodziców - warunki

Z przepisów Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego wynika, że obowiązek dostarczania środków utrzymania może obciążać krewnych w linii prostej oraz rodzeństwo, a ustawodawca dopuszcza sytuacje, w których to rodzice występują o alimenty od dzieci.

Rodzic może ubiegać się o alimenty od dziecka, gdy jego dochody nie pozwalają na samodzielne utrzymanie. Sąd, rozstrzygając taki spór, analizuje sytuację obu stron, a wysokość ewentualnych alimentów nie jest określona "z góry" i zależy od okoliczności życiowych.Jak podaje money.pl, dziecko może powołać się na przepisy prawa cywilnego, aby wykazać, że żądanie alimentów od rodzica narusza zasady współżycia społecznego. Może to dotyczyć przypadków, gdy rodzic:

  • zaniedbywał swoje dziecko,
  • nie kontaktował się z nim ani nie sprawował opieki,
  • nie wywiązywał się z obowiązków rodzicielskich,
  • nie płacił alimentów,
  • nie dbał o więzi rodzinne.

Plaże dla naturystów. Oto co myślą Polacy

 Czy w Polsce powinno przybywać oficjalnych plaż dla naturystów? Czy widok nagich dorosłych w obecności dzieci to forma krzywdy dla najmłodszych, czy może wyłącznie sprawa rodzica? Zapytaliśmy o to Polaków - zdani


a są mocno podzielone.Nudyzm w Polsce wciąż pozostaje tematem, który wprawia wielu rodaków w zakłopotanie. Z badania przeprowadzonego przez Ogólnopolski Panel Badawczy Ariadna dla WP wynika, że polskie społeczeństwo jest w tej kwestii podzielone.

Pytani o to, czy w naszym kraju powinno powstać więcej oficjalnych miejsc dla naturystów, Polacy są podzieleni niemal po równo. 28 proc. ankietowanych uważa, że takich miejsc powinno być więcej (9 proc. "zdecydowanie tak", 19 proc. "raczej tak"). Dokładnie taki sam odsetek – 28 proc. – jest przeciwnego zdania (17 proc. "raczej nie", 11 proc. "zdecydowanie nie").Najbardziej uderzający jest jednak fakt, że aż 44 proc. respondentów wybrało odpowiedź "trudno powiedzieć". Sugeruje to, że dla niemal połowy społeczeństwa kwestia ta jest obojętna lub wciąż stanowi sferę tabu, o której trudno jednoznacznie decydować.

Dziecko na plaży nudystów. "Krzywda" czy "wybór rodzica"?

33 proc. badanych uznaje obecność dzieci na plażach naturystów za formę krzywdy lub narażania dziecka. Kolejne 33 proc. uważa, że jest to wyłącznie sprawa rodzica i jego indywidualnej decyzji. Zaś 14 proc. uzależnia swoją ocenę od wieku dziecka.Tylko 20 proc. badanych nie potrafiło wskazać jednoznacznej odpowiedzi w tej kwestii. Wynik ten pokazuje, że dla co trzeciego Polaka naturystyczny styl życia koliduje z tradycyjnym postrzeganiem ochrony dzieciństwa, podczas gdy inna, równie liczna grupa, stawia na liberalne podejście do wychowania i nagości.Badanie zostało przeprowadzone dla Wirtualnej Polski na Ogólnopolskim Panelu Badawczym Ariadna, w dniach 20-25 maja 2026 r., metodą CAWI (Computer Assisted Web Interview), na próbie 1090 osób.

 

"Kamerki", seksbiznesy i praca przymusowa. Handel ludźmi wciąż ma się dobrze

 Nastoletnia dziewczyna wyjeżdża z ukochanym do Niemiec. Tam okazuje się, że czeka ją praca w domu publicznym. - Ukochany nigdy po nią nie wrócił, a ona, mimo że pracowała w burdelu, do końca mówiła o nim "mój chłopak" - mówi Joanna Garnier z Fundacji La Strada. W rozmowie z WP tłumaczy, dlaczego metoda na "loverboya" wciąż działa i jak nie wpaść w brutalne sidła handlarzy ludźmi.

Paulina Sowa, dziennikarka Wirtualnej Polski: Sąd w Sosnowcu skazał obywatela Bułgarii na 4,5 roku więzienia za udział w grupie przestępczej i zmuszanie kobiet do prostytucji. Mężczyzna działał według schematu: rozkochiwał w sobie młode kobiety w trudnej sytuacji, a następnie przemocą zmuszał je do pracy seksualnej. Czy to często spotykany mechanizm?

Joanna Garnier, Fundacja La Strada: To klasyczna metoda na tzw. "loverboya" lub "kochasia". Jest nam doskonale znana i niestety wciąż przynosi przestępcom bardzo dobre rezultaty. Sprawcy celują w kobiety – często bardzo młode, nastolatki – które znajdują się w trudnym położeniu życiowym, mają problemy w szkole lub są skłócone z rodziną i nie mają oparcia w bliskich. Celem jest doprowadzenie do całkowitego uzależnienia emocjonalnego ofiary, by ostatecznie zgodziła się na pracę w seksbiznesieObecnie rzadziej niż kiedyś. Od kilku lat pracujemy przede wszystkim z ofiarami pracy przymusowej. Tam również występuje oszustwo i wprowadzenie w błąd, ale zazwyczaj nie ma więzi emocjonalnej czy bliskości seksualnej. Nie zmienia to faktu, że pracowałyśmy z wieloma kobietami, które padły ofiarą "kochasiów". Proszę mi wierzyć – te więzi bywały niezwykle silne.Tak, one się autentycznie zakochiwały. Pamiętam historię siedemnastolatki, która pochodziła z trudnego środowiska. Sieć zarzucił na nią chłopak z Bałkanów. Na początku było jak w bajce: prezenty, kolacje, poświęcał jej mnóstwo uwagi. Dawał jej poczucie bycia ważną, którego wcześniej nie znała. Potem pojawiła się propozycja wyjazdu do Niemiec i budowania wspólnego życia. Po przyjeździe na miejsce chłopak wstawił ją do domu publicznego. Przekonywał, że to tylko tymczasowe, że ma długi, które muszą spłacić, by mogli być razem. Nigdy po nią nie wrócił, a ona, mimo że pracowała w burdelu, do końca mówiła o nim "mój chłopak".

Nie dopuszczała do siebie myśli, że została oszukana?

Myślę, że ona postrzegała to raczej w kategoriach nieszczęśliwej, zawiedzionej miłości niż przestępstwa. Ostatecznie wróciła do Polski i jakoś ułożyła sobie życie, ale taki ślad w psychice zostaje na zawsze.W raporcie MSWiA z 2023 roku dotyczącym handlu ludźmi pojawia się informacja o wzroście udziału małoletnich wśród ofiar. Chodzi zwłaszcza o wykorzystywanie online. Widzicie to w swoich statystykach?

Częściej niż wykorzystywanie seksualne online pojawia się u nas werbowanie młodych ludzi do działań przestępczych, np. handlu narkotykami. Jeśli jednak chodzi o sferę seksualną, problemem są tzw. "kamerki". Młodym kobietom wydaje się, że to bezpieczna i łatwa praca przed komputerem. W rzeczywistości często dochodzi tam do drastycznego przekraczania granic i nacisku psychicznego. Ofiary są szantażowane: "Jeśli nie zrobisz tego, o co prosi klient, nie dostaniesz żadnych pieniędzy". To nie jest bezpieczna zabawa, to realna przemoc. Pamiętam przypadek dziewczyny, której powiedziano, że będzie musiała symulować masturbację. Potem okazało się, że musi używać wibratora w określony sposób, bo klient miał konkretne oczekiwania.Zdecydowanie tak. Ludzie często są zdziwieni naszymi statystykami. W ubiegłym roku zgłosiło się do nas około 250 osób, rok wcześniej prawie 300. Kiedy pokazujemy, że liczba pokrzywdzonych kobiet i mężczyzn jest niemal równa, budzi to zdziwienie. Powszechnie uważa się, że handel ludźmi to wyłącznie zmuszanie kobiet do prostytucji. Tymczasem mamy do czynienia z gigantycznym wyzyskiem siły roboczej w przemyśle czy usługach. To, co dzieje się dziś w Polsce wobec obcokrajowców, przypomina sytuację Polaków w Europie Zachodniej sprzed 20 lat.

Polacy nie są już postrzegani jako "tania siła robocza"?

Polacy nadal chętnie wyjeżdżają, bo za granicą zarabia się lepiej. Ale to sprawia, że w Polsce brakuje rąk do pracy. Ktoś musi budować domy czy prowadzić autobusy. Tę lukę wypełniają Ukraińcy, Filipińczycy, a ostatnio coraz częściej obywatele Ameryki Łacińskiej – Kolumbijczycy, Wenezuelczycy czy Argentyńczycy.Wojna w Ukrainie zmieniła ten rynek?

Tak, sprawiła, że polskie agencje zaczęły masowo ściągać pracowników spoza Europy. Wykorzystywano fakt, że obywatele państw Ameryki Łacińskiej mogli wjeżdżać do Polski bez wiz na 90 dni w celach turystycznych. Nieuczciwe agencje sprowadzały ich, pozwalały pracować przez kilka tygodni, a potem wyrzucały, by sprowadzić kolejnych. Tysiące Kolumbijczyków błąka się teraz po Polsce, pracując na czarno, bo agencje nie dopełniły formalności związanych z kartami pobytu. Krążą słuchy, że w tej chwili w Polsce przebywa nawet 100 tysięcy obywateli Kolumbii.Mówimy o zorganizowanych grupach przestępczych czy o legalnie działających firmach?

I to jest najsmutniejsze – często są to legalnie działające agencje zatrudnienia. Postępowania przeciwko nim toczą się latami, a w tym czasie one nadal funkcjonują i oszukują kolejnych ludzi. Od lat postulujemy zaostrzenie kar i zamykanie takich podmiotów, ale wciąż brakuje skutecznych mechanizmów.

Na co powinniśmy zwrócić uwagę, decydując się na pracę za granicą, by nie wpaść w taką pułapkę?

Pierwszą czerwoną flagą jest hasło: "Będzie pani zadowolona", rzucone bez żadnych konkretów. Radzimy korzystać ze sprawdzonych sieci, jak EURES (Europejskie Służby Zatrudnienia). Oferta musi być legalna, zawierać szczegółowy zakres obowiązków, adres pracodawcy i wysokość wynagrodzenia.

Pamiętajmy: przepisy unijne zabraniają pobierania opłat za pośrednictwo pracy od osoby szukającej zatrudnienia. Jeśli agencja żąda pieniędzy na start – uważajmy. Brak precyzji w ofercie może prowadzić do dramatów. Pamiętam sprawę bardzo młodego chłopaka, świeżo upieczonego maturzysty, który tuż po egzaminach chciał dorobić za granicą. Dostał ofertę pracy w Holandii przy kwiatach, a na miejscu okazało się, że ma pracować w rzeźni. Miał podpisany kontrakt, którego kompletnie nie rozumiał. Dzwonił do matki przerażony i zapłakany, bo psychicznie nie był w stanie podołać tej pracy. Dopiero dzięki interwencji udało się go stamtąd wyciągnąć.

Dane Eurostatu pokazują, że handel ludźmi to wciąż żywy temat. W Unii Europejskiej w 2022 roku zarejestrowano rekordowe 10 tysięcy ofiar.

Wiele zjawisk przeniosło się do sieci i wymyka się kontroli. Po pandemii odrodził się też klasyczny seksbiznes. Polska bardzo potrzebuje rąk do pracy, ale nie radzimy sobie z migracją. Jak powiedział szwajcarski pisarz Max Frisch: "Sprowadziliśmy siłę roboczą, a przyjechali ludzie". Wydaje nam się, że pracownik to tylko maszyna, a on ma swoje potrzeby i prawa. Naszą politykę migracyjną w dużej mierze kształtują agencje zatrudnienia, z których część po prostu wspiera handel ludźmi.

Co dzieje się z ofiarą po ucieczce z takiego miejsca?

Często mówimy, że moment uwolnienia to dopiero początek problemów. Osoba, która długo żyła w opresji, ma ogromną trudność z powrotem do normalności. Musi uczyć się życia w świecie, którego nie zna i w którym nie potrafi się poruszać. Jedni czują ulgę, inni mają gigantyczny problem, by odnaleźć się w nowej rzeczywistości. To długa i trudna droga.