FOCH
2026/05/15
Prognoza pogody IMGW nie zostawia złudzeń. Polska przez 3 miesiące w piekielnym uścisku
Długoterminowa prognoza pogody na lato 2026
Z opublikowanych przez Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej długoterminowych analiz wyłania się pewien ogólny obraz najbliższych wakacji. Synoptycy nie mają wątpliwości, że pożegnamy się z umiarkowaną wiosenną aurą, a letnie miesiące przyniosą ze sobą powiew prawdziwego gorąca. Pełna prognoza pogody na lato 2026 w Polsce zaskoczyła nawet ekspertów.
"W całej Polsce średnia miesięczna temperatura powietrza prawdopodobnie będzie się kształtować powyżej normy wieloletniej" – przekazali eksperci IMGW, odnosząc się do statystyk z lat 1991-2020.
Kremy do opalania będą niezbędne, ale parasole wciąż mogą się przydać. Zgromadzone przez synoptyków informacje wskazują bowiem, że pogoda na wakacje pod kątem opadów utrzyma się na standardowym, wieloletnim poziomie. Nie musimy się zatem obawiać ekstremalnej suszy, bo przelotne ulewy z pewnością się będę trafiać.
Prognoza pogoda na każdy miesiąc wakacji 2026
IMGW wczoraj (14 maja) zaktualizowało swoje prognozy. O ile jeszcze niedawno pisaliśmy, że tylko czerwiec będzie powyżej normy, o tyle teraz całe trzy miesiące wakacji mają być z anomaliami. To potwierdza wcześniejsze sygnały, że fala upałów jest nieunikniona, a prognoza pogody na maj to tylko wstęp do tego, co czeka nas w czerwcu, lipcu i sierpniu.
Czerwiec 2026
Początek lata od razu rzuci nas na głęboką wodę, jeśli chodzi o wskazania termometrów. Modele meteorologiczne jasno wskazują, że średnia temperatura powietrza w całym kraju poszybuje powyżej wieloletniej normy z lat 1991-2020. Co to oznacza w praktyce?Dla Warszawy standardowa średnia dobowa wynosi od 17,6 do 18,3 stopni Celsjusza, a dla Krakowa od 17,4 do 18,2 stopni. W tym roku te pułapy zostaną przekroczone, co zapowiada zdecydowanie więcej dni z upałem. Już wcześniej eksperci z IMGW pokazali, jakie będzie lato i że upał zacznie się szybciej, niż myślicie. Suma opadów utrzyma się w normie, więc letnie ulewy wciąż będą się pojawiać. Lipiec 2026
Środek wakacji utrzyma gorący trend i przyniesie prawdziwe skwary. Synoptycy prognozują, że na terenie całej Polski znów zanotujemy wartości przekraczające historyczne średnie. W lipcu zazwyczaj we Wrocławiu notuje się średnio od 19,1 do 20,0 stopni Celsjusza, a w Poznaniu od 18,8 do 19,6 stopni. Tegoroczna długoterminowa prognoza na lato przewiduje wyższe wyniki. To wprost oznacza długie fale uciążliwego gorąca w największych aglomeracjach. Deszczu spadnie za to dokładnie tyle, ile zazwyczaj, co ułatwi planowanie wyjazdów.
Sierpień 2026
Końcówka sezonu urlopowego nie przyniesie nagłego ochłodzenia. Eksperci z IMGW potwierdzają, że sierpień w całym kraju znów przebije temperaturowe normy. Mieszkańcy Łodzi, gdzie historyczna norma to 18,2 – 18,9 stopni Celsjusza, czy Warszawy z wynikiem 18,4 – 19,2 stopni, muszą przygotować się na przedłużające się uderzenia gorąca. Wszystko wskazuje na to, że lato 2026 będzie rekordowe, a pierwsza fala upałów nadejdzie bardzo wcześnie.Mapy pogodowe dotyczące opadów pozostają stabilne i ponownie przewidują wartości w granicach normy wieloletniej. Taka pogoda na wakacje to jasny sygnał, że letnia odzież i wentylatory będą wyjątkowo w cenie.
Synoptycy z IMGW przypominają, że "Pomimo coraz większej mocy obliczeniowej superkomputerów i szerokiej wiedzy o procesach pogodowych, wciąż nie można uniknąć błędów i różnic w prognozach na tak długi okres w przyszłość".
Mimo to tak spójne dane dla wszystkich trzech miesięcy dowodzą, że tegoroczne wakacje będą bardzo wymagające. Szczególnie w zabetonowanych miastach, gdzie betonoza i betonowanie miejskich placów oraz wycinanie zieleni sprawiają, że temperatury odczuwalne sięgają drastycznie wyższych wartości niż na otwartych terenach
Policjantka Sylwia wywiozła syna do lasu i zastrzeliła go z broni służbowej. "Kochała Wiktorka"
Sylwia N. była wzorową policjantką, która od kilku lat zasilała szeregi mundurowych w Polsce. Wydawało się, że prowadzi szczęśliwe życie: miała pod opieką ukochanego syna, 9-letniego Wiktora, który był oczkiem w jej głowie. Nic dziwnego, że wszystkie policyjne jednostki stanęły na baczność, kiedy okazało się, że kobieta zaginęła w tajemniczych okolicznościach. Zniknął też kilkuletni chłopiec. Niewyobrażalnie smutny finał tej sprawy do dziś pozostaje niezrozumiały. Niedawno minęła piąta rocznica tragicznych wydarzeń, które wstrząsnęły polską policją. Dokładnie 15 września 2020 roku jedna z funkcjonariuszek, 30-letnia Sylwia N., zniknęła bez śladu. Jej nieobecność w pracy od razu zaalarmowała koleżanki i kolegów: to było do niej niepodobne. Jak relacjonowali w późniejszych zeznaniach, do tej pory Sylwię uważano za wzorową policjantkę, bardzo pilną i pracowitą. Na co dzień stacjonowała na komisariacie w Swarzędzu w województwie wielkopolskim, zasilając jeden z oddziałów prewencji. Miała 6-letni staż pracy i – jak wyliczał Andrzej Borowiak, rzecznik wielkopolskiej policji – zajmowała się między innymi wypadkami, kolizjami, interwencjami drogowymi. Kierowała też sprawy do sądu. Nigdy wcześniej nie zdarzyło jej się bez słowa zniknąć, a tym razem przestała odbierać telefony, nie odpisywała na wiadomości, nikogo nie uprzedziła o absencji. Pierwsza skaza na jej idealnym wizerunku, jak mówili przełożeni, od razu zapaliła czerwoną lampkę nad ich głowami.Była świetnie przygotowana do służby. Wysportowana, profesjonalna, oddana swojej misji. Ceniono ją nie tylko za umiejętności, lecz także za empatię i życzliwość wobec innych. Dlatego kiedy Sylwia nie pojawiła się w pracy, zdenerwowani funkcjonariusze od razu zaczęli jej szukać – relacjonowali dziennikarze „Super Expressu”.
Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni
Szybko okazało się, że policjanci prowadzą poszukiwania nie tylko Sylwii, lecz również jej 9-letniego syna Wiktora, który był oczkiem w głowie kobiety. Nerwowa atmosfera dawała się wszystkim we znaki, a służby początkowo bardzo oszczędnie informowały media o przebiegu swoich działań. Pojawiały się różne plotki i domysły, brano pod uwagę co najmniej kilka scenariuszy i potencjalne przebiegi zdarzenia. Policjantka i jej syn mogli ulec wypadkowi, ktoś mógł ich porwać, zrobić im krzywdę. Chyba nikt nie chciał wierzyć w to, że Sylwia N. z własnej woli dopuściłaby się czegoś złego. A jednak to ten, wydawałoby się najbardziej nieprawdopodobny scenariusz, ziścił się na oczach mundurowych, kiedy natknęli się na samochód należący do ich koleżanki. Został porzucony nieopodal leśnego zagajnika, niedaleko Środy Wielkopolskiej.
Z ustaleń prokuratury, która prowadziła w tej sprawie postępowanie, wynikało że Sylwia N. zabrała Wiktora na przejażdżkę. Tak przynajmniej musiała mu powiedzieć. Nieświadome dziecko wsiadło do auta mamy, nie miało powodu, by jej nie ufać. Tymczasem policjantka w pewnym momencie zatrzymała pojazd w środku lasu i tam, bez świadków, na leśnej ścieżce, wyjęła służbową broń. Najp- Biegły stwierdził u nich urazy czaszkowo-mózgowe, które doprowadziły do zgonu – potwierdzał prokurator Łukasz Wawrzyniak z Prokuratury Okręgowej w Poznaniu.
Sekcja zwłok zweryfikowała wstępne ustalenia śledczych i przypieczętowała ostateczną diagnozę: 9-letni Wiktor zginął w wyniku strzału w skroń z policyjnego pistoletu, a jego matka, Sylwia N., oddała śmiertelny strzał we własną głowę. Przerażająca scena, którą zastali koledzy po fachu kobiety, do dziś pobrzmiewa w ich głowach. Na ratunek było już zdecydowanie za późno. Ofiary leżały w kałuży krwi, bez żadnych oznak życia. Pozostał smutek, płacz i rozpacz, ale również kołatające się w głowach pytanie: dlaczego do tego doszło?ierw zastrzeliła własnego syna, a potem w ten sam sposób odebrała sobie życie.- Biegły stwierdził u nich urazy czaszkowo-mózgowe, które doprowadziły do zgonu – potwierdzał prokurator Łukasz Wawrzyniak z Prokuratury Okręgowej w Poznaniu.
Sekcja zwłok zweryfikowała wstępne ustalenia śledczych i przypieczętowała ostateczną diagnozę: 9-letni Wiktor zginął w wyniku strzału w skroń z policyjnego pistoletu, a jego matka, Sylwia N., oddała śmiertelny strzał we własną głowę. Przerażająca scena, którą zastali koledzy po fachu kobiety, do dziś pobrzmiewa w ich głowach. Na ratunek było już zdecydowanie za późno. Ofiary leżały w kałuży krwi, bez żadnych oznak życia. Pozostał smutek, płacz i rozpacz, ale również kołatające się w głowach pytanie: dlaczego do tego doszło?
Babcia 9-letniego Wiktora poruszona sprawą. "Nie mogę tego pojąć"
Niedługo po tragedii reporterzy „Super Expressu” dotarli do najbliższych Sylwii N., którzy w wielkich emocjach postanowili zabrać głos w tej sprawie. Jak nietrudno się domyślić, byli poruszeni i załamani całą sytuacją. – Jeszcze kilka dni temu widziałam mojego wnuczka, był taki zadowolony. Nie mogę tego pojąć – mówiła na gorąco pani Stanisława, babcia 9-letniego Wiktora od strony ojca chłopca.Policyjne i prokuratorskie śledztwo, jak często bywa w historiach dotyczących funkcjonariuszy, było owiane tajemnicą. Media nieoficjalne ustaliły, że nic nie zapowiadało tego rodzinnego dramatu, choć przeszłość Sylwii N. wskazywała na jej problemy w życiu prywatnym. Rozstała się z ojcem Wiktora, który wpadł w konflikt z prawem, i samotnie wychowywała syna. Pozostawała jednak w dobrych relacjach z rodzicami mężczyzny, którzy czasem opiekowali się wnukiem. Niestety, zła passa w życiu uczuciowym Sylwii nadal trwała. Jej nowy związek także się rozpadł, niedługo po zaręczynach. W przeszłości, jak ujawniono, policjantkByła bardzo dobrą matką, a chłopak był dla niej najważniejszy – mówili przyjaciele Sylwii w rozmowach z dziennikarzami. – Wiktor był jej całym światem – dodawali.
I choć służby robiły, co w ich mocy, próbując znaleźć odpowiedź na pytanie dotyczące tego, co bezpośrednio doprowadziło do podjęcia przez Sylwię tej dramatycznej decyzji, to właściwie nigdy nie poznaliśmy kulisów całego zdarzenia. Nie udało się ustalić, czy ktoś namawiał lub udzielał pomocy w targnięciu się na życie kobiety. Długa i żmudna praca wielu prokuratorów nie przyniosła wyczekanych rezultatów, Przeprowadzono różne ekspertyzy, przesłuchano łącznie aż 97 świadków, niektórych kilkakrotnie, i nic. Śledczy analizowali nawet sprawy kryminalne, którymi w pracy zajmowała się 30-latka, lecz to również nie doprowadziło do przełomu. Prokurator Ewa Woźniak z jednostki w Koninie, w rozmowie z „Super Expressem” rozkładała ręce, tuż po tym, jak prokuratura zdecydowała o umorzeniu postępowania. Nie ustalono powodów popełnienia zbrodni oraz odebrania sobie życia przez policjantkę.a mierzyła się ponadto z rodzinną tragedią. Brat kobiety także odebrał sobie bowiem życie. Mimo tego wszystkiego, Sylwia N. starała się być silna. Dla syna.Była bardzo dobrą matką, a chłopak był dla niej najważniejszy – mówili przyjaciele Sylwii w rozmowach z dziennikarzami. – Wiktor był jej całym światem – dodawali.
I choć służby robiły, co w ich mocy, próbując znaleźć odpowiedź na pytanie dotyczące tego, co bezpośrednio doprowadziło do podjęcia przez Sylwię tej dramatycznej decyzji, to właściwie nigdy nie poznaliśmy kulisów całego zdarzenia. Nie udało się ustalić, czy ktoś namawiał lub udzielał pomocy w targnięciu się na życie kobiety. Długa i żmudna praca wielu prokuratorów nie przyniosła wyczekanych rezultatów, Przeprowadzono różne ekspertyzy, przesłuchano łącznie aż 97 świadków, niektórych kilkakrotnie, i nic. Śledczy analizowali nawet sprawy kryminalne, którymi w pracy zajmowała się 30-latka, lecz to również nie doprowadziło do przełomu. Prokurator Ewa Woźniak z jednostki w Koninie, w rozmowie z „Super Expressem” rozkładała ręce, tuż po tym, jak prokuratura zdecydowała o umorzeniu postępowania. Nie ustalono powodów popełnienia zbrodni oraz odebrania sobie życia przez policjantkę.Sylwia N. nie zostawiła po sobie żadnego pożegnalnego listu, nikomu nie powiedziała też, co ją trapi i co zamierza zrobić. Wydawało się, jakby decyzję podjęła spontanicznie. Czy rzeczywiście tak było, czy może funkcjonariuszka wcześniej wszystko zaplanowała? Czy pojawił się jakiś impuls, który skłonił ją do ziszczenia wstrząsającego planu? Po prostu: dlaczego do tego doszło? I czy życie musiało też stracić niewinne dziecko? To zaledwie kilka z wielu pytań, najczęściej pojawiających się w tej sprawie, na które nigdy nie uzyskaliśmy odpowiedzi.Sylwia N. została pochowana wraz z synem w jednej trumnie. Podczas ostatniego pożegnania, ksiądz apelował do zgromadzonych, aby powstrzymali się od oceniania kobiety. Jednocześnie prosił, by każdy pomodlił się za zmarłych. - Teraz wspominamy nasze ostatnie rozmowy i gesty. Patrzymy w klisze swojej pamięci. Okazuje się, że w życiu nie wszystko jest tak, jak byśmy chcieli – mówił duchowny. – Nie zapomnimy o nich – deklarowali zgodnie mieszkańcy, którzy wypowiadali się przed kamerami.
Pani Stanisława, babcia chłopca, wspomina że w ostatni weekend przed tragedią, kiedy Wiktorek u niej spał, wszystko było dobrze. Chłopiec zachowywał się tak, jak zwykle. – Gdy Sylwia po niego przyjechała, też zachowywała się normalnie. Co się stało w tamtym lesie? Nie wiem. Zabrali tajemnicę do grobu – relacjonowała kobieta.Na sam koniec głos zabrał jeszcze sołtys, który postanowił ukrócić wszelkie domysły w tej sprawie i plotki, które wśród mieszkańców zaczęły rosnąć na sile. – Na prośbę rodziny, sołtys i Rada Sołecka wydali oświadczenie następującej treści: zwracamy się z prośbą do mieszkańców o zaprzestanie rozsiewania plotek związanych z tym wydarzeniem i pozwolenie bliskim w spokoju przeżywać żałobę – apelował sołtys Mateusz Ciołek w mediach społecznościowych.
Mimo że nie dowiedzieliśmy się, co oficjalnie stało za tym, czego dopuściła się kobieta, to w kuluarach mówiło się o jej licznych problemach osobistych, w tym relacjach damsko-męskich, których nie potrafiła w swoim życiu ułożyć. – Nie możemy zrozumieć, dlaczego doszło do tej tragedii – powiedział młodszy inspektor Andrzej Borowiak. - Wydaje nam się, że gdyby nasza koleżanka podzieliła się z kimkolwiek swoimi osobistymi problemami, to być może udałoby się uratować życie jej i jej syna – podsumował w mediach, wyraźnie poruszony.Niestety, wygląda na to, że prawda już nigdy nie ujrzy światła dziennego.
Szok! Urodziła żywe dziecko i wrzuciła je do ścieków. Ciało wypadło z beczkowozu. "Nie miał szans"
Jeden z pracowników oczyszczalni ścieków w Gierzwałdzie (gmina Grunwald) zauważył ludzki płód. Z najnowszych informacji, które uzyskali dziennikarze "Super Expressu", wynika że dziecko urodziło się żywe, a do porodu doszło w 5-6 miesiącu ciąży. Niestety, maluszek nie miał szans na przeżycie po tym, jak został wrzucony do ścieków, bez specjalistycznej pomocy medycznej. Prokuratura prowadzi swoje postępowanie. Znamy szczegóły.
Prokuratura w Ostródzie zna już wstępne wyniki sekcji zwłok. Do dalszych badań histopatologicznych pobrano również próbki płodu. Policja, pod nadzorem prokuratora, bada okoliczności sprawy i szuka matki dziecka. Według wstępnych ustaleń, maleństwo mogło urodzić się żywe w wyniku poronienia. Śledczy sprawdzają, czy do poronienia mogły przyczynić się osoby trzecie, na przykład poprzez podanie kobiecie tabletki wczesnoporonnej albo innej substancji. To jeden z kluczowych wątków, który interesuje prokuraturę.
Z ustaleń patologa wynika, że dziecko miało oderwaną pępowinę. Mogło przez krótki czas wykazywać oznaki życia, ale nie miało realnych szans na przeżycie bez natychmiastowej specjalistycznej pomocy medycznej. Płód trafił do systemu kanalizacyjnego jakiś czas przed ujawnieniem. Nie były to świeże zwłoki. To dodatkowo komplikuje śledztwo, podobnie jak ustalenie miejsca, z którego beczkowóz mógł zassać ciało.
Wiadomo, że pojazd pompował szlam z dwóch terenów zbiorczych. Na tym etapie nie da się jednoznacznie wskazać, z której miejscowości mogły pochodzić ścieki, w których znajdowało się ciało dziecka. Policja i prokuratura będą teraz odtwarzać trasę beczkowozu oraz sprawdzać, z jakich wsi mogły pochodzić nieczystości.Jeżeli uda się ustalić kto mógł doprowadzić do przerwania ciąży przez wywołanie poronienia, grozi mu do 3 lat więzienia. Za to przestępstwo nie odpowiada kobieta, która poroniła.W czwartek, 14 maja 2026 roku, około godziny 10:00 na terenie oczyszczalni ścieków w Gierzwałdzie (gmina Grunwald) rozbłysły koguty policyjnych radiowozów. Służby zostały wezwane na miejsce po tym, jak jeden z pracowników zauważył ludzki płód. Wypadł z beczkowozu podczas opróżniania szamba. Czy doszło do przestępstwa? Z ustaleń dziennikarzy "Super Expressu" wynika, że do urodzenia dziecka mogło dojść około 5-6 miesiąca ciąży. Sekcja zwłok, którą wykonano w piątek, 15 maja 2026 roku, wykazała że maleństwo urodziło się żywe, lecz nie miało szans na przeżycie bez specjalistycznej pomocy medycznej. Prawdopodobnie matka wyrzuciła zawiniątko do ścieków. Prokuratura w Elblągu ma wkrótce ujawnić więcej informacji. Na razie nikt nie został zatrzymany, wciąż trwają intensywne działania śledczych, które mają wyjaśnić okoliczności zdarzenia. Zostały też zlecone badania DNA martwego dziecka. Nasze nieoficjalne ustalenia wskazują na to, że postępowanie idzie w kierunku "spowodowania ewentualnego celowego poronienia", lecz zostanie to jeszcze sprecyzowane.