FOCH
2026/06/01
Wiele osób dziwi się, gdy o tym słyszy. Okropna prawda o przyciskach świateł na skrzyżowaniach
Wiele osób, będąc na mieście, dotyka przycisków świateł na skrzyżowaniach. Okazuje się, że to skupisko drobnoustrojów chorobotwórczych. Ogólnie rzecz biorąc co druga osoba doskonale o tym wie, ale przeważnie lekceważy ten paskudne realia. Niedawno pewien użytkownik TikToka zaprezentował, jak szacownym błędem jest niefrasobliwe dotykanie włączników. To nagranie wywołało spory chaos.Chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć, że w sferze publicznej bakterii jest na potęgę. Po powrocie do domu z pracy czy zakupów należy starannie umyć ręce. Ale dopiero gdy jakaś osoba zademonstruje nam naprawdę klarowny przykład nieczystości, łapiemy się za głowę i chcemy zmienić swoje przyzwyczajenia.
Podobny efekt wywarło na wielu użytkownikach nagranie pokazane na TikToku, które zamieścił Arkadiusz Jakubiak. Internauta postanowił zobaczyć, do jakiego stopnia zanieczyszczone są włączniki świateł na skrzyżowaniach, które są codziennie dotykane przez setki osób.
Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak skażone są przyciski świateł
TikToker pobrał próbkę z tego elementu, a następnie zrobił wymaz. Potem ulokował go w naczyniu ze specjalną pożywką na 2 doby. Po upływie tego czasu powstała tam kolonia bakterii. Zdaniem Jakubiaka są to drożdżaki (ale zaznaczył, że nie jest pewien na 100%). Gdy organizmy te dotrą do jamy ustnej mogą wywołać różne dolegliwości, w tym owrzodzenie. Ekspert radzi, aby nie macać swojej twarzy dłońmi, które przed chwilą miały styczność z przyciskiem na światłach. Zaleca także, by zawsze nosić w kieszeni czy torebce żel antybakteryjny.Przycisków najnowszej generacji wcale nie musimy dotykać, ale niestety nie w każdym mieście takie są. Jak sobie wtedy pomóc? Istnieje kilka opcji, które pozwolą nam zabezpieczyć się przed stycznością z zarazkami. Jeżeli nie zamierzasz dotykać włącznika gołą ręką, to możesz użyć osłoniętego przez odzież nadgarstka, a nawet łokcia. Niezłym pomysłem jest dotykanie guzika przez chusteczkę albo rękawicę ochronną. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby po każdym kontakcie z niehigienicznym urządzeniem zaaplikować na dłonie żel antybakteryjny.
Wyjmij to z portfela. Przyciąga pecha i biedę
Wiele przesądów związanych jest z zupełnie nową portmonetką. Podobno może ona zafundować nam dostatek albo biedę, szczególnie gdy dostajemy ją od kogoś jako podarunek. Jeśli mamy zamiar obdarzyć bliską osobę prezentem w postaci portfela, nie powinien on być pusty. Nie jest to dobry znak i może spowodować, że osoba, która go dostanie, znajdzie się w złej sytuacji materialnej. Z tego względu do sakiewki należałoby wrzucić nawet symbolicznego grosza. Zapewni to fart i dostatek.
Jeszcze jeden zabobon dotyczy tego, co sami nosimy w portmonetce. Chodzi o fotografie. Niektórzy mają je zawsze przy sobie, ale okazuje się, że to zły pomysł. Możemy przez to nawet popaść w tarapaty finansowe. Aczkolwiek ten przesąd nie dotyczy wszystkich zdjęć.Z portfela muszą bezapelacyjnie zniknąć wyłącznie fotografie osób, które popadły w długi lub często proszą nas o pożyczkę. Jeśli to zbagatelizujemy i zdjęcia zostaną, możemy ściągnąć na siebie pecha, a co za tym idzie – problemy z wypłacalnością.Poza tym wizerunki takich ludzi nie skłonią ku nam dobrej energii – wprost przeciwnie. Na tym nie koniec. Według niektórych guseł należy wyciągnąć z sakiewki przestarzałe paragony, bo powstrzymują one korzystną energię. Wyrzucić trzeba również niepotrzebne karty lojalnościowe. Pecha może przyciągnąć jeszcze jedna rzecz.
Według przesądów barwa portfela ma duże znaczenie. Brązowej lub czarnej lepiej się wystrzegać, bo przywołuje niekorzystną energię. Zupełnie odwrotnie jest z portmonetkami w kolorze czerwonym i niebieskim – one powinny skupiać dobrobyt.
Sondaż. KO „zwycięża” jak PiS w 2023 roku – na czele, ale bez władzy
Według najnowszego sondażu Instytutu Badań Pollster dla „Super Expressu” zarówno Koalicja Obywatelska, jak i Prawo i Sprawiedliwość odnotowały spadki poparcia, podczas gdy Konfederacja oraz Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna zyskały na popularności. Poza stałymi liderami polskiej sceny politycznej oraz obiema konfederacjami do Sejmu dostałaby się jeszcze Lewica.W nowym badaniu KO uzyskała 33 proc. poparcia – o 2,8 punktu procentowego mniej niż w poprzednim badaniu tej samej pracowni. PiS odnotowało wynik 26,7 proc., co oznacza spadek o 2 punkty procentowe. Przewaga KO nad PiS nadal wynosi ponad 6 punktów procentowych.
Zamykająca podium Konfederacja Sławomira Mentzena i Krzysztofa Bosaka zdobyła 13,3 proc. (wzrost o 1,6 pkt proc. względem poprzedniego badania), a Lewica – 7,8 proc. (wzrost o 0,6 pkt proc.). Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna uzyskała 7 proc. poparcia, notując wzrost o 1,5 pkt proc. Dystans między ugrupowaniem Brauna a Lewicą skurczył się do niespełna 1 punktu procentowego w stosunku do badania Instytutu z ubiegłego miesiąca.Pod progiem wyborczym znalazły się Partia Razem z wynikiem 4,8 proc., PSL – 4,3 proc. oraz Polska 2050 – 2,7 proc.
Sondaż OGB: KO z 10-procentową przewagą nad PiS. Możliwa koalicyjna większość PiS-u i dwóch Konfederacji
Zbliżony obraz sceny politycznej wyłania się z badania Ogólnopolskiej Grupy Badawczej opublikowanego kilka dni wcześniej. Według OGB KO uzyskałaby 38,89 proc. poparcia, PiS – 27,03 proc., Konfederacja – 11,76 proc., Konfederacja Korony Polskiej – 9,32 proc., a Nowa Lewica – 5,2 proc. W tym badaniu PSL i Polska 2050 również nie przekroczyłyby progu wyborczego.Podział mandatów na podstawie sondażu Ogólnopolskiej Grupy Badawczej:KO – 214,
PiS – 143,
Konfederacja – 53,
KKP – 43,
Nowa Lewica – 7.
PiS-Konfederacja-KKP – 239
KO-Lewica – 221
PO-PiS – 357
Większość – 231+
Źródło: Instytut Badań Pollster / OGB
"My możemy zostać, dziecko już nie". Ukraińskie rodziny w strachu przed lipcem
Ukraińskie dzieci od lipca mogą zostać pozostawione same sobie - alarmują organizacje pozarządowe, które od lat pomagają cudzoziemcom w Polsce. Chodzi o tych, którzy przyjechali do naszego kraju w obliczu pełnoskalowej wojny i - razem z rodzicem czy rodzicami - mieszkają w tzw. ośrodkach zbiorowego zakwaterowania. Jeśli mama jest np. osobą z niepełnosprawnością, dalej będzie mogła tam mieszkać, ale dziecko - już nie. Ośrodek zbiorowego zakwaterowania w Bystrzejowicach - około 20 kilometrów od Lublina - jest prowadzony przez Bractwo Miłosierdzia im. Brata Alberta. Gdy w 2022 roku wybuchła pełnoskalowa wojna, trafiły tu rodziny z dziećmi z bardzo różnych zakątków Ukrainy. Dziś mieszkają tu głównie seniorzy i osoby z niepełnosprawnościami. To na przykład pan Roman z żoną i 12-letnim synem Swiatosławem. Rodzice mają orzeczenia o niepełnosprawności. Są w Polsce ponad cztery lata i - jak mówi nam pan Roman - dobrze im się tu mieszka. - Gdy przyjechaliśmy, syn był jeszcze dzieckiem, miał niecałe 8 lat. Dziś to już poważny nastolatek - opowiada mężczyzna. Nasi rozmówcy są jednak w niepewności, co będzie dalej, bowiem od lipca wchodzą w życie kolejne przepisy z ustawy wygaszającej pomoc dla uchodźców wojennych z Ukrainy. W ich efekcie w ośrodkach zborowego zakwaterowania nie będą mogły mieszkać dzieci. Dowiedzieliśmy się, że znów zmienia się prawo i że my - rodzice - możemy w ośrodku pozostać, ale nasz syn już nie. A przecież nie możemy dopuścić do tego, by nas rozdzielono. To w ogóle nie wchodzi w grę - mówi nam pan Roman. Razem z żoną podjęli więc decyzję, że wrócą do Ukrainy. - Nie mamy wyjścia. Tam trwa wojna, bywa niebezpiecznie, latają rakiety, ale trudno. Trzeba jakoś spróbować budować nasze życie. Nie możemy być tutaj w ciągłej niepewności - dodaje. Anna Bylicka, która kieruje ośrodkiem zbiorowego zakwaterowania w Bystrzejowicach, potwierdza: "Od 1 lipca w takich ośrodkach jak nasz, będą mogły mieszkać osoby niepełnosprawne, kobiety powyżej 60. roku życia, mężczyźni powyżej 65. roku życia, kobiety w ciąży oraz osoby wychowujące dziecko do 12. miesiąca życia. Niestety w katalogu tym zabrakło dzieci".
Pan Roman ma apel do polskich władz
- My na szczęście mamy dokąd wracać, ale w Polsce jest wiele ukraińskich rodzin, których domów już tam nie ma. Dlatego apeluję, by jeszcze raz przemyśleć te przepisy: by nie trzeba było rozdzielać rodzin. Bo gdzie te dzieci mają zamieszkać? Dla mnie to niewyobrażalne i nielogiczne. Gdyby było na sto procent pewne, że my możemy dalej być tutaj razem i wszystko będzie w porządku, to byśmy zostali. A tak musimy spróbować czegoś innego - opowiada pan Roman. Anna Bylicka przyznaje, że też nie rozumie decyzji rządzących. - Jest bardzo nieprzemyślana, niesprawiedliwa, szczególnie dla tych dzieci, które powinniśmy chronić. One są najsłabsze, same się nie obronią, nie pójdą do pracy, nie zapewnią sobie utrzymania, a my tak naprawdę wykluczyliśmy je z bezpiecznego świata - uważa.
Co zrobić z tymi dziećmi?
W ośrodkach zbiorowego zakwaterowania wciąż mieszka ok. sześciu tysięcy ukraińskich dzieci. Od lipca będą mogły zostać tyko te, które nie skończyły roku. - Co z pozostałymi? - pyta Milena Kloczkowska ze Stowarzyszenia Homo Faber. Jej zdaniem zapisy ustawy są absurdalne, a przedstawiciele NGO'sów od dawna o tym alarmują.
- Znam przypadek dwójki rodziców, którzy mają już orzeczone w Polsce stopnie niepełnosprawności, a ich dziecko jest zdrowe. W efekcie oni zachowują prawo do zamieszkiwania [w ośrodku], ale dziecko już nie. Mamy też babcię, która opiekuje się wnukami, bo ich mama zmarła. I ta babcia zachowuje prawo do mieszkania w zbiorowym ośrodku bezpłatnie, ale dzieci już nie. To ogromny problem - przekonuje Kloczkowska. Nawet gdyby myśleć o jakimś komercyjnym podnajęciu, to też nie będzie łatwe. Kwoty są wysokie. Słyszymy, że właściciele ośrodków za pobyt dzieci od lipca chcą dwóch tysięcy złotych [miesięcznie], a nawet więcej. Z czego ci ludzie mają to zapłacić? - zastanawia się nasza rozmówczyni.
Problem z dziećmi nie jest pierwszy
Od 5 marca - gdy weszła w życie ustawa wygaszająca pomoc - bez ubezpieczenia zdrowotnego pozostała rzesza uchodźców z Ukrainy. To osoby chore onkologicznie, dializowane, seniorzy. Chodzi o wszystkich tych, którzy nie mieszkają w zbiorowych ośrodkach. Z dnia na dzień stracili możliwość leczenia się w Polsce, o czym pisaliśmy na naszym portalu. By im pomóc, redakcja OKO.press - wspólnie z Polskim Forum Migracyjnym - zorganizowały zbiórkę na ten cel. Do dziś udało się zebrać ponad 1,8 miliona złotych.
Ceny paliw w długi weekend. "Psychologiczny próg" na horyzoncie. "To możliwe"
Mamy dobre informacje dla portfeli kierowców. Maksymalne ceny paliw w ostatnim tygodniu wyraźnie spadły. W ten sposób, taniejąca na światowych rynkach ropa naftowa przekłada się na sytuację na stacjach. A to nie koniec. W najbliższych dniach, czyli w nadchodzący długi weekend, prawdopodobnie będziemy tankować benzynę i diesla jeszcze taniej. Dobre wiadomości są też dla tankujących autogaz: nie spełnił się czarny scenariusz 4 złotych za litr tego paliwa. Te dobre wiadomości przyćmiewa jednak wysokość rachunku, który zapłaciliśmy za trzy miesiące drogich paliw przez wojnę na Bliskim Wschodzie.Taniejącą na globalnych rynkach ropę naftową już wyraźnie odczuwamy w naszych kieszeniach: w ostatnim tygodniu maksymalna cena benzyny 95 spadła o ponad 40 groszy za litr, a oleju napędowego o ponad 50 groszy za litr. Tym samym średnia cena diesla - jak zauważa Biuro Analityczne Reflex - jest najniższa od wybuchu wojny na Bliskim Wschodzie, czyli od momentu w którym ceny paliw wystrzeliły.Rząd w ostatnich dniach zdecydował się na przedłużenie programu paliwowego CPN, dzięki któremu - jak podają analitycy Refleksu - ceny paliw w Polsce są nadal prawie najniższe w całej Unii Europejskiej, taniej jest tylko na Malcie. Cena ropy naftowej spadła w ostatnim czasie nawet do okolic 90 dolarów za baryłkę, na fali nadziei na uspokojenie sytuacji w rejonie Zatoki Perskiej i odblokowania Cieśniny Ormuz, kluczowej dla transportu jednej piątej światowych dostaw surowca pochodzącego z krajów Bliskiego Wschodu.Chociaż przywrócenie pełnego ruchu na tej kluczowej trasie morskiej może potrwać nawet miesiąc, to rynek naftowy jest pełen optymizmu na powrót do względnej normalności. I to już przekłada się na ceny, które widzimy na stacyjnych dystrybutorach.
Na stacjach może być taniej
I będzie przekładać się dalej: analitycy szacują, że właśnie na długi weekend cena benzyny spadnie poniżej psychologicznego progu 6 złotych. - To możliwe, że ceny spadną jeszcze o kolejnych 5-8 groszy. Oczywiście z tym zastrzeżeniem, że na rynkach na rynku naftowym nie wydarzy się coś nieprzewidywanego - mówił w TOK FM Grzegorz Maziak, analityk e-petrol.pl.To może oznaczać, że na długi weekend maksymalna cena benzyny spadnie do okolic 5,90 zł, olej napędowy do okolic 6,25-6,30 zł za litr. Te nadchodzące obniżki widać już w cenach hurtowych.
A co z gazem?
W rządowym pakiecie paliwowym nie ma autogazu LPG, ale i dla niego prognozy są dobre, chociaż wciąż jest dużo droższy niż na początku roku. Przeciętnie litr tego paliwa kosztuje 3,62 zł i w najbliższym tygodniu może dalej się obniżyć o mniej więcej 5 groszy na litrze. - Autogaz wciąż jest o mniej więcej 1 złoty droższy niż na początku roku, ale czarny scenariusz czterozłotowych cen LPG na stacjach się nie zrealizował i w najbliższych dniach też się nie zrealizuje - podkreśla Grzegorz Maziak z e-petrol.pl.
Tyle zapłaciliśmy już za wojnę Trumpa
Informacje dla tankujących samochody są więc wyraźnie lepsze, choć ten optymizm nieco przyćmiewa rachunek, jaki wystawiła nam wojna na Bliskim Wschodzie - właśnie w postaci droższych paliw. - Ten przekracza już 10 miliardów złotych dodatkowych dla polskiej gospodarki, które zapłaciliśmy za to, że jesteśmy tak uzależnieni od ropy - mówił w TOK FM Michał Hetmański z Fundacji Instrat. Jak wylicza fundacja w swoim opracowaniu, za trzy miesiące drogich paliw najwięcej, bo 5,5 mld zł zapłaciły firmy transportowe i przewozowe tankujące diesla do swoich samochodów, bo tylko w części korzystają na rządowym pakiecie CPN - dla nich cena paliwa wzrosła przeciętnie o 1,80 zł za litr. Łagodniej drogie paliwa uderzyły w kierowców prywatnych samochodów na benzynę, bo w ich przypadku średnia podwyżka sięgnęła 40 groszy za litr, a łączny koszt droższych paliw sięgnął 2,5 mld zł. Za to wszyscy zapłaciliśmy za utrzymywanie pakietu CPN, który kosztuje państwową kasę około 1,5 mld zł miesięcznie.