2026/09/25

Kierowca autobusu wpadł w szał?! Pasażerowie wysiedli w obawie o swoje życie

 Sceny grozy w miejskim autobusie w Poznaniu. Kierowca linii 322 miał wdać się w awanturę z pasażerami, szarpać dwóch mężczyzn i wyrzucić z pojazdu jednego z podróżnych. Jak relacjonuje pasażerka, część osób w obawie o swoje bezpieczeństwo wysiadła na najbliższym przystanku. Sprawą zainteresował się portal epoznan.pl, który dotarł do nagrań z incydentu. MPK Poznań zapowiedziało konsekwencje służbowe wobec kierowcy.

Do niepokojącego zdarzenia doszło w ubiegłym tygodniu w autobusie linii 322 w Poznaniu. Jak informuje portal epoznan.pl, kierowca miał zachowywać się agresywnie wobec pasażerów. Jedna z kobiet, która była świadkiem sytuacji, opowiedziała portalowi o przebiegu awantury.Z relacji pasażerki wynika, że wszystko zaczęło się od młodego mężczyzny, który podróżował z rowerem i podczas jazdy siedział na nim. Kierowca miał podejść do pasażera, użyć wobec niego wulgarnych słów, a następnie szarpać go i wypchnąć z autobusu.

Na tym jednak awantura miała się nie zakończyć. Według relacji świadkini kierowca miał zwracać się agresywnie również do pozostałych pasażerów. Miał także szarpać dwóch mężczyzn, którzy próbowali go uspokoić.

Pasażerka twierdzi, że kierowca po chwili wrócił za kierownicę, nadal krzycząc na podróżnych. Według jej relacji podczas prowadzenia autobusu odwracał się w stronę pasażerów. Gdy minął mężczyznę z rowerem, miał również trąbić i pokazać mu środkowy palec.

Część pasażerów miała poczuć się na tyle zagrożona, że wysiadła z autobusu na najbliższym przystanku w rejonie Pestki. Kobieta, która opisała sytuację portalowi epoznan.pl, zadzwoniła również pod numer alarmowy. Jak relacjonowała, ostatecznie została poinformowana, że powinna zgłosić sprawę na komisariacie. Pasażerka złożyła zawiadomienie.

Portal epoznan.pl otrzymał także nagrania dokumentujące incydent i zwrócił się o komentarz do Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego w Poznaniu.MPK podkreśliło, że kierowcy mają obowiązek zachowywać się wobec pasażerów i innych uczestników ruchu grzecznie, kulturalnie i z godnością. Swoje uprawnienia powinni natomiast egzekwować stanowczo, ale jednocześnie opanowanie i zgodnie z zasadami etyki zawodowej.

– Po analizie m.in. zapisów monitoringu należy stwierdzić jednoznacznie: nie ma przyzwolenia na takie zachowanie kierowcy autobusu – przekazała w rozmowie z portalem Agnieszka Smogulecka, rzeczniczka MPK Poznań.

Jak dodała, przełożeni kierowcy podjęli decyzję o wyciągnięciu wobec niego konsekwencji służbowych. MPK nie poinformowało, na czym dokładnie będą one polegały.


 


 



 

"Zrobiliśmy to, bo była brzydka". Bracia z Augustowa wykorzystali i zabili 29-letnią Anetę. Zepchnęli ją do rzeki

 „Zrobiliśmy to, bo była brzydka” – w tak bestialski sposób bracia z Augustowa tłumaczyli, czemu wykorzystali i pozbawili życia 29-letnią Anetę. Tomasz i Paweł S. nie mieli dla swojej ofiary żadnej litości, byli wyjątkowo brutalni. Obrażenia na ciele kobiety były tak rozległe, że nawet gdyby szybko otrzymała pomoc lekarską, uratowanie jej graniczyłoby z cudem. To, co spotkało Anetę, jest przerażające na wielu poziomach.

Aneta wychowała się we wsi Pieńki pod Bargłowem Kościelnym. Marzyła o znalezieniu wielkiej miłości, chciała założyć własną rodzinę i wieść spokojne życie. Wybrała nawet miasto, w którym chciała osiąść na stałe: Augustów w województwie podlaskim. Wynajmowała tam niewielki pokój, pracowała jako sprzątaczka w jednym z miejscowych urzędów. Na co dzień była dobra i zawsze uśmiechnięta, taką przynajmniej zapamiętała ją mama, pani Henryka, która w rozmowie z „Super Expressem” opowiadała, że po śmierci córki ta śni jej się po nocach. - Nic mi jej nie zwróci, ani przeprosiny tych bandytów i ich rodziców, ani ten wyrok – podkreślała po latach. Bo jej córkę spotkał okropny los, na który w żadnym stopniu nie zasłużyła.

Próbowała wyrwać się i uciec, ale byli silniejsi. Zaciągnęli Anetę na bulwary nad rzeką

Do wstrząsających wydarzeń w Augustowie doszło w nocy z 13 na 14 października 2008 roku. Według niektórych medialnych doniesień, Aneta tego wieczoru postanowiła rozerwać się na zabawie, organizowanej przez jedną z dyskotek. Miała iść potańczyć i miło spędzić czas, może poznać kogoś nowego. W programie „Interwencja” Polsatu precyzowano, że nie dyskoteka była celem samym w sobie, a randka z chłopakiem poznanym przez internet. Aneta miała być z nim umówiona, ale nie dotarła na miejsce. Drogę z deptaka w centrum Augustowa do miejsca nad rzeką Netta przecięli jej nagle dwaj bracia: Tomasz i Paweł S. Mieli ją omamić, chwycić pod ręce i zabrać okulary, bez których prawie nic nie widziała. Była ufna, lubiła ludzi i chciała widzieć w nich dobro. Tym razem intuicja podpowiadała jej, by miała się na baczności. Niemal od razu wpadła w panikę, bo nie znała mężczyzn, a ci coraz śmielej ją obłapiali. Gdy zorientowała się, że to nie są żarty, a mężczyźni mają wobec niej złe zamiary, próbowała się wyrwać i uciec. Bezskutecznie.Zwyrodnialcy zaciągnęli 29-latkę na bulwary nad rzeką, gdzie rozegrał się prawdziwy koszmar. Kobieta krzyczała, wołała o pomoc, lecz w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby jej tej pomocy udzielić. Oprawcy zdarli z niej ubrania, bili pięściami po twarzy i głowie, kopali po całym ciele, a następnie wykorzystali ją seksualnie. Po wszystkim Aneta miała nadzieję, że będzie mogła odejść. Błagała ich o litość, obiecywała, że nikomu nic nie powie. Lecz ci mieli inne plany.

Najpierw wyjęli z jej torebki kartę bankomatową i zażądali podania PIN-u. Aneta wiedziała, że jeśli to zrobi, przestanie być im potrzebna i mogą ją zabić, więc odmówiła. Wtedy oprawcy znowu się na nią rzucili. - Przemocą chcieli ten PIN od niej wyciągnąć – relacjonował pan Jarosław, brat napadniętej dziewczyny, cytowany w programie „Interwencja”. W tej samej stacji Józef Murawko z Prokuratury Okręgowej w Suwałkach opowiadał, że kobieta miała obrażenia od głowy do stóp: z przodu, z tyłu, z boku, nie mówiąc już o złamaniach czaszki. - Chyba tylko raz zetknąłem się w swojej karierze z tak okrutną zbrodnią – opowiadał poruszony prokurator.Mężczyźni nie zważali bowiem na błagania Anety. Znowu ją pobili, a kiedy straciła przytomność, jeszcze żywą i bez ubrań, wepchnęli do rzeki Netta. Następnego dnia, z samego rana, na ciało unoszące się w wodzie natrafił rzekomo przypadkowy przechodzień, który wezwał służby. Sekcja zwłok wykazała, że 29-letnia kobieta zmarła w wyniku utonięcia, lecz biegli nie mieli wątpliwości, że obrażenia na jej twarzy oraz ciele były tak rozległe, że nawet gdyby szybko otrzymała pomoc lekarską, uratowanie poszkodowanej graniczyłoby z cudem. Skala agresji i brutalnej siły użytej wobec Anety była kolosalna.

Funkcjonariusze byli wstrząśnięci tym, co się stało. Tak okrutnej zbrodni nie było od lat

Sprawcy pozostawali natomiast nieuchwytni na początku śledztwa. Funkcjonariusze przez pół roku nie potrafili złapać tych, którzy zabili Anetę. Ustalenie, że byli to bracia z Augustowa, zajęło mundurowym kilka miesięcy. Pomogło zaangażowanie specjalnej grupy policjantów z Augustowa i Białegostoku, ale też nagłośnienie sprawy w mediach, ponieważ o poszukiwaniach oprawców zaczęli pisać dziennikarze z całej Polski. Na policję zgłaszali się wówczas coraz to nowsi świadkowie, dostarczający kryminalnym kolejnych  .Finalnie funkcjonariusze trafili na właściwy trop morderców – bracia Tomasz i Paweł S. zostali zatrzymani, a niedługo później zasiedli na ławie oskarżonych w Sądzie Okręgowym w Suwałkach. Tam zachowywali się tak, jakby mieli rozdwojenie jaźni. Z jednej strony płakali i przepraszali rodzinę Anety, a z drugiej bez żadnych zahamowań wypowiedzieli słowa, które szeroki echem odbiły się w całej Polsce: „zrobiliśmy to, bo była brzydka”. Trudno mówić o wyrażaniu skruchy, gdy ktoś używa obelg i sformułowań pozbawionych szacunku wobec ofiary.

Reporterzy „Interwencji” ustalili, że starszy z braci, Tomasz, kilka dni przed zbrodnią wziął ślub, a wcześniej został ojcem. To nie przeszkodziło mu w dokonaniu tych wszystkich okropnych rzeczy razem z młodszym bratem, i to z tak odrażających, niskich pobudek.W toku śledztwa i kolejnych rozpraw okazało się, że mężczyzna, który znalazł zwłoki Anety, to kolega jednego z oprawców. Ten wrócił z nim bowiem na miejsce zbrodni, udając, że po prostu chciał przejść się nad rzekę. Udawał przed znajomym, że o niczym nie wiedział i wspólnie odnaleźli ciało. Nie chciał jednak osobiście dzwonić na policję, to mogło być zbyt podejrzane, więc poprosił o wykonanie telefonu kolegę, a ten – niczego nieświadomy – posłuchał.

- Jak przeczytałem akta, to jakoś intuicyjnie chciałem ustalić, kto to był. Z zainteresowaniem odznaczałem, kogo tam policja przesłuchała. Jeszcze policjantom powiedziałem: nie zdziwcie się, jeżeli natraficie na sprawcę, on od razu będzie czekał na was. I tak było – opowiedział prokurator Józef Murawko w rozmowie z Polsatem.Postawienie braci z Augustowa przed sądem nie należało do zadań prostych. Padający tej nocy deszcz zatarł bowiem większość śladów. Przy barze znajdowała się co prawda kamera, która mogła zarejestrować oprawców Anety, ale niestety uległa ona awarii i niczego nie nagrała. To właśnie za sprawą świadka, kolegi Pawła, który przyznał się, że ten był z nim w momencie odkrycia zwłok, doszło do przełomu. Młodszy z braci został przesłuchany i, przyciśnięty przez policjantów. przyznał się do tego, że zabił Anetę razem z Tomaszem. Potem agresorzy poszli się dalej bawić na mieście, jak gdyby nigdy nic. Ten drugi musiał zostać ściągnięty z zagranicy, gdyż krótko po popełnieniu zbrodni wrócił do pracy w Anglii. - Nie podejrzewałam go o coś takiego. Moim zdaniem po trzech piwach, to on na pewno nie mógł tego zrobić – twierdziła koleżanka ze szkoły Pawła S. w rozmowie z „Interwencją”.Mężczyźni, których prokuratura postawiła w stan oskarżenia przed sądem, przyznali się do pobicia młodej kobiety. Do końca twierdzili jednak, że sama zgodziła się na stosunek płciowy. Przekonywali nawet, że do lodowatej rzeki wskoczyła samodzielnie, bez powodu. Sąd nie dał jednak wiary ich tłumaczeniom.Tymczasem 29-letnia Aneta spoczęła na cmentarzu parafialnym w Bargłowie Kościelnym. Rodzice kobiety, gdy przyjdzie ich czas, spoczną tuż obok, w przygotowanym zawczasu grobowcu – tak mówili w „Super Expressie” na krótko po tragicznych wydarzeniach.

Wyrok w tej sprawie zapadł niecałe dwa lata od zbrodni, w maju 2010 roku. Marcin Walczuk, sędzia Sądu Okręgowego w Suwałkach, odczytał uzasadnienie i decyzję, zgodnie z którą oskarżeni Tomasz S. i Paweł S. zostali uznani za winnych zarzucanych im czynów.

- Działali wspólnie i w porozumieniu, w zamiarze bezpośrednim pozbawienia życia Anety Sz. - podkreślał sędzia. I choć opinia publiczna uważała, że za tak bestialską zbrodnię, popełnioną z niskich pobudek i ze szczególnym okrucieństwem, oskarżeni powinni usłyszeć karę dożywocia, to tak się ostatecznie nie stało. Zamiast tego, sędzia pierwszej instancji zdecydował, że mężczyźni spędzą w więzieniu 25 lat więzienia. Prokuratura nie zgadzała się z takim werdyktem i zaskarżyła wyrok. - Starszy z braci powinien usłyszeć karę dożywocia – uzasadniano, wskazując na liczne dowody, pokazujące skalę okrucieństwa i udział mężczyzn w zbrodni.Od wyroku odwołała się jednak także obrona, która twierdziła, że 21-latek i 24-latek powinni zostać potraktowani łagodniej, bo wyrazili skruchę i przeprosili rodzinę ofiary. Białostocki sąd, który rozpatrywał zażalenia, odrzucił oba wnioski. - Zabójstwo było wyjątkowo brutalne, ale kara wskazana w pierwszej instancji powinna być wystarczająca – podkreślono.Tym samym, już prawomocnie, Tomasz S. i Paweł S. zostali skazani na karę 25 lat więzienia. O przedterminowe zwolnienie będą mogli ubiegać się dopiero po 15 latach odsiadki, więc jest to minimalny czas, jaki musieli spędzić za kratami. W przypadku tego typu okrutnych morderstw szansa na to, że wyjdą wcześniej jest jednak znikoma, co oznacza, że z więzienia mężczyźni wyjdą prawdopodobnie dopiero w 2035 roku.


NA WESOLO

 






Godzinami dręczyli Roberta. Przypalali rozgrzaną maczetą, brutalnie bili, kazali klękać i udawać psa

 Koszmar pana Roberta trwał wiele godzin. Napadli go sprawcy w wieku od 17 do 39-lat, a następnie brutalnie pobili. Znęcając się nad poszkodowanym, podpalili na nim ubranie, a następnie rozebrali go, billi po całym ciele, straszyli obcięciem palców sekatorem, przypalali rozgrzaną maczetą i zmuszali do poniżającego zachowania. Na koniec wrzucili 44-latka do rowu przy drodze.


Do wstrząsających wydarzeń doszło dokładnie 31 sierpnia 2025 roku. Oprawcy zauważyli Roberta W. przy lesie w miejscowości Spiczyn, kilkanaście kilometrów od Lublina. Mężczyzna spacerował akurat drogą, kiedy dostrzegli go z wnętrza samochodu marki Seat, którym się poruszali. 21-letni Artur P. oraz 24-letni Jakub Sz. wyskoczyli z pojazdu i rzucili się na ofiarę. Bili pięściami i kopali, a na koniec wepchnęli do bagażnika auta. To jednak nie był finał ich bestialskich działań, bo agresorzy przetransportowali Roberta W. kilka kilometrów dalej, do miejscowości Nowogród, gdzie zatrzymali się nad rzeką Wieprz i w ustronnym miejscu dalej znęcali się nad pokrzywdzonym. Do napastników dołączyły też trzy kolejne osoby, bardzo młode: 19-letni Kacper K., 17-letni Filip P. oraz 39-letni Mołdawianin Anatolii R.Jak ustalili śledczy, podejrzani bili 44-latka pięściami i kijem, kopali po głowie oraz całym ciele. Artur P. przy pomocy długiej maczety przypalał Roberta W., rozgrzewając wcześniej ostrze w ognisku. Jakub Sz. przykładał ponadto sekator do siłą prostowanych palców mężczyzny, grożąc ich obcięciem. Na ciele poszkodowanego gaszono również papierosy i przypalano go zapalniczką. 

- Oskarżeni zmusili pokrzywdzonego do rozebrania się do samej bielizny, a jego odzież, buty oraz telefon komórkowy spalili w ogniskach. Zmuszali go do poruszania się na czworakach wzdłuż rzeki, wydawania odgłosów psa, wycia, robienia pompek i klaskania. Ponadto opluwali go po twarzy i kierowali pod jego adresem groźby pozbawienia życia poprzez utopienie – wylicza prokurator Marcin Kozak, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Lublinie, cytowany przez Radio Zet.Powodem takiego zachowania napastników miała być kradzież, której 44-latek rzekomo dopuścił się kilka lat wcześniej. - Oskarżeni działali z góry powziętym zamiarem, a celem ich działań było zmuszenie pokrzywdzonego Roberta W. do przyznania się do kradzieży motocykla na szkodę Artura P. lub wyjawienia jej sprawców – dodawał prokurator Kozak. Co istotne, według śledczych pokrzywdzony nie znał swoich oprawców, nie byli znajomymi, mieszkali tylko w tej samej miejscowości. Wygląda na to, że Robert stał się ich przypadkową ofiarą.

Wrzucili Roberta w samej bieliźnie do rowu, ale zdołał się wydostać i wezwać pomoc. "Obrażenia poszkodowanego były bardzo poważne"

Koszmar Roberta W. trwał przez co najmniej kilka godzin. Na sam koniec jego oprawcy wrzucili mężczyznę w samej bieliźnie do przydrożnego rowu, wcześniej znowu wpychając go do bagażnika i odwożąc z powrotem do Spiczyna. Ekspertyza lekarska wykazała, że obrażenia, których doznał 44-latek, były bardzo poważne. Doszło między innymi do złamania kości potylicznej, żeber, oparzenia ramienia i przedramienia, urazu głowy i tułowia. Na ciele odnotowano też wiele stłuczeń, zadrapań i siniaków. Mimo tego wszystkiego, Robert resztkami sił zdołał wydostać się z pułapki i uciec. Dotarł do domu, a następnie zadzwonił na pogotowie i policję. Do zatrzymania podejrzanych doszło jeszcze tego samego dnia. Najpierw wpadli czterej sprawcy, później ostatni, 39-letni wówczas Mołdawianin.Mężczyźni usłyszeli prokuratorskie zarzuty dotyczące pozbawienia wolności połączonego ze szczególnym udręczeniem oraz pobicia z użyciem niebezpiecznych przedmiotów, a także zmuszanie do określonego, poniżającego zachowania. Szczegółowe odtworzenie przebiegu całej sytuacji było możliwe dzięki temu, że mężczyźni nagrywali ją telefonami komórkowymi oraz robili zdjęcia. Sami dostarczyli więc na siebie dowody. W czasie przesłuchań tylko częściowo przyznali się do zarzutów. Każdy z nich umniejszał też swoją rolę w całym zdarzeniu.

Jak podaje Radio Zet, proces oskarżonych rozpoczyna się w piątek, 25 września 2026 roku, przed Sądem Okręgowym w Lublinie. Za zarzucane zbrodnie oskarżonym grozi od pięciu do 25 lat więzienia. 22-letni Artur P. i 40-letni dziś Anatolii R. będą odpowiadali w warunkach recydywy. Czterech oskarżonych od momentu zatrzymania, czyli ponad roku, przebywa w tymczasowym areszcie. - Najmłodszy z nich, 18-letni Filip P., będzie odpowiadał z wolnej stopy. Wobec nieletniego, w czasie popełniania przestępstwa mężczyzny, zastosowano dozór policji, poręcznie majątkowe w wysokości 25 tys. zł i zatrzymano paszport - czytamy w doniesieniach.

Postępowanie sądowe może jeszcze potrwać wiele miesięcy.





Neurochirurg pozwoliła swojej 13-letniej córce wiercić w czaszce pacjenta: ofiara dowiedziała się o wszystkim kilka miesięcy później z prasy

 

33-letni pracownik leśny doznał poważnego wypadku po uderzeniu przez gałąź w austriackim lesie. Został helikopterem przetransportowany do Szpitala Uniwersyteckiego w Grazu ze złamaniem czaszki, nie wyobrażając sobie, co wydarzy się na sali operacyjnej.Podczas pilnej  operacji neurochirurg kierująca zabiegiem pozwoliła swojej 13-letniej córce wejść do środka. Według ustaleń prokuratury dziewczynka użyła nawet wiertarki chirurgicznej, aby zrobić otwór w czaszce pacjenta. Lekarka przyznała później, że wpuszczenie córki było „największym błędem w jej życiu”, choć utrzymywała, że przez cały czas  operacja odbywała się pod ścisłym nadzorem medycznym.

Chociaż zabieg nie spowodował żadnych dodatkowych bezpośrednich następstw, mężczyzna spędził 11 dni na oddziale intensywnej terapii i przez dłuższy czas nie był zdolny do pracy. Najbardziej niezwykłe jest to, że nie wiedział, co wydarzyło się podczas jego operacji, aż do kilku miesięcy później, kiedy przeczytał o tym w prasie. W listopadzie 2024 roku prokuratura zakończyła postępowanie karne po zawarciu z ofiarą porozumienia w sprawie odszkodowania finansowego, a chirurg i obecny przy tym kolega zostali zwolnieni z placówki medycznej .