2026/04/07

35-latek zgotował piekło rodzinie. Dziecko ruszyło na ratunek rodzeństwu, doznało obrażeń

 Mieszkaniec Czerwińska nad Wisłą zamienił życie swoich bliskich w koszmar, stosując przemoc fizyczną i słowną. Agresja 35-latka sięgnęła zenitu, a jedno z dzieci musiało stanąć w obronie maltretowanego rodzeństwa, co przypłaciło obrażeniami.

Domowa awantura w Czerwińsku nad Wisłą

Do dramatycznych wydarzeń doszło 1 kwietnia w gminie Czerwińsk nad Wisłą. 35-latek urządził awanturę, podczas której znęcał się nad partnerką, jej matką oraz dziećmi. Policjanci natychmiast pojawili się na miejscu, zatrzymali agresora i wdrożyli procedurę "Niebieskiej Karty", nakładając na niego surowe zakazy.

Jak wynika z ustaleń mundurowych, mężczyzna zachowywał się niezwykle agresywnie, używał wulgaryzmów, upokarzał bliskich i stosował wobec nich siłę fizyczną. Podczas kłótni szarpał i odpychał członków rodziny, w wyniku czego jedna z kobiet przewróciła się, doznając urazu nogi.

Dziecko broniło rodzeństwa

Agresja 35-latka nie miała granic. Mężczyzna zamierzał uderzyć jedno z dzieci, jednak w jego obronie stanęło starsze rodzeństwo. Niestety, interweniujące dziecko zostało zaatakowane i doznało urazu ręki. Z relacji nadkom. Kingi Drężek-Zmysłowskiej z Komendy Powiatowej Policji w Płońsku wynika, że sprawca niszczył również mienie domowe, uszkadzając między innymi telefon należący do jednego z małoletnich. W momencie przybycia patrolu był pijany, mocno pobudzony i miał trudności z utrzymaniem się na nogach.

Agresor może trafić do więzienia

Funkcjonariusze natychmiast odizolowali nietrzeźwego mężczyznę od przerażonej rodziny i przewieźli go do policyjnej celi. Gdy 35-latek doszedł do siebie, policjanci przeprowadzili z nim niezbędne czynności. Okazało się również, że pobita kobieta musiała trafić pod opiekę lekarzy i przebywa w szpitalu.

Zebrane dowody pozwoliły na natychmiastowe wydanie wobec agresora czterech nakazów opuszczenia miejsca zamieszkania i jego najbliższej okolicy. Co więcej, nałożono na niego bezwzględny zakaz zbliżania się do ofiar na odległość mniejszą niż 100 metrów oraz zakaz jakiegokolwiek kontaktu. Mężczyzna musiał zabrać najpotrzebniejsze rzeczy i opuścić posesję w asyście mundurowych. Wspomniane zakazy obowiązują przez najbliższe dwa tygodnie, a pokrzywdzeni mogą podjąć kolejne kroki prawne. Za fizyczne i psychiczne znęcanie się nad bliskimi kodeks karny przewiduje do 5 lat więzienia.

Pani Mirella żyła w izolacji 27 lat i chce zostać w domu. Sąd zdecyduje o jej przyszłości

 Pani Mirella ze Świętochłowic (Śląskie) przez 27 lat była zamknięta w mieszkaniu. Przed Sądem Rejonowym w Chorzowie rozpoczęło się we wtorek postępowanie o przymusowe umieszczenie jej w domu pomocy społecznej. Pani Mirella stawiła się na rozprawie z ojcem. Powiedziała dziennikarzom, że chce zostać w domu. Prokuratura prowadzi śledztwo w sprawie wieloletniego pozbawienia jej wolności.Świętochłowic w asyście policji wyszła kobieta, której sąsiedzi nie widzieli od 27 lat. Myśleli, że pani Mirella zaginęła w wieku 15 lat lub wyjechała za granicę. Gdy usłyszeli w mieszkaniu odgłosy awantury, wezwali policję. 43-latka miała problemy z poruszaniem się i widoczne obrzęki na nogach, trafiła wtedy do szpitala. Po dwóch miesiącach wróciła do mieszkania rodziców.

W lutym Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej w Świętochłowicach oraz Prokuratura Rejonowa w Chorzowie zawnioskowały do sądu o przymusowe umieszczenie pani Mirelli w domu pomocy społecznej. Instytucje uzasadniły, że pani Mirella wymaga wsparcia w codziennym funkcjonowaniu, którego nie da się udzielić w jej mieszkaniu.

We wtorek Sąd Rejonowy w Chorzowie zajął się sprawą pani Mirelli. Kobieta pojawiła się w sądzie i kiedy wchodziła na salę rozpraw dziennikarze mogli pierwszy raz usłyszeć jej głos.Powiedziała do dziennikarzy, że czuje się dobrze i chce zostać w swoim domu. - W domu, w domu, po prostu w domu. Żadna krzywda mi się nie dzieje - mówiła.

Sad wyłączył jawność ze względu na dobro kobiety. O wyłączenie jawności wniósł prokurator, ponieważ na rozprawie będzie mowa o stanie zdrowia pani Mirelli, oraz pracownik MOPS.

"Forma pozbawienia wolności"

- Umieszczenie w domu pomocy społecznej bez zgody jest zawsze formą pozbawienia wolności. Nie jest co prawda w procedurze karnej, ale cywilnej, dlatego sąd zawsze musi zbadać wszystkie przesłanki wynikające z ustawy. Biegły sądowy wyda opinię co do tego, czy pani powinna zostać umieszczona w domu pomocy społecznej. W oparciu o przeprowadzenie pełnego postępowania dowodowego dotyczącego sytuacji zdrowotnej i życiowej wespół z opinią sąd będzie mógł podjąć końcową decyzję - powiedział prokurator Marcin Murias.Zapytany przez dziennikarzy, czy pisemna opinia została już sporządzona, odpowiedział, że "nie ma informacji na ten temat". Opowiedział również, jak wygląda standardowy tryb w tego typu postępowaniach.- Jeżeli uczestnik stawia się na rozprawę, sąd przesłuchuje go w charakterze uczestnika. Następnie sąd bada zgromadzoną w aktach sprawy dokumentację. Jeżeli chodzi o moje postępowanie, to starałem się je przeprowadzić jak najszerzej. Uzyskałem pełną dokumentację medyczną z domu pomocy społecznej oraz Zakładu Ubezpieczeń Społecznych czy miejskiego zespołu orzekania o niepełnosprawności. Te wszystkie dokumenty wespół z opinią biegłego i przesłuchaniem uczestników w sprawie i być może dalszych świadków pozwolą sądowi podjąć decyzję - podkreślił prokurator.

Trwa śledztwo, nikt nie usłyszał zarzutów

Prokuratura rejonowa w Chorzowie od października zeszłego roku prowadzi śledztwo, które ma wyjaśnić, dlaczego pani Mierlla nie wychodziła z domu przez 27 lat. Sprawdzane są wątki pozbawienia wolności pani Mirelli, znęcania się nad nią, narażenia jej na bezpośrednie niebezpieczeństwo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, oraz nieudzielenia pomocy w sytuacji grożącej takim niebezpieczeństwem."Dotychczas w sprawie zgromadzono wszelką niezbędną dokumentację medyczną, przesłuchano szereg świadków, uzyskano opinię sądowo-lekarską i psychologiczną. Zgromadzony materiał dowodowy, w tym zeznania pokrzywdzonej, na obecnym etapie nie dostarczył podstaw do przedstawienia komukolwiek zarzutów i w związku z tym brak jest podstaw do zastosowania jakichkolwiek środków zapobiegawczych, w tym również dotyczących kontaktu z pokrzywdzoną czy kwestii wspólnego zamieszkiwania z pokrzywdzoną" - podała w połowie lutego w komunikacie Izabela Knapik z Zespołu Prasowego Prokuratury Okręgowej w Katowicach.

"Postępowanie jest kontynuowane. Aktualnie prokuratura oczekuje na sporządzenie opinii dotyczącej profilu wiktymologicznego oraz uzupełniającej opinii sądowo-lekarskiej. Po uzyskaniu wskazanych opinii w sprawie zostaną wykonane czynności procesowe z rodzicami pokrzywdzonej, w roli procesowej adekwatnej do treści zgromadzonego materiału dowodowego" - dodała prok. Knapik.

Sąsiedzi nie widzieli jej od wielu lat

W lipcu 2025 roku policja otrzymała zgłoszenie o kłótni domowej w jednym z bloków w Świętochłowicach. Podczas interwencji okazało się, że we wskazanym przez sąsiadów mieszkaniu przebywa małżeństwo w wieku 82 lat wraz z córką panią Mirellą, której sąsiedzi nie widzieli od wielu lat. 43-latka mała problemy z poruszaniem się i widoczne obrzęki na nogach, dlatego policjanci wezwali pogotowie ratunkowe. Po dwóch miesiącach spędzonych w szpitalu wróciła do mieszkania rodziców.Dziennikarka tvn24.pl Małgorzata Goślińska ustaliła, że rodzice mieli tłumaczyć zniknięcie 15-latki jej porwaniem, zaginięciem, wyjazdem za granicę lub powrotem do biologicznej rodziny. Wypisali ją ze szkoły, pani Mirella nigdy nie wyrobiła dowodu osobistego.Kobieta otrzymała wsparcie z MOPS. Pracownicy socjalni pomogli jej wyrobić dowód, uzyskać ubezpieczenie zdrowotne, rentę, zasiłek pielęgnacyjny. Rozpoczęła się praca socjalna nad powrotem pani Mirelli do społeczeństwa. Niestety, nie udała się, rodzina przestała wpuszczać pracowników do mieszkania.

Wojewoda śląski skontrolował, jak ta praca socjalna wyglądała. Wyniki kontroli jeszcze nie zostały ujawnione, ale wiadomo, że są negatywne.                                                                                                                     Źródło: tvn24.pl, PAP

 


 


20-letni Wiktor zmarł w szpitalnej izolatce. 6 lekarzy z zarzutami, ale lista może być dłuższa

 Sześciu lekarzy usłyszało zarzuty po śmierci 20-letniego Wiktora, który trafił na oddział psychiatryczny w Kielcach i zmarł po próbie samobójczej w izolatce. Jak pisze „Gazeta Wyborcza”, śledczy nie wykluczają, że to dopiero początek i lista podejrzanych może się wydłużyć.

Tragiczny finał pobytu w szpitalu

Wiktor pochodził z Konieczna, był studentem Akademii Wychowania Fizycznego w Katowicach i – jak podkreślają bliscy – utalentowanym piłkarzem. Do szpitala psychiatrycznego przy ul. Kusocińskiego w Kielcach trafił 14 lipca 2021 roku.Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, 25 lipca rodzina została powiadomiona o próbie samobójczej młodego mężczyzny, do której doszło podczas pobytu w izolatce. Po przewiezieniu do Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Kielcach 20-latek zmarł 29 lipca.

Początkowo sprawa została umorzona, jednak po zażaleniu ojca sąd nakazał jej ponowne zbadanie. To był przełom, który uruchomił kolejne działania prokuratury.Kluczowa dla śledztwa okazała się opinia biegłych z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jak opisuje „Gazeta Wyborcza”, była ona jednoznacznie niekorzystna dla personelu oraz stosowanych w szpitalu procedur.Na jej podstawie prokuratura zaczęła stawiać zarzuty kolejnym osobom. Ostatecznie usłyszało je sześciu lekarzy: Konrad L., Justyna H., Milena S., Łukasz K., Hubert D. i Beata B.

– „Postawiono zarzuty nieumyślnego doprowadzenia do śmierci pacjenta, narażenia na bezpośrednie niebezpieczeństwo oraz bezprawnego pozbawienia wolności” – informuje Daniel Prokopowicz, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Kielcach, cytowany przez „Gazetę Wyborczą”.

Z ustaleń, o których pisze gazeta, wynika m.in., że eksperci mieli zastrzeżenia do umieszczenia Wiktora w izolatce oraz braku odpowiednich badań. Pacjent przebywał na sali intensywnego nadzoru, gdzie – zgodnie z procedurami – powinien być pod stałą obserwacją.

Jak podaje portal ewschodnia.pl, materiał dowodowy nadal nie jest kompletny, a śledczy nie wykluczają kolejnych zarzutów. Wszystkim podejrzanym grozi do pięciu lat więzienia.

Znikający monitoring i pytania bez odpowiedzi

Równolegle prowadzone jest drugie śledztwo, dotyczące zniknięcia nagrań z monitoringu. Jak pisze „Gazeta Wyborcza”, materiał powinien być przechowywany przez rok, jednak zniknął wcześniej. Nieoficjalnie pojawiają się także informacje o możliwym fałszowaniu dokumentacji medycznej.

Żaden z lekarzy nie przyznał się do winy i wszyscy odmówili składania wyjaśnień. Beata B. podkreśla, że personel działał zgodnie z wiedzą i zaangażowaniem, zaznaczając, że w psychiatrii zdarzają się przypadki, którym nie udaje się zapobiec.Szpital nie komentuje sprawy, powołując się na trwające postępowanie. Dyrektor placówki odmówił wypowiedzi, a w oficjalnym stanowisku zapewniono jedynie o „najwyższej powadze” wobec sprawy.

Ojciec Wiktora nie kryje emocji. W rozmowie z mediami zapowiedział, że będzie walczył o zmianę kwalifikacji czynu na zabójstwo.

Sprawa nabrała także wymiaru politycznego. Podczas sesji sejmiku województwa padły pytania o nadzór nad placówką i odpowiedzialność władz. Radni opozycji zwracają uwagę, że skala zarzutów może podważyć zaufanie do szpitala.

Śledztwo wciąż trwa, a – jak podkreślają prokuratorzy – to może nie być jego ostatni rozdział.


Skandal w polskim szpitalu, zatrzymano dwie pielęgniarki. Policję wezwał pacjent

 

Do bulwersującego zdarzenia doszło w jednym z łódzkich szpitali. Dwie pielęgniarki pełniące dyżur na oddziale kardiologii były pod wpływem alkoholu. Interweniowała policja, którą wezwał pacjent. Sytuacja wywołała ogromne oburzenie, zwłaszcza że chodziło o oddział, gdzie przebywają osoby w ciężkim stanie wymagające stałej opieki. Sprawa natychmiast stała się przedmiotem działań służb i postępowania wyjaśniającego.Jak ustalili dziennikarze TVN24.pl, na oddziale kardiologii w Wielką Sobotę 4 kwietnia dyżur pełniły dwie pielęgniarki, które znajdowały się pod znacznym wpływem alkoholu. Sytuacja wyszła na jaw dzięki reakcji jednego z pacjentów, który zaniepokojony stanem personelu zdecydował się powiadomić służby.


Na miejsce przyjechali policjanci, którzy potwierdzili zgłoszenie. Funkcjonariusze od razu wyczuli od kobiet silną woń alkoholu, a przeprowadzone badanie alkomatem nie pozostawiło wątpliwości. 


Obie pielęgniarki zostały zatrzymane. Zdarzenie wywołało ogromne poruszenie, ponieważ dotyczyło oddziału kardiologicznego, gdzie hospitalizowani są pacjenci w ciężkim stanie, wymagający stałego nadzoru medycznego. Interwencja policji w placówce medycznej to sytuacja skrajna, która – jak podkreślają eksperci – świadczy o poważnym naruszeniu zasad bezpieczeństwa i etyki zawodowej.Ustalenia policji wskazują, że poziom alkoholu w organizmach pielęgniarek był bardzo wysoki. Jedna z kobiet miała ponad 2 promile, druga aż 2,5 promila alkoholu. To stan głębokiego upojenia, który całkowicie uniemożliwia prawidłowe wykonywanie obowiązków zawodowych, szczególnie w tak odpowiedzialnej pracy jak opieka nad pacjentami.


Przeprowadzone badanie wykazało u młodszej z kobiet 2,1 promila, a u starszej 2,5 promila. Obie kobiety zostały zatrzymane. Dalsze czynności prowadzi Prokuratura Rejonowa Łódź-Górna


–mówiła aspirant Kamila Sowińska z KMP w ŁodziSprawa budzi szczególne oburzenie ze względu na charakter oddziału. Kardiologia to miejsce, gdzie pacjenci często wymagają natychmiastowej reakcji personelu – od podania leków po monitorowanie funkcji życiowych. Nawet chwilowe zaniedbanie może prowadzić do tragicznych konsekwencji.


Obecność nietrzeźwego personelu medycznego stanowi bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia i życia pacjentów. W tym przypadku sytuacja mogła zakończyć się dramatycznie, gdyby nie szybka reakcja osoby zgłaszającej. To właśnie czujność pacjenta zapobiegła potencjalnej tragedii.


 

Pobili Anię i wyrzucili ją z pędzącego pociągu! 21-latka zginęła na miejscu. Wcześniej przeszła przez piekło



 

  Anna Dybowska miała zaledwie 21 lat, gdy w pociągu na trasie Kołobrzeg - Warszawa, do którego wsiadła, rozegrał się koszmar. Dziewczyna jechała na egzaminy wstępne na studia i chciała się jeszcze pouczyć, więc wsiadła do ostatniego wagonu. Nagle dosiadło się do niej dwóch mężczyzn. Przez następne godziny bili ją i torturowali, a na koniec wyrzucili z pędzącego pociągu. Ania zginęła na miejscu. Dlaczego nikt jej nie pomógł? W programie "Pokój Zbrodni" pochylamy się nad tą sprawą.To głośna sprawa z 2004 roku. 21-letnia Ania Dybowska wsiadła do pociągu na trasie Kołobrzeg-Warszawa dokładnie 1 lipca. To było w okolicach godziny 22:00. Dziewczyna wybrała ostatni wagon, bo miała nadzieję, że w czasie podróży zdąży pouczyć się jeszcze do egzaminów wstępnych na studia, które miały odbyć się następnego dnia. W przyszłości chciała zostać farmaceutką i prowadzić własną aptekę. Początkowo podróż przebiegała spokojnie, aż do godziny 3:00 w nocy, kiedy do wagonu Ani dosiadło się dwóch mężczyzn: 22-letni Artur F. oraz 23-letni Dariusz M. Pierwszy z mężczyzn miał tego dnia urodziny i razem z kolegą postanowili, że chcą z tej okazji zrobić coś szalonego. Wtedy nikt nie przypuszczał jednak, że dopuszczą się tak okropnej, wstrząsającej zbrodni.Mężczyźni próbowali podstępem podejść Anię. Udawali, że chcą, by rozmieniła im pieniądze. Kiedy dziewczyna poczuła się zagrożona, spróbowała opuścić przedział. Wtedy się na nią rzucili. Zatkali 21-latce usta, potem zasłonili okna i zaryglowali drzwi. Na koniec skrępowali dziewczynę, zakneblowali ją, a przez kolejne godziny bili, dusili i torturowali. Ania przeżyła w tym przedziale prawdziwe piekło. Dlaczego nikt jej nie pomógł? Konduktor zajrzał nawet na chwilę do przedziału, w którym przebywała 21-latka ze swoimi oprawcami. Ona jednak nie krzyczała, nie próbowała uciekać, nie wezwała pomocy. Tak bardzo bała się, że sprawcy zrobią jej krzywdę. Wcześniej Artur F. miał co chwilę powtarzać, że ją zabije, jeśli zrobi coś podejrzanego. Udało im się ją zastraszyć.Nad ranem sprawcy zmusili Anię, by wysiadła z nimi na dworcu Warszawa Zachodnia. Nikt nie zareagował na to, jak 21-latka już wtedy wyglądała, a ona sama była zbyt przerażona, by poprosić kogokolwiek o pomoc. Strach wciąż ją paraliżował. W okolicach godziny 7:00 mężczyźni wciągnęli dziewczynę do kolejnego pociągu – w stronę Torunia. Kazali jej iść do ubikacji, tam wepchnęli Ani do gardła ręczniki papierowe. Później te dwie bestie wyrzuciły półprzytomną 21-latkę z pędzącego pociągu. Ania przeżyła upadek, ale obrażenia były zbyt poważne. Jej serce zatrzymało się po około trzech minutach.Zmasakrowane ciało kobiety znaleziono w pobliżu torów kolejowych w miejscowości Zduny, niedaleko Łowicza. Policja bardzo szybko ustaliła i złapała sprawców morderstwa. Po tygodniu zostali aresztowani.Podczas przesłuchania mężczyźni przyznali się do zbrodni. Zasłaniali się tym, że byli pod wpływem środków odurzających. W toku śledztwa okazało się, że z pociągu Anię miał wyrzucić Artur F., ale drzwi otworzył Dariusz M. W procesie mężczyźni przerzucali się winą albo zasłaniali niepamięcią.5 września 2005 roku zapadł wyrok. Dariusz M. został skazany na 25 lat więzienia, natomiast Artur F. - na dożywocie. Sędzia nie miał żadnych wątpliwości, co do winy sprawców.