FOCH
2026/05/13
To nastarszy pies na świecie. Zwisa mu język i zrzędzi, ale daje radę. Przeżył niedawno tragedię
Lazare, pies rasy papillon, uważany za najstarszego obecnie żyjącego psa na świecie, wreszcie znalazł nowy dom. Blisko 31-letni psiak przeżył swojego poprzedniego właściciela. Czworonóg został adoptowany przez młodszą od siebie kobietę. Swoje ostatnie lata życia może spędzić wśród pięknych francuskich Alp.
Mikroczip, który został założony Lazare, zgodnie z danymi francuskiego rejestru psów rasowych, datuje się na 4 grudnia 1995 r. Tym samym psiak ma obecnie około 31 lat, co czyni go najstarszym obecnie żyjącym psem na świecie.Zwierzę, mimo swojego bardzo zaawansowanego wieku (w przeliczeniu na ludzkie lata Lazare ma około 150 lat), nie mogło cieszyć się spokojną starością. Kiedy jego poprzedni właściciel zmarł, psiak trafił do schroniska Annecy Marlioz SPA. Pracownicy opisywali Lazare jako "zrzędliwego, ale pełnego dobroci zwierzaka". Wtedy nie wiedzieli jednak, z jak starym psem mają do czynienia."Pies miał wiele problemów zdrowotnych. Nie jest w stanie także schować swojego zwiotczałego języka. Myśleliśmy początkowo, że ma około 15 lat" — mówili pracownicy schroniska w rozmowie z dziennikarzami "The Times". Kiedy okazało się, że Lazare zbliża się do 31. urodzin, wszyscy byli zszokowani.Niedługo po tym odkryciu Société Protectrice des Animaux (SPA) — francuskie stowarzyszenie na rzecz ochrony zwierząt — zwróciło się do Księgi Rekordów Guinnessa. Tym samym niewykluczone, że dotychczasowy rekordzista, 29-letni Bluey, zostanie zdeklasowany przez francuskiego papillona.W cieniu zamieszania wokół bicia rekordu Guinnessa dla 31-letniego pieska udało się znaleźć nowy, kochający dom. Jego opiekunką została 29-letnia Ophélie Boudol. Kobieta w rozmowie z mediami zdradziła, że nie przejmuje się zbliżającą się sławą swojego psa.— Adoptowałam go, bo kocham zwierzęta i od razu nawiązała się między nami więź. Nie do pomyślenia było dla mnie, żeby zakończył życie w "psim SPA". Potrzebował kochającej rodziny — powiedziała francuskiej stacji telewizyjnej TF1. Boudol powiedziała, że kiedy Lazare nie śpi, chodzi za nią po całym mieszkaniu. Dodała, że weterynarz zapewnił ją, że Lazare jest zdrowy, mimo bardzo zaawansowanego wieku.
REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA Brutalny atak na nastolatków na warszawskim moście. "Zakatowaliby ich na śmierć"
Najpierw były zaczepki i szturchanie, potem padły ciosy. 16-latka kopano po głowie. "Zakatowaliby ich na śmierć, gdyby na miejscu nie pojawili się policjanci" – podała "Gazeta Wyborcza", która opisała zdarzenie z warszawskiego Mostu Świętokrzyskiego. To był czwartkowy wieczór, 7 maja, w Warszawie. 16-latek z czwórką przyjaciół spacerował po Moście Świętokrzyskim. Rozmawiali po ukraińsku i po rosyjsku. Jedna dziewczyna była Polką
Warszawa. Atak na nastolatków na Moście Świętokrzyskim. "Mówili po ukraińsku"
Grupka szła w kierunku prawego brzegu Wisły. Nagle, jak podała "Gazeta Wyborcza", miało podjechać do nich od tyłu dwóch chłopców na hulajnodze. Celem ataku stał się 16-letni Artem.
Zaczęli ich zaczepiać, szturchać, szczególnie Artema. Może dlatego, że ma kręcone blond włosy do ramion. Pytali: »jesteś cw*lem?« Artem nie reagował. Agresorzy odjechali, ale po chwili młodzi ludzie zobaczyli, że wracają i jest ich znacznie więcej. Około 10 osób– czytamy w "Wyborczej".
Z relacji 16-latka, z którą rozmawiali dziennikarze gazety, wynika, że najpierw byli prowokowani, a potem zaatakowani. Artema bito i kopano po głowie. Jego drugi kolega został powalony na ziemię, stłuczono mu okulary i próbowano zrzucić z mostu do Wisły. Trzeciemu złamano nos.Sprawcy, jak wynika z tej relacji pokrzywdzonego nastolatka, krzyczeli: Wyp***dalaj do Ukrainy. Napastnicy uciekli, gdy na miejsce nadjechał radiowóz. Wybiegło z niego dwóch funkcjonariuszy.
Artem, jak podała "Gazeta Wyborcza", był operowany. Ma pękniętą czaszkę i zmasakrowaną twarz. Chłopiec mówił, że bóle głowy, których doświadcza są nie do wytrzymania. Podkreślił, że gdyby nie policja, to zostaliby zakatowani na śmierć.Sprawą brutalnego ataku zajmuje się policja.
Policja prowadzi w tej sprawie intensywne czynności mające na celu ustalenie tożsamości i zatrzymanie sprawców pobicia trojga nastolatków, z których jeden, na skutek odniesionych obrażeń wymagał hospitalizacji
– przekazała nadkom. Paulina Onyszko z Komendy Rejonowej Policji VI (Białołęka, Praga Północ, Targówek).
Jak dodała oficer, "obecne ustalenia i zebrany dotychczas materiał dowodowy nie wskazują, aby to zdarzenie miało podłoże na tle narodowościowym".
Rodzina Artema jako jedyna zdecydowała się złożyć zeznania na policji. Uciekli do Polski przed wojną w Ukrainie. Tu pracują.
Dramat 10-miesięcznego chłopca. Matka z zarzutami, przyznała się do winy
10-miesięczny chłopiec z gminy Bogdaniec trafił pod opiekę lekarzy ze szpitala w Gorzowie z pękniętą czaszką i krwiakiem śródczaszkowym. Prokuratura przedstawiła zarzuty jego matce. Karolina G. przyznała się do rażącego zaniedbania syna i uzależnienia od narkotyków. Kobiecie grozi teraz do 5 lat więzienia. Wstrząsające ustalenia śledczych z Gorzowa. 10-miesięczny chłopiec z gminy Bogdaniec padł ofiarą rażącego zaniedbania ze strony własnej matki. Dziecko nie tylko żyło w tragicznych warunkach higienicznych, ale doznało też poważnych obrażeń głowy, które realnie zagrażały jego życiu. Sprawą zajmuje się Prokuratura Rejonowa w Gorzowie Wielkopolskim.
Dramat niemowlęcia w gminie Bogdaniec
Dramat dziecka trwał prawdopodobnie przez dłuższy czas. Jak ustalili śledczy, nie później niż do 4 maja 2026 r., Karolina G. sprawująca opiekę nad synem, doprowadziła do skrajnego zaniedbania chłopca. U niemowlęcia stwierdzono silną wszawicę oraz rozległe i bolesne odparzenia skóry. To jednak nie był koniec cierpienia dziecka.
Brak właściwego nadzoru doprowadził do groźnego wypadku. Chłopiec co najmniej raz spadł z niezabezpieczonego mebla i uderzył głową o podłogę. Skutki upadku okazały się fatalne. Lekarze zdiagnozowali u niemowlaka pęknięcie kości potylicznej i ciemieniowej oraz krwiaka śródczaszkowego. Tak poważne urazy naraziły niemowlę na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia.
Matka przyznaje się do winy i uzależnienia od narkotyków
Podczas przesłuchania Karolina G. usłyszała zarzuty narażenia dziecka na niebezpieczeństwo oraz spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.
— Podejrzana przyznała się do zarzucanych jej czynów. Wyjaśniła, że dziecko spadało z łóżka lub narożnika, a ona nie reagowała, bo początkowo nie widziała objawów urazu. Kobieta wyznała również śledczym, że zmaga się z uzależnieniem od środków odurzających. Zadeklarowała chęć podjęcia leczenia odwykowego — komentuje prokurator Jacek Wasilewski z Prokuratury Rejonowej w Gorzowie.
- Czytaj więcej: Oszpecała córkę latami i zbierała na nią pieniądze. Posiedzi 15 lat za szczególne okrucieństwo
Prokurator zastosował wobec niej dozór policji oraz surowy zakaz zbliżania się i kontaktowania z dziećmi bez zgody opiekunów zastępczych. 10-miesięczny chłopiec wraz z rodzeństwem został już bezpiecznie umieszczony w rodzinie zastępczej. Karolinie G. grozi teraz kara od 3 miesięcy do 5 lat więzienia.
Komunia nie do pozadroszczenia. Goście świętowali, dzieci porysowały 40 samochodów
W jednej z restauracji w Grodzisku Wielkopolskim trwały przyjęcia z okazji pierwszej komunii świętej. W tym samym czasie dwaj chłopcy rysowali zaparkowane nieopodal samochody. Uszkodzonych zostało ok. 40 aut. Sprawą zajmuje się policja i sąd rodzinny.9 i 10 – latek mieli porysować kamieniami około 40 samochodów, które zaparkowane były w pobliżu restauracji, gdzie obywały się przyjęcia.
Jak informuje portal Nasz Poznań, wyrządzone szkody okazały się na tyle duże, że na miejscu pracowali technicy kryminalistyki. Zabezpieczano ślady i udokumentowano zakres uszkodzeń pojazdów, które należały do uczestników uroczystości.
Duże straty, nawet kilkadziesiąt tysięcy
Dopiero biegli określą ostateczną wysokość szkód, jaką wyrządzili dwaj małoletni. Jednak - według szacunków - łączne straty mogą wynieść od 30 do 80 tys. złotych.
Właściciele uszkodzonych samochodów będą musieli teraz przechodzić procedury związane z naprawą aut i ustalaniem wysokości odszkodowań.
Dzieci nie ponoszą odpowiedzialności karnej
Zgodnie z prawem, dzieci nie ponoszą odpowiedzialności karnej. Sprawą zajmie się jednak sąd dla nieletnich, który może zastosować środki wychowawcze, choćby nadzór kuratora.
Materialną odpowiedzialność za poniesione szkody ponoszą jednak rodzice. Mogą zostać zobowiązani do pokrycia kosztów związanych z naprawą uszkodzonych samochodów.
Sędzia z Koszalina schowała flagę UE. Grozi jej obniżka pensji
Była prezes Sądu Okręgowego w Koszalinie miała schować flagę Unii Europejskiej znajdującą się w sali rozpraw. Sprawą zajęło się już kolegium sądu.
Była prezes Sądu Okręgowego w Koszalinie, obecnie orzekająca w wydziale cywilnym i rodzinnym, miała wyjąć ze stojaka i schować pod kaloryfer flagę Unii Europejskiej znajdującą się w sali rozpraw. Do incydentu miało dojść w ubiegłym tygodniu.Informację tę potwierdził rzecznik Sądu Okręgowego w Koszalinie sędzia Sławomir Przykucki. Przekazał, że sprawą zajęło się kolegium sądu, które już stosownie zareagowało.
Przykucki dodał również, że sędzia na sali rozpraw nie powinien manisfestować swoich osobistych poglądów, np. negatywnego stosunku do UE. "My jesteśmy sądami unijnymi, nasze orzeczenia są respektowane w Europie i my też respektujemy te wydane w państwach unijnych, choćby w sprawach dotyczących kredytów frankowych, w których strony często powołują się na orzecznictwo europejskie" - stwierdził.
Konsekwencje wobec sędzi wyciągnie rzecznik dyscyplinarny. Może jej grozić między innymi obniżenie wynagrodzenia lub przeniesienie na inne stanowisko służbowe.Sędzia pełniła funkcję prezes Sądu Okręgowego w Koszalinie w latach 2022-2024 po powołaniu przez ówczesnego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobro. Ze stanowiska odwołał ją Adam Bodnar po apelu 75 sędziów z okręgu koszalińskiego.
Flagi Unii i Polski wiszą w salach rozpraw Sądu Okręgowego w Koszalinie od przełomu kwietnia i maja tego roku.
Zaprosił kolegę na drinka. Rano z sejfu zniknęło 65 tys. zł
Dobry znajomy potrafi mieć dwie twarze. Jedną przy stoliku w restauracji, drugą przy cudzym sejfie. Mieszkaniec Warszawy przekonał się o tym wyjątkowo boleśnie po spotkaniu z 29-letnim obywatelem Ukrainy. Wieczór zaczął się od wspólnego alkoholu, a skończył zniknięciem kurtki, kluczy i 65 tys. zł w gotówce. Sprawą zajęli się stołeczni policjanci z Pragi-Południe. Jak ustalili, mężczyźni spotkali się w restauracji. W pewnym momencie 29-latek miał wykorzystać chwilę nieuwagi znajomego i zabrać jego kurtkę. W środku znajdowały się klucze do mieszkania oraz sejfu.— Pod pretekstem wyjścia na papierosa opuścił lokal. Chwilę później miał już jechać do mieszkania swojego znajomego. Potem z sejfu zniknęło 65 tys. zł — relacjonuje podinsp. Joanna Węgrzyniak.
Kupił auto i uciekł do Zakopanego
Policyjni operacyjni szybko ustalili, że już następnego dnia podejrzany kupił za gotówkę samochód i wyjechał do Zakopanego. Tam jego trop podjęli miejscowi policjanci.Jak przekazują śledczy, 29-latek miał także dopuszczać się innych kradzieży. Według ustaleń policji nie płacił między innymi za paliwo na stacjach benzynowychFunkcjonariusze z Warszawy pojechali po zatrzymanego do Zakopanego i przewieźli go na Pragę-Południe. Tam usłyszał zarzut kradzieży.
— Z naszych ustaleń wynika, że był już wcześniej notowany między innymi za posiadanie narkotyków, jazdę po alkoholu oraz znieważenie policjantów — dodaje podinsp. Joanna Węgrzyniak..