2026/08/16

 


 


USMIECHNIJ SIE

 









 


POMAGAJMY SWINKOM Z GIENIUTKOWA ZEBY MIALY CO JESC

 Marcin jeszcze nic nie wie. Wy dowiecie się pierwsi.

Czasem życie bywa przewrotne.
Ten szalony pomysł z kartką nie wziął się znikąd, bo ostatnio ludzie z mojej grubości zrobili już ciążę, a kilka osób całkiem poważnie zapytało, czy jestem w stanie błogosławionym. Otóż nie. To już nie ten PESEL na dzieci, a poza tym ja nawet dzieci nie lubię. Wiedziałam jednak, że taka kartka zatrzyma Was skuteczniej niż kolejna informacja o kończących się zapasach dla 150 Świń. Dlatego siedzę w prawie pustym kontenerze, który powinien być wypełniony Ich jedzeniem. Codziennie proszę Was o pomoc i będę tę prośbę powtarzać, ponieważ choć wiele osób ogląda i reaguje, wpłacają naprawdę nieliczni, a kontener sam się nie zapełni.
Może dzisiaj uda nam się zebrać chociaż 300zł? Kilogram marchewki kosztuje 25 groszy, więc za
300 zł możemy kupić aż 1200 kilogramów, czyli tonę i 200 kilogramów marchewki.
Jeśli nie możecie wpłacić, zostawcie komentarz albo udostępnijcie, żeby nasz apel trafił do kogoś, kto może nam pomóc. Wybaczcie ten mały podstęp, ale dla Nich spróbuję wszystkiego.
Błagam Was ocalmy Gieniutkowo🙏🐷❤️
🚨 Blik 880 301 315
PayPal fundacja@gieniutkowo.pl
Fundacja prosiaczka Eugeniusza

88 1140 2004 0000 3002 8106 8695
Tytułem Darowizna dla Gieniutkowa

Nauczycielka zabiła syna swojego kochanka. Chłopiec był jej uczniem

 Ta zbrodnia przeszła już do historii. Wydarzyła się 25 kwietnia 2001 r. Nigdy wcześniej i nigdy później nauczycielka nie zemściła się w podobny sposób na kochanku, który ją porzucił. Mariola Myszkiewicz z zimną krwią zabiła 11-letniego Piotra, by w ten sposób odegrać się na jego ojcu.

25 kwietnia 2001 r. spokojna Szkoła Podstawowa w Czarnej Białostockiej stała się miejscem wstrząsającej zbrodni. 11-letni Piotr Popławski wyszedł z lekcji po tym, jak przekazano mu, że ma zgłosić się do gabinetu pielęgniarki. Kilkanaście minut później nauczyciele znaleźli go ciężko rannego. O zabójstwo chłopca została oskarżona jego była wychowawczyni — kobieta, którą jeszcze niedawno rodzice i uczniowie uważali za jedną z najbardziej lubianych nauczycielek w szkole.

Romans, o którym wiedziało całe miasteczko

Mariola Myszkiewicz pochodziła z rodziny od lat związanej z edukacją. Była córką cenionych pedagogów, ukończyła studia nauczycielskie i rozpoczęła pracę jako nauczycielka edukacji wczesnoszkolnej w Szkole Podstawowej w Czarnej Białostockiej. Wśród uczniów uchodziła za osobę spokojną i zaangażowaną, a rodzice oceniali ją jako oddaną swojej pracy. Nic nie wskazywało na to, że w ciągu kilku lat jej nazwisko będzie kojarzone z jedną z najgłośniejszych zbrodni na Podlasiu.Przełom nastąpił w 1997 r. Podczas szkolnych zawodów sportowych poznała Jerzego Popławskiego — przedsiębiorcę prowadzącego tartak, żonatego ojca jednego z uczniów szkoły. Między nim i nauczycielką nawiązała się relacja, która szybko przerodziła się w romans. Mężczyzna zapewniał, że jego małżeństwo przechodzi kryzys i deklarował uczucia wobec kobiety. Jednocześnie nie ukrywał, że nie zamierza rozbijać rodziny, tłumacząc, że chce wychowywać syna w pełnym domu.
W niewielkiej Czarnej Białostockiej informacje rozchodziły się błyskawicznie. Związek bardzo szybko przestał być tajemnicą. Według późniejszych relacji Mariola Myszkiewicz spotykała się z niechęcią mieszkańców, otrzymywała anonimowe telefony i była publicznie krytykowana za romans z żonatym mężczyzną. Sprawa odbiła się również na jej życiu rodzinnym. Atmosfera wokół nauczycielki stawała się coraz bardziej napięta, a ona sama coraz gorzej radziła sobie z narastającą presją.

Rozstanie, po którym wszystko zaczęło się zmieniać

Romans trwał około czterech lat. Na początku 2001 r. Jerzy Popławski zakończył związek. Tłumaczył, że chce ratować małżeństwo i skupić się na wychowaniu syna, 11-letniego Piotra. Dla Marioli Myszkiewicz decyzja ta okazała się ciosem. Z ustaleń śledczych oraz późniejszych opinii biegłych wynikało, że po rozstaniu przeszła poważny kryzys emocjonalny. Miała dwukrotnie próbować odebrać sobie życie i przez długi czas nie potrafiła pogodzić się z zakończeniem relacji.Jednocześnie nadal pracowała w tej samej szkole, do której uczęszczał Piotr Popławski. Chłopiec był wcześniej jej uczniem, dobrze ją znał i nie miał powodów, by obawiać się spotkania z dawną wychowawczynią. Jak ustalili później śledczy, właśnie ten fakt miał odegrać kluczową rolę w wydarzeniach z 25 kwietnia 2001 r.
W środę, 25 kwietnia 2001 r. Mariola Myszkiewicz pojawiła się w Szkole Podstawowej nr 2 w Czarnej Białostockiej znacznie wcześniej, niż wynikało z jej planu lekcji. Jej zajęcia miały rozpocząć się dopiero po południu, jednak około godziny 9.30 weszła do sekretariatu i poprosiła o klucz do gabinetu lekarskiego. Wyjaśniła, że chce się zważyć. Prośba nie wzbudziła podejrzeń — nauczycielka pracowała w szkole od lat, dlatego sekretarka bez wahania wydała jej klucz.
Po wejściu do gabinetu Mariola wyszła jeszcze na szkolny korytarz. Zatrzymała dwóch uczniów i poprosiła ich, aby natychmiast przyprowadzili 11-letniego Piotra Popławskiego, ucznia klasy IV B. Chłopcy przekazali koledze, że pielęgniarka prosi go do gabinetu. Piotr bez wahania opuścił lekcję plastyki. Nie miał powodów przypuszczać, że dzieje się coś niepokojącego.Kiedy chłopiec wszedł do środka, nie zastał pielęgniarki. W gabinecie czekała wyłącznie Mariola Myszkiewicz. Zamknęła drzwi od środka i wyjęła z plecaka nóż introligatorski. Tego, co wydarzyło się w pierwszych minutach spotkania, nigdy nie udało się w pełni odtworzyć. Wiadomo jednak, że kobieta po chwili zaatakowała dziecko, zadając mu około 20 ciosów, głównie w szyję, głowę, plecy i okolice pach. Piotr próbował się bronić, jednak w starciu z dorosłą kobietą nie miał szans.
Krzyki dobiegające z gabinetu oraz krew wypływająca spod drzwi zwróciły uwagę nauczycielek przechodzących korytarzem. Kobiety próbowały dostać się do środka, jednak drzwi były zamknięte. Na pomoc ruszył nauczyciel wychowania fizycznego, który wyważył je kopnięciem. W tym samym momencie Mariola wykorzystała zamieszanie i wybiegła z pomieszczenia. Zanim ktokolwiek zorientował się, co się wydarzyło, opuściła budynek szkoły.W gabinecie nauczyciele znaleźli ciężko rannego Piotra. Natychmiast wezwano pogotowie ratunkowe, jednak obrażenia okazały się zbyt rozległe. Chłopiec zmarł wskutek masywnego krwotoku, jeszcze przed udzieleniem skutecznej pomocy medycznej. Wiadomość o tragedii błyskawicznie rozeszła się po Czarnej Białostockiej. Przed szkołą zaczęli gromadzić się przerażeni rodzice, którzy nie wiedzieli jeszcze, które dziecko padło ofiarą ataku. Wśród nich znajdowali się również Jerzy Popławski i jego żona, nieświadomi, że zamordowanym chłopcem jest ich syn.
Policja natychmiast rozpoczęła obławę. Świadkowie bez trudu wskazali, kto ostatni widział Piotra żywego i kto wybiegł z gabinetu tuż po ataku. Jeszcze tego samego dnia za Mariolą Myszkiewicz wydano list gończy. Funkcjonariusze sprawdzali drogi wyjazdowe z miasta, okoliczne lasy i miejsca, w których mogła szukać schronienia. Tymczasem nauczycielka była już daleko od szkoły, a jej kilkudniowa ucieczka dopiero się rozpoczynała.

Telefon do siostry

Po opuszczeniu szkoły, Mariola Myszkiewicz zatrzymała przypadkowego kierowcę fiata 126p. Mężczyzna zgodził się ją podwieźć, nie wiedząc, że ma przed sobą osobę poszukiwaną za zabójstwo dziecka. Później kobieta przez kilka dni ukrywała się na terenie Puszczy Knyszyńskiej, unikając kontaktu z ludźmi i przemieszczając się pieszo. Z ustaleń śledczych wynikało, że była wyczerpana fizycznie i psychicznie, a ostatecznie dotarła do Marek pod Warszawą, gdzie zapukała do drzwi domu prowadzonego przez siostry zakonne. Nie ujawniła im, kim jest ani dlaczego potrzebuje pomocy. Zakonnice udzieliły jej schronienia, widząc jedynie zdezorientowaną i wyczerpaną kobietę.Po dwóch dniach ukrywania się Mariola zadzwoniła do swojej siostry. Rozmowa stała się przełomem. Niedługo później zdecydowała się zakończyć ucieczkę i oddała się w ręce policji. Została przewieziona do Białegostoku, gdzie rozpoczęły się przesłuchania. Przyznała, że zabiła Piotra, jednak zaprzeczała, by planowała zemstę na jego ojcu. Twierdziła, że chciała jedynie porozmawiać z chłopcem, a do ataku doszło pod wpływem silnych emocji. Biegli psychiatrzy i psychologowie nie podzielili tej wersji. Uznali, że w chwili popełnienia zbrodni była poczytalna, rozumiała znaczenie swojego działania i mogła kierować swoim postępowaniem.

Sąd uznał, że zbrodnia była zaplanowana

Proces rozpoczął się przed Sądem Okręgowym w Białymstoku. Prokuratura przekonywała, że motywem była zemsta na Jerzym Popławskim za zakończenie kilkuletniego romansu. Według śledczych świadczyły o tym przygotowania do zbrodni — przyniesienie noża do szkoły, uzyskanie klucza do gabinetu lekarskiego, zwabienie chłopca pod fałszywym pretekstem oraz zamknięcie drzwi od środka. Obrona próbowała wykazać, że kobieta działała w stanie silnego wzburzenia emocjonalnego, jednak sąd nie podzielił tej argumentacji. Biegli wskazali, że jej zachowanie miało cechy działania przemyślanego, a nie nagłego wybuchu emocji.15 lutego 2002 r. Mariola Myszkiewicz została skazana na 25 lat pozbawienia wolności. Sąd uznał, że kara dożywotniego więzienia byłaby zbyt surowa, ale jednocześnie podkreślił wyjątkową brutalność czynu i brak okoliczności, które mogłyby go usprawiedliwiać. 30 października 2002 r. Sąd Apelacyjny w Białymstoku utrzymał wyrok w mocy, a 29 maja 2003 r. Sąd Najwyższy oddalił kasację obrony. Tym samym wyrok stał się ostateczny. Sędziowie podkreślili, że choć oskarżona znajdowała się w stanie silnego wzburzenia psychicznego, nie był to afekt w rozumieniu prawa karnego. Zebrane dowody wskazywały, że działała świadomie i z zamiarem dokonania zemsty.

Zbrodnia, o której mieszkańcy pamiętają do dziś

Śmierć 11-letniego Piotra na zawsze zmieniła Czarną Białostocką. Mieszkańcy przez lata wspominali dzień, w którym spokojna szkoła stała się miejscem jednej z najbardziej wstrząsających zbrodni popełnionych przez nauczyciela w Polsce. Rodzina chłopca musiała zmierzyć się z niewyobrażalną stratą, a cała społeczność z pytaniem, jak osoba ciesząca się zaufaniem dzieci i rodziców, mogła dopuścić się takiego czynu.Do dziś sprawa Marioli Myszkiewicz pozostaje jednym z najbardziej poruszających przykładów zbrodni motywowanej osobistą obsesją i pragnieniem odwetu. W orzeczeniach sądów wszystkich instancji podkreślano, że ofiarą konfliktu dorosłych padło niewinne dziecko, które nie miało żadnego wpływu na decyzje swoich rodziców. To właśnie ten motyw sprawił, że sprawa na trwałe zapisała się w historii polskiej kryminalistyki.

Politycy reagują na tragiczny wypadek polskiego autokaru. "Stres-test dla państwa"

  Każda taka sytuacja jest zawsze takim stres-testem dla państwa, bo jest to sytuacja, która dzieje się za granicą - mówił o tragicznym wypadku polskiego autokaru na Węgrzech wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej Sebastian Gajewski z Nowej Lewicy. - Jestem przekonany, że ten test wypadnie pomyślnie i zdamy ten egzamin - dodał gość "Śniadania Rymanowskiego w Polsat News i Interii".

Głównym tematem programu była tragedia na Węgrzech, gdzie 12 osób zginęło w wypadku polskiego autokaru. Polsat News ustalił, do wypadku doszło podczas powrotu pielgrzymów z Medziugorie, a pasażerami byli mieszkańcy Strzyżowa i okolic na Podkarpaciu, co potwierdził Podkarpacki Urząd Wojewódzki w Rzeszowie.

Tragedia polskiego autokaru na Węgrzech. Wiceminister o "stres-teście"

- Każda taka sytuacja jest zawsze takim stres-testem dla państwa, bo jest to sytuacja, która dzieje się za granicą. Jest to sytuacja trudna, my bezpośrednio nie mamy na to przełożenia, ale jednocześnie jako państwo, jako rząd bierzemy odpowiedzialność za rodziny ofiar i za to, jak ta sytuacja zostanie wyjaśniona - zadeklarował wiceminister Gajewski.

 

- Ja jestem przekonany, że ten test wypadnie pomyślnie i zdamy ten egzamin - dodał polityk.

 


 

Sebastian Gajewski, podobnie jak inni goście w studiu, złożył kondolencje rodzinom ofiar. Wskazał na wyzwania, które należy zrealizować w obliczu tej tragedii.

 

- Po pierwsze wyjaśnienie przyczyn tej katastrofy. To jest oczywiście wypadek, który zdarzył się na Węgrzech, w związku z czym to będzie robiła policja węgierska, prokuratura węgierska, ale myślę, że powinniśmy jako państwo dołożyć wszelkich starań, żeby polskie służby miały pełen dostęp do informacji dotyczących wyników tego postępowania. Żebyśmy mieli i jako państwo i jako społeczeństwo wiedzę na ten temat, jak do tego doszło, kto zawinił, jakie będą dalej podejmowane kroki - stwierdził. 

 

Polityk Nowej Lewicy zwrócił także uwagę na zadania stojące przed polską dyplomacją.

 

- To jest bardzo ważne, żeby rodziny miały pełną informację, ale też żeby te wszystkie osoby były realnie zaopiekowane, żeby nikt nie został sam. Z tych komunikatów, które mamy z MSZ-u z placówki w Budapeszcie wynika, że to się dzieje i bardzo dobrze, ale zawsze też jest wyzwanie na przyszłość, to znaczy zaopiekowanie się rodzinami. Bo to są osoby, które pozostały przy życiu, to będą wdowy, to będą wdowcy, to będą dzieci - tłumaczył. - Tu zawsze potrzeba jest adekwatnej reakcji państwa. Pewnie części tych osób będą przysługiwać świadczenia po osobach zmarłych, ale zawsze w takim wypadku też jest przestrzeń na ewentualną interwencję ze strony premiera, bo w przypadku takich katastrof czasem przyznaje się świadczenia specjalne, o tym wszystkim musimy myśleć - podsumował.O akcji ratunkowej mówił wicemarszałek Senatu Maciej Żywno (Polska 2050), który jest strażakiem-ochotnikiem OSP. 

 

- Myślę, że na Węgrzech również jest sytuacja, w której straż pożarna reaguje szybko. Widać zresztą po zdjęciach dosyć dobre wyposażenie i profesjonalną pracę strażaków. Widać, że była na tyle skuteczna, że udało się uratować również te osoby, które były uwięzione - zauważył Żywno.

 

- Na pewno zawsze przy tego rodzaju wypadkach z udziałem autokaru jest podstawowy problem, że to jest przede wszystkim dosyć duża masa pojazdu, który trzeba podnieść lub dostać się do środka, więc nie należy to do łatwych. Najsmutniejsze jest to, że są ofiary śmiertelne, natomiast na pewno nie jest to sytuacja, w której pomoc nie doszła szybko. Z tych wstępnych informacji pada to, że dosyć szybko zareagowały węgierskie służby - dodał.

Wpis prezydenta po tragedii. Bogucki: Przestrzegam, żeby nie zrobić komuś krzywdy

Po informacji o tragedii z udziałem polskich turystów prezydent Karol Nawrocki napisał, że "łączy się w modlitwie i głębokim współczuciu z rodzinami oraz bliskimi ofiar". 

 

- Wszyscy powinniśmy się pokłonić nad tą tragedią ludzkiej śmierci i cierpienia rodzin. Zrobiły to najważniejsze osoby w państwie, łącznie z panem prezydentem. Druga rzecz to oczywiście jest to, co działo się tam na miejscu. Pozostaje tylko wierzyć, że służby węgierskie zadziałały w sposób profesjonalny, szybki, sprawny i zrobiły to, co mogły zrobić - stwierdził szef Kancelarii Prezydenta RP Zbigniew Bogucki.

 


 

- Ważne jest, żeby rodziny miały informację, która dociera sprawdzona, bieżąca, nie z jakichś domysłów. Tutaj już wielka rola rządu, przede wszystkim Ministerstwa Spraw Zagranicznych - mówił Bogucki. Dodał też, że polskie służby powinny wybrać się na miejsce tragedii, a państwo otoczyć opieką rodziny ofiar.

 

Zaapelował też o to, aby nie wysnuwać pochopnych wniosków na temat przyczyn tragedii.

 

- Przestrzegam przed tym, żeby nie zrobić komuś krzywdy, jeżeli mówimy o tym, kto spowodował, czy mógł spowodować. Tam też jest rodzina, tam też są bliscy, tam też są znajomi, więc ja prosiłbym bardzo, żeby poczekać w tej wielkiej tragedii na to, co było rzeczywistą przyczyną tego wypadku - wezwał.

"Nie możemy doprowadzić do linczu". Apel po tragedii na Węgrzech

- Oczywiście wyrazy współczucia dla bliskich i rodzin ofiar. Mamy już komunikat rzecznika Ministerstwa Spraw Zagranicznych, niestety informuje o śmierci 12 naszych obywateli. Siedem osób jest w stanie krytycznym i tutaj też z wielką troską myślimy o tych osobach. To jest dla nas w tej chwili najważniejsze, żeby one wyszły z tego cało - powiedziała w programie Polsat News posłanka Alicja Łepkowska-Gołaś (Koalicja Obywatelska).

 

- Na placówce działa zespół kryzysowy. Tutaj też jest podany na X specjalny numer telefonu dla bliskich, oczywiście węgierski numer placówki dyplomatycznej. Też jest apel o odpowiedzialne korzystanie z tego numeru telefonu. Wiemy, że czasami zdarza się tak, że osoby nieuprawnione korzystają z tego numeru telefonu, tutaj chcielibyśmy, żeby bliscy ofiar, bliscy tych osób, które przeżyły również wypadek, miały możliwość doinformowania się, co się z nimi dzieje, w jaki sposób mogą pomóc - dodała.

 

Zapewniła też, że MSZ przekazuje i będzie przekazywało zweryfikowane informacje.

 

- Jeśli wina leży po którejś ze stron, to musimy mieć pewność i nie możemy doprowadzić do jakiegoś linczu - stwierdziła.

"Druzgocąca wiadomość". Fogiel wskazuje na "sens istnienia państwa"

Poseł Prawa i Sprawiedliwości Radosław Fogiel nazwał informacje o wypadku "druzgocącą wiadomością".

 

- To jest chyba dziś najważniejsze, żeby Polacy, żeby ci, którzy uczestniczyli w tej pielgrzymce rodziny ofiar, żeby nie poczuli się zostawieni sami sobie. Od tego mamy państwo, od tego są instytucje państwowe, żeby właśnie w takich dramatycznych, kryzysowych sytuacjach pomagać, wyciągać rękę do swoich obywateli - skomentował.

 

- Na tym polega cały sens istnienia państwa, na tym polega sens umowy społecznej. Po to się poddajemy jakimś regułom, po to płacimy podatki, żeby właśnie móc na państwo polskie w sytuacji kryzysu liczyć - stwierdził Fogiel.

 

- Oczekuję, że wszyscy, którzy mają narzędzia, którzy są odpowiedzialni, będą współpracować żeby wyjaśnić tę tragedię, ale żeby ci wszyscy, którzy w niej brali udział i rodziny ofiar miały pełne poczucie, że mają informację, że wszystko jest pod kontrolą, że nie są zostawieni sami z tym dramatem - dodał.

 

Wśród przykładów koniecznych działań wymienił też pomoc w sprowadzeniu zwłok, które jest "dużym wyzwaniem i też tutaj trzeba tym rodzinom na pewno pomóc".