Opowiem Wam, jak ja to widzę.
FOCH
2026/02/11
TO DO TEGO DEBILA ------- KRYMINALIS
MARCHEW DLA GIENIUTKOWA DLA SWINEK , POMOZ
Kochani! Ostatnio bardzo źle idą zbiórki Świnkom
Chcieli porwać kobietę na ulicy, zatrzymano trzech Bułgarów
Trzech obywateli Bułgarii zostało zatrzymanych przez policjantów z Kłodzka kilka godzin po próbie uprowadzenia 23-letniej kobiety. Mężczyźni wpadli, gdy próbowali uciec za granicę. Usłyszeli zarzuty.W sobotę, siódmego lutego około godziny 13 policja w Oleśnicy dostała zgłoszenie o próbie uprowadzenia kobiety. Według zgłaszającego, sprawcy jechali busem. Do porwania jednak nie doszło, ponieważ zostali spłoszeni przez zatrzymujące się samochody.
Na miejsce wysłano patrol, zabezpieczono możliwe trasy ucieczki, a także poinformowano wszystkie jednostki policji w regionie i sąsiednim województwie, by jak najszybciej zatrzymać sprawców.
Według policji, pokrzywdzoną była 23-letnia Bułgarka. Jak wynikało z relacji kobiety, drogę zajechał jej bus, z którego po chwili wysiadł znany jej 23-letni mężczyzna i zażądał, by wsiadła do auta. Kobieta, wiedząc że mężczyzna miał już wcześniej problemy z prawem, zaczęła uciekać, jednak napastnik ją dogonił, uderzył w twarz ipróbował zaciągnąć do auta przy pomocy drugiego z mężczyzn.Kierowcy przejeżdżający w pobliżu zauważyli sytuację i zaczęli się zatrzymywać, co spłoszyło sprawców. Mężczyźni wsiedli do busa i odjechali w kierunku Ostrowa Wielkopolskiego. Gdy poszkodowana kobieta była już bezpieczna, trafiła pod opiekę medyków.
Trzech mężczyzn zatrzymanych przy granicy
Kilka godzin później patrol z Kłodzka namierzył busa niedaleko polskiej granicy. Funkcjonariusze zatrzymali auto pod pretekstem rutynowej kontroli drogowej.Po sprawdzeniu danych jadących busem mężczyzn okazało się, że są to obywatele Bułgarii w wieku 23, 45 i 47 lat. "W toku prowadzonych czynności procesowych mężczyźni usłyszeli zarzut usiłowania uprowadzenia – czyn ten zagrożony jest karą dopięciu lat pozbawienia wolności. Dodatkowo 23-latek usłyszał zarzut uszkodzenia ciała – zagrożony karą do dwóch lat więzienia " - podała policja.
Zmumifikowane zwłoki pana Józefa w mieszkaniu. Prawda wyszła na jaw przez rachunki
To smutna historia o samotności w wielkim mieście. W jednym z bloków na poznańskim osiedlu Bolesława Śmiałego dokonano wstrząsającego odkrycia. Gdy komornik w asyście policji wszedł do lokalu z powodu nieopłaconych rachunków, na kanapie znaleziono zmumifikowane ciało. Wszystko wskazuje na to, że 86-letni mężczyzna nie żył od dłuższego czasu.
Makabryczne znalezisko podczas egzekucji komorniczej
Gdyby nie narastające zaległości finansowe, dramat 86-letniego mieszkańca Poznania mógłby pozostać tajemnicą jeszcze przez wiele miesięcy. Do mieszkania na osiedlu Bolesława Śmiałego wkroczył komornik w towarzystwie funkcjonariuszy policji, aby przeprowadzić czynności egzekucyjne. Zamiast dłużnika, urzędnicy zastali wewnątrz przerażający widok. Na kanapie znajdowały się zmumifikowane zwłoki. Wstępne szacunki sugerują, że do zgonu mężczyzny mogło dojść nawet w 2022 roku.
Trudności z identyfikacją i przyczyny śmierci
Stan odnalezionego ciała jest na tyle zaawansowany, że służby napotkały poważne trudności z natychmiastowym potwierdzeniem tożsamości zmarłego. Choć wszystko wskazuje na to, że jest to właściciel lokalu, Józef G., śledczy muszą przeprowadzić szczegółowe badania. Prokuratura ma również problem z dotarciem do jakichkolwiek krewnych mężczyzny. Na ten moment nieznana pozostaje bezpośrednia przyczyna śmierci seniora, a biegli będą musieli ustalić, czy doszło do nieszczęśliwego wypadku, czy zgon nastąpił z przyczyn naturalnych.
Sąsiedzi myśleli, że wyjechał
Blok, w którym doszło do tragedii, to ogromny budynek mieszczący ponad 200 lokali. Mimo tak licznego sąsiedztwa, zniknięcie starszego pana nie wzbudziło podejrzeń mieszkańców. Józef G. uchodził za osobę stroniącą od ludzi i często wyjeżdżającą, dlatego jego długa nieobecność została zinterpretowana jako kolejna podróż. Sąsiedzi przyznają, że był on typem samotnika, co dodatkowo uśpiło ich czujność.
Automatyczne przelewy maskowały tragedię
Fakt śmierci mężczyzny pozostawał nieodkryty głównie ze względu na systematyczne regulowanie opłat czynszowych. Józef G. posiadał stałe zlecenie przelewu do Poznańskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, dzięki czemu administracja nie odnotowała żadnych długów. Alarm podniesiono dopiero wtedy, gdy przestały wpływać opłaty za media, co poskutkowało interwencją komorniczą. Co ciekawe, z mieszkania nie wydobywał się żaden niepokojący zapach, a przepełniona skrzynka na listy również nie skłoniła nikogo do sprawdzenia, co dzieje się z lokatorem.
Chwile grozy w markecie popularnej sieciówki w Jaworznie. 21-letnia kasjerka trafiła do szpitala
Chwile grozy w jednym z marketów przy ul. Jagiellońskiej w Jaworznie. Podczas obsługi klientów 21-letnia kasjerka została nagle porażona prądem. Na miejsce wezwano policję i pogotowie ratunkowe. Kobieta, roztrzęsiona, trafiła do szpitala. Sprawę badają służby.
Dramatyczne sceny rozegrały się w sobotę, 7 lutego, przed południem w jednym ze sklepów sieci Biedronka w Jaworznie. Około godziny 11 podczas rutynowej pracy przy kasie doszło do niebezpiecznego incydentu, który postawił na nogi służby ratunkowe.Jak wynika ze wstępnych ustaleń, w urządzeniu kasowym doszło do przepięcia elektrycznego. Jeden z elementów stanowiska miał przewodzić prąd i porazić pracownicę.– Mieliśmy zdarzenie 7 lutego o godzinie 11 na ulicy Jagiellońskiej. Doszło tam do porażenia prądem 21-letniej kasjerki. Gdy przyjechaliśmy na miejsce, kobieta była przytomna, ale bardzo roztrzęsiona. Została zabrana do szpitala na badania – przekazał Artur Szymik, zastępca rzecznika prasowego Komendy Miejskiej Policji w Jaworznie.Na szczęście żaden z klientów sklepu nie ucierpiał, choć – jak relacjonują świadkowie – sytuacja wyglądała groźnie. Wypadek wywołał duże poruszenie wśród obecnych w markecie osób. Klienci, jak podaje portal "jaw.pl" spekulowali, że mogło dojść do przebicia instalacji elektrycznej lub problemów z uziemieniem kasy. Te informacje nie zostały jednak oficjalnie potwierdzone.
Młoda kasjerka Biedronki trafiła do szpitala
Zespół Ratownictwa Medycznego przetransportował kobietę do szpitala. Jak przekazano później, jej stan nie zagrażał życiu. Sieć Biedronka poinformowała, że pracownica opuściła już placówkę medyczną i wróciła do domu.Sprawą zajmują się policjanci, którzy wyjaśniają dokładne okoliczności zdarzenia. Śledczy sprawdzą m.in., czy stanowisko pracy było odpowiednio zabezpieczone i czy nie doszło do zaniedbań technicznych.
Jak informuje naszą redakcję asp. Artur Szymik, postępowanie prowadzone jest pod kątem artykułu 220 paragraf 1 Kodeksu karnego, dotyczącego narażenia pracownika na niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Za takie przestępstwo grozi kara do trzech lat pozbawienia wolności.
Biuro prasowe sieci Biedronka w przesłanym komunikacie podkreśliło, że „okoliczności zdarzenia są wciąż ustalane”.
Szokujące zachowanie Sebastiana M. w sądzie. Mama ofiary się popłakała, rodzina aż wyszła z sali
Sebastian M., oskarżony o spowodowanie głośnego wypadku na A1, wygłosił oświadczenie przed Sądem Rejonowym w Piotrkowie Trybunalskim. Jego słowa oraz zachowanie okazały się tak mocne, że część rodziny pokrzywdzonych nie wytrzymała i wyszła z sali. Matka ofiary zalała się natomiast łzami, kryjąc twarz w dłoniach. - Nie mogę tego słuchać - powiedziała kobieta. Pełnomocnik poszkodowanych nazwał wystąpienie Sebastiana M. "żenadą". Co takiego wydarzyło się na sali sądowej? Znamy szczegóły.
Sebastian M. brał udział w wypadku, który wydarzył się na autostradzie A1 na wysokości Piotrkowa Trybunalskiego, dokładnie we wrześniu 2023 roku. Przeprowadzone śledztwo ujawniło, że to on miał stać za spowodowaniem zderzenia samochodów, w wyniku którego zginęła trzyosobowa rodzina: kobieta, mężczyzna oraz ich 5-letnie dziecko. Prokuratura nie ma wątpliwości, że to właśnie przez Sebastiana M. poszkodowani ponieśli śmierć na miejscu. Mężczyzna miał jechać ponad 315 kilometrów na godzinę, znacząco przekraczając dozwoloną prędkość. Na nagraniach udostępnionych w mediach społecznościowych widać ponadto, że kierowca BMW jechał w sposób bardzo agresywny i niebezpieczny. Zanim doszło do oficjalnych ustaleń w sprawie, podejrzany zdołał również zbiec poza granice Polski - do Niemiec, a później do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Proces ekstradycyjny przeciągał się w czasie, lecz Sebastiana M. udało się wreszcie ściągnąć z powrotem do Polski w maju 2025 roku.Kilka miesięcy później, we wrześniu, ruszył proces podejrzanego, który śledzi teraz cała Polska. Praktycznie na każdej rozprawie dochodzi do jakichś szokujących scen, ale to, co wydarzyło się teraz, jest zdecydowanie jedną z najmocniejszych rzeczy. Sebastian M. wygłosił bowiem oświadczenie, w którym przekonywał, że jest niewinny, a do wypadku mogła przyczynić się rzekoma usterka osobówki, którą jechała poszkodowana rodzina. Przed sądem w Piotrkowie Trybunalskim zarzucał śledczym złe zabezpieczenie miejsca zdarzenia, a za przyczynę śmierci ofiar obwiniał pożar, który wybuchł w aucie po wypadku, a nie samo zderzenie. - Świadek stwierdził, że osoby, które przebywały w aucie, wołały o pomoc. Biegły również wskazuje, że ofiary zginęły w trakcie pożaru. Z tego wynika, że bezpośrednią przyczyną śmierci nie był wypadek, a pożar, do którego doszło - mówił Sebastian M. przed sądem, cytowany przez portal O2.pl.Prokuratura odpowiada, że to pożaru doszło przecież w wyniku wypadku, więc mechanizm śmierci i jego przyczyna pozostają zachowane. Gdyby do zderzenia nie doszło, nie byłoby wybuchu ognia i ofiar. Ale Sebastian M. brnął dalej, mówiąc że jest osobą niewinną, a w ogóle to "nie doprowadził do wypadku", bo kierowca osobówki miał rzekomo uderzyć w barierki. Szczegóły poniżej.Prokurator, oskarżyciel posiłkowy i rodziny ofiar nie wytrzymały. Po tych słowach Sebastiana M. pojawiło się wzburzenie i wielkie emocje
Lekceważące podejście Sebastiana M. i umniejszanie swojej roli w spowodowaniu śmiertelnego wypadku w końcu wywołały stanowczą reakcję. Matka jednej z ofiar zalała się łzami, pozostali członkowie rodziny też zaczęli wychodzić z sali. - Nie mogę tego słuchać - mówiła kobieta, opuszczając pomieszczenie. Z kolei oskarżyciel posiłkowy postanowił zaprotestować, podobnie jak przedstawicielka prokuratury. - Oskarżony manipuluje faktami. Wybiórczo odnosi się do zebranego materiału dowodowego. Nie ma wątpliwości dotyczących m.in. opinii biegłych, które wskazują na prędkość pojazdu BMW, a także skutek uderzenia - mówiła prokurator Konstancja Paprotna-Tobiczyk z Prokuratury Okręgowej w Katowicach, cytowana przez O2.pl.Mecenas Łukasz Kowalski, który reprezentuje rodziny ofiar, w jeszcze ostrzejszych słowach odniósł się do oświadczenia Sebastiana M., nazywając jego zachowanie "żenadą". - Poziom tej żenady przekroczył zero. To manipulacja faktami! Bardzo dobrze, że proces jest jawny, że dziennikarze będą się do tego odnosić. (...) Wybiórcze przywoływanie faktów jest charakterystyczne dla oskarżonego - podkreślał.
Proces Sebastiana M. wciąż trwa. Zanim mężczyzna usłyszy wyrok, może jeszcze minąć trochę czasu. Za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym grozi mu kara do 8 lat więzienia.