2026/10/16

 


 


 


2-letni Szymon umierał w męczarniach, z bólu odgryzł sobie wargę. Rodzice wrzucili go do stawu na oczach rodzeństwa Bartosz Wojsa Bartosz Wojsa

 2-letni Szymonek z Będzina został pozbawiony życia, bo „przeszkadzał ojcu w zrelaksowaniu się”. Ciało dziecka w pobliżu stawu hodowlanego w Cieszynie znaleźli przypadkowi chłopcy, którzy akurat tamtędy przechodzili. Policjanci przez dwa lata nie byli w stanie ustalić tożsamości ofiary, a zdjęcia malucha pokazywały wszystkie media w Polsce. Okoliczności śmierci Szymona oraz to, co musiał przeżyć w swoim krótkim życiu, okazały się wstrząsające, natomiast wysokość sądowego wyroku dla jego oprawców, którą zmieniano trzy razy, do dziś budzi skrajne emocje. Matka zdążyła wyjść na wolność.

Do makabrycznego odkrycia doszło w marcu 2010 roku. Wtedy jeszcze nie wiedziano, co kryje się za śmiercią dziecka, którego zwłoki w pobliżu stawu hodowlanego w Cieszynie znalazło dwóch chłopców. Akurat tamtędy przechodzili i natknęli się na ciało przypadkiem. Zawiadomili dorosłych, na miejsce przyjechały służby i rozpoczęło się długie dochodzenie. Nie było ono proste z uwagi na brak jakichkolwiek śladów w pobliżu znalezienia zwłok. Był jedynie sam maluch: o jasnych włosach, ubrany w bluzę, spodnie i małą kurteczkę. Jego zdjęcia obiegły media w całej Polsce, z nadzieją, że ktoś rozpozna dziecko. Tak się jednak nie stało. W śledztwo był zaangażowany dosłownie cały śląski garnizon, powołano także specjalną grupę dochodzeniowo-śledczą. Ówczesny komendant śląskiej policji Andrzej Matejuk, podkreślał w tamtym okresie, że jedną z hipotez, jaką śledczy biorą pod uwagę jest ta, mówiąca o pobiciu dziecka i wyrzucenia go do stawu przez swoich opiekunów. Dzielnicowi chodzili od mieszkania do mieszkania, sprawdzali każde z nich, przeprowadzali wywiady z domownikami. Pod lupę brano każdą rodzinę, w której w 2008 roku urodziło się dziecko. Ekspertyza wykazała bowiem, że chłopczyk miał dwa latka.

Przez dwa lata mundurowi błądzili po omacku. Aż nagle pojawił się telefon, który odmienił losy śledztwa

Funkcjonariusze otrzymali wykaz aż 40 tysięcy dzieci z samego województwa śląskiego. W późniejszym etapie działań podkreślali, że to była bardzo wymagająca sprawa, a jej najtrudniejszy element to właśnie identyfikacja ofiary.

Przez dwa lata mundurowi nie potrafili określić tożsamości chłopca, ani ustalić, kim są jego rodzice. Został pochowany jako bezimienny. Na grobie napisano: Chłopczyk. Żył około 2 lat. Przez jakiś czas podejrzewano obywatelkę Czech, która jakiś okres mieszkała w Cieszynie. Dziecko miało bowiem rysy twarzy wskazujące na to, że mogło pochodzić nie tylko z Polski, lecz i z jakiegoś pobliskiego kraju. Mimo gigantycznej pracy wykonanej przez policję, śledztwo zostało umorzone z powodu niewykrycia sprawców. Kilka miesięcy później nastąpił jednak przełom, którym okazał się telefon, wykonany przez kobietę mieszkającą przy ulicy Piłsudskiego w Będzinie. Zadzwoniła do tamtejszego Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej i poinformowała, że od dawna nie widziała małego syna swoich sąsiadów. To był telefon, na który śledczy czekali od dwóch lat, i który doprowadził ich do prawdy o tajemniczym dziecku.Jego rodzicami okazali się Beata Ch. i Jarosław R., którzy w międzyczasie byli umówieni w ośrodku socjalnym na wywiad środowiskowy, później niespodziewanie zniknęli. To było kilka dni przed telefonem ich sąsiadki do MOPS-u. Matka Jarosława nie potrafiła skontaktować się z synem, ani jego partnerką, więc w obawie, że coś mogło im się stać, zadzwoniła na policję. Dostarczyła funkcjonariuszom zdjęcia pary oraz swojego wnuka. Oba te wydarzenia połączono błyskawicznie. Gdy podejrzani po jakimś czasie wrócili do Będzina, czekali już na nich kryminalni, którzy obserwowali ich mieszkanie. Na nogi postawiono praktycznie całą komendę powiatową policji.

W toku dalszych działań ustalono, że Beata Ch. od 2007 roku pobierała świadczenia na każde z trojga dzieci, choć łącznie miała ich znacznie więcej, a od 2009 roku, po narodzinach najmłodszej córki, zasiłek z tytułu wielodzietności. Prokuratura takie informacje otrzymała od będzińskiego magistratu. Ponadto wykonano badania DNA, które potwierdziły, że chłopiec odnaleziony w stawie w Cieszynie, to Szymon z Będzina, dziecko Beaty i Jarosława.Biegli, którzy przedstawiali wyniki przeprowadzonej sekcji zwłok, stwierdzili, że chłopiec umierał w potwornych męczarniach przez trzy dni. „Super Express” relacjonował, że dwulatek gorączkował, miał biegunkę, wymiotował, miał także zaburzenia oddawania moczu. Przy tych wszystkich dolegliwościach doszła jeszcze narastająca duszność, bo wdało się zapalenie płuc. Biegli zeznali, że ślady na ciele Szymonka świadczyły, że mógł być chłopcem z „zespołem dziecka maltretowanego”. Dwulatek płakał z powodu bólu brzucha, a jeśli przestawał, to dlatego, że tracił przytomność. Jelito cienkie malucha było uszkodzone w dwóch miejscach: w jednym dziurawe, a w drugim – naderwane. To z kolei doprowadziło do zapalenia otrzewnej. Z bólu dziecko odgryzło sobie kawałek wargi. Śledczy nie mieli wątpliwości: śmierć nie nastąpiła szybko, Szymonek przeżywał katusze.Badania specjalistów wykazały, że zgon dziecka nastąpił w domu, w lutym 2010 roku, prawdopodobnie w trakcie snu. Jeszcze zanim ruszył proces Beaty Ch. i Jarosława R., wyszło na jaw, że chłopczyk był maltretowany już jako niemowlę. Para została zatrzymana w 2012 roku.

Jarosław znęcał się nad synem, bo ten przeszkadzał mu w relaksie. Zatykał usta, uderzał w brzuch

Proces, który ruszył w Sądzie Okręgowym w Katowicach rok później, śledziła niemal cała Polska. W relacjach mediów można wyczytać, że Jarosław R. znęcał się nad synem, bo kiedy wracał zmęczony po pracy, ten „nie dawał mu się zrelaksować”. Sprawca chwytał za buzię dziecka tak mocno, że odbił na niej palce i zatykał maluchowi usta. Potem z całej siły uderzył w brzuch. Beata Ch. wyszła wówczas z córką do innego pokoju. Słyszała tylko odgłos uderzania i głośny płacz syna. Następnego dnia Szymon bardzo źle się czuł - nie jadł, leżał z gorączką i płakał. Miał również problemy z oddawaniem moczu. Wtedy ojciec na siłę otwierał mu buzię i wstrzykiwał do niej roztwór wody z solą. Rodzice nie chcieli zabrać dziecka do lekarza, ponieważ wiedzieli, że medycy zauważą jego siniaki i mogą zaalarmować służby.Gdy po kolejnych ciosach i dniach męczarni Szymon nagle przestał oddychać, próbowali go reanimować. Bezskutecznie. Sekcja zwłok wykazała później, że ofiara zmarła na skutek obrażeń brzucha. Kiedy rodzice chłopca zdali sobie sprawę, że ten nie żyje, próbowali pozbyć się ciała. Mieli na to kilka pomysłów, chcieli je spalić, zamurować w ścianie albo upozorować porwanie. Ostatecznie zdecydowali o wywiezieniu zwłok i porzucili je w stawie, oddalonym o wiele kilometrów od miejsca zamieszkania. Potem wrócili do dwójki pozostałych dzieci, córek, które czekały w samochodzie: jedna miała cztery lata, a druga niespełna rok.Prokuratura przekazywała, że Beata Ch. i Jarosław R. są oskarżeni o zabójstwo dziecka, nieudzielenie mu pomocy, a także wyłudzenie pieniędzy z urzędu miasta w Będzinie, ponieważ pobierali świadczenia socjalne także po śmierci syna. Matka udała się nawet na szczepienie z innym, podstawionym dzieckiem, które było jej własnym wnukiem, udając, że to Szymon, by nie wzbudzać podejrzeń. Żadne z rodziców nie przyznało się jednak do winy w trakcie procesu. Podczas rozpraw przerzucali się za to nawzajem winą.Ojciec twierdził, że to matka klęczała i biła Szymona, a ona podtrzymywała, że to on katował dziecko. Babcia chłopca, pani Zenobia, zeznawała, że jej syn Jarosław był dobry dla dzieci. Twierdziła, że nigdy nie widziała, by źle je traktował. Początkowo podobnie mówiła o synowej, lecz później zmieniła zdanie i zeznała, że Beata Ch. uderzyła kiedyś dziecko w rączkę. „Super Express” donosił, że sąd zapytał kobietę o listy, jakie Jarosław R. miał do niej wysyłać z aresztu poza oficjalnym obiegiem. Wyszło na jaw, że instruował w nich matkę, jak ma się zachowywać w sądzie i co ma zeznawać. - Mów, że to ona była zła, a nie ja. Że dzieci pytają o mnie, a nie o Beatę – pisał. W wiadomościach wyzywał także partnerkę i podkreślał, że „musi zgnić w więzieniu”.

Przechwycono cztery listy, w tym dwa dopiero po przeszukaniu mieszkania pani Zenobii, która twierdziła, że dostawała je pocztą i wcale nie była nakłaniana do mataczenia, choć oskarżony przyznał się, że to on jest autorem wiadomości adresowanych do matki.

Jednocześnie kobieta do końca nie zdawała sobie sprawy, że jej wnuk nie żyje. Para okłamywała ją, pokazywała zdjęcia w telefonach, twierdziła, że maluch przebywa u dziadka. Prawdę poznała dopiero po dwóch latach, gdy ujawniono, że odnalezione w Cieszynie zwłoki należą do Szymona. Zarówno obrona, jak i prokuratura zgodziły się, że należy złożyć wniosek o pozbawienie pani Zenobii statusu oskarżycielki posiłkowej, w związku z przedstawionymi informacjami, lecz sąd uznał, że nie ma ku temu podstaw i on sam oceni wiarygodność świadka.

Trzy razy zmieniano wyrok, a ostateczna kara oburzyła mieszkańców. Matka wyszła już na wolność

Prokuratura domagała się w tej sprawie początkowo 15 lat więzienia dla oskarżonych, lecz w apelacji – już kary dożywocia. Uzasadniano, że doszło do zabójstwa, które polegało na doprowadzeniu do śmierci dziecka poprzez umyślne nieudzielenie mu pomocy po zadanym ciosie w brzuch przez ojca ofiary. Matka miała nie widzieć momentu uderzenia, bo przebywała w drugim pokoju, ale nie pomogła Szymonowi, gdy umierał przez kolejne dni, a jego stan się pogarszał. Podawanie mu roztworu z solą przez ojca pogłębiało jego zły stan. Z ustaleń biegłych wynika, że gdyby rodzice po wystąpieniu objawów chorobowych poszli z synem do lekarza, to zapobiegliby jego śmierci. Taka szansa istniała jeszcze na kilka godzin przed zgonem.W maju 2015 roku sąd okręgowy w Katowicach skazał ojca dziecka, Jarosława R., na karę 10 lat więzienia. Przypisał mu spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu dziecka, czego – jak podano w uzasadnieniu - nieumyślnym skutkiem był zgon Szymona. Matka chłopca, Beata Ch., dostała karę 5 lat pozbawienia wolności, bo naraziła dziecko na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia i nieumyślne spowodowała śmierć syna. Dodatkowo sąd uznał ich winnych wyłudzenia świadczeń socjalnych.

Wyrok zaskarżyła zarówno prokuratura, jak i obrona, oburzył on także opinię publiczną i mieszkańców, którzy śledzili sprawę. Po analizie został on uchylony przez sąd apelacyjny, a cały proces ruszył od nowa. Stwierdzono bowiem, że rodzice nie udzielając Szymonowi pomocy godzili się na jego śmierć. Musieli zdawać sobie sprawę, że dziecko cierpi.

Nowy wyrok zapadł 1 czerwca 2017 roku. Sąd okręgowy w Katowicach skazał matkę na 10 lat więzienia, natomiast ojca na 12 lat. Apelację znowu złożyła prokuratura, żądając dożywocia. Była to druga apelacja, a trzeci wyrok, już prawomocny, zapadł rok później – w maju 2018 roku. Zgodnie z decyzją, kary zostały podwyższone, a ich wysokość do dziś budzi wśród mieszkańców skrajne emocje. Jarosława R. skazano na 15 lat więzienia, a Beatę Ch. - na 13 lat więzienia.

Jak donosi „Fakt”, kobieta zdążyła już wyjść na wolność, lecz rodzina „nie chce jej znać”.


                                      DOBREJ NOCKI ZYCZE WSZYSTKIM I TYM STALYM I TYM NOWYM ODWIEDZAJACYM MOJEGO BLOGA . GB