2026/05/13

Matka udusiła noworodka w drodze z domu dziecka. Wcześniej zrzekła się praw do Pawełka

 37-letnia Wiesława P. urodziła całkowicie zdrowego chłopca, jednak natychmiast zrzekła się do niego praw. Tłumaczyła, że ma już wystarczająco dużo pociech na utrzymaniu, a sytuacja w domu jest fatalna. Sześć tygodni później niespodziewanie zmieniła decyzję i zabrała malucha z placówki opiekuńczej. Niestety, w drodze powrotnej brutalnie pozbawiła go życia za pomocą zwykłej foliowej torby. Kobieta wyznała śledczym, że niemowlę początkowo płakało i wierzgało, aż ostatecznie przestało oddychać. Prawda o losie Pawełka wyszła na jaw dopiero po dwóch latach, całkowitym przypadkiem.Postępowanie 37-letniej Wiesławy P. wymyka się jakimkolwiek racjonalnym ocenom, zwłaszcza że początkowo wykazywała ona ludzkie odruchy, oddając niechciane niemowlę do wyspecjalizowanej placówki. Dlaczego ostatecznie zamordowała własnego syna i czy zbrodnia ta była z góry ukartowana? Cała tragiczna historia wzięła swój początek w połowie 2004 roku. Jak ustalił reporter „Super Expressu” Andrzej Woźniak, mieszkająca w mazowieckim Rudzienku kobieta była w zaawansowanej ciąży, gdy podczas załatwiania spraw w warszawskim oddziale banku odeszły jej wody płodowe.                                                        Ponieważ miała już za sobą kilka porodów i status wieloródki, zachowała zimną krew. Udała się do najbliższego szpitala, gdzie na świat przyszedł zupełnie zdrowy noworodek.

Personel medyczny był w głębokim szoku, gdy zaledwie kilka godzin po porodzie pacjentka zażądała natychmiastowego wypisu do domu. Zdecydowała się porzucić chłopca na oddziale, kategorycznie odmawiając opieki nad nim, argumentując to zbyt dużą gromadką potomstwa na swoim utrzymaniu. Zszokowani lekarze musieli dopełnić wszelkich formalności, co dla trzydziestosiedmiolatki nie stanowiło najmniejszej przeszkody. Bez wahania podpisała oświadczenie o zrzeczeniu się praw rodzicielskich i wyraziła oficjalną zgodę na adopcję, wnioskując o umieszczenie małego Pawła w domu dziecka. Śledczy pracujący później nad sprawą odkryli, że matka żaliła się medykom na skrajnie trudną sytuację materialną oraz rzekomą przemoc ze strony męża i teściów, choć żadne instytucje pomocowe nie miały o tym pojęcia.

Wiesława P. odebrała Pawła z domu dziecka. Zabiła go w drodze do domu

Odrzucony przez matkę chłopiec został przewieziony do ośrodka opiekuńczego w podwarszawskim Otwocku, gdzie zapewniono mu doskonałe warunki do rozwoju. Dziecko rozwijało się prawidłowo, a przez równe czterdzieści dwa dni opiekowały się nim oddane pracownice placówki. Sytuacja zmieniła się diametralnie, gdy w drzwiach budynku nagle pojawiła się Wiesława P., stanowczo domagając się zwrotu syna. Dziennikarze „Super Expressu” donosili, że kobieta gorąco zapewniała o swoich matczynych uczuciach i rzekomej chęci samodzielnego wychowania chłopca. Decyzją urzędników, w oparciu o nie do końca jasne dziś procedury, noworodek trafił z powrotem w jej ręce. Niestety, po opuszczeniu murów otwockiej placówki, matka nigdy nie dowiozła niemowlęcia do rodzinnej wsi.

Przez okrągłe dwadzieścia cztery miesiące los małego chłopca pozostawał nieznany dla jakichkolwiek służb. Szokujący jest fakt, że nikt nie pofatygował się, by sprawdzić sytuację w domu kobiety, a domownicy rzekomo nie mieli pojęcia o jej odmiennym stanie. Potwierdzali to zresztą sąsiedzi z wioski, twierdząc z przekonaniem, że podejrzana celowo nosiła obszerne swetry i maskowała rosnący brzuch przed otoczeniem. Zarówno czterdziestosześcioletni mąż Sylwester P., jak i jego rodzice, Józef i Hanna, solidarnie zeznawali przed wymiaremsprawiedliwości, że o istnieniu Pawełka dowiedzieli się dopiero dwa lata po jego narodzinach. Porażająca prawda wyszła na jaw całkowicie niespodziewanie.

W czerwcu 2006 roku rozegrał się łudząco podobny scenariusz, ponieważ kobieta ponownie zaszła w ciążę. Akcja porodowa znów zaskoczyła ją podczas pobytu w stolicy, gdy podróżowała do swojego miejsca zatrudnienia. Skierowała swoje kroki do tego samego warszawskiego szpitala, w którym przyszedł na świat jej zamordowany syn. Urodziła zdrową dziewczynkę, nadała jej imię Oliwia i natychmiast wypisała się na własne żądanie. Andrzej Woźniak ze wspomnianego dziennika podkreślał, że tym razem wyrodna matka nie złożyła żadnych podpisów pod dokumentami adopcyjnymi, po prostu opuszczając klinikę. Porzucona córeczka trafiła do identycznego ośrodka w Otwocku. Wiesława P. nigdy jej stamtąd nie odebrała, co według późniejszych relacji policjantów wynikało z jej panicznego strachu przed powtórzeniem zbrodni dokonanej na Pawle.

Urzędnicy szukali zaginionego dwulatka. Śledztwo ujawniło zbrodnię matki

Przełom w całej sprawie nastąpił w momencie, gdy urzędnicy rozpoczęli procedurę adopcyjną maleńkiej Oliwii. Delegacja pracowników opieki społecznej przyjechała do domu w Rudzienku, aby formalnie potwierdzić, że trzydziestosiedmiolatka trwale porzuciła córkę w szpitalu. W trakcie oględzin miejsca zamieszkania ich uwagę zwrócił pewien potężny brak, ponieważ nigdzie nie było widać dwuletniego chłopca, który w świetle dokumentów powinien tam przebywać. W domu bawiły się jedynie starsze dzieci: siedmioletni Maciej, czternastoletni Piotrek, szesnastoletni Wojtek i pełnoletni już Mariusz. Kiedy padło bezpośrednie pytanie o losy Pawełka, Wiesława oblała się zimnym potem, a reszta rodziny wyglądała na autentycznie zdezorientowaną, co zdawało się potwierdzać ich niewiedzę o ciąży i porodzie.Zestresowana matka nie była w stanie racjonalnie wytłumaczyć nieobecności dwulatka, co błyskawicznie skutkowało zawiadomieniem organów ścigania. Sprawą zajęła się Prokuratura Rejonowa w Mińsku Mazowieckim, a Wiesława P. natychmiast trafiła do aresztu jako główna podejrzana o zniknięcie dziecka. W trakcie przesłuchań wielokrotnie konfabulowała, wymyślając historie o rzekomej sprzedaży chłopca przypadkowym osobom na ulicy lub wysłaniu go do Stanów Zjednoczonych. Ostatecznie jednak pękła i złożyła makabryczne wyjaśnienia. Przyznała wprost, że pozbawiła syna życia wyłącznie dlatego, że miała zbyt liczne potomstwo i bała się kolejnych wydatków. W szczegółach opowiedziała o przebiegu morderstwa.W 2004 roku wróciła do ośrodka w Otwocku i zabrała ze sobą Pawełka. Jechała autobusem z chłopczykiem na rękach. Kierowcy kazała zatrzymać się w pobliżu szpitala w Międzylesiu. Weszła między drzewa, założyła dziecku na główkę reklamówkę i owinęła ją wokół ciała – relacjonował dziennikarz Andrzej Woźniak. – Pawełek wierzgał nóżkami, płakał, ale końcu przestał się ruszać – to z kolei słowa Wiesławy, które miały paść podczas przesłuchania.

Zwłoki noworodka zniknęły w lesie. Łagodny wyrok dla dzieciobójczyni

Po uduszeniu chłopca zbrodniarka schowała jego bezwładne ciało do tej samej reklamówki, z którą wcześniej jechała autobusem, udając powrót z codziennych zakupów. Dotarła w ten sposób do rodzinnej miejscowości i bez żadnych skrupułów pogrzebała własne dziecko w niewielkim zagajniku. Ze względu na brak sił fizycznych zakopała zwłoki niezwykle płytko, co uniemożliwiło późniejsze odnalezienie jakichkolwiek śladów biologicznych. Mimo że podczas wizji lokalnej wskazała policjantom dokładne miejsce pochówku, szczątków nigdy nie odzyskano. W toku procesu sądowego uznano za najbardziej prawdopodobne, że grób został rozkopany przez żyjące tam dzikie zwierzęta.- Zakopała nam wnusia, a głodne psy pewnie go zjadły. Nie możemy przeżyć tego, co zrobiła – mówiła zapłakana teściowa oskarżonej. – Ona ciągle narzekała, że ma za dużo dzieci. Córeczkę też by pewnie zabiła, gdyby ludzie się nie zainteresowali jej adopcją – dodawała mieszkanka Rudzienka, pani Stanisława, w rozmowie z „Super Expressem”.Do dziś wiele aspektów tej bulwersującej zbrodni budzi ogromne wątpliwości społeczne. Niejasne pozostaje, w jaki sposób kobieta mogła ukryć dwie kolejne ciąże przed własnym mężem, z którym dzieliła łóżko w przepełnionym, ubogim domu. Trudno też pojąć ignorancję urzędników, którzy przez blisko dwadzieścia cztery miesiące nie zainteresowali się losem noworodka wydanego z placówki po wcześniejszym zrzeczeniu się praw. Internauci wielokrotnie wytykali błędy systemu oraz dziwili się łagodnemu traktowaniu domniemanej przemocy domowej, o której Wiesława wspominała na porodówce. Niewykluczone, że to właśnie te luki w nadzorze państwowym wpłynęły na ostateczny, stosunkowo łagodny wymiar kary.

Pierwsze rozstrzygnięcie w tej dramatycznej sprawie zapadło w maju 2008 roku, kiedy to siedlecki Sąd Okręgowy wymierzył oskarżonej karę dwunastu lat pozbawienia wolności za brutalne morderstwo. Obrońca dzieciobójczyni błyskawicznie złożył apelację, w wyniku której Sąd Apelacyjny w Lublinie zdecydował o całkowitym uchyleniu wyroku i konieczności ponownego zbadania akt. Ostateczna decyzja zapadła 22 czerwca 2012 roku, ponownie przed Sądem Okręgowym w Siedlcach, gdzie sędziowie utrzymali w mocy winę oskarżonej, ale nieoczekiwanie obniżyli jej karę do zaledwie dziesięciu lat więzienia. Morderczyni odbyła już w całości zasądzoną karę i od dłuższego czasu przebywa na wolności.

14-latek zabił macochę! Rozszarpał jej szyję nożem, dobijał młotkiem. Na widok 2-letniej siostry osłupiał

 14-letni Łukasz rzucił się na macochę z nożem oraz młotkiem. Zaatakował znienacka, ranił i uderzał bez opamiętania. W obronie kobiety stanął przyrodni brat chłopaka, ale nie udało mu się uratować mamy. 18-latek także został poważnie ranny, był o krok od śmierci. Ofiarę w kałuży krwi odnalazł jej mąż, ojciec sprawcy, który – jak sam mówi – zapamięta ten widok do końca życia. Szczegóły tej sprawy są wstrząsające.                                                                            Mieszkańcy Chełma już zawsze będą pamiętać o krwawych wydarzeniach, które rozegrały się w ich mieście 25 stycznia 2020 roku. To wtedy 14-letni Łukasz zabił swoją macochę, panią Ewelinę, i poważnie ranił starszego, przyrodniego brata Szymona, który stanął w obronie mamy. Sprawca przygotowywał się do morderstwa, nóż i młotek schował mniej więcej dwa miesiące wcześniej. W programie „Uwaga! TVN” pan Robert, ojciec 14-latka, relacjonował, że jego żona feralnego dnia szła do pokoju ich córeczki. Łukasz przechodził obok niej z uśmiechem, kiedy nagle wbił jej nóż w szyję. Była w szoku, nie miała jak się bronić. Upadła, potem próbowała się schować. Oprawca jednak schwytał i dobił kobietę. - Najgorszy był widok, jak zobaczyłem martwą żonę. Kałuża krwi – opisywał mężczyzna w TVN-ie. Sekcja zwłok wykazała, że bezpośrednią przyczyną zgonu ofiary były ciosy zadane nożem w klatkę piersiową. W obronie kobiety stanął jej 18-letni syn, ale nie miał szans z przyrodnim bratem, bo ten był uzbrojony. Młodociany morderca jego również mocno poturbował, a chłopak był o krok od śmierci. Udało mu się jednak przeżyć, dzięki szybkiej reakcji jednego z sąsiadów. 18-latek natychmiast trafił do szpitala, a zespół medyczny go uratował.

14-latek uciekł z domu, oszczędził tylko 2-letnią siostrę. Policję wezwali pracownicy domu kultury

Poszkodowany będzie miał traumę prawdopodobnie do końca życia. Do placówki medycznej trafił z ranami na rękach, szyi, barku. Miał też liczne rany tłuczone i cięte głowy. Lekarze określali jego stan fizyczny i psychiczny jako bardzo ciężki, a kontakt z nim był utrudniony.

W międzyczasie 14-letni Łukasz uciekł z domu. Oszczędził jedynie 2-letnią dziewczynkę, której nie zrobił krzywdy. Skierował swoje kroki do Chełmskiego Domu Kultury, musiał pokonać ponad jeden kilometr pieszo. Był cały zakrwawiony, w jednej ręce trzymał nóż, a w drugiej młotek. Przez całą trasę nie porzucił narzędzi zbrodni. Wszedł do budynku, jak gdyby nigdy nic, kiedy na scenie trwał spektakl. Pracownicy, którzy rozmawiali z reporterami TVN-u, byli przerażeni. Opisywali, że 14-latek przemieścił się w stronę kasy, a potem odwrócił się i wyPracownicy placówki zawiadomili policję, dwóch z nich poszło śledzić Łukasza. Na bieżąco przez telefon informowali funkcjonariuszy, w którą stronę idzie. Kilkanaście minut później patrol zatrzymał podejrzanego. Był spokojny, nie stawiał oporu, nie próbował nawet uciekać. Posłusznie wykonywał wszystkie polecenia mundurowych.szedł, jakby się rozmyślił. W holu i na drzwiach wejściowych zostawił ślady krwi.Dziennikarze „Super Expressu” dotarli do wiadomości, które Łukasz miał publikować w mediach społecznościowych dzień przed dokonaniem morderstwa macochy. Pisał, że pora zabijać, że zabicie jest jego celem. Jak już wiemy, nie były to tylko puste słowa. Swoje koszmarne zapowiedzi chłopak naprawdę zrealizował. 14-latek pochodził z dobrej rodziny, tak przynajmniej mówili sąsiedzi i jego otoczenie. Tata chłopca jest policjantem. Mężczyzna rozstał się z biologiczną matką Łukasza wiele lat temu. Pani Ewelina była jego drugą żoną. Miała dwójkę swoich nastoletnich dzieci, a dwa lata przed tragedią urodziła córeczkę, która była owocem związku z panem Robertem. „Super Express” podawał, że małżeństwo do Chełma sprowadziło się z podchełmskiego miasteczka w połowie 2019 roku. Kupili duży, piętrowy dom na przedmieściach, oboje wychowywali dzieci z poprzednich związków.

W toku śledztwa wyszło na jaw, że Łukasz, mimo bardzo młodego wieku, nie po raz pierwszy miał zatargi z prawem. Kilka miesięcy przed zabójstwem groził w sieci, że wysadzi szkołę. Później pojawiły się doniesienia, że miał ukraść jakieś pieniądze, zamierzał kupić broń i – tu cytat - „zrobić masakrę”. Nauczyciele uczestniczyli w spotkaniu z ojcem 14-latka, poproszono też o pomoc psychologów. Nastolatek tłumaczył, że tylko żartował, lecz finalnie sprawa trafiła do sądu rodzinnego, ponieważ szkoła zawiadomiła policję. Magdalena Flis z SąduRejonowego w Chełmie w rozmowie z TVN-em potwierdziła, że były prowadzone różne czynności w tej sprawie, wyznaczono nawet termin rozprawy. Więcej informacji nie mogła zdradzić.

Łukasz był osobą spokojną, cichą. Co pchnęło go w ramiona zbrodni? Inspirował się przestępcami

Ale nastolatek nie zawsze taki był. Przedstawiciele szkoły podstawowej, do której uczęszczał, powiedzieli w rozmowie z „Super Expressem”, że Łukasz postrzegany był jako osoba cicha, spokojna, wycofana. Jego zachowanie nie budziło większych zastrzeżeń. Przynajmniej jeśli chodzi o świat realny. W internecie zabójca zmieniał się bowiem nie do poznania. Mieli go na przykład fascynować sprawcy masakry ze szkoły w Stanach Zjednoczonych, którzy zamordowali 12 kolegów i ranili 24 pozostałych uczniów, strzelając do nich z broni. W sieci Łukasz przybrał pseudonim jednego z oprawców. Śledził też sprawę Zuzanny M., która uczestniczyła w głośnym na całą Polskę morderstwie małżeństwa w Rakowiskach. Mówił o niej Zuzia, jak o swojej koleżance, a w mediach społecznościowych publikował posty związane z tą sprawą. Próbował też wielokrotnie kontaktować się z zabójczynią, bezskutecznie. Innej znajomej chwalił się, że wyrządzanie krzywdy sprawia mu przyjemność – miał pisać tak do niej przez komunikator internetowy.Czy gdyby w tamtym okresie zareagowano ostrzej, tragedii dałoby się uniknąć? Czy nikt nie zauważył niepokojących sygnałów? Ojciec 14-latka mówił w mediach, że zdał sobie sprawę z dziwnych zachowań syna w okresie przed feriami. Łukasz miał jednak dobrze się maskować. Zapewniał, że nikomu nic nie zrobi, że to tylko taka gra, żarty. Jego tata nigdy nie sądził, że syn może zrobić komuś krzywdę, a tym bardziej zaatakować członków rodziny. Reporterka „Uwagi! TVN-u” rozmawiała z dziewczyną, której 14-latek się zwierzał. Ta stwierdziła, że Łukasz chciał kupić broń i długo planował zbrodnię, lecz nie sądziła, że mówi na poważnie.

Młodociany przestępca żalił się, że jest zaniedbywany w domu, że poświęcają mu za mało czasu. Nie potrafił też nawiązać kontaktu z rówieśnikami. Z rodzeństwem się jednak dogadywał, poza przyrodnim bratem, którego ranił nożem podczas dokonywania zbrodni. - Syn miał problemy z adaptacją, bo wielokrotnie zmienialiśmy miejsce zamieszkania i ciężko mu było w nowych szkołach. Był pod opieką psychologa. W październiku zeszłego roku zaczęły się także wizyty u psychiatry – mówił w 2020 roku ojciec sprawcy w rozmowie z TVN-em.

Nie trafił do więzienia, ale długo nie pożył. Smutny finał tragicznej historii

14-letni Łukasz nigdy nie trafił do więzienia. W chwili zbrodni był bowiem za młody. Gdyby miał skończone 15 lat, mógłby odpowiadać za to, co zrobił, jak osoba dorosła, w normalnym procesie karnym. Tak się jednak nie stało. Najwyższy wymiar kary, jaką mógł nałożyć na niego sąd rodzinny, to pobyt w poprawczaku. Wyrok zapadł niedługo po morderstwie. Ustalono, że nieletni dopuścił się zarzucanych mu czynów i zdecydowano, że zostanie wobec niego zastosowany środek leczniczy w postaci umieszczenia go w szpitalu psychiatrycznym dla młodzieży.Łukasz miał przebywać tam do 21. roku życia, ale karę skrócono i wyszedł po nieco ponad trzech latach, w 2023 roku. Dlaczego? „Super Express” ustalił, że chłopak opuścił ośrodek w Garwolinie, ponieważ sąd rodzinny musiał umorzyć postępowanie wykonawcze w sprawie i zwolnić nieletniego. Tłumaczono, że decyzja była konieczna w świetle prawa, które mówi, że wykonywanie środków wychowawczych ustaje z chwilą ukończenia przez nieletniego 18 lat. Ustawa o wspieraniu i resocjalizacji nieletnich związała wymiarowi sprawiedliwości ręce.

Dziennikarzom „Super Expressu” udało się też porozmawiać z samym chłopakiem. Zapewnił, że nikomu krzywdy nie chce już wyrządzać. - Odsiedziałem, co miałem i chcę żyć na wolności. Zrobiłem, co zrobiłem, odebrałem człowiekowi życie, czego teraz żałuję – wyznał. Łukasz potwierdził, że zbrodnię zaplanował i że zrobił to przez złe relacje w domu oraz fascynacje mordercami, chęć zobaczenia, jak to jest zabić, i przez narastający gniew. W rozmowie z naszym reporterem opisywał ze szczegółami, jak dokonał morderstwa, mówiąc, co krok po kroku robił. Przyznał, że bardzo dobrze pamięta to, co się wtedy wydarzyło.

Łukasz twierdził wówczas, że chce ułożyć sobie życie na nowo, czego nie można było powiedzieć o jego ofierze, którą brutalnie tego życia pozbawił. „Super Express” ustalił, że na wolności zamieszkał ze swoją biologicznąmatką i uczył się zaocznie. Poczynania młodego mężczyzny, zarówno w sieci, jak i w życiu codziennym, miały być pod stałą obserwacją policji. Aż przyszedł 2026 rok i media niespodziewanie obiegła informacja, że młodociany sprawca zbrodni nie żyje.

Zmarł już jakiś czas temu, konkretnie w lipcu 2025 roku, co potwierdzili funkcjonariusze z Chełma w rozmowach z reporterami. Dziennik „Fakt” podał nieoficjalnie, że przyczyną było przedawkowanie narkotyków, lecz służby tego nie komentują.

 


 


To nastarszy pies na świecie. Zwisa mu język i zrzędzi, ale daje radę. Przeżył niedawno tragedię

 Lazare, pies rasy papillon, uważany za najstarszego obecnie żyjącego psa na świecie, wreszcie znalazł nowy dom. Blisko 31-letni psiak przeżył swojego poprzedniego właściciela. Czworonóg został adoptowany przez młodszą od siebie kobietę. Swoje ostatnie lata życia może spędzić wśród pięknych francuskich Alp.

Mikroczip, który został założony Lazare, zgodnie z danymi francuskiego rejestru psów rasowych, datuje się na 4 grudnia 1995 r. Tym samym psiak ma obecnie około 31 lat, co czyni go najstarszym obecnie żyjącym psem na świecie.Zwierzę, mimo swojego bardzo zaawansowanego wieku (w przeliczeniu na ludzkie lata Lazare ma około 150 lat), nie mogło cieszyć się spokojną starością. Kiedy jego poprzedni właściciel zmarł, psiak trafił do schroniska Annecy Marlioz SPA. Pracownicy opisywali Lazare jako "zrzędliwego, ale pełnego dobroci zwierzaka". Wtedy nie wiedzieli jednak, z jak starym psem mają do czynienia."Pies miał wiele problemów zdrowotnych. Nie jest w stanie także schować swojego zwiotczałego języka. Myśleliśmy początkowo, że ma około 15 lat" — mówili pracownicy schroniska w rozmowie z dziennikarzami "The Times". Kiedy okazało się, że Lazare zbliża się do 31. urodzin, wszyscy byli zszokowani.Niedługo po tym odkryciu Société Protectrice des Animaux (SPA) — francuskie stowarzyszenie na rzecz ochrony zwierząt — zwróciło się do Księgi Rekordów Guinnessa. Tym samym niewykluczone, że dotychczasowy rekordzista, 29-letni Bluey, zostanie zdeklasowany przez francuskiego papillona.W cieniu zamieszania wokół bicia rekordu Guinnessa dla 31-letniego pieska udało się znaleźć nowy, kochający dom. Jego opiekunką została 29-letnia Ophélie Boudol. Kobieta w rozmowie z mediami zdradziła, że nie przejmuje się zbliżającą się sławą swojego psa.

— Adoptowałam go, bo kocham zwierzęta i od razu nawiązała się między nami więź. Nie do pomyślenia było dla mnie, żeby zakończył życie w "psim SPA". Potrzebował kochającej rodziny — powiedziała francuskiej stacji telewizyjnej TF1. Boudol powiedziała, że kiedy Lazare nie śpi, chodzi za nią po całym mieszkaniu. Dodała, że weterynarz zapewnił ją, że Lazare jest zdrowy, mimo bardzo zaawansowanego wieku.



REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA REKLAMA Brutalny atak na nastolatków na warszawskim moście. "Zakatowaliby ich na śmierć"

 Najpierw były zaczepki i szturchanie, potem padły ciosy. 16-latka kopano po głowie. "Zakatowaliby ich na śmierć, gdyby na miejscu nie pojawili się policjanci" – podała "Gazeta Wyborcza", która opisała zdarzenie z warszawskiego Mostu Świętokrzyskiego.                                                                                 To był czwartkowy wieczór, 7 maja, w Warszawie. 16-latek z czwórką przyjaciół spacerował po Moście Świętokrzyskim. Rozmawiali po ukraińsku i po rosyjsku. Jedna dziewczyna była Polką

Warszawa. Atak na nastolatków na Moście Świętokrzyskim. "Mówili po ukraińsku"

Grupka szła w kierunku prawego brzegu Wisły. Nagle, jak podała "Gazeta Wyborcza", miało podjechać do nich od tyłu dwóch chłopców na hulajnodze. Celem ataku stał się 16-letni Artem.

Zaczęli ich zaczepiać, szturchać, szczególnie Artema. Może dlatego, że ma kręcone blond włosy do ramion. Pytali: »jesteś cw*lem?« Artem nie reagował. Agresorzy odjechali, ale po chwili młodzi ludzie zobaczyli, że wracają i jest ich znacznie więcej. Około 10 osób– czytamy w "Wyborczej".

Z relacji 16-latka, z którą rozmawiali dziennikarze gazety, wynika, że najpierw byli prowokowani, a potem zaatakowani. Artema bito i kopano po głowie. Jego drugi kolega został powalony na ziemię, stłuczono mu okulary i próbowano zrzucić z mostu do Wisły. Trzeciemu złamano nos.Sprawcy, jak wynika z tej relacji pokrzywdzonego nastolatka, krzyczeli: Wyp***dalaj do Ukrainy. Napastnicy uciekli, gdy na miejsce nadjechał radiowóz. Wybiegło z niego dwóch funkcjonariuszy.

Artem, jak podała "Gazeta Wyborcza", był operowany. Ma pękniętą czaszkę i zmasakrowaną twarz. Chłopiec mówił, że bóle głowy, których doświadcza są nie do wytrzymania. Podkreślił, że gdyby nie policja, to zostaliby zakatowani na śmierć.Sprawą brutalnego ataku zajmuje się policja.

Policja prowadzi w tej sprawie intensywne czynności mające na celu ustalenie tożsamości i zatrzymanie sprawców pobicia trojga nastolatków, z których jeden, na skutek odniesionych obrażeń wymagał hospitalizacji

– przekazała nadkom. Paulina Onyszko z Komendy Rejonowej Policji VI (Białołęka, Praga Północ, Targówek).

Jak dodała oficer, "obecne ustalenia i zebrany dotychczas materiał dowodowy nie wskazują, aby to zdarzenie miało podłoże na tle narodowościowym".

Rodzina Artema jako jedyna zdecydowała się złożyć zeznania na policji. Uciekli do Polski przed wojną w Ukrainie. Tu pracują.

Dramat 10-miesięcznego chłopca. Matka z zarzutami, przyznała się do winy

 10-miesięczny chłopiec z gminy Bogdaniec trafił pod opiekę lekarzy ze szpitala w Gorzowie z pękniętą czaszką i krwiakiem śródczaszkowym. Prokuratura przedstawiła zarzuty jego matce. Karolina G. przyznała się do rażącego zaniedbania syna i uzależnienia od narkotyków. Kobiecie grozi teraz do 5 lat więzienia.                                                                                           Wstrząsające ustalenia śledczych z Gorzowa. 10-miesięczny chłopiec z gminy Bogdaniec padł ofiarą rażącego zaniedbania ze strony własnej matki. Dziecko nie tylko żyło w tragicznych warunkach higienicznych, ale doznało też poważnych obrażeń głowy, które realnie zagrażały jego życiu. Sprawą zajmuje się Prokuratura Rejonowa w Gorzowie Wielkopolskim.

Dramat niemowlęcia w gminie Bogdaniec

Dramat dziecka trwał prawdopodobnie przez dłuższy czas. Jak ustalili śledczy, nie później niż do 4 maja 2026 r., Karolina G. sprawująca opiekę nad synem, doprowadziła do skrajnego zaniedbania chłopca. U niemowlęcia stwierdzono silną wszawicę oraz rozległe i bolesne odparzenia skóry. To jednak nie był koniec cierpienia dziecka.

Brak właściwego nadzoru doprowadził do groźnego wypadku. Chłopiec co najmniej raz spadł z niezabezpieczonego mebla i uderzył głową o podłogę. Skutki upadku okazały się fatalne. Lekarze zdiagnozowali u niemowlaka pęknięcie kości potylicznej i ciemieniowej oraz krwiaka śródczaszkowego. Tak poważne urazy naraziły niemowlę na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia.

Matka przyznaje się do winy i uzależnienia od narkotyków

Podczas przesłuchania Karolina G. usłyszała zarzuty narażenia dziecka na niebezpieczeństwo oraz spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.

— Podejrzana przyznała się do zarzucanych jej czynów. Wyjaśniła, że dziecko spadało z łóżka lub narożnika, a ona nie reagowała, bo początkowo nie widziała objawów urazu. Kobieta wyznała również śledczym, że zmaga się z uzależnieniem od środków odurzających. Zadeklarowała chęć podjęcia leczenia odwykowego — komentuje prokurator Jacek Wasilewski z Prokuratury Rejonowej w Gorzowie.

Prokurator zastosował wobec niej dozór policji oraz surowy zakaz zbliżania się i kontaktowania z dziećmi bez zgody opiekunów zastępczych. 10-miesięczny chłopiec wraz z rodzeństwem został już bezpiecznie umieszczony w rodzinie zastępczej. Karolinie G. grozi teraz kara od 3 miesięcy do 5 lat więzienia.