2026/09/24

 

Samanta po kłótni z mamą wymknęła się z domu. Ktoś poderżnął jej gardło. "Dziura w policzku, usta się nie domykały"

 16-letnia Samanta z Jasienia po kłótni z mamą wymknęła się z domu. Było po godzinie 23:00, kiedy nastolatka ruszyła w nieznanym kierunku. Niektórzy świadkowie twierdzili, że bliżej północy widzieli ją, jak stoi w szczerym polu. Miał się do niej zbliżyć jakiś mężczyzna, z którym wsiadła do samochodu i odjechała. Dwa później znaleziono jej zwłoki. Samanta została zamordowana w bardzo drastyczny sposób, a obrażenia, jakie jej zadano, świadczą o wyjątkowym bestialstwie sprawcy. Sprawcy, którego nigdy nie odnaleziono.

Samanta zaginęła dokładnie 11 czerwca 2011 roku. Mimo upływu wielu lat od tych wydarzeń, do dziś – przynajmniej w czasie przygotowywania tego materiału – nie udało się wyjaśnić bestialskiego morderstwa, którego 16-latka padła ofiarą. Dziewczyna mieszkała w Jasieniu, małej wsi w pobliżu Opola. Miała około 160 cm wzrostu, była szczupłej budowy ciała, w dniu zniknięcia ubrana w ciemną bluzę z kapturem z kolorowym nadrukiem oraz jasne dżinsy. Z ustaleń medialnych wynika, że nie miała wrogów, nie wyróżniała się niczym szczególnym, ot zwykła nastolatka. Feralnego dnia Samanta pokłóciła się z mamą. Było około godziny 23:00, kiedy pani Barbara przypadkowo odkryła, że jej córka w tajemnicy przed nią kupiła sobie telefon. Postanowiła ją o to zapytać, wywiązała się między nimi kłótnia, która urosła do olbrzymich rozmiarów. Matka 16-latki w programie „Interwencja!” telewizji Polsat News relacjonowała, że zabrała Samancie telefon, żeby zobaczyć, z kim utrzymuje kontakty. Siostra dziewczyny dodawała, że ta miała go od drugiej klasy, od wakacji, i nie wie czemu ukrywała ten fakt przed mamą. Finałem kłótni była ucieczka Samanty, która postanowiła wymknąć się z domu.Sąsiedzi opowiadali, że nastolatka poszła gdzieś sama. Siostra 16-latki przez jakiś czas kryła Samantę, ale gdy mama dziewczyn zorientowała się, że jej córka zniknęła, osobiście wybiegła z domu na jej poszukiwania. 16-latki nigdzie nie było widać. Wtedy powiadomiono miejscową policję, a radiowóz ruszył w trasę. Bez skutku. Ostatni świadkowie, do których dotarli funkcjonariusze, twierdzą że bliżej północy widzieli 16-latkę. Miała stać w szczerym polu, jakby na kogoś czekała. Doniesienia mówią o tajemniczym mężczyźnie, który się do niej zbliżał, idąc od strony lasu. Ktoś miał zaczepić Samantę i wsiąść z nią do samochodu, a następnie odjechać w nieznanym kierunku.Dwa dni później, 13 czerwca 2011 roku, odnaleziono ciało 16-latki. Znajdowało się ponad 30 kilometrów od miejsca zamieszkania, w lesie, na trasie Popielów – Ładza.. Natknął się na nią przypadkowy przechodzień – leśnik. I choć zwłoki odkryto po dwóch dobach, to sekcja wykazała, że dziewczyna zmarła prawdopodobnie kilka lub kilkanaście godzin po ucieczce z domu. Leżała na widoku, sprawca nawet nie próbował ukryć ciała. Może działał w pośpiechu, w emocjach, albo chciał, by szybko odnaleziono zwłoki. Samanta była ubrana, choć teren wokół wyglądał tak, jakby została do niego przeniesiona, a zginęła gdzie indziej. Śledczy nie mogli tego sprecyzować bez ujęcia winowajcy.

Ciało Samanty było w makabrycznym stanie, jej oprawca był wyjątkowo brutalny i bezwzględny. Poderżnął dziewczynie gardło, a cięcie było tak rozległe i głębokie, że spowodowało niemal dekapitację głowy. - Miała dziurę w policzku, przecięte pół ucha, a na dłoni ślady od noża, jakby się broniła. Mogła mieć nawet szczękę złamaną, bo usta się nie domykały – opowiadała w „Interwencji” Polsatu pani Barbara, mama 16-latki. W rozmowie z tą samą stacją Jan Gołębiowski z Centrum Psychologii Kryminalnej mówił wprost, że sprawca chciał, żeby ofiara zginęła. - To nie było ślepe odreagowanie emocji, w szale zadawanie jakichś ciosów, tylko precyzyjna chęć odebrania życia. Zrobił to dla przyjemności, albo z nienawiści do ludzi – podkreślał. Sekcja zwłok wykazała, że Samanta zginęła w wyniku rozległych obrażeń. - Bezpośrednią przyczyną śmierci było wykrwawienie z powodu ran na szyi – mówiła Lidia Sieradzka, rzeczniczka opolskiej prokuratury.Początkowo śledczy sądzili, że być może motyw ataku na Samantę był seksualny. Ale późniejsze badania stwierdziły, że dziewczyna nie została w żaden sposób wykorzystania. Polskie Radio opisywało, że policjanci zastanawiali się, czy przypadkiem nie ścigają psychopaty, który zabił dziewczynę bez powodu. - Na razie wszystko na to wskazuje – mówili funkcjonariusze we wczesnym etapie swoich działań.

Nietrafione hipotezy i tajemniczy mężczyzna pod lupą śledczych. W telefonie zaginionej widniał jako "Kochanie"

Potem brano pod uwagę różne scenariusze, w kulminacyjnym momencie nawet osiem hipotez: od zemsty, poprzez odrzuconą miłość, aż po atak szaleńca. Jedna z teorii mówiła o tym, że zbrodni mógł dokonać tajemniczy chłopak nastolatki, o którego istnieniu nie wiedziała jej mama. Siostra 16-latki zeznawała, że faktycznie był jakiś partner, lecz to był krótki związek, trwający może trzy miesiące. Mieli się często kłócić, on był bardzo zazdrosny, ale raczej nie agresywny, nie budzący jej obaw. W telefonie, który przechwyciła od Samanty mama, mężczyzna był zapisany jako „Kochanie”. - Zmieniła się, zaczęła malować, nosiła bluzki bardziej wydekoltowane. Zmianę było widać, ale człowiek nie przypuszczał – urwała pani Barbara w rozmowie z Polsatem. Stacja próbowała skontaktować się z niejakim Adrianem, 20- lub 22-letnim mieszkańcem jednej z pobliskich wsi, z którym Samanta miała się spotykać. Relacje są rozbieżne. Zerwała z nim, a on – według nieoficjalnych doniesień – miał się wściec.Nie chciał jednak rozmawiać z dziennikarzami. Przez jakiś czas znajdował się w kręgu podejrzeń, ponieważ pewne poszlaki miały na niego wskazywać. W dalszym toku śledztwa wykluczono jednak udział mężczyzny w zdarzeniu. Miał alibi, sprawdzono go bardzo dokładnie. Nocował wtedy u znajomych, cztery kilometry dalej, gdzie spędził cały weekend. Jego DNA nie zgadzało się też z tym znalezionym na miejscu.Policjanci nie zostali z niczym, gdyż mieli jeszcze sieć kontaktów z mediów społecznościowych, w których 16-latka była bardzo aktywna. Rozmawiała z różnymi osobami, zawierała nowe znajomości i przyjaźnie. Funkcjonariusze zarzekają się, że wszystkie poszlaki związane z tymi osobami zostały sprawdzone. Udało się nawet dotrzeć do poszczególnych, ewentualnych podejrzanych, i każdy z nich został zweryfikowany przez służby, a następnie wykluczony z roli potencjalnego sprawcy.Mundurowi przesłuchali łącznie ponad tysiąc osób. Żadna z nich nie doprowadziła jednak do przełomu w śledztwie. Funkcjonariusze z Opola opublikowali za to porter pamięciowy mężczyzny, który był poszukiwany w sprawie zabójstwa 16-letniej Samanty. Ich zdaniem, poszukiwany mógł wiedzieć więcej niż pozostali świadkowie, być może rzuciłby na sprawę nowe światło. Mimo licznych starań, publikacji w różnych mediach, nie udało się go odnaleźć.

Morderca, porzucając ciało nastolatki, zostawił na miejscu zbrodni swoje DNA. Nie wszystko jeszcze stracone

Pojawiło się natomiast podejrzenie, że za morderstwem dziewczyny stoi seryjny zabójca. Takie głosy były powielane w niektórych publikacjach, a spiralę strachu nakręcali też sami mieszkańcy. Hipotezę ostatecznie odrzucono, a rok po tragedii śledztwo zostało umorzone. Nastroje były jednak wciąż napięte, tym bardziej, że miesiąc po umorzeniu postępowania niedaleko Radomia zaginęła 15-letnia Monika. Wszystko działo się w niemal identycznych okolicznościach, co ponownie rozpętało falę plotek i domysłów na temat rzekomego seryjnego sprawcy. Policjanci uspokajali jednak, że nie ma na to żadnych racjonalnych dowodów, więc tych wydarzeń zdecydowano się nie wiązać, mimo wielu sygnałów na ten temat od osób śledzących obie sprawy.A co ze sprawą Samanty? Morderca, porzucając ciało nastolatki, zostawił na miejscu zdarzenia swoje DNA. Z ustaleń „Onetu” wynika, że ślady zostawił nie jeden, a dwóch mężczyzn. Mimo że według wcześniejszych doniesień 16-latka nie została wykorzystana, to materiały DNA zabezpieczono między innymi w okolicach miejsc intymnych. - Dwóch mężczyzn, jeden materiał na rękawie kurtki dziewczyny, a drugi właśnie tam – wyliczał prokurator Stanisław Bar, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Opolu. Media nieoficjalnie podawały, że zdaniem śledczych mogło dojść do dobrowolnego stosunku, parę godzin przed zbrodnią. Czy z tym samym mężczyzną, który potem zaatakował Samantę? A może z kimś zupełnie innym? Pytań było mnóstwo, a odpowiedzi pozostawały jedynie spekulacjami. Całość materiału DNA została natomiast zabezpieczona i wprowadzona do bazy danych. Mimo tego, żadnego agresora nie udało się schwytać.Rodzina Samanty oraz okoliczni mieszkańcy nigdy nie zaznali spokoju. Jak sami mówią, nie potrafią też o sprawie zapomnieć czy przejść do porządku dziennego, zwłaszcza, że morderca 16-latki pozostaje na wolności.

Jeśli masz jakiekolwiek informacje w tej sprawie, które mogłyby przyczynić się do schwytania zabójcy lub naprowadzić funkcjonariuszy na nowy trop, skontaktuj się z policją. Eksperci są zgodni, że również po latach mamy przypadki schwytania sprawców nawet najbardziej zagadkowych spraw w kryminalnej historii Polski.

 

Wtargnął do opactwa z nożem. Dramatyczna relacja siostry: zaczął po prostu zabijac .

  Wtargnął z nożem, zaczął po prostu zabijać - opowiada w rozmowie z Wirtualną Polską siostra Barbara Dendor, przełożona klasztoru benedyktynek w Jarosławiu. W wyniku ataku nożownika jeden ksiądz zmarł, a kolejne osoby walczą o życie w szpitalu. - No wyglądał na szaleńca, w spodenkach, krótkiej koszulce - dodaje siostra.W czwartek 24 września 2026 r. rano na terenie Klasztoru Sióstr Benedyktynek w Jarosławiu rozegrał się dramat. 31-letni obcokrajowiec zaatakował nożem osoby przebywające w ośrodku. Według nieoficjalnych informacji napastnik to obywatel Ukrainy. Wirtualna Polska skontaktowała się z przełożoną klasztoru, siostrą Barbarą Dendor, która opowiedziała o przebiegu zdarzenia.Z informacji przekazanych przez siostrę Barbarę Dendor wynika, że atak miał miejsce w części opactwa przeznaczonej dla księży, konkretnie na terenie Ośrodka Formacji Kultury Chrześcijańskiej Kościoła Świętego Mikołaja i Stanisława.Pierwszy atak był w kawiarence. Ktoś uciekł, chciał zamknąć drzwi do kościoła, więc przeszedł innymi drzwiami. Kapłan, który tam był, rzucił się na niego, a jak upadł, to ten jeszcze go nożem... Przebił... , przebił mu płuca i to ten ksiądz nie żyje - opowiada nam zrozpaczona o pierwszych chwilach ataku siostra Dendor.

Przełożona zakonu potwierdziła, że ofiarą śmiertelną jest jeden z kapłanów pracujących w tamtejszym kościele. Sytuacja innych poszkodowanych również jest bardzo poważna.

- Widoczny był atak na kapłanów, bo trzech z nich jest rannych, dwóch było w ciężkim stanie. Jeden zmarł, nie udało się uratować mu życia, a kolejny ma bardzo wielkie obrażenia. To ksiądz Marek, dyrektor Przełożona zapytana o ewentualne powiązania napastnika ze społecznością zakonną stanowczo zaprzeczyła, by był to ktoś znajomy. - Nie, to przypadkowy pan. Nie znamy go. Wyglądał jak szaleniec, w krótkich spodenkach i krótkiej koszulce, mimo że dzisiaj było zimno - opisała podejrzanego siostra.

"To atak na nas". Siostra Barbara nie może się pogodzić z tragedią

Wydarzenie to wstrząsnęło całą społecznością opactwa, w którym funkcjonuje również przedszkole. - Nie czujemy się bezpieczni. Można powiedzieć, że to jest atak też na nas, na to miejsce, gdzie wspólnie tworzymy to opactwo. Jesteśmy w wielkim bólu - dodała siostra Barbara Dendor, informując jednocześnie, że sytuacja w placówce edukacyjnej została opanowana.

- Dzieci są spokojne, bezpieczne. Wiedzą, że są jakieś szkolenia. Rodzice dopytują, ale uspokajamy sytuację. Przedszkole jest po stronie sióstr, więc ten główny atak wydarzył się gdzie indziej - doprecyzowała kultury chrześcijańskiej, on jest w ciężkim stanie - poinformowała zakonnica.Przełożona zapytana o ewentualne powiązania napastnika ze społecznością zakonną stanowczo zaprzeczyła, by był to ktoś znajomy. - Nie, to przypadkowy pan. Nie znamy go. Wyglądał jak szaleniec, w krótkich spodenkach i krótkiej koszulce, mimo że dzisiaj było zimno - opisała podejrzanego siostra.

"To atak na nas". Siostra Barbara nie może się pogodzić z tragedią

Wydarzenie to wstrząsnęło całą społecznością opactwa, w którym funkcjonuje również przedszkole. - Nie czujemy się bezpieczni. Można powiedzieć, że to jest atak też na nas, na to miejsce, gdzie wspólnie tworzymy to opactwo. Jesteśmy w wielkim bólu - dodała siostra Barbara Dendor, informując jednocześnie, że sytuacja w placówce edukacyjnej została opanowana.

- Dzieci są spokojne, bezpieczne. Wiedzą, że są jakieś szkolenia. Rodzice dopytują, ale uspokajamy sytuację. Przedszkole jest po stronie sióstr, więc ten główny atak wydarzył się gdzie indziej -  .Na miejsce tragedii błyskawicznie ściągnięto funkcjonariuszy policji oraz przedstawicieli lokalnych władz, w tym burmistrza i wojewodę. Trwa śledztwo, które ma wyjaśnić motywy działania napastnika. Z informacji podanych przez Komendę Powiatową Policji w Jarosławiu wynika, że w wyniku tego krwawego ataku ucierpiało łącznie pięć osób – czterech mężczyzn i jedna kobieta, z czego trzech poszkodowanych przewieziono do szpitala z bardzo poważnymi obrażeniami. Teren opactwa został całkowicie zabezpieczony i poddany dokładnym oględzinom.

2026/09/23

 




Matkę skazano na 7 lat więzienia za wstrzykiwanie kału do linii dożylnej jej 15-letniego syna, który walczył z białaczką

 

Tiffany Alberts miała pełny dostęp do pokoju swojego syna w Riley Hospital for Children w Indianapolis. Nikt jej nie podejrzewał, ponieważ była jego matką.15-letni nastolatek walczył z białaczką, gdy zaczął cierpieć na niewyjaśnione infekcje krwi, sepsę, wymioty i biegunkę. Lekarze przeanalizowali próbki i znaleźli bakterie, które normalnie występują wyłącznie w kale. Zainstalowali w pokoju ukrytą kamerę, która zarejestrowała, jak Alberts manipuluje strzykawką nad centralnym cewnikiem jej syna. Początkowo powiedziała śledczym, że wstrzykiwała tylko wodę, aby „przepłukać” go, ponieważ lek powodował pieczenie. Następnie przyznała się do prawdy: przechowywała kał własnego syna w torbie prezentowej w szpitalnej łazience i używała go, aby doprowadzić do przeniesienia syna na inny oddział.Infekcje sprawiły, że chemioterapię wstrzymano na prawie dwa miesiące, czyli na okres, którego żaden pacjent onkologiczny nie może sobie pozwolić stracić. Młody mężczyzna przeżył ciężkie infekcje i zdołał powrócić do zdrowia. Jednak jego zdrowie zostało poważnie nadszarpnięte. W 2019 roku ława przysięgłych uniewinniła ją od zarzutu usiłowania zabójstwa, ale uznała ją za winną sześciu zarzutów napaści z okolicznościami obciążającymi oraz jednego zarzutu zaniedbania. Wyrok: siedem lat więzienia i pięć lat nadzoru kuratorskiego.

 


Przez 8 dni więzili i grupowo wykorzystywali Monikę. Wkładali w nią kij od szczotki! 26-latka nie żyje

 26-letnia Monika została uwięziona w mieszkaniu przez swoich oprawców, którzy nie pozwalali jej ujrzeć światła dziennego. Przez osiem dni trzech mężczyzn brutalnie ją wykorzystywało. Traktowali pokrzywdzoną w sposób urągający człowieczeństwu, bili i maltretowali, nie zważając na jej stan zdrowia. Kobiecie ostatecznie udało się uciec, ale nie chciała wzywać służb, bo bała się o bezpieczeństwo swoje i bliskich. Jej mama mimo wszystko wezwała pogotowie, lecz Moniki nie udało się uratować. Szczegóły tej historii przerażają.

Monika, pochodząca ze Zgierza, poznała dwóch swoich oprawców w autobusie miejskim. To było 19 lipca 2017 roku. Nie wiadomo, dlaczego i w jakich okolicznościach kobieta postanowiła udać się do mieszkania jednego z nich, mieszczącego się na osiedlu Dąbrowa w Łodzi. Media opisywały, że mężczyzna po prostu ją zaprosił, a ta się zgodziła – czy dokonał tego podstępem, przymusem, czy może udało mu się jakoś oczarować Monikę: na sto procent nie wiadomo. - Wszystko wskazuje na to, że prawdopodobnie do lokalu weszła dobrowolnie. Ale nie ulega wątpliwości, że została potem uwięziona w środku - mówił po zakończeniu śledztwa Krzysztof Kopania z łódzkiej prokuratury okręgowej. Na jej decyzję mogły wpłynąć trudne doświadczenia życiowe. TVN opisywał, że długo cierpiała na chorobę autoimmunologiczną, brała silne leki, miała problemy z chodzeniem, zapamiętywaniem i nauką, potem w wieku 21 lat przeszła udar. Leczenie i różne przeszkody życiowe doprowadziły do wzrostu wagi, a to - do gorszego postrzegania siebie. Wpadła w problemy z napojami wyskokowymi, lecz poszła na odwyk i wygrała z nałogiem. Być może chcąc się zrelaksować, poszła z obcym mężczyzną do mieszkania, który miał jej rzekomo opowiadać o odbywającej się tam imprezie. Miało być więcej osób, również kobiet. Nie była w stanie przewidzieć, że stanie się coś takiego. Oczywiście część tych doniesień jest nieoficjalna, pewności co do przebiegu zdarzeń nie mamy. To, co wiadomo na pewno, to to, że po przekroczeniu progu lokalu ofiara przeszła przez piekło.

Kilka dni w niewoli, oprawcy zastraszyli Monikę. W końcu udało jej się uciec

Oprawcy niemal od razu zamknęli za sobą drzwi na klucz, a wraz z tym gestem słuch o kobiecie zaginął. Rodzina, zaniepokojona brakiem kontaktu z 26-latką, zawiadomiła policję. Podjęto decyzję o rozpoczęciu poszukiwań, w które zaangażowało się mnóstwo osób. Ale Moniki nigdzie nie było. Sprawdzano często uczęszczane przez nią miejsca, próbowano odtworzyć drogę, którą mogła się poruszać, przeczesywano kamery monitoringu. Nic nie potrafiło doprowadzić do niej śledczych.

Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni

Tymczasem zaginiona przeżywała prawdziwy koszmar. Oprawcy postawili sprawę jasno: nie może wyjść z mieszkania bez ich zgody, a jeśli będzie się stawiać: zabiją ją oraz jej ukochaną matkę. Przerażona Monika chciała uciec, lecz jej to uniemożliwili. Upajali ofiarę alkoholem, bili ją i maltretowali, ciągnęli za włosy, poniżali, szarpali. W pewnym momencie zaczęli nawet gasić na jej ciele papierosy. Jak ustaliła prokuratura, co najmniej kilka razy w drastyczny sposób wykorzystali ją seksualnie. Zdaniem śledczych, początkowo było ich dwóch, a następnego dnia po uprowadzeniu dołączył do nich trzeci z oskarżonych. Inne ustalenia mówią, że cała trójka była tam od początku. Monika nie mogła wyjść z mieszkania, ale sprawcy regularnie je opuszczali – gdy wychodzili, zamykali wszystko na klucz. Nikt nie usłyszał kobiety, ani jej nie zauważył, a przynajmniej nic o tym nie wiemy, ponieważ żaden z ewentualnych świadków nie zgłosił się na policję. Według medialnych doniesień, zawsze przynajmniej jeden z oprawców z nią zostawał i pilnował, by była cicho. Mieli też kazać pokrzywdzonej chodzić na czworaka, żeby nie było jej widać przez okno.

Monika Gradowska, przewodnicząca składu sędziowskiego, mówiła podczas procesu, że sprawcy w okresie od 19 do 27 lipca 2017 roku, czyli przez osiem dni, w krótkich odstępach czasu po uprzednim użyciu przemocy wielokrotnie doprowadzali ofiarę do obcowania płciowego. Wykorzystywali ją zbiorowo. Czyny, których się dopuścili, nosiły ponadto cechy szczególnego okrucieństwa. - Wbrew woli kobiety, odbywali z nią stosunki seksualne, które spowodowały u niej rozległe obrażenia narządów płciowych – podkreślała sędzia.Obrażenia, o których mowa, były bardzo poważne. W telefonie jednego z oprawców na dowód znaleziono nawet drastyczne zdjęcia, obrazujące skalę okrucieństwa i przemocy, których dopuszczono się względem ofiary.

Więzienie Moniki łączyło się ze szczególnym udręczeniem. Oprócz wykorzystania, oprawcy zakłócali spoczynek kobiety, uniemożliwiali jej sen, naruszali nietykalność cielesną, opluwali, podduszali i przypalali. Torturom nie było końca.

Po ośmiu dniach katorgi, ofiara znudziła się agresorom. Jak ustalono w trakcie śledztwa, mężczyźni mieli wówczas stwierdzić, że kobieta „zaczęła śmierdzieć”. To wtedy uciekła z mieszkania, które przez ostatni czas było dla niej więzieniem. Nie zabili jej, ale Grzegorz K., jeden z napastników, zagroził, że jeśli kobieta kiedykolwiek, komukolwiek powie o tym, co się stało, pozbawi życia nie tylko ją, lecz także jej ukochaną mamę.Monika pobiegła do znajomego, który mieszkał najbliżej. Była roztrzęsiona, w fatalnym stanie, nie chciała o niczym mówić. To kolega ofiary zawiadomił jej mamę. Gdy kobieta zobaczyła córkę, była przerażona, choć jednocześnie szczęśliwa, że 26-latka żyje, a jej poszukiwania mogły zostać zakończone. Uznana za zaginioną utrzymywała, że była u znajomych i nic złego jej się nie stało. Była zastraszona, bała się o życie własne i bliskich, bo wiedziała, że oprawcy są zdolni do wszystkiego. Okłamała także policjantów, z którymi rozmawiała tuż po uwolnieniu się z mieszkania. Mundurowym, którzy zajmowali się jej zaginięciem, powiedziała że była na imprezie i nie czuje się ofiarą przestępstwa.Dopiero po kolejnej rozmowie z mamą emocje wzięły górę. Zapłakana Monika wyznała jej prawdę. - Była poniżana, bita i brutalnie gwałcona. Cierpiała tak, jak człowiek może tylko cierpieć za życia - wyjawiła w rozmowie z TVN24 pani Katarzyna, matka Moniki. Stan 26-latki ciągle się pogarszał, choć ta wcześniej utrzymywała, że nic jej się nie stało. Gdy mama zauważyła obrażenia, natychmiast wezwała pogotowie. Pokrzywdzona w końcu trafiła do szpitala, pojawiło się zagrożenie życia. Obrażenia, których doznała, mimo udzielonej pomocy doprowadziły jednak finalnie do jej śmierci. Miesiąc po porwaniu, 19 sierpnia 2017 roku, serce Moniki przestało bić. Nie udało się jej uratować. Biegli, którzy przeprowadzili sądowo-lekarską sekcję zwłok ofiary, stwierdzili w opinii, że zgon był następstwem doznanych obrażeń oraz powikłań, które były ich konsekwencją.

- W trakcie śledztwa korzystaliśmy w dużej mierze z wiedzy, którą poszkodowana zdołała przekazać matce. Niestety, stan ofiary przemocy był tak zły, że nigdy nie udało się jej przesłuchać – mówił prokurator Kopania w rozmowie z TVN-em.Ostatecznie mundurowym udało się ustalić, kto może stać za zbrodnią przeciwko kobiecie. Zatrzymano podejrzanych: Grzegorza K., Sebastiana T. oraz Tomasza K., w którego mieszkaniu na łódzkim osiedlu Dąbrowa więziono Monikę. Szybko stało się jasne, że podejrzenia policjantów nie są bezzasadne, ponieważ po zatrzymaniu mężczyzn prokuraturze udało się zabezpieczyć bulwersujący materiał dowodowy. „Super Express” podawał nieoficjalnie, że do zadawania obrażeń intymnych agresorzy mieli używać między innymi szczotki toaletowej. Jeden z oskarżonych robił Monice wstrząsające zdjęcia, na których widać było skalę zadawanych obrażeń. Nawet prokurator Krzysztof Kopania, komentujący znalezione fotografie, mówił wprost, że są one szokujące i trudno cokolwiek do tego dodać. Aż trudno było uwierzyć, że jakikolwiek człowiek mógł dopuścić się takiego bestialstwa. Mężczyzn poddano więc badaniom, które miały wykazać, czy nie mają problemów psychicznych. Opinia biegłych wykazała jednak, że w czasie popełnienia przestępstw oprawcy byli w pełni poczytalni i mogą odpowiadać za swoje czyny.Prokuratura Łódź-Widzew, do której trafiło śledztwo, najpierw podejrzewała mężczyzn jedynie o wykorzystanie Moniki. Nie postawiono im zarzutów w związku z przetrzymywaniem kobiety, a oni sami twierdzili, że są niewinni i pokrzywdzona dobrowolnie uczestniczyła w spotkaniach z nimi. Mało tego, tylko dwóch z trzech podejrzanych zostało aresztowanych przez sąd, ponieważ w przypadku ostatniego śledczy uznali, że wystarczą inne środki zapobiegawcze.Taki obrót spraw oburzył opinię publiczną, która domagała się potraktowania podejrzanych adekwatnie do czynów, jakich mieli się dopuścić. Zresztą w czasie śledztwa popełniono znacznie więcej błędów, chociażby w zakresie zabezpieczania materiału dowodowego. Mówił o tym podczas konferencji prasowej ówczesny minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, który postanowił w tej sprawie interweniować. - Mogę jedynie powiedzieć, że zaniedbania miały charakter elementarny, a w czasie działań czas ma olbrzymie znaczenie. Nie można godzić się na traktowanie takich spraw po macoszemu. Nie można godzić się, aby prokuratura postępowała bezdusznie wobec tak okrutnych przestępstw – podkreślał minister.

Nie były to tylko puste słowa, bo Ziobro przeszedł również do czynów, decydując o konsekwencjach dyscyplinarnych. Tym samym odwołał z funkcji Lidię Zarzycką-Rzepkę, zastępczynię prokuratora rejonowego dla Łodzi-Widzewa, która nadzorowała śledztwo. Wszczęto też wówczas postępowanie wobec prokuratora referenta sprawy, a trzeci podejrzany o katowanie Moniki, zgodnie z interwencją Ziobry, także został tymczasowo aresztowany.Proces, który ruszył w połowie 2018 roku, toczył się przed Sądem Okręgowym w Łodzi z wyłączeniem jawności. Prokuratura rozszerzyła zarzuty dla mężczyzn, stwierdzając że ich działania przyczyniły się do późniejszej śmierci Moniki, na co wskazywała opinia biegłych. Ostatecznie domagano się więc kary maksymalnej, czyli dożywotniego pozbawienia wolności dla sprawców.

Wyrok zapadł 8 czerwca 2020 roku. Grzegorz K., Sebastian T. oraz Tomasz K. zostali uznani za winnych, ale nie skazano ich na dożywotnie więzienie. Zamiast tego, dostali po 25 lat pozbawienia wolności. Grzegorz K. otrzymał dodatkowo rok i dziesięć miesięcy więzienia za to, że groził śmiercią swojej ofierze oraz jej mamie. Sąd nałożył też na skazanych obowiązek zapłaty zadośćuczynienia matce ofiary w wysokości 250 tysięcy złotych.

Zdaniem prokuratury, która domagała się dożywocia, wyrok okazał się dla sprawców rażąco łagodny. Z wysokością kary nie zgadzała się też mama Moniki oraz wszyscy ci, którzy śledzili przebieg tej sprawy. Do dziś jest to jedna z najbardziej wstrząsających zbrodni w Polsce.


NA WESOLO