2026/06/23

PIEKNY BOCIAN CZARY

 

 


Zabił żonę na oczach dzieci. Synek wezwał karetkę, chciał ratować mamę. Anna z Raszyna nie przeżyła

 67-letni Bogusław G. zastrzelił swoją żonę na oczach dwójki małoletnich dzieci, a następnie uciekł z miejsca zdarzenia. Okoliczności zabójstwa, do którego doszło w Raszynie, są wyjątkowo dramatyczne, a najnowsze ustalenia wskazują na to, że być może tragedii dałoby się uniknąć, gdyby reakcja niektórych instytucji była ostrzejsza. Mężczyzna w przeszłości znęcał się bowiem nad rodziną. Tymczasem policyjna obława za podejrzanym zakończyła się finalnie jego śmiercią.

Dramatyczne wydarzenia rozegrały się przy ulicy Mokrej w Raszynie, dokładnie 7 maja 2026 roku, w godzinach popołudniowych. Pierwsze ustalenia były szczątkowe, a policjanci o przebiegu przestępstwa informowali raczej ostrożnie. Podkomisarz Monika Orlik, rzeczniczka prasowa Komendanta Powiatowego Policji w Pruszkowie, przekazywała w rozmowie z „Super Expressem” na gorąco, że w jednym z domów jednorodzinnych doszło do zabójstwa, a ofiarą jest kobieta pochodzenia wietnamskiego. Głównym podejrzanym stał się Bogusław G., jej 67-letni były mąż. Jak się okazało, do zbrodni doszło na oczach dwójki małych dzieci.Do mediów prędko przeniknęły zdjęcia z miejsca zdarzenia, na których widać policyjny parawan rozstawiony przed jedną z posesji. Na ulicy aż roiło się od funkcjonariuszy, przyjechało też pogotowie ratunkowe. Teren został odgrodzony policyjną taśmą. Z oficjalnego komunikatu, który opublikowała później komenda w Pruszkowie, wynikało że zgłoszenie do Wojewódzkiego Centrum Powiadamiania Ratunkowego wpłynęło około godziny 16:30. Pod wskazany adres błyskawicznie wysłano mundurowych, którzy zastali na posesji dwoje dzieci, a w domu ujawnili zwłoki kobiety. Maluchy zostały objęte natychmiastową opieką. Funkcjonariusze musieli działać szybko, ponieważ z zeznań okolicznych świadków wynikało, że potencjalny sprawca uciekł z miejsca zdarzenia.Wówczas zdecydowano o ogłoszeniu alarmu dla całego stanu osobowego Komendy Powiatowej Policji w Pruszkowie. W działania zaangażowano ponadto mundurowych Komendy Stołecznej Policji, Oddziału Prewencji Policji w Warszawie oraz Samodzielnego Pododdziału Kontrterrorystycznego Policji w stolicy. Po niecałych czterech godzinach poszukiwań, 67-letniego mężczyznę udało się odnaleźć. Okazało się, że nie żyje. Jego ciało ujawniono na cmentarzu w pobliskim Prażmowie. Gdy przygotowywaliśmy ten materiał, wykluczano udział osób trzecich w jego śmierci. Prawdopodobnie sam odebrał sobie życie.

W międzyczasie przyjaciółka ofiary, w rozmowie z dziennikarzem „Super Expressu”, Piotrem Lisem, ujawniła że Anna P. była zaangażowaną mamą dwójki dzieci i członkinią społeczności wietnamskiej w Polsce. Zginęła z rąk własnego partnera – pilota, którego poznała jeszcze przed przeprowadzką do naszego kraju. Z relacji świadków wynika, że związek pary od dłuższego czasu przechodził poważny kryzys, na tyle poważny, że Anna złożyła nawet pozew rozwodowy. Nikt nie spodziewał się jednak, że były mąż posunie się do czegoś tak okropnego, do zbrodni zabójstwa, dokonanego w dodatku na oczach małych, niewinnych dzieci.Tam dochodziło do przemocy, wtedy ona wniosła o rozwód – ujawniła anonimowo przyjaciółka ofiary w rozmowie z „Super Expressem”. – Sąd przyznał Annie prawo do opieki nad dziećmi. Ona nie chciała ograniczać mu kontaktów, chociaż mogła. Była osobą niezwykle zaradną i całkowicie oddaną dzieciom, z podziwem patrzyłam, jak poświęcała im czas. Robiła wszystko, żeby dzieci miały dobrą opiekę – dodawała kobieta.

Anna próbowała ułożyć sobie życie na nowo. Wcześniej Bogusław G. zgotował jej piekło

Zaledwie miesiąc przed śmiercią Anna P. miała obchodzić swoje urodziny. Próbowała na nowo poukładać swoje życie po tym, jak jej małżeństwo się rozpadło. W mediach społecznościowych często pisała o wdzięczności, miłości oraz odzyskiwaniu wewnętrznego spokoju po trudnych doświadczeniach, które ją spotkały. Na zdjęciach widać ją zaś w otoczeniu przyjaciół, uśmiechniętą i skupioną na rodzinie. Dziś pod tymi fotografiami w sieci piętrzą się kolejne wpisy z kondolencjami, wyrazami współczucia dla bliskich i wspomnieniami dotyczącymi ofiary zbrodni.67-letni Bogusław G. nie miał natomiast czystej kartoteki. Z medialnych ustaleń wynika, że w przeszłości był notowany: usłyszał nawet wyrok skazujący w sprawie znęcania się nad rodziną. Czy dało się zapobiec tragedii, gdyby mocniej odizolowano go od bliskich? Gdyby Anna sądownie ograniczyła byłemu partnerowi kontakt z rodziną i nie miał do nich tak łatwego dostępu? Czy tym samym wykorzystał jej wyrozumiałość i dobre serce? To pytania, które dziś zadaje sobie wiele osób. Dokumentacja ze sprawy z Raszyna trafiła już do prokuratury, lecz na razie śledczy oszczędnie wypowiadają się na temat sprawy. Postępowanie będzie najprawdopodobniej prowadzone w kierunku zabójstwa i odebrania sobie życia przez sprawcę, choć – jak nietrudno się domyślić – zapewne zostanie później umorzone z uwagi na śmierć głównego podejrzanego.Tymczasem w sprawie ciągle pojawiają się nowe fakty. Ujawniono na przykład, że służby na miejsce wezwały dzieci małżeństwa – konkretnie starsze z nich wykręciło numer alarmowy. Niestety, pociechy nie mają w Polsce bliskich krewnych, więc ich dalszy los i pytania o pobyt stały pod znakami zapytaniami. W imieniu poszkodowanych społeczność wietnamska zorganizowała zbiórkę, regularnie spotykają się też na modlitwach i burzach mózgów, by zastanowić się, jak można pomóc osieroconym dzieciom. Przedstawicie Stowarzyszenia Wietnamczyków w Polsce potwierdza te doniesienia, dodając, że wszyscy są wstrząśnięci tragicznymi wydarzeniami.Obecnie analizowane są możliwości wsparcia i pomocy małoletnim – przekazał Karol Hoang, rzecznik prasowy Stowarzyszenia Wietnamczyków w Polsce. Jednocześnie mężczyzna potwierdził, że ten, którego ciało znaleziono na cmentarzu, to podejrzany o zbrodnię były mąż zamordowanej. Dzieci, posiadające polskie obywatelstwo, trafiły na razie pod opiekę specjalistów.Prokuratura Rejonowa w Pruszkowie informuje w międzyczasie, że śledztwo w sprawie zabójstwa kobiety zostało już oficjalnie rozpoczęte. Sprawą zajmuje się też elitarna jednostka policji, która ustaliła, że do zbrodni doszło poprzez oddanie strzału z broni palnej w kierunku Anny.Prowadzenie tej sprawy powierzono Komendzie Stołecznej Policji w Warszawie, Wydziałowi do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstwami – doprecyzował prokurator Piotr Skiba, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Z dotychczasowych ustaleń wynika, że mieszkanie, w którym rozegrał się dramat, było wynajmowane przez ofiarę. Feralnego dnia, około godziny 16:00, przed drzwiami pojawił się jej były mąż, Bogusław G., który przy pomocy broni palnej zabił dawną partnerkę. Oddał w jej stronę tylko jeden, celny strzał w głowę. Pokrzywdzona poniosła śmierć na miejscu. - Po zdarzeniu sprawca zbiegł, a następnie udał się na cmentarz w Prażmowie w powiecie piaseczyńskim, gdzie targnął się na własne życie – przekazał prokurator Skiba. Z nieoficjalnych informacji „Super Expressu” wynika, że w tym samym miejscu została niegdyś pochowana jego matka. Bogusław G. miał odebrać sobie życie poprzez strzał z broni, z której wcześniej zabił Annę.Z czasem okazało się, że dzieci ofiary i sprawcy zbrodni nie zostaną zostawione same sobie. Prokuratura poinformowała bowiem, że małoletni, dzięki zaangażowaniu władz samorządowych, a w szczególności wójta gminy Raszyn, otrzymały niezbędną pomoc psychologiczną. Zapewniono im również opiekę w rodzinie zastępczej, do której trafiły, i w której mogą liczyć na schronienie i wsparcie.

Śledztwo wykazało, że Bogusław G. rzeczywiście był w przeszłości karany. Miał problemy z prawem w związku ze swoim zachowaniem wobec najbliższych. Jak mówi prokurator Piotr Skiba, Prokuratura Rejonowa w Pruszkowie prowadziła postępowanie przeciwko mężczyźnie, zakończone wniesieniem 11 września 2023 roku aktu oskarżenia do Sądu Rejonowego w Pruszkowie. Zarzucono mu wówczas znęcanie się psychiczne i fizyczne nad małżonką oraz dwojgiem małoletnich dzieci. Jak się okazuje, mężczyzna nie trafił za kratki, bo choć usłyszał wyrok skazujący, to sąd dał mu szansę na poprawę, zawieszając wykonywanie kary. Prawomocnym wyrokiem z 21 listopada 2024 roku został on skazany na karę łączną pięciu miesięcy pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem jej wykonania na okres próbny wynoszący dwa lata – dodawał prokurator Skiba. Podobno Bogusław G. wziął sobie do serca ostrzeżenie z sądu, gdyż od tamtej pory do służb nie wpływały żadne nowe zgłoszenia dotyczące przemocy w rodzinie. Nie prowadzono żadnych innych postępowań, nie odnotowano zgłoszeń kierowanych do policji lub prokuratury odnoszących się do funkcjonowania tych ludzi. Aż do teraz.

Zawodowy pilot, pół życia mieszkał za granicą. "Dzieci straciły cały swój świat"

To jednak nie wszystko. W toku postępowania okazało się bowiem, że Bogusław G. miał w przeszłości wydane pozwolenie na broń. Zostało mu cofnięte w związku z zarzutami znęcania się nad bliskimi, a pistolet odebrano. Ten, którego użył do zabicia Anny, to inna broń, nabyta w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach, którą posiadał nielegalnie. Została ona przekazana do badań balistycznych celem ustalenia jej pochodzenia.

W programie „Uwaga!” TVN podano, że o Bogusławie G. wciąż wiadomo niewiele. Z dostępnych informacji wyłania się jednak obraz człowieka, który przez lata prowadził życie poza Polską. Mężczyzna był zawodowym pilotem linii pasażerskich i większość czasu spędzał za granicą, jedynie od czasu do czasu przyjeżdżając do kraju. Wcześniej mieszkał we Francji oraz w Azji. Annę poznał około 18 lat temu w Wietnamie. Para wzięła ślub, doczekała się dziecka i przez lata żyła na wysokim poziomie. Do Polski wrócili, gdy Bogusław G. miał 61 lat. Poszkodowana Anna od ponad dwóch i pół roku prowadziła natomiast stoisko z wietnamskim jedzeniem na targowisku w Piastowie. Pojawiała się tam regularnie, w każdą sobotę. - Sprzedawała sajgonki, które sama produkowała – mówił w programie „Uwaga” pan Robert, znajomy kobiety.

Śledczy wciąż próbują odpowiedzieć na pytanie, co mogło być motywem działania mężczyzny. Gdy przygotowywaliśmy ten materiał, nie udało się tego jeszcze ustalić. 21 maja 2026 roku odbył się za to pogrzeb ofiary. Najpierw msza w kościele pod Warszawą, później przewiezienie trumny na pobliski cmentarz parafialny i ostatnie pożegnanie. To wydarzenie jednak nie kończy tej sprawy, w której nadal pozostało wiele niewiadomych. Największym zadaniem będzie też teraz otoczenie opieką dzieci, które w jednej chwili straciły cały swój świat.



Zobaczył zadbaną pasażerkę w autobusie. Potem przeżył szok. Aż się robi niedobrze

 W komunikacji miejskiej można doświadczyć wielu niecodziennych sytuacji, ale historia, którą podzielił się w sieci pewien mieszkaniec Warszawy, zdaje się bić je wszystkie na głowę. Mężczyzna podający się za kierowcę autobusu opisał... osobliwy zabieg kosmetyczny u stóp jednej z pasażerek.

W pociągach, tramwajach czy autobusach od wielu lat promowany jest "komunikacyjny savoir-vivre" — nie zdejmuj butów, nie słuchaj głośno muzyki, nie jedz śmierdzących rzeczy. Ale pomysłowość pasażerów w kwestii tego, jak uprzykrzyć wspólną podróż innym, zdaje się nie mieć granic.

Obrzydliwość w autobusie w Warszawie. Kierowca podzielił się traumatyczną historią

Na grupie "ZTM Warszawa" na Facebooku pojawił się w poniedziałek, 22 czerwca, wpis, który wywołał prawdziwe obrzydzenie wśród internautów. I słusznie! Mężczyzna, podający się za kierowcę miejskiego autobusu, opisał sytuację, której niedawno doświadczył i którą zapamięta na długo."Lato, lato ach to ty... Wysokie temperatury, żar się leje z nieba. Gdy taka temperatura, staramy się ubrać tak, aby jednocześnie coś tam zakryć, ale aby było jak najprzewiewniej. Pojawiły się również klapki, sandałki, japonki, a w nich zadbane kobiece stópki. Niejednemu panu na ich widok szybciej bije serce" — rozpoczął opowieść autor wpisu.Jak kontynuował, w poniedziałek do jego autobusu wsiadła "dość atrakcyjna pani" w sandałkach, zajmując miejsce na pierwszym siedzeniu z prawej strony pojazdu.

"Usypany kopczyk z naskórka na siedzeniu"

"Na czerwonym świetle zwróciłem uwagę, że moja pasażerka siedzi nienaturalnie wygięta. Przy następnej okazji odwróciłem się sprawdzić, dlaczego i ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem, że pani trzyma swą filigranową stópkę na siedzeniu i pazurami obrabia piętę tak, że aż wióry lecą. Po kilku przystankach nastąpiła zmiana stopy. Gdy po raz kolejny spojrzałem do tyłu, zobaczyłem usypany kopczyk z naskórka na siedzeniu" — relacjonował mężczyzna.

Dla kierowcy to już było za wiele. "Zapukałem w drzwi i zwróciłem sympatycznej pasażerce uwagę, że to nie salon pedicure. Ta, zdziwiona, od niechcenia strzepnęła kopczyk na ziemię i niczym kopciuszek zniknęła dwa przystanki dalej i zostało po niej jedynie wspomnienie i trochę pięty. Kochani pasażerowie, cieszymy się, że w komunikacji czujecie się jak w domu, ale są pewne granice. A później, że w autobusach jest syf" — podsumował.

Lawina komentarzy

Historia wywołała lawinę komentarzy i innych, podobnych doświadczeń z komunikacji miejskiej. "Ludzie każdego dnia przekraczają granicę mojego wyobrażenia o tym, jak bardzo można nie mieć wstydu", "O, pięt to jeszcze nie widziałam, ale miałam okazję uczestniczyć w zmianie podpaski na ostatnim siedzeniu", "Obcinanie czy piłowanie paznokci to standard, ale tego jeszcze nie było. Nie rozumiem tylko czemu inni pasażerowie nie reagują w takiej sytuacji. A potem narzekanie, jaka to komunikacja okropna" — komentują.


 


Miał sposób na potencję i sprzedawał go przez internet. W mieszkaniu 31-latka odkryto farmaceutyczną hurtownię!

 Miał sposób na potencję i dzielił się nim z innymi. Niestety, nielegalnie. Policjanci z Poznania zatrzymali 31-letniego mężczyznę, który jest podejrzany o handel nielegalnymi lekami. Szczegóły w artykule.Policjanci ustalili, że mężczyzna od dłuższego czasu zajmował się obrotem farmaceutykami za pośrednictwem popularnych platform sprzedażowych. W sieci przyjmował zamówienia na anaboliki i leki na potencję, pakował to w paczki, a przesyłki wysyłał do odbiorców w Polsce i całej Europie. Po zatrzymaniu podejrzanego okazało się, że mężczyzna dysponował prawdziwą, farmaceutyczną hurtownią.
Ujawniliśmy i zabezpieczyliśmy kilkaset opakowań z zawartością łącznie 147 016 tabletek, 4 111 fiolek do iniekcji, 112 saszetek z zawartością żelu do spożycia o wartości czarnorynkowej ok. 400 tys. zł. - mówi Maciej Święcichowski z wielkopolskiej policji. Mundurowi informują też, że wstrzymali doręczenia 26 przesyłek nadanych przez zatrzymanego za pośrednictwem paczkomatów.

Mężczyzna sprzedawał między innymi leki do stymulacji hormonalnej, w tym leki anaboliczne, które są syntetycznymi pochodnymi testosteronu. Przez niektórych używane są dla szybkiego przyrostu masy i siły mięśniowej. Usłyszał zarzut z art. 124 Ustawy o prawie farmaceutycznym za który grozi do 2 lat więzienia - mówi Święcichowski.Wobec zatrzymanego zastosowano środki zapobiegawcze w postaci dozoru policyjnego 2 razy w tygodniu oraz wydano zakaz opuszczania kraju.