FOCH
2026/10/18
Ciężarna 29-latka w płomieniach na działkach. Jej stan jest krytyczny
Koszmarna noc w Płocku na terenie ogrodów działkowych przy ulicy Dobrzyńskiej. 29-letnia kobieta doznała potwornych poparzeń i w stanie krytycznym trafiła do placówki medycznej. Pomocy potrzebował również mężczyzna, który próbował ratować poszkodowaną, a także jej matka. Śledczy wstępnie wykluczyli, aby w zdarzeniu brały udział osoby trzecie.
Służby ratunkowe zostały powiadomione o tragicznym zdarzeniu w sobotę, 17 października, kilkanaście minut przed północą, dokładnie o 23.23. Informacja dotyczyła człowieka, który stanął w płomieniach na terenie Rodzinnego Ogrodu Działkowego „Budowlani” umiejscowionego w rejonie ulicy Dobrzyńskiej. Do akcji natychmiast wysłano dwa wozy straży pożarnej, funkcjonariuszy policji oraz karetkę pogotowia ratunkowego.Gdy ekipy ratunkowe dojechały na miejsce dramatu, 29-letnia ofiara leżała na trawie tuż przed altaną działkową. W tym momencie kobieta już się nie paliła. Płomienie zdążył ugasić świadek, który znajdował się niedaleko miejsca wypadku.Mężczyzna zaangażowany w akcję ratunkową sam odniósł obrażenia w postaci poparzonej dłoni. Zespół medyczny opatrzył go na miejscu, co wystarczyło, by uniknął on przewiezienia do szpitala. Interwencji lekarzy wymagała za to matka 29-latki, która po przybyciu na działki nagle straciła przytomność. Po udzieleniu pierwszej pomocy medycy uznali, że może ona bezpiecznie pozostać poza placówką medyczną.
Ciężarna 29-latka z Płocka w szpitalu po pożarze
Poszkodowana w wyniku tego wstrząsającego zdarzenia odniosła rozległe poparzenia dróg oddechowych oraz górnych partii ciała. Ratownicy medyczni błyskawicznie ustabilizowali jej stan, a następnie przetransportowali ją na szpitalny oddział w trybie pilnym. O szczegółach akcji opowiedział na łamach „Super Expressu” st. asp. Krzysztof Kruk z płockiej policji.Po przybyciu strażaków na miejsce kobieta nie była już objęta płomieniami. Kobieta, będąca w szóstym miesiącu ciąży, została przekazana zespołowi ratownictwa medycznego i przetransportowana do szpitala w stanie Powyższe doniesienia oficjalnie potwierdzili również przedstawiciele straży pożarnej, którzy brali czynny udział w nocnej akcji ratunkowej.
Śledczy ustalają przyczyny tragedii na działkach
Teren ogrodów działkowych został skrupulatnie zabezpieczony przez mundurowych, którzy od razu przystąpili do odtwarzania przebiegu tego tragicznego incydentu. Ze wstępnych ustaleń stróżów prawa wynika, że do tragedii nie przyczynił się nikt z zewnątrz i wykluczono w tym przypadku udział osób trzecich. Sprawę skomentował dla „SE” st. asp. Kruk.
JAGIELSKA POWINNA SIEDZIEC W WIEZIENIU A NIE ZABIJAC KOLEJNE DZIECI !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!
Dziecko, które miało być zabite w minioną środę w szpitalu na Brochowie, żyje. Aborcja się nie odbędzie, a wkrótce powinien nastąpić normalny poród. Ostatnie 90 godzin było prawdziwą walką i czasem niezwykle intensywnego działania całego zespołu Fundacji Życie i Rodzina, aby ocalić życie tego maleństwa. Udało się.

Z oczywistych przyczyn nie mogę podzielić się z Panem całością tej historii. Mogę tylko powiedzieć, że:
- matka dziecka zgłosiła się do szpitala na aborcję w ostatnich tygodniach ciąży z kwitkiem od psychiatry,
- dziecko ma podejrzenie wady, która nie pozwoli mu na długie życie. Dzieci z podobnymi przypadłościami otacza się opieką hospicyjną i zapewnia im bezbolesną - i jak najbardziej ludzką - naturalną śmierć. Jednocześnie nie ma mowy o obciążeniu matki koniecznością intensywnej opieki nad dzieckiem przez wiele kolejnych lat. Rodzina przeżywa żałobę, przechodzi wszystkie jej etapy, aż ozdrowieje i żyje dalej tak jak wcześniej. Wiele takich rodzin żyje wśród nas – przeszły one trudne sytuacje i wyszły na prostą, a przy tym uratowały swoje człowieczeństwo, nie mordując własnych dzieci.
- już po decyzji, że aborcji nie będzie, matka została zaopiekowana i poprawił się jej stan psychiczny. Nic w tym dziwnego – stan psychiczny leczy się terapią, w tym farmakoterapią, a nie aborcją.
Nie mogę także zdradzić zbyt wielu kulis sprawy. Napiszę jedynie, że ostatnie cztery dni były czasem wytężonej pracy, aby to dziecko nie zginęło w męczarniach, i aby sygnalista, który zawiadomił Fundację, nie poniósł żadnych negatywnych konsekwencji. Cała sprawa wyglądała jak niezwykle skomplikowana łamigłówka i wymagała od wszystkich ogromnej dozy determinacji. Tak bywa wiele razy w naszej działalności, że trzeba natychmiast stanąć do walki. I teraz też do tej walki stanęliśmy. Często nikt tego nie widzi, ale wiemy, że właśnie wtedy ratujemy konkretne dziecko przed aborcją – a to jest najważniejszy cel.
Szanowny Panie,
Sytuacja z ostatnich dni pokazuje jedno – Brochów już stał się miejscem, do którego zgłaszają się matki z żądaniem zabicia ich dzieci, także w bardzo wysokich ciążach, nawet w ostatnich dniach przed terminem porodu. Ekipa, która jest zdolna robić aborcje – z Gizelą Jagielską na czele – już jest w szpitalu. I nie wszystkie dzieci udaje się uratować, tak jak to ostatnie maleństwo – wielu niestety nie.
Dlatego jeszcze raz gorąco zapraszam na Publiczny Różaniec o zatrzymanie aborcji – w tę niedzielę, 18 października, pod szpitalem na Brochowie od ul. Biegłej, o godzinie 17:00.

***








