2026/10/04

Niewiarygodne! Dziewczynka urodziła się „w ciąży” ze swoją pasożytniczą siostrą bliźniaczką

 Stało się to w Kolumbii i zszokowało cały świat. Podczas rutynowego badania USG lekarze odkryli, że w macicy małej Itzamary rozwija się kolejny płód.

Jest to „fetus in fetu”, niezwykle rzadkie schorzenie występujące zaledwie raz na milion urodzeń. Ponieważ drugi płód nie miał ani serca, ani mózgu, a mimo to nadal rósł, lekarze musieli zaplanować cesarskie cięcie w 37. tygodniu, a następnego dnia przeprowadzić u noworodka pilną operację, aby go usunąć.Na szczęście operacja zakończyła się sukcesem, a Itzamara dobrze dochodzi do siebie. Prawdziwy cud medycyny!


Zbrodnia w szkolnym gabinecie. Nauczycielka zadała kilkadziesiąt ciosów

 Myślałeś, że kobietę można traktować jak zabawkę" - napisała 38-letnia nauczycielka Mariola M. w liście do Dariusza. Tuż po tym, jak bestialsko zamordowała jednego z uczniów.

38-letnia Mariola M. pracowała w szkole podstawowej w niewielkiej gminie na Podlasiu. Była miłośniczką siatkówki; trenowała regularnie. W 1997 roku poznała Dariusza (imię zmienione), który także uprawiał ten sport. Nawiązali romans. Mężczyzna był żonaty, miał dwójkę dzieci, mimo to snuł z Mariolą plany wspólnego życia, przeprowadzki do innego miasta.Matka Marioli M. nie akceptowała tego związku. W listopadzie 1999 roku napisała w tej sprawie list do Dariusza. Wiadomość trafiła jednak do jego żony, która dowiedziała się o tej relacji. Kobiecie zdarzało się wykonywać głuche telefony do mieszkania Marioli M. Sprawdzała w ten sposób, czy jej mąż jest u kochanki. Do Marioli M. dzwonili też członkowie rodziny Dariusza, obrzucając ją obelgami. Zdarzyło się też, że córki Dariusza natarły Mariolę M. lodem. Chciały ją w ten sposób upokorzyć. Na drzwiach mieszkania kobiety pojawiły się wulgarne napisy, nie wiadomo jednak, kto za nimi stał.

Dariusz unika Marioli

Mimo nacisków ze strony rodziny Dariusza i ze strony matki Marioli M. relacja wciąż trwała. Mężczyzna opowiadał o sytuacji rodzinnej, podkreślał, że najbardziej kocha swojego 11-letniego syna, Piotra i zapewniał Mariolę o swoim uczuciu. Nie chciał jednak spędzić z nią świąt Bożego Narodzenia. Kobieta ciężko przeżyła odmowę, napisała nawet list do Dariusza, zarzucając mu nieuczciwość. Spędzili razem Sylwestra.Ostatecznie Dariusz przekazał Marioli, że nie zamierza porzucać rodziny. Zaproponował kontynuację romansu, bez większych zobowiązań. Zaczął jej wręcz unikać. 

Dwa dni przed tragedią Mariola M. bezskutecznie próbowała porozmawiać z Dariuszem, była u niego w firmie, ale go nie zastała. Spotkała się za to z jego żoną, przeprosiła za wszystko. Natknęła się również na córkę Dariusza i jej partnera. Usłyszała od niej wulgarne słowa.  

Krew wypływająca spod drzwi

25 kwietnia 2001 r. kobieta wzięła ze sobą paszport, książeczkę zdrowia, portmonetkę, notes, chusteczki, nóż introligatorski z wysuniętym ostrzem oraz dwa dodatkowe ostrza. Poszła do lokalnej przychodni i poprosiła o zarejestrowanie do lekarza, twierdząc, że bardzo źle się czuje. Lekarz był jeden, kolejka duża. Mariola M. zrezygnowała i ruszyła do pracy.

Sekretarce szkolnej powiedziała, że chce się zważyć. Wzięła klucz do gabinetu pielęgniarskiego, ale zanim do niego weszła, chwilę jeszcze pochodziła po budynku, zajrzała do pokoju nauczycielskiego i męskiej toalety. W końcu weszła do gabinetu, zważyła się i wyszła na korytarz. Poprosiła kilku chłopców, by przywołali do niej 11-letniego Piotra, syna Dariusza. Dwaj koledzy przyprowadzili zaskoczonego wezwaniem chłopca. 11-latek usiadł na kozetce, chłopcy wrócili do klasy.Ponieważ tego dnia w szkole nie odbywały się szczepienia ani badania, ruch w gabinecie lekarskim zainteresował jedną z nauczycielek. Poszła sprawdzić, co się dzieje. Gdy na pukanie nikt nie zareagował,  otworzyła drzwi. Zobaczyła Piotra. Upewniła się, czy czeka na lekarza. Zarówno chłopiec, jak i Mariola M. potwierdzili. Nauczycielka wróciła więc na zajęcia.

Mariola M. próbowała zagadywać Piotra, ale nie chciał z nią rozmawiać. Wiedział o romansie i z oczywistych względów za Mariolą nie przepadał. Wstał i zamierzał wyjść, ale pod adresem Marioli rzucił jeszcze, że jest "ku***ą". Kobieta uderzyła go ręką. Gdy zmierzał w stronę wyjścia, wyjęła nóż i zaczęła zadawać chłopcu ciosy w szyję. Piotr zasłaniał się dłońmi.  Przechodzący obok gabinetu uczeń zauważył krew wypływającą spod drzwi. Myślał, że coś stało się pielęgniarce, więc je otworzył, a wtedy Mariola M. szybko je zamknęła. Na miejsce przybiegły dwie nauczycielki. W tym momencie Mariola zadawała już Piotrowi ciosy w tył głowy prawą ręką. Osoby przebywające na korytarzu słyszały dochodzące z gabinetu głuche, seryjne odgłosy uderzeń. Jednej z nauczycielek udało się lekko uchylić drzwi, ale M. znów je zatrzasnęła. Kobiety wezwały wuefistę. Dopiero pod jego kopnięciami drzwi ustąpiły. Nie jest do końca pewne, dlaczego nauczyciele mieli problem z ich otwarciem - albo blokowało je leżące ciało chłopca, albo jedną ręką trzymała je Mariola M. 

Kobieta wyszła z gabinetu. Nauczyciel chwycił ją za ramiona, ale wyrwała się i uciekła. Mimo że dłonie miała schowane w rękawach, jeden z uczniów zauważył krew na rękach nauczycielki. Nauczyciel wychowania fizycznego próbował wyczuć puls na szyi chłopca, wtedy spostrzegł dużą ranę ciętą. Spod ciała wyjął nóż, którym wcześniej zadawane były ciosy. Ciało 11-letniego Piotra było przykryte zielonym fartuchem. Nie wiadomo dziś, czy przykryła je Mariola M. przed ucieczką, czy zrobił to np. jeden z nauczycieli. 

Zobacz, co może zrobić odrzucenie"

Mariola M. uciekła do lasu, umyła dłonie w kałuży. Potem kupiła w sklepie spodnie i kurtkę. Poplamione krwią spodnie wyrzuciła. Napisała również list do Dariusza, w którym obarczała go współodpowiedzialnością za zbrodnię. "Ty też ponosisz za to winę", "Pozbawiłeś mnie godności", "Myślałeś, że kobietę można traktować jak zabawkę", "Zobacz, co może zrobić odrzucenie", "Nie sądzę, że będzie ci się chciało jeszcze żyć" - pisała w liście. Następnego dnia została zatrzymana w podwarszawskich Markach. Trafiła do aresztu. Przyznała się do zabójstwa chłopca, ale zaprzeczała, że zrobiła to z zemsty. Twierdziła, że nie pamiętała niektórych momentów zdarzenia. Przekonywała, że paszport już od dawna miała przy sobie jako dowód tożsamości. Z kolei nóż miała nosić w obawie przed córką Dariusza i jej partnerem. Mówiła, że w innych jej torebkach także znajdują się noże dla samoobrony. Przeszukano 14 torebek należących do Marioli M. W żadnej innej noża nie znaleziono. Ustalono, że kobieta zadała chłopcu co najmniej 30 uderzeń. U Piotra stwierdzono 22 rany cięte szyi i głowy. Wiele ran nakładało się na siebie. Przyczyną śmierci było intensywne wykrwawienie i zator powietrzny serca, które doprowadziły z kolei do ostrej niewydolności układu krążenia. Mariola M. została poddana badaniom sądowo-psychiatrycznym. Nie stwierdzono u niej choroby psychicznej. W chwili popełniania zbrodni była poczytalna. Poziom inteligencji określono na wyższy od przeciętnej. 

"Zabijała w swoim umyśle Dariusza, a nie Piotra"

Mariola M. stanęła przed Sądem Okręgowym w Białymstoku. Wyrok zapadł 15 lutego 2002 roku. Kara: 25 lat więzienia.Jej tok myślenia był logiczny. Zadawała ciosy w sposób przemyślany, nie na oślep. Działanie jej od początku było skoordynowane. (...) Według biegłych oskarżona działała na zasadzie tzw. agresji przeniesionej, tj. zabijała w swoim umyśle Dariusza, a nie Piotra, choć wiedziała, że ma przed sobą dziecko. (....) Nie mogła dzielić życia z Dariuszem, z osobą przez nią kochaną, zabrała więc mu to, co kochał najbardziej - syna" - pisał sąd w uzasadnieniu."Narastające negatywne emocje i frustracje spowodowały kłopoty z samopoczuciem psychicznym i fizycznym. Skutkiem tego były tak silne emocje, że wysuwały się spod kontroli intelektualnej. Widok syna Dariusza spotęgował napięcie emocjonalne, a wypowiedziane przez niego wulgarne słowa spowodowały wyładowanie tego napięcia, choć bodziec był błahy" - zauważył sąd. 

Obrońca Marioli M. złożył apelację. Argumentował, że jego klientka działała w stanie silnego wzburzenia usprawiedliwionego okolicznościami, że sąd okręgowy dowolnie i jednostronnie ocenił materiał dowodowy. Wskazywał też, że z materiału wcale nie wynika, że kobieta działała w sposób przemyślany i wyrachowany. Obrońca domagał się, by Mariola M. została skazana za "zabójstwo człowieka pod wpływem silnego wzburzenia usprawiedliwionego okolicznościami", za co maksymalna kara wynosi 10 lat więzienia. 30 października 2002 r. Sąd Apelacyjny w Białymstoku utrzymał wymierzoną karę w mocy. Nie zgodził się jednak z tym, że zabójstwo Piotra musiało być zaplanowane. Sąd drugiej instancji zauważył, że gdyby tak było, Mariola M. przygotowałaby się do ucieczki, zabrała ubrania, bilety na podróż. Analizując zachowanie kobiety i dni poprzedzające tragedię, sąd przyjął, że dokonała zabójstwa "w stanie silnego wzburzenia". To jednak nie wpłynęło na wysokość wyroku. W lutym 2003 roku Sąd Najwyższy nie uwzględnił kasacji obrońcy. "Z punktu widzenia etycznego i społecznego czyn oskarżonej zasługuje na szczególne potępienie. Zdaniem Sądu Najwyższego w odniesieniu do oskarżonej nie sposób dopatrzeć się okoliczności usprawiedliwiających silne wzburzenie (afekt). Dzieciobójstwo jest zbrodnią budzącą szczególną odrazę ze względu na bezbronność ofiary, więc istotne jest nie tylko naruszenie przepisów prawa, ale także elementarnych norm etycznych" - czytamy.Z naszych ustaleń wynika, że Mariola M. wciąż przebywa w zakładzie karnym. Wyjdzie na wolność w kwietniu przyszłego roku. "Kurier Poranny" informował kilka lat temu, że w 2016 r. ubiegała się o przedterminowe zwolnienie, nie uzyskała jednak zgody.

Piotr miałby dziś 35 lat.


 


 

MORDERCZYNI DZIECI ZNALAZLA PRACE WE WROCLAWSKIM SZPITALU NA POLECENIE TUSKA !!!!!!!

 

Mam dla Was świetną wiadomość z frontu walki o Uśmiechniętą Polskę! Otóż Kacprzyk jeszcze na dobre nie przesiadł się z Porsche do Mazdy i nie wszystko zdążył mieć w doopie, a tymczasem Gizela Jagielska , specjalistka od ujarzmiania polskiej demografii nawet w 9 miesiącu ciąży, dostała pracę we Wrocławiu.
I to nie koniec newswów. W tym kraju wszystko co złe, może skończyć się jeszcze gorzej. Siedzicie?
Otóż nie dość, że Jagielska została zatrudniona w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym im. Falkiewicza na wrocławskim Brochowie, to jej mąż, także lekarz, będzie pełnił obowiązki ordynatora. I wszystko za Wasze pieniądze! Tadaaam!
Ktoś dociekliwy spyta, kto ją tam zatrudnił? Otóż całkowitym zbiegiem okoliczności dyrektorem tego szpitala jest pani Magdalena Puziewicz-Karpiak. Polityk PSL-u, startujących z listy czerwonej koniczynki w wyborach samorządowych. Co prawda kandydowała do Sejmiku Województwa Dolnośląskiego i dostała 477 głosów więc mandatu nie otrzymała, ale za to ustawiła się w kolejkę do koryta.
I żeby nie być wrednym, a co najgorsze - gołosłownym, to tylko zacytuję jeden z wrocławskich portali, który informował o powołaniu tej pani na stanowisko: "Jej kandydatura budzi jednak kontrowersje ze względu na wcześniejsze doświadczenia zawodowe, które często kończyły się napięciami i zarzutami dotyczącymi zarządzania". Podobno jest specjalistką w oddłużaniu szpitali, natomiast jak do tej pory żadnego oddłużyć się nie udało. No bywa.
Sami widzicie, że to jest bardzo uśmiechnięta informacja. Kacprzyk pracuje, pani Gizela pracuje, nawet mąż pani Gizeli pracuje, czarodziejska różdżka co prawda zgubiła się na etapie przejmowania państwa po pisoskiej szarańczy, kolejki są najdłuższe w historii pomiarów, kasa w NFZ skończyła się wyjątkowo w marcu, a nie w listopadzie, a pani Agnieszka z Piły dostała termin operacji za 9 lat, ale przestańcie w końcu wichrzycielsko łgać, że w polskiej służbie zdrowia dzieje się źle.
Zatrudnianie lekarzy idzie dobrze. Radnych jeszcze lepiej. A swoich to już w ogóle genialnie! Uśmiechnijcie się szeroooooko Kochani!

Jeśli ta uśmiechnięta informacja sprawiła, że Twój dzień będzie taki sam jak wczoraj, ale może i tak lepszy niż jutro, postaw kawkę

 


Był znanym i cenionym chirurgiem. To, co odkryto na jego komputerze, zaszokowało wszystkich

 

Historia brytyjskiego chirurga Neila Hoppera budzi ogromne poruszenie nie tylko w Wielkiej Brytanii. Ceniony specjalista, który zawodowo pomagał pacjentom mierzącym się z amputacją, sam stracił obie nogi w wyniku ciężkiej choroby. Szybko wrócił do pracy i publicznie opowiadał o życiu z protezami, stając się dla wielu osób symbolem determinacji. Z czasem wokół jego losów pojawiły się jednak informacje, które nadały tej historii znacznie bardziej niepokojący wymiar. Sprawę analizuje dokument „An Amputation Obsession: The Monster and the Surgeon”.
Neil Hopper pracował jako chirurg naczyniowy w Royal Cornwall Hospital w Truro. Pacjenci cenili go za doświadczenie oraz spokojne podejście, zwłaszcza w rozmowach z osobami, które miały przejść amputację. W 2019 roku lekarz zachorował na sepsę, a powikłania doprowadziły do amputacji obu nóg poniżej kolan. Według informacji przedstawianych w jego historii, niezwykle szybko przystosował się do nowej sytuacji i po zaledwie sześciu miesiącach wrócił do pracy.

Historia Hoppera była szeroko komentowana, ponieważ chirurg występował w telewizji i mówił o codziennym życiu po amputacji. Osoby po podobnych zabiegach miały zwracać się do niego po wsparcie i praktyczne rady. Otrzymał także ponad 466 tys. funtów odszkodowania. Pieniądze przeznaczono między innymi na zakup samochodu, protez oraz dostosowanie domu do potrzeb osoby z niepełnosprawnością.

Szokująca tajemnica chirurga

Z czasem ujawniono jednak, że amputacja miała dla Hoppera również osobisty wymiar. Lekarz korzystał ze strony Eunuch Maker, którą prowadził Mariusz Gustavson. Gustavson stworzył przestępczy biznes oparty na nagrywaniu brutalnych, nielegalnych „zabiegów” wykonywanych na osobach, które chciały pozbyć się części własnego ciała. Procedury odbywały się w warunkach pozbawionych podstawowych zasad bezpieczeństwa, a część poszkodowanych wymagała później pomocy medycznej. Społeczność strony liczyła ponad 20 tys. osób. Hopper wielokrotnie oglądał publikowane tam materiały i wymieniał wiadomości z Gustavsonem – pisze The Guardian.
Najwięcej pytań wywołała jednak praca Hoppera jako chirurga.

Analizy nie wykazały nieprawidłowości w jego pracy

Twórcy filmu „An Amputation Obsession: The Monster and the Surgeon” wskazują, że analiza zawodowej działalności lekarza nie przyniosła dowodów, by przeprowadzał amputacje niezgodnie ze standardami medycznymi. To ważna informacja, choć nie usuwa kontrowersji towarzyszących całej sprawie. Hopper trafił do więzienia między innymi za posiadanie ekstremalnych materiałów pornograficznych. Jego losy pokazują, jak trudna może być granica między ukrywanymi pragnieniami a realnym zagrożeniem.Ten aspekt sprawia, że historia brytyjskiego chirurga wykracza poza osobisty dramat i sprawę karną. Stawia też pytania o granice medycyny, odpowiedzialność lekarzy oraz naturę obsesji, które przez lata mogą pozostawać niewidoczne dla otoczenia.