2026/09/23

Śmierć małej Madzi "to była sprawa narodowa". Słowa o "śliskim kocyku" szokują do dziś

 Czuję pustkę. Nie umiem odnaleźć w sobie tego przekonania, że ona jest gdzieś indziej i nie wiem, co się z nią dzieje. Nie mogę uwierzyć, że ona jest wśród obcych. Może krzyczy, może płacze - mówiła na antenie TVN-u Katarzyna W., przekonując, że nieznany mężczyzna porwał jej córeczkę, sześciomiesięczną Madzię. Początkowo cała Polska jej współczuła. Po kilku tygodniach ludzie zaczęli życzyć jej śmierci.

Gdy policjanci odebrali zgłoszenie o porwaniu dziecka na ul. Legionów w Sosnowcu, za oknem panował już mrok. Był 24 stycznia 2012 roku, godzina 18, na chodnikach leżał śnieg. Kiedy funkcjonariusze dotarli na miejsce, spotkali młodą kobietę, która roztrzęsionym głosem opowiedziała im o dramatycznych chwilach, które przeżyła.Katarzyna W. zeznała, że szła z córką do swojej matki. Sześciomiesięczna Madzia leżała wówczas w wózeczku. W pewnym momencie kobieta poczuła, że ktoś się jej przygląda. Okazało się, że idzie za nią jakiś mężczyzna. Kasia poczuła się nieswojo. Kiedy się zatrzymała, on zwolnił. Gdy ruszyła, on przyspieszył. W pewnym momencie zrobiło jej się ciemno przed oczami. Upadła. Prószył na nią śnieg. Kobietę leżącą na chodniku zobaczyły przypadkowe osoby.

Nie ruszała się. Była kompletnie oszołomiona. Cuciliśmy ją 10 minut. Klęknęła na kolana i zapytała, gdzie jest Madzia. Zaczęła płakać i lamentować, że aż mi ciarki przeszły

- wspominała w rozmowie z "Uwagą!" kobieta, która pomogła Katarzynie. Dziecięcy wózek, w którym powinna leżeć Madzia, był pusty.

Z zeznań Katarzyny wynikało, że mężczyzna, który za nią szedł i uderzył ją w głowę, miał na sobie jasną kurtkę z ciemnym pasem na piersi i długie, chude nogi. Policjanci zaczęli ustalać, kim mógł być, a jednocześnie szukali dziecka. Sprawdzili m.in. rzeczkę płynącą przez osiedle, przez które przechodziła Katarzyna, pobliski park i kosze na śmieci. Nie było jakim  motywem kierował się porywacz. Nie było wiadomo, czy dziecko jeszcze żyje.

"Błagam, oddajcie mi moje dzieciątko". Madzia była "najbardziej poszukiwanym dzieckiem w Polsce"

Historia Katarzyny W. poruszyła lokalną społeczność, a później, za sprawą licznych publikacji medialnych, całą Polskę. Rodzina małej Madzi skontaktowała się z Krzysztofem Rutkowskim. Detektyw postanowił pomóc, nie biorąc za to ani złotówki. 

Pomagali też sąsiedzi i znajomi Katarzyny i jej męża Bartka. Rozwiesili dziesiątki tysięcy plakatów z wizerunkiem zaginionej dziewczynki. Kolejne osoby oferowały nagrody pieniężne za pomoc w odnalezieniu dziecka.Jeżeli jest to uprowadzenie dla okupu, to z całą pewnością nagłośnienie sprawy niczemu dobremu nie służy. Natomiast jeżeli dziecko zabrała osoba z zaburzeniami psychiki i wywiozła gdzieś na drugi koniec Polski, to wtedy ma to duże znaczenie dla wykrycia sprawcy . tłumaczył Dariusz Loranty, negocjator policyjny, z którym rozmawiali dziennikarze "Interwencji".Katarzyna i jej mąż występowali w kolejnych programach telewizyjnych, apelując do porywacza. Z Krzysztofem Rutkowskim zorganizowali także konferencję prasową.

Błagam, oddajcie mi moje dzieciątko

- łkała Katarzyna, a cała Polska jej współczuła.

Gdy na jaw zaczęły wychodzić kłamstwa Katarzyny W., Polacy byli wściekli. "Ludzie wydali już wyrok"Policjanci sprawdzali w tym czasie różne scenariusze. Brali pod uwagę także to, że to Katarzyna może mieć coś wspólnego z zaginięciem Madzi. Mogła sprzedać dziecko, mógł je zabrać ktoś z jej rodziny. Sprawdzili także historię o mężczyźnie w beżowej kurtce, który szedł za Katarzyną w dniu zaginięcia dziewczynki. Okazało się, że człowiek ten rzeczywiście istnieje. Policjanci dotarli do nagrań monitoringu, na którym było widać, że szedł tą samą drogą, co Katarzyna. Ale nic więcej. Funkcjonariusze dotarli do niego już po dwóch dniach. Wówczas okazało się, że miał żelazne alibi. Dla funkcjonariuszy stało się jasne, że matka Madzi kłamie, ale wciąż nie mieli pewności, czy dziewczynka żyje, czy też nie.Sprawą żyła cała Polska. Niektórzy angażowali się w pomoc dla rodziny Madzi, inni modlili się w intencji zaginionego dziecka, jeszcze inni wietrzyli spisek. W mediach społecznościowych dyskutowali o tym, że to pewnie Katarzyna stoi za zaginięciem sześciomiesięcznej córeczki. 

Możecie uwierzyć w to, że ktoś mógł porwać tak małe dziecko?

- pytał rodziców dziewczynki dziennikarz TVN-u.

To nie jest kwestia tego, czy my w to wierzymy. Tak się stało, taka jest prawda, takie są zeznania żony. Bardzo mnie bolą wszystkie komentarze ze strony internetu na przykład czy gazet, że może była pijana i dziecko gdzieś wyrzuciła. Nie rozumiem ludzi, którzy tak mówią. Bo co, normalną, spokojną rodzinę, takie rzeczy nie spotykają, tak? 
- obruszył się Bartek W.Z kolejnych doniesień mediów wynikało, że w historii o rzekomym porwaniu dziecka rzeczywiście coś się nie klei. Emocje wzbudziła m.in. publikacja "Gazety Wyborczej", która napisała, że kilka dni przed zaginięciem Madzi ktoś używał komputera jej ojca do wyszukiwania informacji o tym, ile kosztują dziecięce trumny i jak wysoki jest zasiłek pogrzebowy. Rodzice Madzi i pomagający im Krzysztof Rutkowski zorganizowali kolejną konferencję prasową, na której Bartek tłumaczył, że niczego takiego nie szukał, a Katarzyna milczała ze względu na "zły stan psychiczny".
W mediach zaczęły się już opinie, że jesteśmy mordercami. Jak można powiedzieć coś takiego? Ludzie wydali już wyrok. My nie możemy wyjść na ulicę. Kto weźmie odpowiedzialność, kiedy coś nam się stanie? Co wtedy zrobią media? Nic, bo to się nie sprzeda

- mówił Bartek. Rutkowski wskazywał z kolei, że w trosce o własne bezpieczeństwo rodzice Madzi przenieśli się z Sosnowca do Łodzi, ale i tam zostali namierzeni, a duża grupa ludzi czekała przed ich mieszkaniem po to, by ich zlinczować. Czy pan Marcin Pietraszewski zdaje sobie sprawę, że te informacje, które stawiają w stan oskarżenia publicznego Bartka i Katarzynę, powodują zagrożenie życia tych ludzi? Co będzie, panie Marcinie, kiedy Bartek nie wytrzyma psychicznie i się powiesi, a okaże się, że z tą sprawą nie miał żadnego związku? Weźmie pan odpowiedzialność za śmierć człowieka? - pytał Rutkowski, zwracając się do dziennikarza "Gazety Wyborczej".O społecznych emocjach, które towarzyszyły tej sprawie, opowiadał później prokurator Zbigniew Grześkowiak, który rozwiązywał zagadkę śmierci małej Madzi.

To była sprawa narodowa, wywołała niezwykłe społeczne emocje. (...) Gdy robiłem zakupy, obcy ludzie zaczepiali mnie i wypytywali o sprawę. To były opinie pełne emocji, czasami naładowane nienawiścią do oskarżonej. To mi uświadomiło, jak ludzie czuli się zawiedzeni i oszukani przez Katarzynę W.

- mówił w rozmowie z "Gazetą Wyborczą"


                                     

Katarzyna W. przyznała, że Madzia nie żyje, ale wciąż grała. "Ten kocyk był śliski"

W pierwszych dniach lutego nastąpił zwrot akcji. Krzysztof Rutkowski opublikował nagranie, na którym widać, jak zapłakana Katarzyna przyznaje, że Madzia nie żyje.

- Co się stało? To był wypadek? Spadła ci? - zapytał detektyw.

- To był taki duży próg w sypialni. Ja z nią wychodziłam, ona była w kaftaniku - odpowiedziała Katarzyna.Spadła ci?

- Nie wiem kiedy. Ten kocyk był śliski - powiedziała matka Madzi.

Stało się jasne, że dziewczynka nie żyje. Katarzyna powiedziała Rutkowskiemu, że ukryła zwłoki córeczki pod drzewem nad Czarną Przemszą. Zabrała w to miejsce detektywa, ale zwłok tam nie było.Dopiero policjanci nakłonili ją, żeby pokazała, gdzie je ukryła.

Była spokojna, powiedziała, że zakopała ciało w ruinach, w parku Żeromskiego w Sosnowcu. (...) Prosto z parku pojechała do prokuratury, a my przez kilka godzin dokonywaliśmy oględzin. Było tak zimno, że buty przymarzały do ziemi.
W pryzmie śniegu znaleźliśmy niedopałek papierosa. Na szczęście nie zamókł i z ustnika udało się wyizolować DNA Katarzyny W. Znaleźliśmy też zasypane rękawice robocze, które matka Madzi wykorzystała do ukrycia ciała córki. Dzięki temu za paznokciami nie miała śladów ziemi, nie pokaleczyła też dłoni o gruz. Później identyczne włókna jak te z rękawic znaleźliśmy na ubraniu Madzi. (...) Z zeznań i ustaleń wynikało, że przed śmiercią matka oglądała film "Kolor zbrodni". To opowieść o kobiecie, która zgłasza porwanie syna i oskarża o to niewinnego człowieka. Okazuje się, że sama zabiła dziecko

- opowiadał później prokurator Zbigniew Grześkowiak.Wciąż nie było wiadomo, co było przyczyną śmierci dziecka. W świetle prawa Katarzyna W. była w tamtym momencie osobą podejrzaną o zawiadomienie o niepopełnionym przestępstwie oraz nieumyślne spowodowanie śmierci dziecka. Do sądu trafił wniosek o tymczasowy areszt dla matki Madzi. Podyktowany był on obawą o to, że Katarzyna W. będzie mataczyć i w ten sposób utrudniać śledztwo.

W kwietniu media obiegła informacja, że Katarzyna W. próbowała popełnić samobójstwo w więziennej celi. Prokurator Grześkowiak przyznał później, że był to jedynie "kolejny element jej gry"

Szybko się okazało, że to był pic na wodę. Rozpuściła w szklance trochę proszku do mycia naczyń i udała, że to połknęła. Nic się jej nie stało, nie pozwoliła nawet, żeby zbadał ją lekarz

- opowiedział "Wyborczej". Niedługo później sąd wypuścił Katarzynę W. na wolność. .

Szybko się okazało, że to był pic na wodę. Rozpuściła w szklance trochę proszku do mycia naczyń i udała, że to połknęła. Nic się jej nie stało, nie pozwoliła nawet, żeby zbadał ją lekarz

- opowiedział "Wyborczej". Niedługo później sąd wypuścił Katarzynę W. na wolność. Nad zwłokami małej Madzi pochylili się eksperci medycyny sądowej. W lipcu 2012 roku prokurator dostał opinię biegłych, z której wynikało, że dziewczynka zmarła w wyniku uduszenia, ale nie był to nieszczęśliwy wypadek. Zebrane dowody wskazywały także, że to Katarzyna W. była ostatnią osobą, która widziała córkę żywą. Postawiono jej zarzut zabójstwa, a prokuratura znów złożyła wniosek o tymczasowe aresztowanie. Sąd najpierw go zatwierdził, po czym ponownie wypuścił ją na wolność. Zamiast siedzieć za kratami, kobieta miała regularnie meldować się na komisariacie.

Katarzyna W. była jedyną znaną mi osobą w Polsce, która z zarzutem zabójstwa nie siedziała w areszcie

- przyznał prokurator. Zapytany o to, jak Katarzyna W. przyjęła informację o zarzucie zabójstwa, odpowiedział, że matka Madzi była "zimna jak głaz".Przez kolejne miesiące media publikowały dziesiątki artykułów o Katarzynie W. i jej perypetiach. Polacy przeczytali m.in., że kobieta tańczyła w jednym z krakowskich klubów go-go, oglądali też jej zdjęcia w różnych stylizacjach. Katarzyna W. zmieniała fryzurę, nosiła kapelusze i ciemne okulary. Największy szok wywołało głośne wydanie "Super Expressu", na którego okładce można było zobaczyć Katarzynę W. jadącą na koniu. Kobieta miała na sobie jedynie skąpe bikini, a tytuł mówił: "Teraz mam czas na swoje pasje". W środku gazety można było znaleźć wywiad z Katarzyną W., która mówiła, że w celi poznała matkę skatowanego na śmierć Szymona z Będzina. Oceniła, że to "bardzo ciepła, sympatyczna 

Z dramatu robi się show. Pani Katarzyna chce być gwiazdą i chce pobyć jeszcze w snopach światła, co jest godne pożałowania i etycznie wstrętne.  Znam środowiska, które mówią, że Polska dzieli się na tę przed Madzią i po niej. To już trwa zdecydowanie za długo. Niech zniknie, bo przemoc i śmierć łączą się z tabloidowością. Apeluję do mediów: To już przeszło wszelkie granice, nie bawcie się już i dajcie tematowi umrzeć

- komentował w rozmowie z Onetem medioznawca prof. Wiesław Godzic.".Wydanie "Super Expreesu" z Katarzyną W. na okładce ukazało się w październiku 2012 roku. W tym samym miesiącu słuch po niej zaginął. Kobieta przestała zgłaszać się na policję, nie przyszła też na przesłuchanie do prokuratury. Zaczęły się poszukiwania. Pod koniec listopada policjanci znaleźli matkę małej Madzi, która ukrywała się w wynajętej chacie w okolicach Białegostoku. Funkcjonariusze ustalili też, że gdy mieszkała w Krakowie, kontaktowała się z członkami sekt.

Katarzyna W. usłyszała wyrok. Dlaczego zabiła własne dziecko?Po tym incydencie Katarzyna W. znów trafiła do aresztu, bo sąd uznał, że dotychczasowe środki zapobiegawcze nie spełniły swej roli. Na rozpoczęcie procesu czekała do 18 lutego 2013 roku. Ze względu na duże zainteresowanie mediów rozprawy były prowadzone w specjalnej sali przy ul. Koszarowej w Katowicach. To w niej sądzono m.in. gang Janusza T. ps. Krakowiak. "Sala posiada zabezpieczenia, jakich nie posiada żaden inny sąd w Polsce: pancerne szyby, kuloodporną klatkę dla oskarżonych, wykrywacze metali, rentgeny oraz system monitoringu" - opisywała "Gazeta Wyborcza"

Wyrok w sprawie Katarzyny W. zapadł we wrześniu 2013 roku. Sąd uznał, że matka małej Madzi najpierw próbowała zatruć córkę tlenkiem węgla (czyli czadem), a gdy to się nieudało, rzuciła dzieckiem o podłogę, a następnie je udusiła. Katarzyna W. została skazana na 25 lat więzienia. Sprawa trafiła do sądu drugiej instancji, który utrzymał w mocy wyrok skazujący, przy czym zastrzegł, że Katarzyna W. będzie mogła się ubiegać o przedterminowe zwolnienie warunkowe najwcześniej po odbyciu 20 lat kary. 22 lipca 2015 roku Sąd Najwyższy oddalił zarówno kasację wniesioną przez prokuratora, jak i tę, którą wniósł obrońca. Katarzyna W. będzie mogła opuścić zakład karny najwcześniej w 2032 roku.




.       -

 


 

Skandal z udziałem Rzecznik Praw Dziecka. Sąd zarzuca Monice Hornej-Cieślak „przemoc instytucjonalną”!

 

Rzecznik Praw Dziecka Monika Horna-Cieślak doprowadziła do drastycznego odebrania dwojga małych dzieci rodzicom i umieszczenia ich w placówce opiekuńczej po incydencie na warszawskiej ulicy. Sąd po zbadaniu sprawy uznał te działania za całkowicie nieuzasadnione, nakazał natychmiastowy powrót maluchów do domu i wprost zarzucił RPD stosowanie „przemocy instytucjonalnej”.Cała sprawa rozpoczęła się 14 sierpnia na warszawskiej Białołęce. Monika Horna-Cieślak zwróciła uwagę matce 4-letniego dziecka, twierdząc, że ta stosuje wobec niego agresję. Kobieta tłumaczyła później przed sądem, że jedynie szarpnęła malucha, by powstrzymać go przed nagłym wtargnięciem na jezdnię pod nadjeżdżające samochody. Po wymianie zdań na miejsce wezwano policję.

Początkowo ani funkcjonariusze, ani sąd rodzinny nie znaleźli przesłanek do podjęcia tak ostatecznych kroków, jak odebranie dzieci. Monika Horna-Cieślak nie dawała jednak za wygraną. Podejmowała kolejne próby przekonania organów procesowych, a także interweniowała w Komendzie Stołecznej Policji. Ostatecznie mundurowi wydali rodzicom nakaz opuszczenia mieszkania oraz zakaz zbliżania się do dzieci, na mocy czego 3-latek i 4-latek trafili do domu dziecka.

Sąd nie pozostawia sucha nitka na działaniach RPD

Zgodnie z obowiązującym prawem, zasadność zastosowania tak rygorystycznych środków musiał zweryfikować sąd. Wymiar sprawiedliwości nie pozostawił wątpliwości – kroki podjęte z inicjatywy RPD uznano za drastycznie nadmierne i nakazano natychmiastowy powrót dzieci do prawnych opiekunów.W uzasadnieniu decyzji sąd jednoznacznie wskazał, że działania Moniki Horny-Cieślak „mogą nosić wyraźne znamiona przemocy instytucjonalnej”. Za całkowicie chybione uznano też argumenty RPD, która usiłowała wykazać zagrożenie dla dzieci m.in. faktem, że w domu znaleziono dwie zamknięte butelki piwa. Sąd określił tę argumentację jako „absurdalną”, zauważając, że gdyby idąc tym tokiem myślenia odbierać dzieci z domów, w których znajduje się legalny alkohol, do placówek trafiłyby tysiące małoletnich.

Sędziowie skierowali również mocny apel bezpośrednio do Różniczki Praw Dziecka, wzywając ją, by z taką samą żarliwością i determinacją zaangażowała się w realną naprawę tragicznej sytuacji w warszawskiej pieczy zastępczej, z jaką podejmowała pośpieszne i nieformalne czynności prowadzące do skrzywdzenia maleńkich dzieci.

Tłumaczenia RPD i stanowisko Policji

Sama Monika Horna-Cieślak w oświadczeniach przesłanych mediom oraz we wpisach na portalach społecznościowych przekonuje, że była świadkiem „silnej i gwałtownej przemocy psychicznej i fizycznej” wobec dziecka w miejscu publicznym. Twierdzi, że jej biuro posiada obszerną dokumentację dotyczącą rodziny, w tym informacje o prowadzonych wcześniej procedurach Niebieskiej Karty oraz zgłoszenia od sąsiadów.Komenda Stołeczna Policji w wydanym komunikacie potwierdziła, że wobec rodziny prowadzone były wcześniej działania wspierające przez Ośrodek Pomocy Społecznej. Decyzja o zastosowaniu nakazu opuszczenia mieszkania i zakazu zbliżania została podjęta przez funkcjonariuszkę po analizie całościowej sytuacji rodziny. Sąd uznał jednak, że zgromadzony materiał w żaden sposób nie uzasadniał tak drastycznego kroku, jakim było odebranie dzieci i umieszczenie ich w placówce opiekuńczej.                                                                                                                                                                                         Po prostu brak slow . Ale tak sie konczy jak do wladzy dorwali sie patole Tuska .!!!!

hahaha

 


CO WOLNO WOJEWODZIE................

 

‼️PANIKA w rządzie Tuska! Amerykanie wydali SZOKUJĄCY raport, który bardzo krytycznie ocenia „praworządność” w wykonaniu tej koalicji❗
➡️ Wyobraźcie sobie sędziego, który przez lata orzekał zgodnie z prawem, a pewnego dnia dostaje propozycję od ministra sprawiedliwości, żeby publicznie nazwał przyjęcie własnej nominacji „błędem życia”. 🙃
Nie w jakimś kraju trzeciego świata. Taką laurkę Polsce wystawił Adam Bodnar w ramach tak zwanego przywracania praworządności❗
Pomysł wycofano dopiero po krytyce Komisji Weneckiej, bo nawet międzynarodowi eksperci uznali go za coś zbyt kuriozalnego, żeby przeszło bez echa. 🤡
➡️ To nie jest wyrwany z kontekstu żart. To jeden z tych konkretów, jakie wylicza świeży raport amerykańskiego Hudson Institute, zatytułowany wprost: „Kiedy demokraci rządzą niedemokratycznie. Przypadek Polski”. 😂
Wstyd na cały świat, można rzec. 🤦‍♂️
Autorzy piszą czarno na białym, że ekipa Tuska pod hasłem odbudowy demokracji podejmuje kroki wątpliwe, jeśli nie nielegalne, bardzo podobne do tych, o które sama oskarżała rządy PiS❗
➡️ Zobaczcie, jak to wygląda w praktyce, bo lista jest długa i żadna pozycja nie jest błaha. Rząd odmówił wykonania orzeczenia Sądu Najwyższego w sprawie Dariusza Barskiego, mimo że potwierdził je później Trybunał Konstytucyjny❗
➡️ Bodnar po prostu nie uznał tego wyroku, tłumacząc się udziałem tak zwanych neosędziów, jakby minister sprawiedliwości mógł sobie wybierać, które orzeczenia obowiązują, a które nie. Przez kilka miesięcy władza w ogóle nie publikowała wyroków Trybunału Konstytucyjnego, chowając je gdzieś w szufladzie, jakby milczenie mogło je unieważnić. 🤡
➡️ Do tego doszły plany podważenia nominacji i awansów sędziów powołanych od 2018 roku. I tu wychodzi na jaw obłudna hipokryzja tych ludzi, bo orzeczenia wydawane przez tych samych, rzekomo nielegalnych sędziów uznawano, kiedy były wygodne, i odrzucano, kiedy nie pasowały do interesu koalicji‼️
➡️ Ten sam mechanizm zastosowano przy pieniądzach partyjnych. Wyrok Sądu Najwyższego przywracający finansowanie PiS po prostu ZIGNOROWANO, a niemal identyczne orzeczenie dotyczące Konfederacji już jak najbardziej wykonano. 🤡🤡
Normalnie Zachód powalony na kolana. Teraz to oni powinni uczyć się od Polski... jak owinąć sobie państwo wokół palca❗
➡️ Amerykańscy analitycy zwrócili też uwagę na coś, co wielu z was pewnie czuło intuicyjnie od dawna. Argument, że polityczne powiązania sędziów Trybunału Konstytucyjnego automatycznie odbierają im prawo do orzekania, jest NACIĄGANY, skoro nominacje sędziowskie mają charakter polityczny również w USA czy w Niemczech. 🫢
Więc kiedy słyszycie od Uśmiechniętej bandy, że trzeba oczyścić sądy z ludzi nominowanych przez poprzednią władzę, warto pamiętać, że ten sam standard nigdzie indziej na Zachodzie nie obowiązuje. 🫠
➡️ Mamy więc rząd, który doszedł do władzy pod sztandarem obrony praworządności, a teraz ją depcze jak szmatkę do podłogi.
Bez żadnych kodziarzy, celebrytów czy połowy dziennikarskiego establishmentu na ulicach. W białych rękawiczkach, w biały dzień, a jak❗

Koalicja Tuska udowodniła, że demokracja nie musi mieć jednej, tej samej definicji dla każdego. 👍 Wystarczy mieć dobre plecy w Unii, wsparcie największych mediów czy tzw. „elit”. I można gotować Polskę według przepisu, jaki tylko Platformersi sobie wymarzą. 🙂

Seniorzy pojadą pociągiem za 10 zł. Nawet luksusowym, ale są 2 warunki

 

20 października przypada Europejski Dzień Seniora. W tym roku jest podwójna okazja do świętowania. PKP Intercity oferuje osobom, które ukończyły 60. rok życia, przejazdy po całej Polsce za 10 zł w ramach promocji „Podróż za Dychę dla Seniora". Obejmuje ona przejazdy w klasie 2 pociągami PKP Intercity.Przejazdy w cenie promocyjnej obejmują trasy na terenie całego kraju bez względu na ich długość.

Wyznaczony czas sprzedaży biletów wymaga wcześniejszego zaplanowania podróży i szybkiego działania.

Podczas kontroli w pociągu pasażerowie muszą okazać dokument potwierdzający wiek.

Bilety za 10 zł dla Z okazji Europejskiego Dnia Seniora przewoźnik PKP Intercity przygotował akcję pod nazwą Podróż za Dychę dla Seniora, w ramach której bilety kosztują dokładnie 10 zł. Z oferty mogą skorzystać osoby, które najpóźniej w dniu przejazdu ukończą 60 lat. 


Podróżny nie musi posiadać statusu emeryta ani pobierać świadczeń rentowych, ponieważ kluczowym warunkiem jest wiek pasażera. Podczas przejazdu wymagane jest jednak okazanie dokumentu ze zdjęciem, takiego jak dowód osobisty, paszport czy aplikacja mObywatel.Europejski Dzień Seniora - promocja PKP Intercity

Krajowe pociągi objęte akcją kursują w ramach przejazdów bezpośrednich w 2. klasie. Promocja dotyczy pociągów kategorii TLK, IC, Express InterCity oraz Express InterCity Premium, czyli popularnego Pendolino.


Jak podaje PKP Intercity, promocja obowiązuje również w wagonach z miejscami do leżenia i wagonach sypialnych. W takim przypadku oprócz biletu promocyjnego należy kupić rezerwację miejsca, której cena jest określona w Cenniku usług przewozowych PKP Intercity.Promocyjny bilet może być pretekstem do jednodniowej wycieczki lub szybkiego wypadu do rodziny czy znajomych. Seniorzy mogą wybrać zarówno największe polskie miasta, jak i mniejsze miejscowości, które stanowią dobry punkt wyjścia do poznawania lokalnych atrakcji, muzeów, zabytków czy szlaków turystycznych - informuje PKP IC na swojej stronie.


 


18 latek wlozyl sobie zarowke do odbytu !!!!!

 18-latek trafił do szpitala z żarówką w odbycie. I nie mówię tutaj o jakiejś małej lampce. Normalna, szklana żarówka. Cała. Nierozbita. I właśnie to było największym problemem, bo dopóki była cała, sytuacja wyglądała źle. Gdyby pękła, zrobiłoby się znacznie gorzej.

Mężczyzna zgłosił się do szpitala w ciągu kilkunastu godzin od zdarzenia. Lekarze podczas badania byli w stanie wyczuć szkło, ale nie mogli po prostu złapać żarówki i wyciągnąć jej na siłę. I trudno się dziwić. Wyciąganie szklanej żarówki z wnętrza człowieka metodą „ciągniemy mocniej” to raczej nie jest moment, w którym chcesz testować wytrzymałość produktu.
Zrobiono RTG i na zdjęciu było widać ją idealnie - kształt, bańkę, gwint, całą żarówkę siedzącą wewnątrz dupy.
Przeczytałem ten opis i tak samo jak Wy teraz w mojej głowie pojawiło się tysiąc kolejnych pytań a najważniesze z nich brzmialo - PO CO?!
No i dowiedziałem się - o tym później.
Lekarze próbowali znaleźć sposób, żeby wyjąć ją od dołu, ale się nie udało. I wtedy zapadła decyzja, której raczej nikt nie planował na początku dyżuru. Trzeba było otworzyć brzuch. Chirurdzy dostali się do jelita od góry, wykonali nacięcie i dopiero w ten sposób mogli bezpiecznie wydobyć żarówkę.
Całą. Bez rozbicia.
Żarówka ma kilka cech, które naprawdę powinny działać odstraszająco: jest szklana, jest krucha, jest szeroka z jednej strony, a po rozbiciu zamienia się w ogromną ilość bardzo ostrych fragmentów. Czyli pod względem wyboru przedmiotu to trochę jak zaznaczyć wszystkie pola w formularzu: „Jak bardzo chcesz utrudnić późniejsze wyjęcie?” i odpowiedzieć: „Tak.”
Dotarłem wreszcie do fragmentu odpowiadającego na moje najważniejsze pytanie - PO CO?!
Nie był to żaden eksperyment ani zakład. 18-latek powiedział lekarzom, że celowo zrobił to jako formę samookaleczenia.
Na szczęście w tym przypadku szkło nie pękło, a pacjent przeszedł operację bez opisanych katastrofalnych powikłań. Ale sam fakt, że kilku chirurgów musiało otwierać brzuch człowieka, żeby wydobyć z niego zwykłą żarówkę, już wystarcza.
Próbowałem sobie później wyobrazić moment, kiedy po wszystkim ktoś kładzie ją na stole.
Cała.
Nieuszkodzona.
Jedyną rzeczą, jakiej brakuje tej historii, jest ktoś pytający:
„A działa?”
HISTORIA PRAWDZIWA.