2026/02/14



Nie wpuścił strażników miejskich do domu. Sprawa trafi do sądu

 Z komina jednego z domów w Katowicach wydobywał się gryzący dym. Do akcji wkroczyła straż miejska. Sprawa zakończy się najprawdopodobniej w sądzie, gdyż właściciel domu nie wpuścił funkcjonariuszy do środka, przez co uniemożliwił przeprowadzenie kontroli.

Funkcjonariuszki straży miejskiej będąc na ulicy Strzelców Bytomskich w Katowicach wyczuły nieprzyjemną woń. Podejrzewając, że w pobliżu może dochodzić do spalania odpadów, udały się na rekonesans po okolicy. Szybko zlokalizowały dom, z komina którego wydobywał się gryzący dym. Strażniczki podjęły decyzję o przeprowadzeniu kontroli.Właściciel domu, pomimo poinformowania go o powodzie kontroli, pokazaniu mu stosownych upoważnień Prezydenta Miasta Katowice zachował się bardzo impulsywniezaistniałej sytuacji funkcjonariuszki poinformowały policję. Gdy usłyszał to właściciel, wyszedł szybko z mieszkania, wsiadł do samochodu i odjechał. W związku z uniemożliwieniem przeprowadzenia kontroli, funkcjonariuszki złożyły w komisariacie zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa z art. 225. (Udaremnianie lub utrudnianie przeprowadzania kontroli w zakresie ochrony środowiska i inspekcji pracy)Powiedział, że nie ogrzewaPar. 1. Kto osobie uprawnionej do przeprowadzania kontroli w zakresie ochrony środowiska lub osobie przybranej jej do pomocy udaremnia lub utrudnia wykonanie czynności służbowej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3 - przypomina katowicka straż miejska.  .1) wstępu wraz z rzeczoznawcami i niezbędnym sprzętem przez całą dobę na teren nieruchomości, obiektu lub ich części, na których prowadzona jest działalność gospodarcza, a w godzinach od 6 do 22 - na pozostały teren;

2) przeprowadzania badań lub wykonywania innych niezbędnych czynności kontrolnych;

3) żądania pisemnych lub ustnych informacji oraz wzywania i przesłuchiwania osób w zakresie niezbędnym do ustalenia stanu faktycznego                                                     4) żądania okazania dokumentów i udostępnienia wszelkich danych mających związek z problematyką kontroli.

 


 


 

 


Poszli do kościoła, a chwilę później już nie żyli. „Zostali zaatakowani zaraz po wejściu”

 Przy ul. Koronacyjnej w Ursusie znaleziono cztery ciała. Lista obrażeń ofiar przypominała scenariusz horroru. Według prokuratury dramat rozegrał się według brutalnego planu: gdy starsze małżeństwo wyszło do kościoła, w domu doszło do pierwszego zabójstwa, a po ich powrocie napastnicy mieli zaatakować natychmiast. − Zostali zaatakowani zaraz po wejściu, w przedpokoju − tłumaczy prokurator.

Tragedia miała miejsce pod koniec marca 2024 roku. W mieszkaniu przy ul. Koronacyjnej w warszawskim Ursusie policjanci odkryli zwłoki dwóch mężczyzn i dwóch kobiet. Śledczy przez niemal dwa dni zabezpieczali ślady. Sprawa od początku budziła ogromne emocje.

Zdaniem prokuratury głównym sprawcą zabójstw był Zygmunt M., który po zbrodni popełnił samobójstwo. Ihor L. był jedyną osobą, która usłyszała zarzuty i od początku zaprzeczał, by pomagał zmarłemu w zabójstwach.Na ostatniej rozprawie w czwartek (12 lutego) prokuratura przekonywała, że zgromadzony materiał dowodowy tworzy spójną całość i wskazuje na współdziałanie oskarżonego z Zygmuntem M.

− Stoję na stanowisku, że materiał dowodowy (…) potwierdził zarówno winę, jak i sprawstwo oskarżonego − podkreślała w mowie końcowej prokurator. Kluczowe znaczenie miały mieć logowania telefonów, nagrania monitoringu oraz ślady biologiczne.

Prokuratura przedstawia dowody przeciwko Ihorowi L.

Według śledczych mężczyźni mieli intensywny kontakt − odnotowano 68 połączeń telefonicznych − a telefon oskarżonego logował się w rejonie stacji BTS obejmującej ulicę Koronacyjną.

Prokuratura twierdziła, że Ihor L. pojawił się w domu w czasie, gdy teściowie Zygmunta M. wyszli do kościoła. Po powrocie mieli zostać zaskoczeni w przedpokoju. Jak wskazywano w sądzie, „zarówno Janina, jak i Eliasz zostali zaatakowani zaraz po wejściu”.Lista obrażeń była wstrząsająca. Śledczy wskazywali na wielonarządowe rany zadane różnymi narzędziami oraz wątek tak zwanego „overkillingu”, czyli zadawania obrażeń nawet po śmierci ofiary.

− Obrażenia były także wielonarządowe w zakresie głowy i klatki piersiowej. Natomiast przyczyną zgonu było uduszenie gwałtowne, spowodowane zadławieniem sztuczną szczęką, którą wepchnięto jej do gardła − opisywał prokurator.Obrona stanowczo odrzucała tę wersję wydarzeń. Mecenas Piotr Mrowiński argumentował, że opinie biegłych nie przesądzały o udziale dwóch sprawców.

− Pani prokurator twierdzi, że nie ma innej możliwości niż udział dwóch sprawców. Biegli sądzą inaczej − mówił, wskazując na brak jednoznacznych śladów materialnych przypisanych oskarżonemu. Według obrońcy możliwy był scenariusz, w którym Ihor L. miał jedynie odebrać przedmioty z domu, nie uczestnicząc w samej zbrodni.

Wyrok sądu: 25 lat więzienia za zabójstwo

Sąd w uzasadnieniu wyroku odniósł się m.in. do konfliktów rodzinnych i relacji między uczestnikami zdarzeń. Sędzia Izabela Ledzion podkreśliła, że choć brak bezpośrednich świadków, analiza danych telekomunikacyjnych i śladów biologicznych pozwoliła ustalić obecność oskarżonego na miejscu.Po wielomiesięcznym procesie sąd uznał Ihora L. za winnego działania wspólnie i w porozumieniu z Zygmuntem M. i skazał go na 25 lat pozbawienia wolności. Wyrok obejmuje trzy zabójstwa, a na poczet kary zaliczono okres wcześniejszego aresztowania.