2026/08/16

 


POMAGAJMY SWINKOM Z GIENIUTKOWA ZEBY MIALY CO JESC

 Marcin jeszcze nic nie wie. Wy dowiecie się pierwsi.

Czasem życie bywa przewrotne.
Ten szalony pomysł z kartką nie wziął się znikąd, bo ostatnio ludzie z mojej grubości zrobili już ciążę, a kilka osób całkiem poważnie zapytało, czy jestem w stanie błogosławionym. Otóż nie. To już nie ten PESEL na dzieci, a poza tym ja nawet dzieci nie lubię. Wiedziałam jednak, że taka kartka zatrzyma Was skuteczniej niż kolejna informacja o kończących się zapasach dla 150 Świń. Dlatego siedzę w prawie pustym kontenerze, który powinien być wypełniony Ich jedzeniem. Codziennie proszę Was o pomoc i będę tę prośbę powtarzać, ponieważ choć wiele osób ogląda i reaguje, wpłacają naprawdę nieliczni, a kontener sam się nie zapełni.
Może dzisiaj uda nam się zebrać chociaż 300zł? Kilogram marchewki kosztuje 25 groszy, więc za
300 zł możemy kupić aż 1200 kilogramów, czyli tonę i 200 kilogramów marchewki.
Jeśli nie możecie wpłacić, zostawcie komentarz albo udostępnijcie, żeby nasz apel trafił do kogoś, kto może nam pomóc. Wybaczcie ten mały podstęp, ale dla Nich spróbuję wszystkiego.
Błagam Was ocalmy Gieniutkowo🙏🐷❤️
🚨 Blik 880 301 315
PayPal fundacja@gieniutkowo.pl
Fundacja prosiaczka Eugeniusza

88 1140 2004 0000 3002 8106 8695
Tytułem Darowizna dla Gieniutkowa

Nauczycielka zabiła syna swojego kochanka. Chłopiec był jej uczniem

 Ta zbrodnia przeszła już do historii. Wydarzyła się 25 kwietnia 2001 r. Nigdy wcześniej i nigdy później nauczycielka nie zemściła się w podobny sposób na kochanku, który ją porzucił. Mariola Myszkiewicz z zimną krwią zabiła 11-letniego Piotra, by w ten sposób odegrać się na jego ojcu.

25 kwietnia 2001 r. spokojna Szkoła Podstawowa w Czarnej Białostockiej stała się miejscem wstrząsającej zbrodni. 11-letni Piotr Popławski wyszedł z lekcji po tym, jak przekazano mu, że ma zgłosić się do gabinetu pielęgniarki. Kilkanaście minut później nauczyciele znaleźli go ciężko rannego. O zabójstwo chłopca została oskarżona jego była wychowawczyni — kobieta, którą jeszcze niedawno rodzice i uczniowie uważali za jedną z najbardziej lubianych nauczycielek w szkole.

Romans, o którym wiedziało całe miasteczko

Mariola Myszkiewicz pochodziła z rodziny od lat związanej z edukacją. Była córką cenionych pedagogów, ukończyła studia nauczycielskie i rozpoczęła pracę jako nauczycielka edukacji wczesnoszkolnej w Szkole Podstawowej w Czarnej Białostockiej. Wśród uczniów uchodziła za osobę spokojną i zaangażowaną, a rodzice oceniali ją jako oddaną swojej pracy. Nic nie wskazywało na to, że w ciągu kilku lat jej nazwisko będzie kojarzone z jedną z najgłośniejszych zbrodni na Podlasiu.Przełom nastąpił w 1997 r. Podczas szkolnych zawodów sportowych poznała Jerzego Popławskiego — przedsiębiorcę prowadzącego tartak, żonatego ojca jednego z uczniów szkoły. Między nim i nauczycielką nawiązała się relacja, która szybko przerodziła się w romans. Mężczyzna zapewniał, że jego małżeństwo przechodzi kryzys i deklarował uczucia wobec kobiety. Jednocześnie nie ukrywał, że nie zamierza rozbijać rodziny, tłumacząc, że chce wychowywać syna w pełnym domu.
W niewielkiej Czarnej Białostockiej informacje rozchodziły się błyskawicznie. Związek bardzo szybko przestał być tajemnicą. Według późniejszych relacji Mariola Myszkiewicz spotykała się z niechęcią mieszkańców, otrzymywała anonimowe telefony i była publicznie krytykowana za romans z żonatym mężczyzną. Sprawa odbiła się również na jej życiu rodzinnym. Atmosfera wokół nauczycielki stawała się coraz bardziej napięta, a ona sama coraz gorzej radziła sobie z narastającą presją.

Rozstanie, po którym wszystko zaczęło się zmieniać

Romans trwał około czterech lat. Na początku 2001 r. Jerzy Popławski zakończył związek. Tłumaczył, że chce ratować małżeństwo i skupić się na wychowaniu syna, 11-letniego Piotra. Dla Marioli Myszkiewicz decyzja ta okazała się ciosem. Z ustaleń śledczych oraz późniejszych opinii biegłych wynikało, że po rozstaniu przeszła poważny kryzys emocjonalny. Miała dwukrotnie próbować odebrać sobie życie i przez długi czas nie potrafiła pogodzić się z zakończeniem relacji.Jednocześnie nadal pracowała w tej samej szkole, do której uczęszczał Piotr Popławski. Chłopiec był wcześniej jej uczniem, dobrze ją znał i nie miał powodów, by obawiać się spotkania z dawną wychowawczynią. Jak ustalili później śledczy, właśnie ten fakt miał odegrać kluczową rolę w wydarzeniach z 25 kwietnia 2001 r.
W środę, 25 kwietnia 2001 r. Mariola Myszkiewicz pojawiła się w Szkole Podstawowej nr 2 w Czarnej Białostockiej znacznie wcześniej, niż wynikało z jej planu lekcji. Jej zajęcia miały rozpocząć się dopiero po południu, jednak około godziny 9.30 weszła do sekretariatu i poprosiła o klucz do gabinetu lekarskiego. Wyjaśniła, że chce się zważyć. Prośba nie wzbudziła podejrzeń — nauczycielka pracowała w szkole od lat, dlatego sekretarka bez wahania wydała jej klucz.
Po wejściu do gabinetu Mariola wyszła jeszcze na szkolny korytarz. Zatrzymała dwóch uczniów i poprosiła ich, aby natychmiast przyprowadzili 11-letniego Piotra Popławskiego, ucznia klasy IV B. Chłopcy przekazali koledze, że pielęgniarka prosi go do gabinetu. Piotr bez wahania opuścił lekcję plastyki. Nie miał powodów przypuszczać, że dzieje się coś niepokojącego.Kiedy chłopiec wszedł do środka, nie zastał pielęgniarki. W gabinecie czekała wyłącznie Mariola Myszkiewicz. Zamknęła drzwi od środka i wyjęła z plecaka nóż introligatorski. Tego, co wydarzyło się w pierwszych minutach spotkania, nigdy nie udało się w pełni odtworzyć. Wiadomo jednak, że kobieta po chwili zaatakowała dziecko, zadając mu około 20 ciosów, głównie w szyję, głowę, plecy i okolice pach. Piotr próbował się bronić, jednak w starciu z dorosłą kobietą nie miał szans.
Krzyki dobiegające z gabinetu oraz krew wypływająca spod drzwi zwróciły uwagę nauczycielek przechodzących korytarzem. Kobiety próbowały dostać się do środka, jednak drzwi były zamknięte. Na pomoc ruszył nauczyciel wychowania fizycznego, który wyważył je kopnięciem. W tym samym momencie Mariola wykorzystała zamieszanie i wybiegła z pomieszczenia. Zanim ktokolwiek zorientował się, co się wydarzyło, opuściła budynek szkoły.W gabinecie nauczyciele znaleźli ciężko rannego Piotra. Natychmiast wezwano pogotowie ratunkowe, jednak obrażenia okazały się zbyt rozległe. Chłopiec zmarł wskutek masywnego krwotoku, jeszcze przed udzieleniem skutecznej pomocy medycznej. Wiadomość o tragedii błyskawicznie rozeszła się po Czarnej Białostockiej. Przed szkołą zaczęli gromadzić się przerażeni rodzice, którzy nie wiedzieli jeszcze, które dziecko padło ofiarą ataku. Wśród nich znajdowali się również Jerzy Popławski i jego żona, nieświadomi, że zamordowanym chłopcem jest ich syn.
Policja natychmiast rozpoczęła obławę. Świadkowie bez trudu wskazali, kto ostatni widział Piotra żywego i kto wybiegł z gabinetu tuż po ataku. Jeszcze tego samego dnia za Mariolą Myszkiewicz wydano list gończy. Funkcjonariusze sprawdzali drogi wyjazdowe z miasta, okoliczne lasy i miejsca, w których mogła szukać schronienia. Tymczasem nauczycielka była już daleko od szkoły, a jej kilkudniowa ucieczka dopiero się rozpoczynała.

Telefon do siostry

Po opuszczeniu szkoły, Mariola Myszkiewicz zatrzymała przypadkowego kierowcę fiata 126p. Mężczyzna zgodził się ją podwieźć, nie wiedząc, że ma przed sobą osobę poszukiwaną za zabójstwo dziecka. Później kobieta przez kilka dni ukrywała się na terenie Puszczy Knyszyńskiej, unikając kontaktu z ludźmi i przemieszczając się pieszo. Z ustaleń śledczych wynikało, że była wyczerpana fizycznie i psychicznie, a ostatecznie dotarła do Marek pod Warszawą, gdzie zapukała do drzwi domu prowadzonego przez siostry zakonne. Nie ujawniła im, kim jest ani dlaczego potrzebuje pomocy. Zakonnice udzieliły jej schronienia, widząc jedynie zdezorientowaną i wyczerpaną kobietę.Po dwóch dniach ukrywania się Mariola zadzwoniła do swojej siostry. Rozmowa stała się przełomem. Niedługo później zdecydowała się zakończyć ucieczkę i oddała się w ręce policji. Została przewieziona do Białegostoku, gdzie rozpoczęły się przesłuchania. Przyznała, że zabiła Piotra, jednak zaprzeczała, by planowała zemstę na jego ojcu. Twierdziła, że chciała jedynie porozmawiać z chłopcem, a do ataku doszło pod wpływem silnych emocji. Biegli psychiatrzy i psychologowie nie podzielili tej wersji. Uznali, że w chwili popełnienia zbrodni była poczytalna, rozumiała znaczenie swojego działania i mogła kierować swoim postępowaniem.

Sąd uznał, że zbrodnia była zaplanowana

Proces rozpoczął się przed Sądem Okręgowym w Białymstoku. Prokuratura przekonywała, że motywem była zemsta na Jerzym Popławskim za zakończenie kilkuletniego romansu. Według śledczych świadczyły o tym przygotowania do zbrodni — przyniesienie noża do szkoły, uzyskanie klucza do gabinetu lekarskiego, zwabienie chłopca pod fałszywym pretekstem oraz zamknięcie drzwi od środka. Obrona próbowała wykazać, że kobieta działała w stanie silnego wzburzenia emocjonalnego, jednak sąd nie podzielił tej argumentacji. Biegli wskazali, że jej zachowanie miało cechy działania przemyślanego, a nie nagłego wybuchu emocji.15 lutego 2002 r. Mariola Myszkiewicz została skazana na 25 lat pozbawienia wolności. Sąd uznał, że kara dożywotniego więzienia byłaby zbyt surowa, ale jednocześnie podkreślił wyjątkową brutalność czynu i brak okoliczności, które mogłyby go usprawiedliwiać. 30 października 2002 r. Sąd Apelacyjny w Białymstoku utrzymał wyrok w mocy, a 29 maja 2003 r. Sąd Najwyższy oddalił kasację obrony. Tym samym wyrok stał się ostateczny. Sędziowie podkreślili, że choć oskarżona znajdowała się w stanie silnego wzburzenia psychicznego, nie był to afekt w rozumieniu prawa karnego. Zebrane dowody wskazywały, że działała świadomie i z zamiarem dokonania zemsty.

Zbrodnia, o której mieszkańcy pamiętają do dziś

Śmierć 11-letniego Piotra na zawsze zmieniła Czarną Białostocką. Mieszkańcy przez lata wspominali dzień, w którym spokojna szkoła stała się miejscem jednej z najbardziej wstrząsających zbrodni popełnionych przez nauczyciela w Polsce. Rodzina chłopca musiała zmierzyć się z niewyobrażalną stratą, a cała społeczność z pytaniem, jak osoba ciesząca się zaufaniem dzieci i rodziców, mogła dopuścić się takiego czynu.Do dziś sprawa Marioli Myszkiewicz pozostaje jednym z najbardziej poruszających przykładów zbrodni motywowanej osobistą obsesją i pragnieniem odwetu. W orzeczeniach sądów wszystkich instancji podkreślano, że ofiarą konfliktu dorosłych padło niewinne dziecko, które nie miało żadnego wpływu na decyzje swoich rodziców. To właśnie ten motyw sprawił, że sprawa na trwałe zapisała się w historii polskiej kryminalistyki.

Politycy reagują na tragiczny wypadek polskiego autokaru. "Stres-test dla państwa"

  Każda taka sytuacja jest zawsze takim stres-testem dla państwa, bo jest to sytuacja, która dzieje się za granicą - mówił o tragicznym wypadku polskiego autokaru na Węgrzech wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej Sebastian Gajewski z Nowej Lewicy. - Jestem przekonany, że ten test wypadnie pomyślnie i zdamy ten egzamin - dodał gość "Śniadania Rymanowskiego w Polsat News i Interii".

Głównym tematem programu była tragedia na Węgrzech, gdzie 12 osób zginęło w wypadku polskiego autokaru. Polsat News ustalił, do wypadku doszło podczas powrotu pielgrzymów z Medziugorie, a pasażerami byli mieszkańcy Strzyżowa i okolic na Podkarpaciu, co potwierdził Podkarpacki Urząd Wojewódzki w Rzeszowie.

Tragedia polskiego autokaru na Węgrzech. Wiceminister o "stres-teście"

- Każda taka sytuacja jest zawsze takim stres-testem dla państwa, bo jest to sytuacja, która dzieje się za granicą. Jest to sytuacja trudna, my bezpośrednio nie mamy na to przełożenia, ale jednocześnie jako państwo, jako rząd bierzemy odpowiedzialność za rodziny ofiar i za to, jak ta sytuacja zostanie wyjaśniona - zadeklarował wiceminister Gajewski.

 

- Ja jestem przekonany, że ten test wypadnie pomyślnie i zdamy ten egzamin - dodał polityk.

 


 

Sebastian Gajewski, podobnie jak inni goście w studiu, złożył kondolencje rodzinom ofiar. Wskazał na wyzwania, które należy zrealizować w obliczu tej tragedii.

 

- Po pierwsze wyjaśnienie przyczyn tej katastrofy. To jest oczywiście wypadek, który zdarzył się na Węgrzech, w związku z czym to będzie robiła policja węgierska, prokuratura węgierska, ale myślę, że powinniśmy jako państwo dołożyć wszelkich starań, żeby polskie służby miały pełen dostęp do informacji dotyczących wyników tego postępowania. Żebyśmy mieli i jako państwo i jako społeczeństwo wiedzę na ten temat, jak do tego doszło, kto zawinił, jakie będą dalej podejmowane kroki - stwierdził. 

 

Polityk Nowej Lewicy zwrócił także uwagę na zadania stojące przed polską dyplomacją.

 

- To jest bardzo ważne, żeby rodziny miały pełną informację, ale też żeby te wszystkie osoby były realnie zaopiekowane, żeby nikt nie został sam. Z tych komunikatów, które mamy z MSZ-u z placówki w Budapeszcie wynika, że to się dzieje i bardzo dobrze, ale zawsze też jest wyzwanie na przyszłość, to znaczy zaopiekowanie się rodzinami. Bo to są osoby, które pozostały przy życiu, to będą wdowy, to będą wdowcy, to będą dzieci - tłumaczył. - Tu zawsze potrzeba jest adekwatnej reakcji państwa. Pewnie części tych osób będą przysługiwać świadczenia po osobach zmarłych, ale zawsze w takim wypadku też jest przestrzeń na ewentualną interwencję ze strony premiera, bo w przypadku takich katastrof czasem przyznaje się świadczenia specjalne, o tym wszystkim musimy myśleć - podsumował.O akcji ratunkowej mówił wicemarszałek Senatu Maciej Żywno (Polska 2050), który jest strażakiem-ochotnikiem OSP. 

 

- Myślę, że na Węgrzech również jest sytuacja, w której straż pożarna reaguje szybko. Widać zresztą po zdjęciach dosyć dobre wyposażenie i profesjonalną pracę strażaków. Widać, że była na tyle skuteczna, że udało się uratować również te osoby, które były uwięzione - zauważył Żywno.

 

- Na pewno zawsze przy tego rodzaju wypadkach z udziałem autokaru jest podstawowy problem, że to jest przede wszystkim dosyć duża masa pojazdu, który trzeba podnieść lub dostać się do środka, więc nie należy to do łatwych. Najsmutniejsze jest to, że są ofiary śmiertelne, natomiast na pewno nie jest to sytuacja, w której pomoc nie doszła szybko. Z tych wstępnych informacji pada to, że dosyć szybko zareagowały węgierskie służby - dodał.

Wpis prezydenta po tragedii. Bogucki: Przestrzegam, żeby nie zrobić komuś krzywdy

Po informacji o tragedii z udziałem polskich turystów prezydent Karol Nawrocki napisał, że "łączy się w modlitwie i głębokim współczuciu z rodzinami oraz bliskimi ofiar". 

 

- Wszyscy powinniśmy się pokłonić nad tą tragedią ludzkiej śmierci i cierpienia rodzin. Zrobiły to najważniejsze osoby w państwie, łącznie z panem prezydentem. Druga rzecz to oczywiście jest to, co działo się tam na miejscu. Pozostaje tylko wierzyć, że służby węgierskie zadziałały w sposób profesjonalny, szybki, sprawny i zrobiły to, co mogły zrobić - stwierdził szef Kancelarii Prezydenta RP Zbigniew Bogucki.

 


 

- Ważne jest, żeby rodziny miały informację, która dociera sprawdzona, bieżąca, nie z jakichś domysłów. Tutaj już wielka rola rządu, przede wszystkim Ministerstwa Spraw Zagranicznych - mówił Bogucki. Dodał też, że polskie służby powinny wybrać się na miejsce tragedii, a państwo otoczyć opieką rodziny ofiar.

 

Zaapelował też o to, aby nie wysnuwać pochopnych wniosków na temat przyczyn tragedii.

 

- Przestrzegam przed tym, żeby nie zrobić komuś krzywdy, jeżeli mówimy o tym, kto spowodował, czy mógł spowodować. Tam też jest rodzina, tam też są bliscy, tam też są znajomi, więc ja prosiłbym bardzo, żeby poczekać w tej wielkiej tragedii na to, co było rzeczywistą przyczyną tego wypadku - wezwał.

"Nie możemy doprowadzić do linczu". Apel po tragedii na Węgrzech

- Oczywiście wyrazy współczucia dla bliskich i rodzin ofiar. Mamy już komunikat rzecznika Ministerstwa Spraw Zagranicznych, niestety informuje o śmierci 12 naszych obywateli. Siedem osób jest w stanie krytycznym i tutaj też z wielką troską myślimy o tych osobach. To jest dla nas w tej chwili najważniejsze, żeby one wyszły z tego cało - powiedziała w programie Polsat News posłanka Alicja Łepkowska-Gołaś (Koalicja Obywatelska).

 

- Na placówce działa zespół kryzysowy. Tutaj też jest podany na X specjalny numer telefonu dla bliskich, oczywiście węgierski numer placówki dyplomatycznej. Też jest apel o odpowiedzialne korzystanie z tego numeru telefonu. Wiemy, że czasami zdarza się tak, że osoby nieuprawnione korzystają z tego numeru telefonu, tutaj chcielibyśmy, żeby bliscy ofiar, bliscy tych osób, które przeżyły również wypadek, miały możliwość doinformowania się, co się z nimi dzieje, w jaki sposób mogą pomóc - dodała.

 

Zapewniła też, że MSZ przekazuje i będzie przekazywało zweryfikowane informacje.

 

- Jeśli wina leży po którejś ze stron, to musimy mieć pewność i nie możemy doprowadzić do jakiegoś linczu - stwierdziła.

"Druzgocąca wiadomość". Fogiel wskazuje na "sens istnienia państwa"

Poseł Prawa i Sprawiedliwości Radosław Fogiel nazwał informacje o wypadku "druzgocącą wiadomością".

 

- To jest chyba dziś najważniejsze, żeby Polacy, żeby ci, którzy uczestniczyli w tej pielgrzymce rodziny ofiar, żeby nie poczuli się zostawieni sami sobie. Od tego mamy państwo, od tego są instytucje państwowe, żeby właśnie w takich dramatycznych, kryzysowych sytuacjach pomagać, wyciągać rękę do swoich obywateli - skomentował.

 

- Na tym polega cały sens istnienia państwa, na tym polega sens umowy społecznej. Po to się poddajemy jakimś regułom, po to płacimy podatki, żeby właśnie móc na państwo polskie w sytuacji kryzysu liczyć - stwierdził Fogiel.

 

- Oczekuję, że wszyscy, którzy mają narzędzia, którzy są odpowiedzialni, będą współpracować żeby wyjaśnić tę tragedię, ale żeby ci wszyscy, którzy w niej brali udział i rodziny ofiar miały pełne poczucie, że mają informację, że wszystko jest pod kontrolą, że nie są zostawieni sami z tym dramatem - dodał.

 

Wśród przykładów koniecznych działań wymienił też pomoc w sprowadzeniu zwłok, które jest "dużym wyzwaniem i też tutaj trzeba tym rodzinom na pewno pomóc".

 


 

Relacja pasażerki autokaru. "To był jeden krzyk, jeden jęk"

 Na węgierskiej autostradzie M3 doszło do wypadku polskiego autokaru z pielgrzymami z Podkarpacia. Zginęło 12 osób, a część rannych jest w ciężkim stanie. W szpitalach na Węgrzech przebywają dziesiątki poszkodowanych. Jedna z ocalałych opisała dramatyczne chwile.

W niedzielę ok. godz. 1 w nocy na autostradzie M3 między Budapesztem a Miszkolcem autokar z polskimi pielgrzymami wpadł do rowu w okolicy miejscowości Mezokeresztes i przewrócił się. Pojazdem jechało 59 polskich obywateli - 57 pasażerów i dwóch kierowców. Zginęło 12 osób, a 10 pasażerów pozostaje w stanie ciężkim, w tym pięć osób w stanie zagrożenia życia.Jedna z rannych kobiet, przebywająca w szpitalu w Miszkolcu, relacjonowała agencji Reutera, co się wydarzyło. - Rozmawiałam przez telefon z Polską, z koleżanką i nagle: "bum". Autobus się przewrócił, przekoziołkował. Uderzyłam głową, ale byłam na tyle przytomna, że widziałam, co się stało. Wszystkie siedzenia były powyrywane, ludzie byli pod fotelami. Wszyscy krzyczeli: "ratunku" - powiedziała pasażerka.Dodała, że ma pękniętą kość ramienia, połamane żebra i uszkodzony kręgosłup. Opowiedziała, że gdy ludzie "koziołkowali", ona zdążyła się przytrzymać jakiejś ramy.

- Autobus przewrócił się raz, potem drugi raz. Zdążyłam się czegoś przytrzymać, ale siedzenie zostało wyrwane razem z całą konstrukcją. Trzymałam się tej ramy. W środku było ciemno, nic nie było widać. To jest nie do wyobrażenia widzieć, jak ten autobus wyglądał od środka - opowiadała pani Helena.

Jak powiedziała, zanim zdołała się wydostać z wraku autobusu, udało jej się "wyciągnąć za nogi" inne osoby. - Rękami rwałam ziemię, żeby się wydostać, ale tylko kawałek. Potem pomogli strażacy - podkreśliła.Ludzie byli poprzywalani fotelami. To był jeden krzyk, jeden jęk - mówiła. - Tragedia ogromna, tego nie da się przeżyć - dodała.

Jaki jest stan rannych w szpitalach na Węgrzech?

W Centrum Klinicznym Uniwersytetu w Debreczynie przebywa pięć osób, a jedna z nich ma w poniedziałek przejść operację. Do szpitala w Egerze trafiło 11 osób: pięć zostało już wypisanych, a sześć pozostaje na oddziale urazowym. Ich stan jest poważny, ale stabilny i nie zagraża życiu.W szpitalu w Nyíregyházie przebywa 20 Polaków.18 odniosło lekkie obrażenia i – jak przekazała placówka - jeszcze w niedzielę może zostać wypisanych ze szpitala. Dwie osoby pozostają na obserwacji z powodu urazów głowy. Według wstępnych informacji węgierskiej policji kierowca miał zasnąć podczas jazdy.

Adam G. stworzył listę "złych ludzi". Roztrzaskał głowę seniora tłuczkiem do mięsa, bo ten bronił wnuczki

 33-letni Adam G. stworzył listę „złych ludzi”, których planował zamordować. Po napaściach odhaczał nazwiska we własnej głowie, szykując prawdziwą masakrę podczas finału swoich działań. Wśród potencjalnych ofiar znalazła się babcia Adama i mąż jego byłego obiektu westchnień z czasów szkolnych. - Ola, kocham cię – krzyczał, próbując włamać się do jej mieszkania. Na drodze stanął mu jednak dziadek pokrzywdzonych. W rękach trzymał tłuczek do mięsa, chciał odstraszyć napastnika. Wtedy 33-letni sprawca rzucił się na niego.

Na początku nie było wiadomo, co kierowało 33-letnim Adamem G. z Darłowa w województwie zachodniopomorskim, kiedy tworzył listę osób do zabicia. Czy miał problemy psychiczne? Czy był osobą poczytalną? Pytania się kłębiły, a jeden ze świadków ujawniał, że dwa tygodnie przed pierwszym atakiem mężczyzna przebywał na alkoholowym i narkotykowym odwyku w Gryficach. Leczył się przez dwa miesiące. - Był tam z nami, niedawno wyszedł – powiedziała osoba obecna na tych spotkaniach. Jeszcze inna zdradziła, że oskarżony zachowywał się nietypowo, wydawał się nieobliczalny. Sam Adam G. miał zeznać, że doznał objawienia i Bóg kazał mu oczyścić świat ze złych ludzi. 

Zaatakował własną babcię, a później żałował, że przeżyła. "Kobieta zdołała wezwać karetkę"

Adam G. dopuścił się przerażającej napaści. Zaplanował, że w nocy z 25 na 26 grudnia 2024 roku pozbawi życia swoją babcię. Przygotował długą listę „złych ludzi”, których chciał się pozbyć. Podczas składania późniejszych zeznań mówił w prokuraturze, że chciał „oczyścić z nich świat”. Starsza kobieta, którą jako pierwszą obrał za cel, mieszkała w tym samym budynku – dwa piętra wyżej. Około godziny 2:00 w nocy wybrał się pod jej drzwi. Pukał, dzwonił, nawoływał. Kobieta nie chciała go początkowo wpuścić do środka, ale w końcu się ugięła. Właściwie gdy tylko otworzyła drzwi, rzucił się na nią. Złapał dłońmi za szyję własnej babci i zaciskał najmocniej, jak umiał.- Podejrzany przyznał się później, że udał się do kobiety z zamiarem jej zabicia. Kiedy zobaczył, że ona „jeszcze dycha”, jak sam to określił, zaczął ją kopać w głowę. Przekonany, że ostatecznie pozbawił ją życia, zamknął za sobą drzwi i ruszył w kierunku innego bloku – relacjonowała w rozmowie z „Super Expressem” Anna Grabowska, prokurator rejonowa w Sławnie. Wbrew temu, co myślał Adam G., jego babcia przeżyła brutalny atak. Resztkami sił zdołała wezwać karetkę i trafiła do szpitala w Szczecinie.

Z kolei blok, który Adam G. wybrał jako następny, zamieszkiwała dziewczyna, w której się podkochiwał. To był obiekt jego westchnień z czasów szkolnych, o którym nagle 33-latek sobie przypomniał. Choć kobieta miała już męża i 3-letnie dziecko, ten ubzdurał sobie, że zdobędzie jej serce. Musiał jednak usunąć przeszkody, za które uważał jej rodzinę. Na jego zabójczej liście znalazł się więc mąż pokrzywdzonej. Jego również chciał zabić, bo – jak przyznawał w prokuraturze – planował z kobietą wspólną przeszłość. Ola, kocham cię – krzyczał mężczyzna, próbując dostać się do mieszkania małżeństwa. Zabrał ze sobą klucz, którym próbował wyłamać drzwi. Po krótkim siłowaniu się z barykadą, w końcu mu się udało. Zanim jednak dostał się do środka, ktoś stanął oprawcy na drodze.

- W dostaniu się do środka przeszkodził mu 73-letni dziadek kobiety, który mieszkał w tej samej klatce – relacjonowała prokurator Grabowska. Starszy mężczyzna usłyszał hałasy i wyszedł bronić wnuczki. Zabrał ze sobą tłuczek do mięsa, który miał mu posłużyć jako broń do obrony przed napastnikiem. Liczył także na to, że narzędzie wystraszy napastnika. Tak się jednak nie stało.

Senior bronił swojej wnuczki, zginął jak bohater. Adam G. nie miał dla niego żadnej litości

Adam G. zaczął szarpać się z seniorem, wreszcie powalił go na ziemię. Najpierw zaczął dusić ofiarę, a gdy poszkodowany znalazł się na granicy utraty przytomności, z dłoni wypuścił tłuczek. Wtedy 33-latek chwycił za broń i raz za razem zaczął uderzać nią w głowę 73-latka. Świadkowie wzywali w międzyczasie służby. To wszystko działo się pod moimi drzwiami. Obudziłam się krótko przed godziną 3 nad ranem. Ktoś walił w moje drzwi. Gdy je otworzyłam, zobaczyłam, że Leon leży wprost na moim progu, a obok niego leżał ten tłuczek do mięsa – opowiedziała w „Fakcie” pani Krystyna, która była świadkiem przerażających scen. - Zdążyłam tylko krzyknąć do męża: "Boże, Leon leży nieżywy", a ten mężczyzna się odwrócił, złapał tłuczek i jeszcze raz uderzył go w głowę. Ja Bogu dziękuję, że żyję – relacjonowała kobieta. To właśnie ona zadzwoniła na policję, dwukrotnie – dla pewności. Błagała, by szybko przyjeżdżali. Inna sąsiadka, pani Alfreda, również słyszała szamotaninę. Ktoś krzyczał: „zabiję cię, zabiję”. - To było straszne – mówiła kobieta.Funkcjonariusze zjawili się po 15 minutach i złapali Adama G., nim ten zdołał uciec. Okazało się, że już dzień wcześniej dobijał się do drzwi pani Aleksandry. - Walił w drzwi już w wigilię, tak po pasterce, z pół godziny to trwało. Gdy policjanci przyjechali, porozmawiali z nim chwilę i poszedł. Potem oni przyszli do sąsiadów z naprzeciwka i z nimi rozmawiali. Następnej nocy wrócił i zabił niewinnego człowieka – mówili świadkowie w rozmowie z „Faktem”.

Ratownicy medyczni ruszyli bowiem na pomoc ciężko rannemu mężczyźnie. Trafił on do karetki pogotowia, która miała zabrać go do szpitala w celu przeprowadzenia pilnej, skomplikowanej operacji ratującej życie. Jednak niestety, już w drodze do placówki 73-latek zmarł. Jego stan był zbyt poważny, zginął ratując swoją wnuczkę i jej rodzinę. Nie wiadomo, co by się stało, gdyby nie jego interwencja. Ludzie w mediach społecznościowych okrzyknęli mężczyznę bohaterem.

Badania psychiatryczne i jednoznaczna decyzja biegłych. "Duże ryzyko, że znów będzie chciał zabić"

Tymczasem zatrzymany Adam G. błyskawicznie trafił do tymczasowego aresztu. Badania wykazały, że nie był pod wpływem alkoholu ani środków odurzających, ale nie zachowywał się racjonalnie, co budziło zastrzeżenia dotyczące jego poczytalności. Gdy został doprowadzony do prokuratury, złożył obszerne zeznania.- Mężczyzna przyznał się do zarzutu zabójstwa 73-latka z zamiarem bezpośrednim i do zarzutów usiłowania zabójstwa babci oraz męża swojej byłej dziewczyny, również z zamiarem bezpośrednim. O wszystkim opowiadał ze spokojem i wszelkimi szczegółami, żałując nawet, że nie udało mu się uśmiercić babci. Co więcej, planował zabicie większej liczby „złych osób”, jak o nich mówił, ale ze względu na dobro postępowania nie udzielamy więcej informacji w tym zakresie – mówiła prokurator Anna Grabowska w rozmowie z „Super Expressem”.

33-letni podejrzany trafił do tymczasowego aresztu w Koszalinie. Podjęto decyzję o tym, by przebywał w ambulatorium dla osób chorych, ponieważ śledczy podejrzewali, że Adam G. może być osobą niepoczytalną. Mężczyzna leczył się w przeszłości psychiatryczne, ale „tylko epizodycznie”. Znajomi mężczyzny kiwają jedynie głowami na potwierdzenie, że 33-latek „miał coś z głową” i od dawna zachowywał się dziwnie. Prokuratura miała jeszcze badać ten wątek i potwierdzać najnowsze doniesienia. - Mężczyzna przyznał się do zarzutów, które mu postawiono, czyli do zabójstwa oraz usiłowania zabójstwa dwóch osób. Motyw jego działania jest bardzo nieracjonalny. Mówił, że chciał oczyścić świat ze złych ludzi – precyzowała prokuratora Ewa Dziadczyk z Prokuratury Okręgowej w Koszalinie.

Podejrzany najpierw został umieszczony w tymczasowym areszcie w warunkach ambulatoryjnych na okres trzech miesięcy. W 2025 roku biegli psychiatrzy ostatecznie uznali, że był niepoczytalny i nie może odpowiadać karnie. Prokurator wystąpił do sądu o umorzenie postępowania oraz umieszczenie go we właściwej placówce medycznej o wzmożonym zabezpieczeniu. Psychiatrzy stwierdzili, że ryzyko, iż na wolności Adam G. znów będzie chciał kogoś zabić, jest bardzo duże. O jego ewentualnym zwolnieniu z ośrodka będą w przyszłości decydować lekarze i sąd.


 

Czy PiS odzyska poparcie? Były rzecznik prezydenta mówi, co musiałby zrobić Kaczyński

 — PiS może odzyskać część utraconego poparcia, ale samo czekanie na potknięcia konkurencji nie wystarczy. Jarosław Kaczyński musiałby przede wszystkim pokazać, że partia ma pomysł na przyszłość, na rządzenie Polską. Szeroko pojęte bezpieczeństwo, gospodarka, ceny energii, to tematy istotne dla milionów wyborców. Kluczowe będzie również ograniczenie wewnętrznych konfliktów, znalezienie nowych twarzy — mówi "Faktowi" Krzysztof Łapiński, były poseł i rzecznik prezydenta Andrzeja Dudy.

Rozłam w PiS przyniósł osłabienie notowań tej partii, a Rozwój Plus Mateusza Morawieckiego, ma dzisiaj kilkuprocentowe poparcie. Czy należy przywiązywać wagę do tych sondaży? Krzysztof Łapiński mówi "Faktowi", co dla Prawa i Sprawiedliwości może być najgroźniejsze.

Rozłam w PiS. Krzysztof Łapiński: Kaczyński musiałby przede wszystkim pokazać, że partia ma pomysł na przyszłość

— To dopiero pierwsze tygodnie po rozłamie, więc obecne sondaże o niczym jeszcze nie świadczą. Trzeba je obserwować w dłuższej perspektywie i patrzeć jaki jest trend. Rozwój Plus korzysta z efektu świeżości, znanych nazwisk, które go tworzą. Zagospodarowuje część elektoratu, który wcześniej głosował na PiS, ale dziś jest rozczarowany jego ofertą — mówi Krzysztof Łapiński.Były polityk, a obecnie specjalista od doradztwa komunikacyjnego i public relations wskazuje, że najgorsze dla partii Jarosława Kaczyńskiego byłoby przekonanie wyborców, że Rozwój Plus jest opcją alternatywną wobec wszystkich na prawicy.Dla PiS problemem jest jednak to, że jeśli Rozwój Plus utrzyma poparcie przez kolejne miesiące, zbuduje struktury terenowe i wiarygodność, chwilowy odpływ może zamienić się w trwałą zmianę. Najgroźniejsze dla PiS byłoby utrwalenie wśród części wyborców przekonania, że istnieje już dla nich realna alternatywa po prawej stronie, nie tylko w postaci obu Konfederacji, ale także bardziej umiarkowanej prawicy ze znanymi nazwiskami z czasów 8-letnich rządów PiS — zauważa.

Sikorski odpowiedział Nawrockiemu w sprawie wojska. Wystarczyło siedem słów

PiS może odzyskać część utraconego poparcia, ale samo czekanie na potknięcia konkurencji nie wystarczy. Jarosław Kaczyński musiałby przede wszystkim pokazać, że partia ma pomysł na przyszłość, na rządzenie Polską. Szeroko pojęte bezpieczeństwo, gospodarka, ceny energii, to tematy istotne dla milionów wyborców. Kluczowe będzie również ograniczenie wewnętrznych konfliktów, znalezienie nowych twarzy. To zadanie trudne, bo wymagające wielu działań i konsekwencji w ich realizacji. A przecież Mateusz Morawiecki też będzie walczył, żeby to jego inicjatywa odniosła sukces

— podsumowuje Krzysztof Łapiński.

Z sondażu pracowni OGB, którego wyniki opublikowano w piątek 14 sierpnia, wynika, że 33,53 proc. wyborców zamierza zagłosować na Koalicję Obywatelską, 22,34 proc. na Prawo i Sprawiedliwość, a 15,82 proc. na Konfederację.

Próg wyborczy przekroczyłyby jeszcze trzy partie. Konfederacja Korony Polskiej z wynikiem 10,51 proc., Nowa Lewica z rezultatem 5,99 proc. oraz Rozwój Plus Mateusza Morawieckiego, który uzyskał 5,49 proc. głosów.

Nie zostali wykluczeni z PiS. Znamy stanowisko europosłów z "Rozwoju Plus