2026/02/06

 


 W mediach społecznościowych często spotykamy się z wyidealizowanym obrazem zespołu Downa – pełnym słodkich uśmiechów i beztroski. To tylko część prawdy. Rzeczywistość to również codzienna, wyczerpująca walka o zdrowie i rozwój, zmagania z poważnymi chorobami, jak w przypadku Marysi. Rodzice muszą mierzyć się z ogromnym psychicznym i fizycznym obciążeniem, a czasem brakuje sił. Chcemy pokazać tę prawdziwą drogę, by dać wsparcie i świadectwo innym. Dzieląc się naszą historią, mamy też nadzieję, że nasz przekaz dotrze do osób, które właśnie stają przed trudnymi decyzjami, na przykład w obliczu diagnozy zespołu Downa. Chcemy pokazać, że to prawdziwa droga, z pełnym spektrum doświadczeń, ale też pełna miłości i sensu, wymagająca, ale i dająca ogromne szczęście. Teraz mój mąż i Marysia są na oddziale kardiologii w Katowicach, gdzie czeka ją poważny zabieg cewnikowania serca. To dla nas kolejny moment pełen lęku, ale i nadziei.

Dziś mieliśmy rozmowę z panią doktor, która będzie robiła cewnikowanie serca Marysi. Powiedziała, że ze względu na złożoną wadę serca, którą ma Maria będzie ona jako ostatnia,bo potrzebują na nią dużo więcej czasu.
Gdy się słyszy: "złożona wada serca", "trudny przypadek","potrzebujemy więcej czasu" to krew zamarza w żyłach. Choć już przechodziliśmy to wiele razy to każdy kolejny,wbrew pozorom wydaje się coraz trudniejszy.
Chce Wam wszystkim powiedzieć, że zespół Downa to nie tylko uśmiechy i przytulasy, ale też rozpacz, płacz i czarne myśli w głowie co będzie jutro.
Wiem, że Maria to wojownik od pierwszego oddechu, który wzięła na tym świecie, ale oddałbym wszystko, żeby nie miała zespołu Downa.
Dziękujemy Wam wszystkim za wsparcie, które dostajemy każdego dnia 🩷.
Może post jest smutny, ale nie napisałam go po to,bo potrzebuje współczucia lub pocieszenia. Napisałam,go po to, żebyście wiedzieli, że rodzice dzieci z niepełnosprawnościami codziennie zmagają się z ogromnymi wyzwaniami, które czasami są ponad ich siły. I, że zespół Downa to nie tylko uśmiechy, ale często też łzy.

 


GOSCINNOSC NIEMIEC ROBI SIE NIEBEZPIECZNA

 


 


Ataki wilków w Borowej: zwierzęta giną, mieszkańcy żyją w strachu

     


                          W Borowej, niewielkiej wsi w gminie Zakliczyn, wilki coraz częściej pojawiają się w bezpośrednim sąsiedztwie mieszkańców. Te dzikie zwierzęta, dotąd obecne głównie w głębi lasów państwowych, coraz śmielej zbliżają się do domostw. Straty psów i owiec, a przede wszystkim lęk o bezpieczeństwo dzieci, stają się codziennością. Mieszkańcy mówią o strachu, który ogranicza swobodę spacerów i prac w lesie, podczas gdy lokalne służby podkreślają, że gatunek objęty jest ścisłą ochroną, a kontakt z ludźmi powinien być minimalny. To zderzenie codziennych obaw i wymogów ekologicznych staje się nowym wyzwaniem dla społeczności Borowej.W niedzielę zauważyliśmy, że pies bardzo długo szczekał – dosłownie przez około pół godziny. Bardzo ujadał, a potem nagle ucichł. Myślałam, że po prostu przestał szczekać, ale kiedy wyszłam na podwórko jakieś pół godziny później, psa już nie było. Najprawdopodobniej wydostał się przez siatkę - pani Małgorzata, mieszkanka Borowej.Kobieta relacjonuje, że szczątki psa znaleziono następnego dnia w pobliskim lesie.Później okazało się, że tego popołudnia w lesie wyły wilki. Szukałam psa z synem i mężem. Podeszliśmy do lasu sąsiada, bo mieszkamy niedaleko. Szłam z drugim psem, wołając naszego zaginionego psa, próbując śledzić tropy. Sąsiad nas usłyszał, bo był w lesie, i zapytał, kogo szukamy. Powiedziałam, że psa, który zginął poprzedniego dnia. On natomiast zobaczył w lesie psa – sam szkielet. Zrobiłam zdjęcia i faktycznie rozpoznałam go po głowie i nogach – to był nasz pies - relacjonuje mieszkanka.Stanowisko w tej sprawie przedstawiło Nadleśnictwo Gromnik, odpowiedzialne za nadzór nad terenami leśnymi w tym rejonie.Wilk widzi psa w pobliżu lasu i domu jako konkurenta. Zdarzały się zgłoszenia, że wilki zagryzały psy, i teren ten był monitorowany przez osoby zajmujące się łowiectwem. Zwierzęta podchodzą pod zabudowania również dlatego, że łatwo zdobyć pokarm – czasem ludzie zostawiają resztki jedzenia, wyrzucają je, co przyciąga wilki. Budowa domów coraz bliżej lasu również zwiększa ryzyko kontaktu. Problem będzie się pojawiał nadal, bo wilki przemieszczały się w tym terenie i gatunek jest chroniony - tłumaczy Jakub Rutana, leśniczy z Nadleśnictwa Gromnik.

Leśnicy przyznają, że w tej sytuacji ich możliwości są ograniczone, ponieważ wilki są gatunkiem chronionym

My, jako leśnicy, nie możemy prowadzić działań zapobiegawczych – nadzoruje to Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska. My jedynie monitorujemy je na fotopułapkach - przyznaje Rutana.Rozmawiałam z leśnikami i nadleśnictwem, ale mają związane ręce, bo wilk jest pod ochroną. Problem jest realny – mieszkańcy żyją w strachu. Na początku wilków było kilka lub kilkanaście, trudno było w to uwierzyć, że pojawiają się tak blisko domów. To już mój drugi pies, a wilki były pięćdziesiąt metrów od domu. Kiedyś brama była otwarta i nie spodziewałam się, że wilki będą tak blisko. Nad ranem psa pierwszego niestety zjadły - wspomina pani Małgorzata.

Mieszkańcy Borowej podkreślają, że problem obecności wilków w pobliżu zabudowań narasta z roku na rok.

To nie jest pierwszy przypadek. Sąsiad również miał barany – pasły się na trawie w zeszłym roku albo dwa lata temu i wilki zeżarły mu jednego. Kiedyś dzieci mogły bez problemu chodzić do lasu, a ludzie spokojnie zbierali grzyby czy borówki. Dziś jest strach – nawet dorosłe osoby obawiają się wchodzić do lasu same, bo wielu mieszkańców już spotkało wilki w pobliżu domów - zaznacza pani Małgorzata, mieszkanka Borowej. 

Narastający konflikt w Borowej pokazuje, jak cienka jest granica między dziką przyrodą a ludzkim życiem. Mieszkańcy, czując zagrożenie i stratę, domagają się większego poczucia bezpieczeństwa, podczas gdy leśnicy i eksperci apelują o zrozumienie naturalnych zachowań wilków i przestrzeganie zasad współistnienia z nimi. Przypadek Borowej odsłania napięcie między codziennymi obawami mieszkańców a obowiązującymi regulacjami

dotyczącymi ochrony dzikich zwierząt.

Okrutny psi los

 Na osiedlu Radziwie strażnicy miejscy odebrali właścicielce zaniedbanego psa przetrzymywanego w fatalnych warunkach.

Pies uwiązany był na krótkim i splątanym łańcuchu, chociaż na dworze panował kilkustopniowy mróz. W kojcu, w którym znajdowało się zwierzę, stały dwie budy. Żadna z nich nie była ocieplona. Buda, do której przywiązany był czworonóg, nie miała połowy dachu. W miejscu, gdzie powinno być posłanie, leżał śnieg.

Pies nie miał dostępu do wody i jedzenia, a jego sierść była skołtuniona i brudna. Zwierzę było łagodne. Właścicielka nie była w stanie określić, jak długo przebywało w takich warunkach. 28-latka nie dysponowała książeczką szczepień czworonoga, można więc przypuszczać, że nie był on szczepiony.
Strażnicy miejscy podjęli w tej sytuacji jedyną słuszną decyzję, zabierając psa do schroniska. Sprawa będzie miała swój dalszy ciąg, który, zajmą się właściwe służby.