Tak sobie siedze i mysle za co czesc ludzi " kocha" Tuska !. I nic sensownego nie przychodzi mi do glowy . Bo np. ludzie kochali PIS bo dobrze im sie zylo , np. emerytom i rencistom zylo sie o wiele lepiej . I za to kochali PIS. To rozumiem . Ale za co mozna " kochac " Tuska i jego bande ? , no za co ? . Nic dobrego dla Polski nie zrobili a wrecz odwrotnie. Ciagna Polske na dno .!!!!!!! .Wiec pytam za co ci wszyscy go uwielbiaja ? , no za co? Mlodziezy to sie jakos nie dziwie . Nic nie wiedza o polityce . Tusk dal im picce i obietnice akademikow za zlotowke to i za nim poszli . Ale pozostali dorosli ludzie jaka Polske nam zafundowali ? Na kazdym kroku drozyzna i upadla gospodarka i zadluzone panstwo .Wszedzie gdzie sie nie spojrzy to ruina !!!.A Tusk zadowolony sie smieje ,ze Berlin jest z niego zadowolony. Po to pomogli mu wygrac wybory zeby robil dokladnie to co mu kaza. A ze Niemny nigdy nas nie lubili to lapskami Tuska nas niszcza.!!! Niszcza Polske . Moze przez ten rok co im zostal nie zrobia z nas landu niemieckiego.!!!!!!! A nowa wladza ktora przejmie wladze bardzo sie natrudzi zeby nas wyciagnac z tego gowna tuskowego !!!!!!!!! GB
FOCH
2026/06/12
Tomasz S. wmawiał chorym, że nie mają raka i "leczył" lampami plazmowymi. Dwie kobiety nie żyją
Tomasz S. proponował swoim pacjentom leczenie nowotworów przez lampy plazmowe. W ten sposób dwie kobiety cierpiące na raka, które w poczuciu bezsilności chciały znaleźć choć odrobinę nadziei na przeżycie, zmarły. Zdaniem prokuratury, zostały omotane przez szamana, parającego się medycyną niekonwencjonalną. Mężczyzna ostatecznie za swoje działania stanął przed sądem, a jego proces stał się przestrogą dla potencjalnych klientów takich usług.Eksperci wskazują, że sposób działania takich ludzi jest często bardzo podobny. Stosują cały zestaw mechanizmów psychologicznych, społecznych i marketingowych, które są niezwykle skuteczne wobec osób w trudnej sytuacji życiowej, jak chociażby ciężka choroba nowotworowa. Warto podkreślić na wstępnie, że to nie jest kwestia „głupoty” ofiar, o którą później oskarża się poszkodowanych. Chodzi tu o to, jak działa ludzki umysł pod presją strachu i nadziei na przeżycie. Nikt z nas nie wie, jak zachowałby się w takiej sytuacji, więc nie powinniśmy tego oceniać. Desperację osób chorych cynicznie wykorzystują oszuści, którzy przekonują, że dadzą im coś, czego standardowa medycyna może im nie zapewnić. Są zwykle świetnie przygotowani: tworzą fałszywy wizerunek eksperta, przedstawiając się na przykład jako doktor medycyny naturalnej, pokazują egzotyczne certyfikaty, ubierają się jak lekarze i powołują na tajemną wiedzę, na przykład ze wschodu, trudno dostępną. Mieszają prawdziwe terminy z pseudonauką, żeby brzmieć wiarygodnie. Zamiast badań, przytaczają historie trudne do zweryfikowania: o pacjentach, którzy dzięki ich metodom wyzdrowieli; którzy zwrócili się do nich, kiedy medycyna była bezradna i to zaowocowało. Wszystko podsycają jeszcze często narracjami spiskowymi, mówiącymi o tym, że prawdziwi lekarze ukrywają lekarstwo na raka, że chcą tylko zarabiać pieniądze, a nie leczyć chorych. Taka wybuchowa mieszanka, sączona do umysłów pokrzywdzonych, sieje w ich psychice spustoszenie, podważa zaufanie do lekarzy i zamyka pacjenta na realną pomoc. W efekcie osoby chore często opóźniają lub porzucają standardowe leczenie, tracą pieniądze, a choroba postępuje. Oczywiście nie każda medycyna alternatywna to oszustwo, ale problem zaczyna się, gdy ktoś obiecuje wyleczenie poważnego schorzenia bez dowodów, zniechęca do leczenia medycznego i żąda przy tym ogromnych pieniędzy za niesprawdzone metody.
Szaman z Bysiny pod Myślenicami. Jego "pacjentki" zaprzestały leczenia onkologicznego i zmarły
Część z tych mechanizmów miał wykorzystywać Tomasz S., 57-latek z Bysiny pod Myślenicami, w województwie małopolskim, który określał siebie jako naturopatę i przedsiębiorcę. Prokuratura oskarżyła go o narażenie co najmniej dwóch osób na niebezpieczeństwo utraty zdrowia lub życia. On sam przed sądem umywał od tego ręce. Zrzucał tak naprawdę winę na własnych „pacjentów”: mówił, że nigdy nie przedstawiał się im jako lekarz. A jednak działania mężczyzny mogły doprowadzić do śmierci dwóch kobiet. 66-letnia Urszula K. oraz 35-letnia Karolina G., zmarły na skutek zaprzestania leczenia onkologicznego, po tym jak zachorowały na raka. Zdaniem śledczych, porzuciły tradycyjną terapię za namową „szamana”, który w dodatku za swoje metody pobierał wysokie opłaty - w przypadku jednej pacjentki nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych. Mężczyzna podawał się za specjalistę medycyny holistycznej, który przez 20 lat praktykował we Francji. W rzeczywistości nie posiadał wykształcenia medycznego - jest nauczycielem z Niska na Podkarpaciu. Pacjentów przyjmował w swoim domu w Bysinie i ogłaszał się w internecie jako ekspert, do którego mieli jeździć nawet profesorowie z całej Polski.Historia Urszuli K. zaczęła się w 2022 roku, gdy wykryto u niej guz trzustki. Znajomy namówił ją na wizytę u Tomasza S., który witał pacjentów w indyjskiej czapeczce i pokazywał lalki, badał dłonie oraz przykładał łańcuszki. - Pani nie ma żadnego nowotworu - powiedział kobiecie, która niestety uwierzyła. Terapia polegała na wielogodzinnym naświetlaniu generatorem plazmowym, przyjmowaniu tylko płynów, i kosztowała 250 złotych dziennie przez trzy miesiące. Po pogorszeniu się stanu zdrowia kobiety, Tomasz S. odwiózł ją do szpitala, nakazując milczenie o sposobie leczenia. Guz urósł dwukrotnie, uniemożliwiając operację. Urszula K. zmarła 1 kwietnia 2023 roku.
Podobny los spotkał Karolinę G., 35-latkę z nowotworem piersi. Szaman nakłonił ją do odstawienia leczenia onkologicznego, „pomagał” kamieniami i sprężynką, a za swoje usługi pobrał ponad 40 tys. złotych. Kobieta zmarła.
Z zeznań pokrzywdzonych, które te zdążyły złożyć jeszcze przed śmiercią, wynikało że samozwańczy medyk zalecał im używania lamp plazmowych, zamiast na przykład chemioterapii. Posłuchały go, bo czuły się przez mężczyznę omotane. Potrafił doprowadzić do tego, że nie kontynuowały terapii nowotworowej, którą prowadzili wyspecjalizowani lekarze. Sąd podczas procesu uznał te zeznania za w pełni wiarygodne. Jak wynika z ustaleń Przemysława Glumy, dziennikarza „Super Expressu”, który był obecny na rozprawach, kobiety miały twierdzić, że Tomasz S. wręcz zabraniał im korzystania ze zwykłego leczenia. – Oskarżony powtarzał, że to bakterie, a nie żaden rak. Wmawiał, że guz się zmniejsza, co nie miało miejsca. Sąd dał wiarę tym zeznaniom w całości – cytował słowa zmarłych kobiet sędzia Tomasz Długosz. – Obie poszkodowane były ciężko chore, a wtedy człowiek chwyta się każdego sposobu. Tutaj mamy siłę tej sugestii. Wiadomo, że osobom dorosłym nie można zabronić terapii, zabronić udać się do lekarza. To nie ulega wątpliwości, dlatego zarzut, że Tomasz S. doprowadził do nieumyślnego spowodowania śmierci byłby, w ocenie sądu, zbyt daleko idący. Ale Tomasz S. bezsprzecznie obie poszkodowane naraził na niebezpieczeństwo utraty życia i zdrowia. To żadnych wątpliwości sądu nie budzi – podkreślał sędzia. Podczas rozprawy zwrócono uwagę na fakt, że „wielu świadków było zadowolonych z tego, co oferuje podejrzany”, ale przychodzili oni do niego w sprawach zupełnie nieporównywalnych, błahych w porównaniu z chorobą nowotworową.
"Szaman" nie chciał zabić, ale naraził na utratę zdrowia i życia. Sąd wydał wyrok
Tym samym, zgodnie z decyzją, Tomasz S. został uznany za winnego, choć nie przypisano mu nieumyślnego spowodowania śmierci ofiar. Potwierdzono narażenie na niebezpieczeństwo utraty zdrowia i życia, oszustwa oraz wykonywanie praktyk medycznych bez uprawnień, za co usłyszał karę łączną jednego roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na okres próby wynoszący trzy lata. Ponadto zabrania się podejrzanemu prowadzenia działalności gospodarczej w dziedzinie medycyny niekonwencjonalnej. Sąd nakłada też na oskarżonego dozór kuratora i obowiązek składania co pół roku raportów z jego wykonywania – wskazywał sędzia Tomasz Długosz.
Z takiej decyzji nie były zadowolone rodziny pokrzywdzonych kobiet. Pan Władysław, mąż zmarłej Urszuli, był zniesmaczony wysokością kary. – Taki wyrok w zawieszeniu, to żaden wyrok. To jak uniewinnienie – mówił rozgoryczony. Ale sędzia uważał, że należy Tomaszowi S. dać szansę poprawy, ponieważ do tej pory nie miał konfliktu z prawem i nie był nigdy karany. – Trzeba jednak podkreślić, że poziom szkodliwości społecznej tej sprawy jest wysoki. Dwie kobiety zmarły. Urszula miała raka trzustki i minimalne szanse na wyzdrowienie, lecz Karolina G. była młodą osobą, która najprawdopodobniej by wyzdrowiała, gdyby nie działanie Tomasza S. – dodał sędzia.
Prokuratura uważała, że choć istotnie 57-latek nie był w przeszłości karany, to jednak wnioski strony oskarżającej były surowsze niż podsumowanie sędziego. Zwłaszcza, że ten sam podkreślił dużą szkodliwość społeczną czynu. – Tomasz S. wykazał brak jakiejkolwiek skruchy i refleksji nad tym, co zrobił. Po analizie pisemnego uzasadnienia wyroku zastanowimy się nad wniesieniem apelacji – zapowiadał prokurator Jacek Kępa. A następnie tę apelację złożył. Tyle że ponownego rozpatrzenia sprawy domagała się również obrona. Mecenas Izabela Nowak, reprezentująca nieobecnego na publikacji wyroku Tomasza S., wnosiła zapewne o złagodzenie kary.
Rodziny ofiar oburzone wysokością kary. Sąd apelacyjny nie przychylił się do wniosku prokuratury
Ostateczna decyzja zapadła niedawno, 30 marca 2026 roku, przed Sądem Okręgowym w Katowicach. Sędzia Bartłomiej Kwaśnik podkreślał, że oskarżony niewątpliwie zawiódł obie zmarłe kobiety, które w rezultacie jego namów porzuciły tradycyjną terapię przeciw-nowotworową, by skorzystać z generatorów plazmy. Wmówił im, że nie chorują na raka, a ich stan jest spowodowany zakażeniem rozmaitymi patogenami. One zaś, w ogromnych emocjach, uwierzyły mężczyźnie. Miały nadzieję, że wyzdrowieją, że wrócą do rodziny i będą cieszyć się życiem. Jak już wiemy, tak się nie stało. Wykorzystano desperację schorowanych kobiet. Przedmiotem postępowania nie było jednak to, jaki zawód uprawia podejrzany, ani jakich narzędzi używa. To były rzeczy zupełnie legalne – mówił sędzia Kwaśnik. – Przedmiotem postępowania było to, że oskarżony przekonał obie pokrzywdzone, że nie mają nowotworu. To było sprzeczne z diagnozami postawionymi przez lekarzy. Tymczasem Tomasz S. co najmniej kilkukrotnie podczas rozmów z obiema pokrzywdzonymi zapewniał, że tego nowotworu nie mają. Co więcej, uczynił to skutecznie, ponieważ panie rzeczywiście w to uwierzyły – relacjonował sędzia.
Na sali wskazano, że generatory plazmy być może mają jakieś swoje zalety, ale nie są to urządzenia do skutecznej walki z rakiem. Z tego punktu widzenia jest to urządzenie zupełnie nieprzydatne. Mimo tego Tomasz S. wmawiał ofiarom, że ta metoda rozwiąże ich problemy zdrowotne.
- Naszym zdaniem nie sposób jednak zakwalifikować czynów jako przestępstw o nieumyślnego spowodowania śmierci, jak wnioskowała prokuratura. Taki wniosek byłby zbyt daleko idący. Mamy do czynienia z dwiema paniami, chorującymi na nowotwór. W przypadku takich schorzeń prowadzenie właściwego leczenia oczywiście daje nadzieję na wyleczenie, lecz nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy gdyby panie nie spotkały na swojej drodze oskarżonego, to rzeczywiście by przeżyły. Nowotwór jest chorobą śmiertelną. Oczywiście konwencjonalne leczenie daje większe szanse na przeżycie, ale czy by tak było, to są jedynie domniemania. Tomasz S. nie pozbawił ich życia, natomiast pozbawił je szansy na uratowanie tego życia – podsumował sędzia.
Wywiad środowiskowy, przeprowadzony na potrzeby procesu apelacyjnego, przyniósł pozytywny wynik na rzecz podejrzanego. Obrona wnosiła ponadto, że mężczyzna nie chciał śmierci swoich pacjentek, że chciał im pomóc i w to wierzył, a one same się do niego zgłosiły. – Mój klient prowadził legalną działalność jako naturopata. Nie wykroczył ponad to, co wykonywać mógł – podnosiła mecenas Izabela Nowak.Ostatecznie sąd nie podzielił żadnego wniosku: ani ze strony prokuratury, ani ze strony obrony. Uznano, że decyzja pierwszej instancji jest prawidłowa. - On powinien siedzieć, być odizolowany. Trzeba przed nim chronić ludzi. Dlatego walczyłem w sądzie, bo życia mojej żonie już nikt nie wróci – wskazywał mąż jednej ze zmarłych kobiet, niezadowolony z decyzji. Ta była bowiem następująca: podtrzymanie wysokości kary, która zapadła w pierwszej instancji. To oznacza, że Tomasz S., już prawomocnie, został skazany na karę roku więzienia w zawieszeniu na trzy lata.
Zostawiła 3-letnią Emilkę w domu i poszła imprezować. Dziecko nie przeżyło. "Ropne zapalenie płuc"
3-letnia Emilka, dziecko z niepełnosprawnością, sama w mieszkaniu bez opieki. Jej matka, Klaudia G., bawiła się w tym czasie z ukochanym nad morzem. Młoda kobieta nie ukrywała, że nie zajmowała się córeczką należycie. Zamiast otoczyć ją opieką i miłością, niejednokrotnie znikała z domu na wiele godzin, często nie wracała na noc, bawiąc się ze znajomymi w klubach. W tym czasie 3-letnia Emilka siedziała sama w czterech ścianach, bez żadnej opieki. W wyniku licznych zaniedbań, któregoś razu dziewczynka ostatecznie zmarła.
Posiadanie dziecka to wielka odpowiedzialność i poświęcenie, ale jako poświęcenie nie powinno być przez rodziców traktowane. Wielka troska, miłość i opieka to absolutne minimum, którym trzeba otoczyć maleństwo. Nie każdy posiada w sobie te odruchy, nie każdy chce mieć dzieci - jest to oczywiście normalne i zrozumiałe. Mało tego, jak pokazuje nam wiele spraw kryminalnych w Polsce, nie każdy te dzieci w ogóle powinien mieć. Klaudia G., 26-letnia mieszkanka Siedlec, była matką małej Emilki, która urodziła się z niepełnosprawnością, więc wymagała szczególnej opieki i jeszcze większej uwagi, tak bardzo koniecznej przy każdym maluchu. 3-latka miała wiele schorzeń, nie potrafiła chodzić, ani komunikować się. Mimo tego jej mama zdawała się nie czuć powagi sytuacji i roli, którą musiała na siebie przyjąć. W nocy z 1 na 2 sierpnia 2024 roku jej drastyczne zaniedbania względem 3-letniej wówczas córki wyszły na światło dzienne. Niestety, w najgorszy możliwy sposób, bo w krytycznym momencie życia dziecka."Dziecko nie żyje". O sprawie policję poinformowała nie matka Emilki, tylko jej koleżanka
Dyżurny policji odebrał telefon od roztrzęsionej kobiety, która poinformowała go, że w mieszkaniu przy ulicy Wyszyńskiego w Siedlcach znajduje się dziecko, które nie oddycha. - Dziecko nie żyje - miała powiedzieć osoba, która wykonała telefon na numer alarmowy. Nie była to Klaudia G., matka Emilki, tylko jej koleżanka. To ona postanowiła zawiadomić służby, gdy zobaczyła stan dziewczynki. Na miejsce natychmiast przyjechali mundurowi, a chwilę później załoga pogotowia ratunkowego. Lekarz natychmiast przystąpił do reanimacji Emilki, ale było już za późno. Dziewczynki nie udało się uratować.
Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni
Funkcjonariusze od początku nie wierzyli w teorię, jakoby zgon dziecka nastąpił niespodziewanie, bez udziału osób trzecich. Sam wygląd 3-latki sprawiał, że nabrali podejrzeń, co do przyczyn jej śmierci. Podczas prowadzonych czynności policjanci zapisali w notatkach, że dziewczynka była skrajnie zaniedbana i wychudzona. Zdaniem prokuratury, która zaangażowała się później w tę sprawę, do śmierci 3-latki przyczyniła się jej własna matka. 26-letnia Klaudia G. miała niejednokrotnie pozostawiać maleństwo bez żadnej opieki w mieszkaniu, a sama znikała na wiele godzin, często nie wracała na noc, bawiąc się ze znajomymi w klubach.
Kiedy została aresztowana, przyznała podczas przesłuchania, że w niewłaściwy sposób opiekowała się swoim dzieckiem. Potwierdziła, że faktycznie córeczka była niedożywiona, ale nie ujawniono, dlaczego Klaudia G. doprowadziła ją do takiego stanu. W kolejnym etapie śledztwa okazało się, że kobieta po prostu odmówiła składania wyjaśnień, mimo przyznania się do winy.W marcu 2025 roku, ponad pół roku od tragicznych wydarzeń, upubliczniono wyniki pracy biegłych sądowych, którzy stwierdzili, że bezpośrednią przyczyną śmierci Emilki było nieleczone, ropne zapalenie płuc. - Było ono spowodowane wyniszczeniem organizmu poprzez niedobory pokarmowe, brak opieki matki i jej reakcji na rozwijającą się chorobę dziecka – przekazała „Super Expressowi” Katarzyna Wąsak, szefowa Prokuratury Rejonowej w Siedlcach.
Znęcanie się nad dzieckiem z niepełnosprawnościami. 3-letnia Emilka konała w samotności
Prokuratura postawiła Klaudii G. zarzuty znęcania się nad osobą nieporadną ze względu na stan zdrowia oraz spowodowanie śmierci dziewczynki. Zdaniem mieszkańców bloku, którzy sąsiadowali z kobietą, ta powinna otrzymać najwyższy możliwy wymiar kary, czyli dożywocie, ponieważ doprowadziła do śmierci dziecka w straszliwych męczarniach. Z ustaleń śledczych wynika, że kiedy 3-letnia Emilka konała w samotności, bez jedzenia i picia, a więc głodna, chora i bez opieki, jej matka bawiła się z nowym partnerem nad morzem. Imprezowała z mężczyzną i nie wracała do domu nawet przez kilkadziesiąt godzin.Prokuratura Rejonowa w Siedlcach ustaliła, że 26-latka nie tylko nie dbała o swoje dziecko, ale też celowo je izolowała, nie zapewniała jedzenia, picia, leków ani opieki lekarskiej. Emilka miała zdiagnozowaną padaczkę i wymagała stałej rehabilitacji, której również nie otrzymywała. Prokurator uzyskał opinię zespołu biegłych lekarzy, w treści której wskazano, że bezpośrednią przyczyną zgonu Emilii było nieleczone ropne zapalenie płuc, przy czym podłożem do rozwinięcia się zapalenia płuc było skrajne wyniszczenie organizmu dziecka. Stan dziewczynki skutkujący jej zgonem, spowodowany był długotrwałym brakiem właściwej opieki, w tym skrajnie nieprawidłowym sposobem żywienia, zarówno pod względem ilościowym, jak i jakościowym − precyzowała prokurator Krystyna Gołąbek z Prokuratury Okręgowej w Siedlcach. Równocześnie biegli wykluczyli, by zgon dziecka nastąpił w wyniku jakiegoś urazu mechanicznego.
Lekarze, zajmujący się Emilką, byli wstrząśnięci jej stanem zdrowia. Dziecko było niedożywione, miało przykurcze mięśni, odleżyny i liczne zmiany skórne na ciele. Ropne zapalenie płuc mogło się u niej rozwijać przez wiele dni, a nawet tygodni, ignorowane przez Klaudię G.
- Zagłodzenie to jest proces, stopniowe umieranie, i myślę, że był to okropny ból i cierpienie. Mamy tutaj małe, niepełnosprawne dziecko, które jest poza systemem szkolnym czy przedszkolnym. Jest właściwie zdane tylko na bliskich: sąsiadów, rodzinę i mamę. Mamę, która jest w sytuacji rozwodowej, czyli kryzysowej. Wówczas nigdy nie wiemy, jaki mechanizm uruchomi się w człowieku i do jakich okrucieństw jest zdolny. Rozwód na pewno jest silnym bodźcem stresowym – komentowała w programie „Uwaga! TVN” Izabela Owczaruk z Fundacji Wspierania Rodzin „Korale”. Zdaniem ekspertów, w tej konkretnej sprawie zabrakło rozwiązań systemowych z lokalnego środowiska. - Myślę, że wtedy byłoby to do wychwycenia, ponieważ zagłodzenie dziecka nie odbywa się w trzy godziny czy nawet tydzień, tylko dłużej – dodawała Izabela Owczaruk. Niestety, mimo licznych apeli o reagowanie, w tej sprawie również zabrakło czynnika ludzkiego.
Wymiar kary, który wywołał społeczne oburzenie. "To jest śmiech na sali"
17 kwietnia 2025 roku do sądu w Siedlcach trafił akt oskarżenia przeciwko wyrodnej matce. Prokuratura nie mogła jej jednak postawić zarzutu zabójstwa, a przestępstwo znęcania się ze szczególnym okrucieństwem nad osobą nieporadną zagrożone jest karą tylko do 10 lat więzienia. To i tak więcej, niż początkowe zagrożenie karą do pięciu lat więzienia, ale wysokość maksymalnego wyroku oburzyła opinię publiczną. - Dziesięć lat za zagłodzenie małego dziecka na śmierć. To jest śmiech na sali – piszą internauci w mediach społecznościowych. Obwiniają też sąsiadów i bliskich dziecka, którzy nie zauważyli jego dramatu w porę, choć rozgrywał się praktycznie na ich oczach. - Jak można się nie zorientować, że 3-letnie dziecko co chwilę zostaje samo w domu, na wiele godzin? Nie wierzę, że siedziała cichutko w pokoju – pytała jedna z kobiet.A co z biologicznym ojcem dziewczynki? Wiadomo, że Klaudia G. związała się z nowym partnerem, a z poprzednim się rozstała. Po rozwodzie przeprowadziła się z domu rodzinnego, oddalonego od Siedlec o zaledwie osiem kilometrów, do mieszkania w bloku przy ulicy Wyszyńskiego. W swoich zeznaniach Klaudia G. twierdziła, że ojciec Emilki posiada pełnię praw rodzicielskich, lecz nigdy nie interesował się córką, a jego zaangażowanie w wychowanie kończyło się na płaceniu alimentów. On jednak zeznał, że kobieta utrudniała mu kontakty z dzieckiem.
W mediach głos zabrał także dziadek Emilki, ojciec Klaudii G. - Dla nas to też jest tragedia. Jesteśmy w totalnym szoku, nie wiedzieliśmy, że Emilka była zaniedbywana. Nie chcę więcej komentować, ale proszę mi uwierzyć, że też jest nam teraz bardzo ciężko - podsumował mężczyzna w rozmowie z dziennikarzami Wirtualnej Polski. Niedługo po tragedii, 30 września 2024 roku, w Siedlcach za zgodą taty dziewczynki ojcowie zorganizowali Marsz Pamięci i Marsz Sprzeciwu ku pamięci Emilki. Pojawiło się sporo osób, którym leży na sercu dobro najmłodszych. Wcześniej chcieli udać się na pogrzeb dziecka, ale uroczystości zorganizowano w tajemnicy. „Super Express” podawał, że 3-letnia Emilka umierała samotnie w ciszy, a jej pogrzeb odbył się niemal w ukryciu. 13 sierpnia 2024 roku została pochowana na cmentarzu w Kotuniu w województwie mazowieckim, w rodzinnej parafii biologicznego ojca dziecka. Przyszła tylko rodzina i najbliżsi, bo daty ceremonii nie upubliczniono. Gdy po wszystkim o sprawie dowiedzieli się reporterzy, zastali już tylko białe kwiaty i dwa pluszowe misie, które Emilka uwielbiała za życia.
Pani Barbara, mieszkająca w tym samym bloku, w którym wydarzyła się tragedia, nie ukrywała ogromnego poruszenia tą sprawą. – Naprawdę nic nie wiedzieliśmy o horrorze tej dziewczynki,. Gdybym coś słyszała, od razu zawiadomiłabym policję. Gdy dowiedziałam się o śmierci małej, płakałam kilka godzin – mówiła kobieta w rozmowie z dziennikarzami „Super Expressu”. - Zawsze w tym mieszkaniu było cicho, jakby nikt tu nie mieszkał – dodawała inna sąsiadka Klaudii G. Niektórzy mieszkańcy twierdzą, że nawet nigdy nie widzieli tam dziecka.Tymczasem sołtys Starego Opola, skąd pochodzi kobieta, dobrze ją wspominał. - Mieszkała tu od dziecka, miała wielu znajomych, zawsze mówiła dzień dobry. Wszystko było dobrze, widywaliśmy ją z dziewczynką na spacerach. To po wyjeździe do miasta musiało stać się coś niedobrego – powiedział Wiesław Kosyl w rozmowie z Wirtualną Polską, zdając się potwierdzać wersję rodziny Klaudii G., która zarzeka się, że nie wiedziała o dramacie wnuczki.
Sąd nie zgodził się na obniżenie wyroku. "Dziecko stało się dla matki balastem"
Jak się okazuje, Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej przeprowadził swego czasu kontrolę u Klaudii G., bo ktoś zgłosił, że dziecko może być przez nią zaniedbywane. Urzędnicy wizytowali jednak w domu tylko raz i stwierdzili, że wszystko jest w porządku. - Pracownicy socjalni udali się do rodziny, gdzie zastali mamę i babcię dziewczynki akurat podczas karmienia dziecka. Mająca wtedy prawie dwa lata Emilia była zadbana, jej wygląd czy zachowanie nie budziło żadnych podejrzeń - zarzekała się placówka. „Fakt” ustalił, że zgłoszenia miał dokonać biologiczny ojciec, który chciał zabrać córeczkę do siebie. Jego zdaniem, Klaudia G. została uprzedzona przez pracowników, którzy poinformowali ją, kiedy przyjdą z wizytacją, więc mogła się do niej przygotować i udawać przykładną mamę. Po tej sytuacji, kiedy 26-latka dowiedziała się, kto złożył zawiadomienie, miała podobno całkowicie utrudniać kontakt córki z ojcem. Zmieniała konta w mediach społecznościowych, na których zresztą dostarczała na siebie dowody, publikując zdjęcia z imprezowych wojaży, kiedy Emilka siedziała sama w domu. Zmieniała też numer telefonu i przekonywała byłego partnera, że mieszka teraz w Warszawie, choć przebywała w Siedlcach.
- Kiedy tata odbierał jej zwłoki, to jej nie poznał. Nie poznał własnej córki, była tak wyniszczona i zagłodzona - powiedziała „Faktowi” znajoma rodziny. Oczywiście niewykluczone, że pracownicy socjalni właściwie wykonali swoją pracę, a do zaniechania opieki nad dziewczynką doszło w późniejszym okresie. Ale równie dobrze mogło dojść do nieprawidłowości także od strony systemowej, co niestety często się w tego typu historiach zdarza.Ostatecznie Sąd Rejonowy w Siedlcach skazał wyrodną matkę na 9 lat więzienia. Obrońca oskarżonej odwołał się jednak od wyroku sądu pierwszej instancji. Twierdził, że jest on niewspółmierny do zarzucanych kobiecie czynów, wskazywał m.in. na jej niski iloraz inteligencji i ograniczone zdolności do podejmowania racjonalnych decyzji. Zawnioskował o obniżenie kary do 3 lat więzienia. W Sadzie Okręgowym w Siedlcach odbyła się sprawa apelacyjna. Trzyosobowy skład sędziowski nie miał wątpliwości co do winy i prawidłowego toku sprawy sądu pierwszej instancji. Podtrzymał wyrok dziewięciu lat więzienia dla Klaudii G. Orzeczenie jest już prawomocne i ostateczne.
- W pewnym momencie dziecko stało się po prostu balastem dla oskarżonej w realizacji jej planów - podkreśliła sędzia Agnieszka Karłowicz, cytowana przez PAP. - Należy mieć na uwadze, że doszło do śmierci dziecka poprzez długofalowe zaniedbanie i postawienie siebie na pierwszym miejscu, a dziecka w dalszej kolejności - powiedziała sędzia.
Sędzia przyznała, że kara jest surowa, ale odpowiada stopniowi winy oraz społecznej szkodliwości czynu, którego dopuściła się Klaudia G. Kobieta była oskarżona o znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem nad 3-letnią córką i nieumyślne spowodowanie śmierci dziecka. Groziło jej za to nawet 10 lat pozbawienia wolności. I właśnie o taki wymiar kary wnioskowała prokuratura. Sąd jednak uznał za okoliczność łagodzącą młody wiek kobiety i fakt, że wcześniej nie była karana.
Dziś wchodzi w życie pakt migracyjny! Co to dla nas oznacza? Kiedy przyjadą pierwsi migranci?