2026/07/02

Czad zabił Zuzannę i jej małe dzieci. Prokuratura ujawnia szokujące ustalenia. Szereg zaniedbań

 Ta tragedia wstrząsnęła całą Polską. W niewielkim mieszkaniu przy ul. Stare Planty w Chełmnie czad zabił 31-letnią Zuzannę i troje jej dzieci. Po kilku miesiącach śledztwa prokuratura skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko właścicielom budynku oraz mężczyźnie odpowiedzialnemu za przegląd kominów. Śledczy wskazują na szereg zaniedbań, które – ich zdaniem – doprowadziły do śmierci czteroosobowej rodziny.

Prokuratura Rejonowa w Chełmnie skierowała do Sądu Rejonowego w Chełmnie akt oskarżenia przeciwko Joannie M. i Adamowi M., współwłaścicielom kamienicy przy ul. Stare Planty, oraz Jackowi T., który odpowiada za poświadczenieProkuratura Rejonowa w Chełmnie skierowała do Sądu Rejonowego w Chełmnie akt oskarżenia przeciwko Joannie M. i Adamowi M. oskarżonym o nieumyślne spowodowanie śmierci czterech osób w wyniku zatrucia tlenkiem węgla oraz Jackowi T. oskarżonemu o poświadczenie nieprawdy w protokole z okresowej kontroli przewodów kominowych – przekazała prok. Izabela Oliver, rzeczniczka prasowa Prokuratury Okręgowej w Toruniu. nieprawdy w dokumentacji dotyczącej okresowej kontroli przewodów kominowych.Prokuratura Rejonowa w Chełmnie skierowała do Sądu Rejonowego w Chełmnie akt oskarżenia przeciwko Joannie M. i Adamowi M. oskarżonym o nieumyślne spowodowanie śmierci czterech osób w wyniku zatrucia tlenkiem węgla oraz Jackowi T. oskarżonemu o poświadczenie nieprawdy w protokole z okresowej kontroli przewodów kominowych – przekazała prok. Izabela Oliver, rzeczniczka prasowa Prokuratury Okręgowej w Toruniu.

Śledczy: instalacja była pełna błędów

Jak ustalono w trakcie śledztwa, budynek zgodnie z projektem budowlanym powinien być wyposażony w jedną wspólną kotłownię z jednym kotłem gazowym. Tymczasem właściciele zamontowali cztery oddzielne kotły – po jednym w każdym mieszkaniu.

Jak ustalono, nie utworzyli kotłowni z jednym kotłem gazowym dla całego budynku. Zamontowali cztery oddzielne kotły gazowe w każdym z czterech mieszkań, w tym w mieszkaniu nr 4 później zajmowanym przez pokrzywdzonych – poinformowała prok. Izabela Oliver.Według śledczych, po zgłoszeniach dotyczących wyczuwalnego zapachu gazu właściciele wymienili piec, jednak jego montaż zlecili osobie nieposiadającej odpowiednich uprawnień.

Prokuratura ustaliła również, że instalacja była wykonana nieprawidłowo. W mieszkaniu brakowało odpowiedniej wentylacji, właściwego odprowadzenia spalin oraz dopływu świeżego powietrza. Co więcej, piec nie był poddawany obowiązkowym przeglądom technicznym.

Praca kotła grzewczego z otwartą komorą spalania, błędnie zainstalowanego i pracującego bez odpowiedniego monitorowania wytracała trujące gazy o intensywności zdolnej do zatrucia osób długotrwale przebywających w tym środowisku gazowym powstałym wewnątrz zamkniętego mieszkania nr 4. W niniejszej sprawie śmierci czterech osób – przekazała rzeczniczka prokuratury.

Nie przyznają się do winy

Joanna M. i Adam M. usłyszeli zarzuty dotyczące narażenia mieszkańców na niebezpieczeństwo oraz nieumyślnego spowodowania śmierci czterech osób. Kobieta odpowiada również za podżeganie do podrobienia dokumentów.Joanna M. i Adam M. nie przyznali się do popełnienia zarzucanych im czynów. Joanna M. złożyła wyjaśnienia, zaś Adam M. skorzystał z przysługującego mu prawa do odmowy składania wyjaśnień – poinformowała prok. Izabela Oliver.Z kolei Jacek T., któremu zarzucono poświadczenie nieprawdy w dokumentacji dotyczącej przeglądów kominowych, przyznał się do winy i złożył wyjaśnienia.

Za zarzucane przestępstwa Joannie M. i Adamowi M. grozi do pięciu lat pozbawienia wolności. Jackowi T. grozi kara do ośmiu lat więzienia.

Tragedia, która poruszyła całą Polskę

Do dramatu doszło 15 stycznia 2026 roku. Strażacy siłą weszli do mieszkania przy ul. Stare Planty po tym, jak z 31-letnią Zuzanną F. nie mogła skontaktować się jej siostra.

Na pomoc było już za późno. W lokalu znaleziono ciała kobiety oraz jej trojga dzieci – 11-letniej Nikoli, 7-letniej Oliwki i 2-letniego Mikołaja. Jak wykazało śledztwo, cała rodzina zatruła się tlenkiem węgla.

Po tragedii wyszło na jaw, że piecyk gazowy nie miał aktualnego przeglądu technicznego. Śledczy ustalili również, że po śmierci rodziny Joanna M. miała próbować uzyskać dokument potwierdzający wykonanie przeglądu z datą wsteczną. To właśnie dlatego usłyszała dodatkowy zarzut związany z podżeganiem do podrobienia dokumentacji.


Prezydent Karol Nawrocki zawetował dwie ustawy. „Podjąłem decyzję”

 - Podjąłem decyzję o zawetowaniu dwóch ustaw - oświadczył prezydent Karol Nawrocki na nagraniu opublikowanym na Facebooku. Pierwsze weto dotyczy ustawy o prawach i obowiązkach ucznia, która m.in. katalogowała je oraz powoływała sieć rzeczników, w tym Krajowego Rzecznika Praw Uczniowskich. Drugie dotyczy ustawy o zapobieganiu zanieczyszczaniu morza przez statki. Zdaniem prezydenta wdrożenie zmian oznaczałoby w praktyce realizację założeń Zielonego Ładu, czemu się sprzeciwia.


Prezydent Karol Nawrocki zawetował dwie ustawy. „Trzeba powstrzymać Zielony Ład”

Prezydent Karol Nawrocki w czwartek zawetował ustawę o zapobieganiu zanieczyszczaniu morza przez statki. Zawetowane przepisy miały nałożyć na armatorów obowiązek stopniowego ograniczania zanieczyszczeń oraz monitorowania wykorzystania paliw odnawialnych i niskoemisyjnych.Nawrocki stwierdził na nagraniu zamieszczonym na stronie internetowej Kancelarii Prezydenta RP, że wdrożenie przepisów ustawy oznaczałoby w praktyce realizację założeń Zielonego Ładu, czemu prezydent sprzeciwiał się od początku swojej kadencji. W jego ocenie nowe regulacje zwiększą koszty działalności przedsiębiorstw poprzez dodatkowe opłaty, obowiązki administracyjne oraz wysokie sankcje finansowe, co ma osłabić konkurencyjność polskich i europejskich portów.

Nawrocki zapowiada referendum ws. Zielonego Ładu

- Mówię jasno: trzeba powstrzymać Zielony Ład. Chcę, aby w tym temacie wypowiedzieli się Polacy - powiedział Nawrocki. Jednocześnie zapowiedział ponowne złożenie wniosku o referendum ws. Zielonego Ładu.Przygotowana przez resort infrastruktury ustawa miała nałożyć na armatorów obowiązek stopniowego ograniczania zanieczyszczeń oraz monitorowania wykorzystania paliw odnawialnych i niskoemisyjnych. Nadzór nad przestrzeganiem tych wymogów miał być powierzony dyrektorom urzędów morskich, którzy weryfikowaliby dokumentację statków zawijających do krajowych portów. Za naruszenie norm zawetowana ustawa przewidywała kary finansowe, a pozyskane w ten sposób środki miały zasilić fundusze wspierające dekarbonizację infrastruktury portowej.

Przepisy ustawy doprecyzowywały też zasady gospodarowania odpadami na statkach, co miało uszczelnić system ochrony środowiska morskiego. Zdaniem ministerstwa inicjatywa to krok w stronę ekologicznej transformacji żeglugi i promowania nowoczesnych technologii energetycznych.

Prezydent zawetował ustawę o prawach i obowiązkach ucznia

Prezydent Karol Nawrocki zawetował także ustawę o prawach i obowiązkach ucznia, która m.in. katalogowała je oraz powoływała sieć rzeczników, w tym Krajowego Rzecznika Praw Uczniowskich. Zdaniem Nawrockiego ustawa nie chroni praw, a zwiększa biurokrację. Chodzi o nowelizację ustawy Prawo oświatowe, ustawy o systemie oświaty oraz niektórych innych ustaw, tzw. ustawę o prawach i obowiązkach ucznia.

Nawrocki zaznaczył, że „nie kwestionuje potrzeby ochrony praw uczniów”. - Wręcz przeciwnie. Młodzi ludzie zasługują na bezpieczeństwo, ochronę i szacunek - zaznaczył. Tylko tu - jak ocenił - „nie chroni się praw, a zwiększa biurokrację i zmierza do ideologizacji”. - To będzie szkolna prokuratura od tropienia anonimowych donosów i budowania systemu antagonizowania, a nie współpracy środowiska szkolnego - argumentował. Zaznaczył, że „polska szkoła potrzebuje dziś przede wszystkim stabilności, dobrego poziomu nauczania, budowy autorytetu nauczyciela, a nie rozwiązań, które każdą decyzję wychowawczą mogą zamienić w przedmiot formalnego sporu”.W czasie, gdy szkoły potrzebują lepszego wyposażenia, w dobie kryzysu i braku kadry pedagogicznej, rząd chce wydawać kilka milionów złotych rocznie na dublowanie instytucji Rzecznika Praw Dziecka czy wizytatorów kuratoriów. To niegospodarność - ocenił Nawrocki. Zdaniem prezydenta „te pieniądze powinny być lepiej wydane niż na budowę maszyny urzędniczej do politycznego wpływu ministra edukacji”. - Polska szkoła powinna opierać się na zaufaniu, odpowiedzialności, trosce uczniów, autorytecie nauczycieli oraz partnerskiej współpracy z rodzicami - dodał.

Czego dotyczyła ustawa?

Ustawa przewidywała m.in. przeniesienie katalogu praw i obowiązków ucznia na poziom ustawowy, wprowadzenie katalogu działań wychowawczych i kar wraz z procedurami ich nakładania (przy zachowaniu zasady pierwszeństwa działań wychowawczych) oraz zagwarantowanie uczniom ustawowego prawa do kształtowania własnego wyglądu.Zakładała też powołanie systemu organów ochrony praw uczniowskich: Krajowego Rzecznika Praw Uczniowskich (powoływanego na czteroletnią kadencję), wojewódzkich rzeczników praw uczniowskich działających przy kuratorach oświaty, fakultatywnych rzeczników na poziomie gmin i powiatów oraz fakultatywnych (do 1 września 2028 r.) szkolnych rzeczników praw uczniowskich. Przeciw przepisom wielokrotnie wypowiadały się m.in. nauczycielskie związki zawodowe.

Związek Nauczycielstwa Polskiego ocenił m.in., że propozycja przewidująca powołanie Krajowego Rzecznika Praw Uczniowskich „budzi głębokie zaniepokojenie i sprzeciw środowiska nauczycielskiego oraz związków zawodowych” oraz „ignoruje stanowiska przewodniczących komisji dyscyplinarnych oraz związków zawodowych, które wielokrotnie podkreślały, że już obecnie Rzecznik Praw Dziecka ingeruje w postępowania dyscyplinarne w sposób trudny do zrozumienia i często nieproporcjonalny”.

Krajowa Sekcja Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność” oceniła, że proponowana instytucja rzecznika „dubluje kompetencje Rzecznika Praw Dziecka, kuratoriów oświaty oraz dyrektorów szkół”.

Podobny głos popłynął z Wolnego Związku Zawodowego „Forum-Oświata”, według którego proponowany system jest „zdecydowanie przeskalowany i kosztowny”, a pomysł to „wprowadzenie kolejnego narzędzia nacisku na nauczycieli i szkoły”.

Z kolei resort edukacji wielokrotnie przekonywał, że ustawa porządkuje przepisy. Ministra edukacji Barbara Nowacka podkreślała, że ustawa „w nikogo nie uderza”. – Jest to element edukacji obywatelskiej, że młody człowiek wie, gdzie sięgnąć do swoich praw i obowiązków, zna i rozumie przepisy – powiedziała.

Ustawa, z wyjątkami, miała wejść w życie od 1 września 2026 r.

Źródło: Radio ZET

 


Ojciec zabił mu matkę, on zamordował dziadków. 29-latek ich zaszlachtował. "Wziął prysznic i wezwał policję"

 29-letni Aleksander G. zamordował własnych dziadków przy użyciu siekiery oraz długiego noża, przypominającego maczetę. Młody mężczyzna rzucił się na nich bez wyraźnego powodu, a obrażenia, które zadawał z dużą siłą, były tak rozległe, że starszego małżeństwa nie dało się już uratować. Policjanci mówią wprost, że zabójstwa dokonano ze szczególnym okrucieństwem. W tle tych wydarzeń rozgrywa się również drugi dramat: w przeszłości ojciec 29-latka miał zamordować swoją partnerkę, jego mamę. Śledczy


weryfikują, jaki miało to wpływ na podejrzanego.Do podwójnego zabójstwa starszego małżeństwa doszło w Raciążu, niewielkiego miasta położonego w północno-zachodniej części województwa mazowieckiego, w powiecie płońskim. Leży mniej więcej 20 kilometrów od Płońska i 80 kilometrów od Warszawy. Miejscowość liczy około 4,5 tysiąca mieszkańców i jest jednym z mniejszych ośrodków miejskich w regionie. Teraz jednak o Raciążu wiedzą niemal wszyscy, a to za sprawą brutalnej zbrodni, która się tam rozegrała. Dokładnie 19 lutego 2026 roku policja w Płońsku poinformowała, że poprzedniego dnia, czyli 18 lutego, tuż przed godziną 23:00 ktoś złożył wstrząsające zawiadomienie na numer alarmowy 112. Na miejsce natychmiast wysłano funkcjonariuszy, do których później musiał dołączyć prokurator. Śledczy zajęli się zabezpieczaniem śladów oraz ustalaniem przebiegu wydarzeń. Ale co się stało?Nadkomisarz Kinga Drężek-Zmysłowska z płońskiej policji w rozmowie z Radiem Eska relacjonowała, że numer wybrał sprawca brutalnej zbrodni, 29-letni mężczyzna. Zadzwonił i powiedział przez telefon, że zabił dwie osoby, a następnie poprosił o przyjazd służb.

- Mundurowi natychmiast zostali skierowani pod wskazany adres w Raciążu. Na miejscu przed domem jednorodzinnym zastali 29-letniego zgłaszającego. Mężczyzna ten był trzeźwy – przekazała nadkomisarz Kinga Drężek-Zmysłowska.

W środku budynku funkcjonariusze ujawnili ciała dwóch osób, 72-letniej kobiety oraz 86-letniego mężczyzny. Oboje mieli na ciałach liczne obrażenia, wskazujące wprost, że padli ofiarą zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem. Okazało się, że małżeństwo było spokrewnione z zatrzymanym podejrzanym. – Byli to jego dziadkowie – precyzowała policjantka.Dziennikarz „Super Expressu”, Tomasz Nowociński, ustalił że Danuta i Andrzej G. byli znani lokalnej społeczności. Sąsiedzi darzyli ich szacunkiem i sympatią. Gdy informacja o śmierci starszego małżeństwa obiegła okolicę, mieszkańcy byli w szoku. – Nie mogę uwierzyć, że coś takiego tu się wydarzyło – mówiła jedna z kobiet.29-letni Aleksander G. został zatrzymany i trafił do tymczasowego aresztu. Miał zostać jak najszybciej przesłuchany przez prokuraturę. Wówczas nie ujawniano motywów, które pchnęły go do popełnienia tak brutalnej zbrodni, ani dlaczego sam ze stoickim spokojem zgłosił sprawę na policję. „Super Express” ustalił nieoficjalnie, że wpływ na jego zachowanie mogła mieć przeszłość rodzinna. Wyszło bowiem na jaw, że w więzieniu przebywa ojciec młodego mężczyzny, który odsiaduje wyrok za zabójstwo swojej żony, mamy Aleksandra. Gazeta opisywała, że Marek G. zabił panią Agnieszkę, która była pielęgniarką, cztery lata wcześniej. Też użył siekiery, a ciało podpalił w rowie pod Raciążem. Ostatecznie został skazany na karę 25 lat więzienia. Czy ta tragedia miała wpływ na późniejsze postępowanie podejrzanego Aleksandra? Na pewno zostawiła wyrwę w jego psychice. Ten wątek będzie oczywiście dogłębnie zbadany przez śledczych.Z ustaleń mundurowych wynika, że do popełnienia zbrodni podejrzany użył prawdopodobnie siekiery oraz długiego noża, przypominającego maczetę. Zakrwawione narzędzia zostały bowiem zabezpieczone na miejscu zdarzenia. Oba ciała były mocno poturbowane, a dziadek Aleksandra został dodatkowo poćwiartowany. Ślady wskazują na to, że sprawca działał w dużym wzburzeniu i dopuścił się szczególnego okrucieństwa wobec pokrzywdzonych. Ten fakt z pewnością zostanie uwzględniony w ewentualnym procesie karnym i w akcie oskarżenia.Dziennikarz Tomasz Nowociński dowiedział się od sąsiadów rodziny, że pan Andrzej przez lata naprawiał sprzęty RTV i AGD, nigdy nie odmawiał też pomocy mieszkańcom. Gdy komuś zepsuła się pralka albo lodówka, przychodził z torbą narzędzi i „robił swoją magię”. Był złotą rączką, spokojny i pracowity, takiego zapamięta go lokalna społeczność. Żona, pani Danuta, działała natomiast w kole różańcowym i kole gospodyń wiejskich, śpiewała też w chórze w domu kultury. Życzliwa, ciepła, wspierająca – tymi słowami opisują ją sąsiedzi.Co z kolei wiemy o Aleksandrze G.? Według „Super Expressu”, młody mężczyzna miał mieszkać razem z dziadkami. Nic nie wskazywało na nadchodzącą tragedię, z zewnątrz wydawało się, że chłopak miał dobrą relację z bliskimi. Mieszkańcy widywali czasem, jak prowadził babcię pod rękę do kościoła. Rozmawiali, wymieniali się uśmiechali. Coś jednak musiało się stać. - Jak można tak potraktować bliskich? – zastanawiała się pani Alicja, mieszkanka Raciąża.Aleksander G. po dokonaniu zbrodni i jeszcze przed wykonaniem telefonu na numer alarmowy, próbował się wyciszyć. Zanim przyjechali funkcjonariusze, zdążył wziąć prysznic i zmyć z siebie krew. Potem się przebrał, zadzwonił, czekał spokojnie na przyjazd mundurowych. Nie wiadomo, czy zbrodni dokonał w afekcie, czy kierowały nim silne emocje, albo czy doznał ataku psychozy. Nieoficjalne doniesienia mediów mówią, że Aleksander leczył się psychiatrycznie i przyjmował leki psychotropowe na depresję. Wpływ na jego stan miała mieć tragiczna śmierć mamy. Sąsiedzi wspominają, że bywał zamknięty w sobie, a wydarzenia z przeszłości zostawiły w nim trwały ślad. To wszystko zbadają specjaliści, a na pytania ma odpowiedzieć skrupulatne postępowanie.

Poważne zarzuty, ale kara więzienia pod znakiem zapytania. Nie wiadomo, czy Aleksander G. jest poczytalny

20 lutego 2026 roku prokuratura przekazała nowe informacje na temat 29-latka. Zdecydowano o przedstawieniu mu dwóch zarzutów zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem. Jak się okazuje, Aleksander G. przyznał się do winy i złożył wyjaśnienia. Przesłuchanie mężczyzny trwało aż pięć godzin i było niezwykle wyczerpujące: zarówno dla niego samego, jak i dla śledczych. To, o czym mówił 29-latek, znalazło potwierdzenie w materiale dowodowym, więc wszystko wskazuje na to, że zeznania podejrzanego są prawdziwe. To bardzo ważna informacja w kontekście późniejszego aktu oskarżenia i procesu karnego, o ile do niego dojdzie. Mężczyzna bez większych emocji opowiadał o tym, co się stało. W jego głosie nie było skruchy ani żalu, w zasadzie nie było niczego konkretnego. Relacjonował makabryczne czyny tak, jakby odczytywał coś z kartki. Był wyjątkowo opanowany. Policja i prokuratura nadal wyjaśniają szczegółOfiary Aleksandra G. zmarły w wyniku ran ciętych, zadanych ostrymi narzędziami: wspomnianymi już siekierą oraz nożem, maczetą lub tasakiem. Liczne ślady zabezpieczono zarówno w budynku, jak i w jego piwnicy. Teraz prokuratura będzie chciała powołać biegłych specjalistów, którzy ocenią stan psychiczny mężczyzny. To ważne zwłaszcza w związku z informacjami dotyczącymi jego leczenia psychiatrycznego: trzeba będzie między innymi sprawdzić, jak to leczenie wyglądało, jaki był jego przebieg, jakie medykamenty zastosowano, jak wyglądały wizyty: to wszystko istotne, by ocenić, czemu doszło do tragedii mimo zastosowania terapii, jeśli rzeczywiście była ona prowadzona w sposób prawidłowy. Najprawdopodobniej należy się teraz spodziewać obserwacji w zakładzie zamkniętym, która wykaże, czy Aleksander G. jest osobą poczytalną i może odpowiadać za swoje czyny, czy być może jest osobą niepoczytalną i trzeba go skierować na leczenie.

Jeżeli ziści się ten drugi scenariusz, 29-latek trafi do specjalistycznego ośrodka. Jeśli jednak biegli uznają, że może on stanąć przed sądem, co w kontekście tego wszystkiego jest mniej prawdopodobnie, choć nadal możliwe, to wtedy będzie mu grozić kara nawet dożywotniego pozbawienia wolności. Zanim poznamy odpowiedź, może minąć jeszcze wiele miesięcy.owe okoliczności dotyczące tego, co dokładnie wydarzyło się w domu w Raciążu.Ofiary Aleksandra G. zmarły w wyniku ran ciętych, zadanych ostrymi narzędziami: wspomnianymi już siekierą oraz nożem, maczetą lub tasakiem. Liczne ślady zabezpieczono zarówno w budynku, jak i w jego piwnicy. Teraz prokuratura będzie chciała powołać biegłych specjalistów, którzy ocenią stan psychiczny mężczyzny. To ważne zwłaszcza w związku z informacjami dotyczącymi jego leczenia psychiatrycznego: trzeba będzie między innymi sprawdzić, jak to leczenie wyglądało, jaki był jego przebieg, jakie medykamenty zastosowano, jak wyglądały wizyty: to wszystko istotne, by ocenić, czemu doszło do tragedii mimo zastosowania terapii, jeśli rzeczywiście była ona prowadzona w sposób prawidłowy. Najprawdopodobniej należy się teraz spodziewać obserwacji w zakładzie zamkniętym, która wykaże, czy Aleksander G. jest osobą poczytalną i może odpowiadać za swoje czyny, czy być może jest osobą niepoczytalną i trzeba go skierować na leczenie.

Jeżeli ziści się ten drugi scenariusz, 29-latek trafi do specjalistycznego ośrodka. Jeśli jednak biegli uznają, że może on stanąć przed sądem, co w kontekście tego wszystkiego jest mniej prawdopodobnie, choć nadal możliwe, to wtedy będzie mu grozić kara nawet dożywotniego pozbawienia wolności. Zanim poznamy odpowiedź, może minąć jeszcze wiele miesięcy.



Zełenski odniósł się do relacji z Polską. Zabrał głos ws. kontrowersji wokół UPA

 

Wołodymyr Zełenski odniósł się do napięcia w relacjach z Polską. Sprawa dotyczy decyzji o nadaniu ukraińskiej jednostce wojskowej imienia "bohaterów UPA". Prezydent Ukrainy przekonuje, że mimo trudnej historii Warszawa i Kijów muszą dziś patrzeć przede wszystkim na wspólne bezpieczeństwo.Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski podczas środowej wizyty w Dublinie został zapytany o napięcie, które pojawiło się w relacjach z Polską po decyzji dotyczącej nazwy jednej z ukraińskich jednostek wojskowych. Chodzi o nadanie jej imienia "bohaterów UPA", co w Polsce wywołało zdecydowaną reakcję polityczną i szeroką dyskusję o granicach pamięci historycznej.


Sprawa jest szczególnie wrażliwa, ponieważ dotyka jednego z najtrudniejszych tematów w stosunkach polsko-ukraińskich. Dla Warszawy pamięć o zbrodniach UPA, w tym o ludobójstwie na Wołyniu, pozostaje kwestią fundamentalną. Dla Kijowa, zwłaszcza w czasie pełnoskalowej wojny z Rosją, kwestie symboliczne związane z własną historią i tożsamością również mają duże znaczenie polityczne.

Zełenski, odpowiadając na pytanie, czy spór z Polską może utrudnić Ukrainie drogę do Unii Europejskiej, podkreślił, że oba państwa łączy nie tylko sąsiedztwo, ale również długa i skomplikowana historia. Nie unikał przy tym stwierdzenia, że w przeszłości między narodami dochodziło do problemów. Akcent położył jednak na aktualną sytuację bezpieczeństwa i wspólne zagrożenie ze strony Rosji.


– Jesteśmy sąsiadami i jak większość krajów w Europie mieliśmy w przeszłości problemy. Ale żyjemy teraz i mamy do czynienia z jednym agresorem. Musimy myśleć o bezpieczeństwie – powiedział Wołodymyr Zełenski w Dublinie.Środowa wypowiedź ukraińskiego prezydenta była zauważalnie bardziej pojednawcza niż jego wcześniejsze słowa, które wywołały w Polsce mocne reakcje. Jeszcze kilka dni wcześniej Zełenski mówił, że Ukrainie "nikt i nigdy nie będzie nakazywał jak żyć, jak mówić, kogo kochać, komu być wdzięcznym i jakich bohaterów szanować". Te słowa odebrano w Polsce jako stanowczą obronę ukraińskiej decyzji i brak gotowości do ustępstw w sprawach historycznych.


W Dublinie ton ukraińskiego przywódcy był inny. Zełenski nie wycofał się z prawa Ukrainy do własnej polityki pamięci, ale dał do zrozumienia, że Kijów jest gotowy rozmawiać z Warszawą o trudnych kwestiach. To istotna zmiana akcentów, bo spór przestał być wyłącznie wewnętrzną ukraińską decyzją symboliczną, a stał się tematem związanym z relacjami dwustronnymi i europejską przyszłością Ukrainy.– Jeśli są pytania, znajdą się na nie odpowiedzi. Ukraina jest na to gotowa. Jesteśmy silnymi sąsiadami i dobrymi przyjaciółmi – powiedział Wołodymyr Zełenski w Dublinie.


Tymi słowami prezydent Ukrainy próbował pokazać, że Kijów nie chce eskalować napięcia z Polską. W jego wypowiedzi wyraźnie wybrzmiało przekonanie, że obecna sytuacja międzynarodowa wymaga utrzymania jedności państw wspierających Ukrainę. Zełenski podkreślał, że w czasie wojny najważniejsze powinno być bezpieczeństwo, a nie pogłębianie sporów, które wynikają z bolesnych doświadczeń historycznych.


Jednocześnie ukraiński prezydent nie pominął tematu akcesji do Unii Europejskiej. Ukraina liczy, że proces negocjacyjny będzie postępował, a państwa członkowskie poprą kolejne kroki prowadzące do członkostwa. W tle pozostaje jednak pytanie, czy napięcia z Polską i stanowisko Węgier nie staną się realną przeszkodą polityczną.Spór z Polską i droga Ukrainy do Unii Europejskiej

W ostatnich dniach mocne stanowisko w sprawie ukraińskiej polityki historycznej zajął szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz. 

Wypowiedź ta pokazała, że temat nie jest wyłącznie kwestią symboli, lecz może zostać powiązany z procesem akcesyjnym Ukrainy do Unii Europejskiej.


Dodatkowym problemem dla Kijowa jest stanowisko Budapesztu. Węgry ostrzegały już, że nie poprą przyspieszenia ukraińskiej akcesji. W praktyce oznacza to, że Ukraina potrzebuje nie tylko deklaracji poparcia od najbliższych sojuszników, ale też przełamania oporu tych państw, które z różnych powodów mogą blokować dalsze decyzje w Unii Europejskiej.


Mimo tych napięć Zełenski zadeklarował w środę, że liczy na jednomyślność państw członkowskich. Podkreślił również, że Ukraina ma nadzieję na szybkie otwarcie pięciu pozostałych klastrów negocjacyjnych. Z jego wypowiedzi wynikało, że Kijów uważa, iż wykonał już wymagane kroki i oczekuje, że decyzje w Brukseli będą podejmowane na podstawie spełnionych warunków, a nie bieżących sporów politycznych. Liczymy na jednomyślność państw członkowskich. Unia powinna się kierować zasadami, a nie emocjami. Ukraina spełniła wszystkie warunki pozwalające na otwarcie klastrów, mamy nadzieję, że premier Węgier i polski rząd poprą naszą akcesję – powiedział Wołodymyr Zełenski w Dublinie.


Ukraiński prezydent przekonywał też, że szybkie członkostwo Ukrainy w Unii Europejskiej leży w interesie wszystkich państw. W jego ocenie akcesja nie powinna być traktowana wyłącznie jako ukraińska ambicja polityczna, ale jako element szerszego bezpieczeństwa kontynentu. To argument, który Kijów konsekwentnie podnosi od początku rosyjskiej agresji.Do sprawy odniósł się również premier Irlandii Micheal Martin. Irlandia w środę przejęła półroczne przewodnictwo w Radzie UE, dlatego jego głos wybrzmiał w ważnym momencie dla dalszych rozmów o rozszerzeniu wspólnoty. Martin przyznał, że dwustronne spory już wcześniej utrudniały procesy akcesyjne innych państw.


– Wystarczy spojrzeć na Bałkany – powiedział premier Irlandii Micheal Martin w Dublinie.


Szef irlandzkiego rządu zaznaczył, że Unia Europejska będzie musiała szukać kompromisu. Podkreślił przy tym, że poszczególne państwa członkowskie mogą mieć odmienne spojrzenie na te same kwestie i ich wrażliwość powinna zostać uwzględniona. Zwrócił także uwagę na sytuację polityczną na Węgrzech po wyborach i przejęciu władzy przez Petera Magyara.


– Czuć nowy powiew – ocenił premier Irlandii Micheal Martin w Dublinie.


Wypowiedzi z Dublina pokazują, że spór między Polską a Ukrainą nie zniknął, ale Kijów próbuje przesunąć rozmowę z poziomu ostrej wymiany zdań na poziom dyplomatycznego dialogu. Zełenski daje do zrozumienia, że Ukraina jest gotowa odpowiadać na pytania, ale jednocześnie oczekuje, że jej droga do Unii Europejskiej nie zostanie zatrzymana przez emocje wokół historii.









Nowe doniesienia ws. Szpitala Południowego. Pojawiły się informacje o nielegalnym handlu zwłokami

 

Afera wokół Szpitala Południowego w Warszawie ma kolejny, bardzo poważny wątek. Według ustaleń Onetu w placówce miało dochodzić do nielegalnego handlu ludzkimi zwłokami. Rodziny zmarłych pacjentów i osoby z branży pogrzebowej opowiadają o praktykach, które miały trwać latami.Sprawa Szpitala Południowego od wielu dni budzi ogromne emocje i zatacza coraz szersze kręgi. Wcześniej opinię publiczną poruszyły doniesienia dotyczące funkcjonowania szpitalnego oddziału ratunkowego, decyzji kadrowych oraz relacji byłych pracowników placówki. Jako pierwszy o nieprawidłowościach informował portal zero.pl, który opisywał m.in. historię lekarza Dawida Kacprzyka. Miał on objąć funkcję koordynatora SOR-u w młodym wieku, mimo że – według tych ustaleń – nie posiadał wymaganych kwalifikacji.


To jednak nie był jedyny wątek, który wywołał falę pytań. W kolejnych publikacjach pojawiły się informacje o tzw. szybkiej ścieżce VIP na szpitalnym oddziale ratunkowym. Według doniesień medialnych mieli z niej korzystać politycy Koalicji Obywatelskiej. Sprawa odbiła się szerokim echem, bo dotyczyła publicznej placówki medycznej i możliwego uprzywilejowania wybranych osób w dostępie do świadczeń.


Dodatkowe kontrowersje przyniósł także wywiad z dr. Emilem Jędrzejewskim, byłym ordynatorem chirurgii w Szpitalu Południowym. Lekarz mówił w nim o poważnych zaniedbaniach, które – według jego relacji – miały mieć dramatyczne konsekwencje dla pacjentów. W przestrzeni publicznej zaczęły więc pojawiać się kolejne pytania nie tylko o organizację pracy w szpitalu, lecz także o nadzór nad placówką i odpowiedzialność osób decyzyjnych.Teraz do tej listy doszedł następny, wyjątkowo bulwersujący temat. Jak podaje Onet, dziennikarze portalu przyjrzeli się funkcjonowaniu prosektorium w Szpitalu Południowym. Z ich ustaleń wynika, że w ostatnich latach miało tam dochodzić do nielegalnego handlu ludzkimi zwłokami. Portal rozmawiał z rodzinami zmarłych pacjentów, pracownikami prosektoriów oraz przedstawicielami zakładów pogrzebowych.


Według Onetu prosektorium w placówce było kierowane przez Artura Habowskiego. To właśnie on, zgodnie z relacjami zebranymi przez dziennikarzy, miał pobierać opłaty za usługi, które nie powinny być wykonywane w szpitalu. Wśród opisywanych praktyk pojawia się m.in. opłata w wysokości 100 zł za wydanie ciała. Dla rodzin, które dopiero co straciły bliską osobę, taka sytuacja miała być nie tylko obciążeniem finansowym, ale przede wszystkim dodatkowym upokorzeniem w momencie żałoby.Z relacji przytaczanych przez Onet wynika, że osoby, które nie chciały korzystać z proponowanych usług albo odmawiały zapłaty, mogły mieć problemy z odbiorem ciała bliskiego. Według świadków miało dochodzić do sytuacji, w których formalności przeciągały się lub stawały się bardziej uciążliwe. W materiale portalu pojawia się również wyjątkowo drastyczny opis dotyczący potraktowania ciała jednej ze zmarłych osób – według relacji miał zostać oddany na nie mocz.Rodziny zmarłych mówią o awanturach. “Handel trwa od lat”

W publikacji Onetu znalazły się relacje osób, które zetknęły się z działaniem prosektorium po śmierci swoich bliskich. Jedna z rozmówczyń portalu, córka pacjenta zmarłego w Szpitalu Południowym, opisała moment, w którym nie wytrzymała i zaprotestowała przeciwko temu, co miało dziać się na miejscu. – Nie wytrzymałam i zaczęłam głośno mówić, co tu się wyprawia. Zrobiła się awantura. Zaczął straszyć nas ochroną. Nie mogę pojąć, że tak traktował ludzi w żałobie – mówiła portalowi Onet córka pacjenta, który zmarł w Szpitalu Południowym.


Jej słowa pokazują, że sprawa nie dotyczy wyłącznie procedur czy rozliczeń, ale też sposobu traktowania rodzin w jednym z najtrudniejszych momentów życia. Z opisywanych relacji wynika, że bliscy zmarłych mogli czuć się bezradni wobec osób odpowiedzialnych za wydanie ciała. W takiej sytuacji każda dodatkowa przeszkoda, opłata czy groźba wezwania ochrony stawała się dla nich kolejnym ciosem.Onet przytacza również wypowiedź profesora medycyny, który w rozmowie z portalem wskazywał, że problem nie miał charakteru incydentalnego. 


– Handel trwa od lat – relacjonował profesor medycyny w rozmowie z Onetem. 


To szczególnie mocne stwierdzenie, bo sugeruje, że opisywany proceder mógł funkcjonować przez dłuższy czas, a nie być jednorazowym nadużyciem.


Cała sprawa dokłada kolejny ciężki zarzut do afery wokół Szpitala Południowego. Po wcześniejszych doniesieniach dotyczących SOR-u, szybkiej ścieżki dla wybranych osób i relacji byłego ordynatora, teraz pojawia się temat prosektorium oraz traktowania ciał zmarłych pacjentów. Ustalenia Onetu mogą więc jeszcze mocniej zwiększyć presję na wyjaśnienie tego, co działo się w warszawskiej placówce w ostatnich latach.




Kolejna fala upałów wróci ze zdwojoną siłą. Termometry mają wskazać nawet 43 st. w Polsce

 Po rekordowej fali upałów nad Polskę nadeszło wyraźne ochłodzenie, ale prognozy długoterminowe sugerują, że nie utrzyma się ono długo. Synoptyczne modele wskazują na możliwość ponownego napływu bardzo gorącego powietrza do Europy. Jeśli obecne wyliczenia się potwierdzą, temperatura może przekroczyć 45 st. C.

Po kilku dniach skrajnych upałów pogoda w Polsce wyraźnie się uspokoiła. Przed nami okres chłodniejszej aury z opadami i temperaturami bliższymi normie, jednak najnowsze prognozy wskazują, że kolejna fala upałów może pojawić się już w drugiej dekadzie lipca. Choć długoterminowe prognozy mogą jeszcze ulec zmianie, modele meteorologiczne coraz częściej sygnalizują powrót ekstremalnie gorącego powietrza nad znaczną część Europy.Najbliższe dni upłyną pod znakiem znacznie niższych temperatur. W większości kraju termometry pokażą od 20 do 23 st. C, a tam, gdzie pojawią się opady deszczu, maksymalna temperatura może wynieść jedynie 15–17 st. C.Jeszcze chłodniej zrobi się na początku przyszłego tygodnia. Wraz z przejściem układu niżowego do Polski napłynie chłodne powietrze polarno-morskie. W wielu regionach w dzień temperatura nie przekroczy 12–15 st. C, a nocami miejscami spadnie do około 7 st. C. Towarzyszyć temu będą opady deszczu oraz okresowo silniejszy wiatr.Prognozy na przełom pierwszej i drugiej dekady lipca sugerują kolejną zmianę w pogodzie. Nad znaczną częścią Europy może ponownie rozbudować się rozległy wyż, który otworzy drogę dla bardzo gorącego powietrza z południa.

Fala skwaru atakuje Polskę. Kiedy upał odpuści? IMGW wskazuje konkretną datę

Obecne wyliczenia modeli numerycznych wskazują, że w Polsce temperatura może ponownie przekroczyć 40 st. C. W niektórych scenariuszach pojawiają się wartości rzędu 42–43 st. C, jednak są to prognozy długoterminowe, które wymagają jeszcze potwierdzenia w kolejnych aktualizacjach.

Fala ekstremalnych upałów. W zachodniej Europie możliwe nawet 45 st.

Jeszcze wyższych temperatur meteorolodzy spodziewają się na zachodzie i południu Europy. Według części modeli w tych regionach termometry mogą lokalnie wskazać ponad 45 st. C.

Tak wysokie wartości oznaczałyby kolejną falę ekstremalnych upałów, która mogłaby objąć wiele państw kontynentu. Jednocześnie eksperci podkreślają, że wraz z napływem gorącego powietrza często rośnie ryzyko gwałtownych burz oraz intensywnych opadów.

Lato może przynosić skrajne zmiany pogody

Obecne prognozy wskazują, że tegoroczne lato może przebiegać pod znakiem dużych kontrastów. Okresy bardzo wysokich temperatur mają przeplatać się z wyraźnymi ochłodzeniami oraz dynamiczną pogodą.

Upały odpuszczą błyskawicznie. Prognozy wskazują duży spadek temperatur, ale nie na długo

To oznacza, że w kolejnych tygodniach mieszkańcy Polski mogą doświadczać zarówno fal upałów, jak i epizodów chłodniejszej, deszczowej aury. Synoptycy podkreślają, że szczegóły dotyczące ewentualnego powrotu ekstremalnych temperatur będą znane wraz z kolejnymi aktualizacjami modeli pogodowych.

Źródło: twojapogoda.pl