FOCH
2026/08/18
Rodzice przejechali 100 km z martwym synem na tylnym siedzeniu. Myśleli, że śpi
Trudno uwierzyć! Światowe media donoszą, że rodzina z Rumunii podróżowała włoską autostradą A21. Przejechali około 100 kilometrów, zanim zorientowali się, że jedno z ich dzieci nie żyje. Przez cały ten czas rodzice myśleli, że syn śpi. Szok!
Przewieźli syna 100 kilometrów, zanim zrozumieli, że nie żyje
Jak to w ogóle jest możliwe? Dziennik "Corriere della Sera" opisuje niewiarygodną historię rumuńskiej rodziny, która pokonywała trasę przez włoską autostradę A21. Rodzice, siedzący z przodu, wieźli na tylnym siedzeniu dorosłego, 31-letniego syna. Przez około 100 kilometrów byli pewni, że mężczyzna śpi. Gdy jednak kolejne próby nawiązania z nim kontaktu nic nie dawały, zatrzymali się na jednej ze stacji benzynowych w Pavese, między Casteggio a Vogherą. Wtedy zorientowali się, że ich syn nie ma wyczuwalnego pulsu. Natychmiast wezwali pomoc.
Rartownicy medyczni mogli tylko potwierdzić zgon
Niestety, było już za późno. Ratownicy medyczni, którzy przybyli na miejsce, mogli jedynie potwierdzić zgon. "Rodzice zeznali później, że ostatni raz rozmawiał z nimi jakieś 100 kilometrów wcześniej, ale byli spokojni, bo stwierdzili, że pewnie się zdrzemnął" - czytamy. Jednocześnie powiedzieli lekarzom, że miał niewielkie problemy z sercem. Najpewniej doznał zawału serca. Na razie jednak nie wiadomo, czy coś zwiastowało taki dramat.
17-latka rozpisała w zeszycie plan zamordowania babci. Przytuliła się, a potem wyjęła nóż
Trzy lata i cztery miesiące pozbawienia wolności - taki wyrok usłyszała Antonina G. za usiłowanie zabójstwa swojej babci. Orzeczenie, które zapadło w maju przed Sądem Okręgowym w Kaliszu, uprawomocniło się po tym, jak żadna ze stron nie zdecydowała się na złożenie apelacji. W trakcie odbywania kary młoda kobieta zostanie objęta obowiązkową terapią.
To wydarzenie zbulwersowało opinię publiczną w całym kraju. W grudniu 2023 roku, zaledwie 17-letnia wówczas Antonina G. podjęła przerażającą próbę zamordowania swojej babci. Walka o życie seniorki trwała blisko dwie godziny. Po wszystkim to sama napastniczka skontaktowała się z policją, zgłaszając incydent. Śledztwo ujawniło mrożące krew w żyłach detale - nastolatka precyzyjnie rozrysowała w zeszycie plan morderstwa, uwzględniając mechanizmy duszenia i ataku nożem. Będąc w domu ofiary, krok po kroku realizowała swój makabryczny scenariusz.
W toku postępowania dziewczyna nie ukrywała swojej winy i złożyła obszerne wyjaśnienia. Początkowe ekspertyzy biegłych powołanych przez prokuraturę wskazywały, że podejrzana była w pełni poczytalna w momencie popełniania przestępstwa.Na miejscu zabezpieczono plecak, a w nim list, w którym nastolatka napisała, jak zamierza zabić babcię i co chce zrobić potem. Co kluczowe, w plecaku 19-letniej dziś oskarżonej, znaleziono także zeszyt z notatkami dotyczącymi ustaleń, jakie czyniła w zakresie mechanizmu pozbawienia kogoś życia przy użyciu noża czy duszenia. Wraz z wklejonymi schematami górnych dróg oddechowych u człowieka - informował w momencie kierowania do sądu aktu oskarżenia Maciej Meler, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Ostrowie Wielkopolskim. - Oskarżona zeznała także, że w nocy miała sen, w którym zabiła babcię i czuła się z tym dobrze - dodał rzecznik.
Proces sądowy ujawnił nowe fakty. Ograniczona poczytalność oskarżonej
Dokumenty oskarżycielskie trafiły do sądu na początku 2025 roku, a proces rozpoczął się w lipcu. Z uwagi na dobro rodziny, rozprawy toczyły się z wyłączeniem jawności. W trakcie przewodu sądowego powołano nowego eksperta, który orzekł, że w czasie ataku Antonina G. miała znacznie ograniczoną zdolność do pokierowania swoim postępowaniem. Ta opinia skłoniła sędziego do zastosowania instytucji nadzwyczajnego złagodzenia kary dla oskarżonej.
Oskarżonej nieprawomocnie wymierzona została - przy przyjęciu, że jej zdolność do pokierowania swoim postępowaniem była ograniczona w stopniu znacznym i przy zastosowaniu nadzwyczajnego złagodzenia kary - kara 3 lat i 4 miesięcy pozbawienia wolności, przy czym orzeczono, iż kara ma być wykonywana w systemie terapeutycznym. Orzeczono także wobec oskarżonej środek zabezpieczający w postaci terapii - informował w maju 2026 roku Sąd Okręgowy w Kaliszu.
Brak apelacji i data wyjścia na wolność
Decyzja sądu, ogłoszona 13 maja, zyskała status prawomocnej, ponieważ ani obrońca, ani oskarżyciel nie zaskarżyli wyroku. Od momentu aresztowania w grudniu 2023 roku, młoda kobieta przebywa w izolacji. Oznacza to, że za niespełna trzy lata, wiosną 2027 roku, Antonina G. opuści mury zakładu karnego i odzyska wolność.
Wypadek autokaru na Węgrzech. Węgierski sąd zdecydował w sprawie polskiego kierowcy. Organizator zabrał głos
Sąd w Miszkolcu na Węgrzech zdecydował o aresztowaniu polskiego kierowcy autokaru, który w niedzielę w nocy wpadł do rowu na autostradzie M3. W wypadku zginęło 12 Polaków. Drugi z kierowców autokaru opisał w rozmowie z TVN24 pierwsze chwile po wypadku. Posiedzenie aresztowe polskiego kierowcy w sądzie w Miszkolcu rozpoczęło się we wtorek po godzinie 13. Reporter TVN24 Mateusz Półchłopek, który jest na miejscu - tuż przed wejściem kierowcy na salę - zapytał go, czy pamięta wypadek. Nie otrzymał jednak odpowiedzi.
- Jak usłyszałem od szefa tutejszej prokuratury, polski kierowca został przesłuchany przez policję w charakterze podejrzanego o nieumyślne spowodowanie wypadku drogowego skutkującego katastrofą w ruchu lądowym - przekazał Półchłopek. Dowiedział się również, że mężczyzna nie złożył zeznań, a śledztwo jest na początkowym etapie.
Sąd podjął decyzję o aresztowaniu kierowcy na 30 dni. Potwierdził to dziennikarzowi obrońca mężczyzny.
Drugi z kierowców autokaru: wtedy zorientowałem się, że jest tragedia
Drugi z kierowców autokaru został już w niedzielę przesłuchany przez policję i zwolniony. W momencie zdarzenia spał w specjalnej kabinie. - Kiedy autobus zaczyna się przechylać i uderza, w tej kabinie zaczynają się dziać ze mną rzeczy jak w pralce, zorientowałem się, że jest tragedia, jest wypadek - powiedział w TVN24 Grzegorz Wojtoń, który był również organizatorem wyjazdu do Bośni i Hercegowiny.Jak mówił, do Medjugorje, skąd wracali podróżni, jeździ od 30 lat. - Kierowcy śpią w dobrych warunkach. Tam raczej hotele bierzemy klimatyzowane, wyżywienie. Wszystko jest naprawdę na wysokim poziomie - zapewniał.Do wypadku doszło w niedzielę około godziny 1 na węgierskiej autostradzie M3, w rejonie miejscowości Mezokeresztes we wschodniej części kraju. Autokarem podróżowało 59 obywateli Polski - 57 pasażerów oraz dwóch kierowców wracających z pielgrzymki w Bośni i Hercegowinie.12 osób zginęło, 10 trafiło w bardzo ciężkim stanie do szpitali na Węgrzech. Wszystkie ofiary śmiertelne to mieszkańcy województwa podkarpackiego. Pozostałych 37 pasażerów odniosło lekkie obrażenia. Większość podróżnych pochodziła z Podkarpacia, dwie osoby z województwa małopolskiego.
W poniedziałek wieczorem na lotnisku w Jasionce wylądował samolot z pierwszą grupą Polaków poszkodowanych w wypadku autokaru na Węgrzech. Do kraju wróciło 21 poszkodowanych. Pięć osób trafiło do szpitali w celu hospitalizacji, a 16 wróciło do domów.
