2026/06/17

14-latek zabił macochę! Rozszarpał jej szyję nożem, dobijał młotkiem. Na widok 2-letniej siostry osłupiał

 14-letni Łukasz rzucił się na macochę z nożem oraz młotkiem. Zaatakował znienacka, ranił i uderzał bez opamiętania. W obronie kobiety stanął przyrodni brat chłopaka, ale nie udało mu się uratować mamy. 18-latek także został poważnie ranny, był o krok od śmierci. Ofiarę w kałuży krwi odnalazł jej mąż, ojciec sprawcy, który – jak sam mówi – zapamięta ten widok do końca życia. Szczegóły tej sprawy są wstrząsające.

Mieszkańcy Chełma już zawsze będą pamiętać o krwawych wydarzeniach, które rozegrały się w ich mieście 25 stycznia 2020 roku. To wtedy 14-letni Łukasz zabił swoją macochę, panią Ewelinę, i poważnie ranił starszego, przyrodniego brata Szymona, który stanął w obronie mamy. Sprawca przygotowywał się do morderstwa, nóż i młotek schował mniej więcej dwa miesiące wcześniej. W programie „Uwaga! TVN” pan Robert, ojciec 14-latka, relacjonował, że jego żona feralnego dnia szła do pokoju ich córeczki. Łukasz przechodził obok niej z uśmiechem, kiedy nagle wbił jej nóż w szyję. Była w szoku, nie miała jak się bronić. Upadła, potem próbowała się schować. Oprawca jednak schwytał i dobił kobietę. - Najgorszy był widok, jak zobaczyłem martwą żonę. Kałuża krwi – opisywał mężczyzna w TVN-ie. Sekcja zwłok wykazała, że bezpośrednią przyczyną zgonu ofiary były ciosy zadane nożem w klatkę piersiową. W obronie kobiety stanął jej 18-letni syn, ale nie miał szans z przyrodnim bratem, bo ten był uzbrojony. Młodociany morderca jego również mocno poturbował, a chłopak był o krok od śmierci. Udało mu się jednak przeżyć, dzięki szybkiej reakcji jednego z sąsiadów. 18-latek natychmiast trafił do szpitala, a zespół medyczny go uratował.

14-latek uciekł z domu, oszczędził tylko 2-letnią siostrę. Policję wezwali pracownicy domu kultury

Poszkodowany będzie miał traumę prawdopodobnie do końca życia. Do placówki medycznej trafił z ranami na rękach, szyi, barku. Miał też liczne rany tłuczone i cięte głowy. Lekarze określali jego stan fizyczny i psychiczny jako bardzo ciężki, a kontakt z nim był utrudniony.

W międzyczasie 14-letni Łukasz uciekł z domu. Oszczędził jedynie 2-letnią dziewczynkę, której nie zrobił krzywdy. Skierował swoje kroki do Chełmskiego Domu Kultury, musiał pokonać ponad jeden kilometr pieszo. Był cały zakrwawiony, w jednej ręce trzymał nóż, a w drugiej młotek. Przez całą trasę nie porzucił narzędzi zbrodni. Wszedł do budynku, jak gdyby nigdy nic, kiedy na scenie trwał spektakl. Pracownicy, którzy rozmawiali z reporterami TVN-u, byli przerażeni. Opisywali, że 14-latek przemieścił się w stronę kasy, a potem odwrócił się i wyszedł, jakby się rozmyślił. W holu i na drzwiach wejściowych zostawił ślady krwi.Pracownicy placówki zawiadomili policję, dwóch z nich poszło śledzić Łukasza. Na bieżąco przez telefon informowali funkcjonariuszy, w którą stronę idzie. Kilkanaście minut później patrol zatrzymał podejrzanego. Był spokojny, nie stawiał oporu, nie próbował nawet uciekać. Posłusznie wykonywał wszystkie polecenia mundurowych.Dziennikarze „Super Expressu” dotarli do wiadomości, które Łukasz miał publikować w mediach społecznościowych dzień przed dokonaniem morderstwa macochy. Pisał, że pora zabijać, że zabicie jest jego celem. Jak już wiemy, nie były to tylko puste słowa. Swoje koszmarne zapowiedzi chłopak naprawdę zrealizował. 14-latek pochodził z dobrej rodziny, tak przynajmniej mówili sąsiedzi i jego otoczenie. Tata chłopca jest policjantem. Mężczyzna rozstał się z biologiczną matką Łukasza wiele lat temu. Pani Ewelina była jego drugą żoną. Miała dwójkę swoich nastoletnich dzieci, a dwa lata przed tragedią urodziła córeczkę, która była owocem związku z panem Robertem. „Super Express” podawał, że małżeństwo do Chełma sprowadziło się z podchełmskiego miasteczka w połowie 2019 roku. Kupili duży, piętrowy dom na przedmieściach, oboje wychowywali dzieci z poprzednich związków.

W toku śledztwa wyszło na jaw, że Łukasz, mimo bardzo młodego wieku, nie po raz pierwszy miał zatargi z prawem. Kilka miesięcy przed zabójstwem groził w sieci, że wysadzi szkołę. Później pojawiły się doniesienia, że miał ukraść jakieś pieniądze, zamierzał kupić broń i – tu cytat - „zrobić masakrę”. Nauczyciele uczestniczyli w spotkaniu z ojcem 14-latka, poproszono też o pomoc psychologów. Nastolatek tłumaczył, że tylko żartował, lecz finalnie sprawa trafiła do sądu rodzinnego, ponieważ szkoła zawiadomiła policję. Magdalena Flis z Sądu Rejonowego w Chełmie w rozmowie z TVN-em potwierdziła, że były prowadzone różne czynności w tej sprawie, wyznaczono nawet termin rozprawy. Więcej informacji nie mogła zdradzić.

Łukasz był osobą spokojną, cichą. Co pchnęło go w ramiona zbrodni? Inspirował się przestępcami

Ale nastolatek nie zawsze taki był. Przedstawiciele szkoły podstawowej, do której uczęszczał, powiedzieli w rozmowie z „Super Expressem”, że Łukasz postrzegany był jako osoba cicha, spokojna, wycofana. Jego zachowanie nie budziło większych zastrzeżeń. Przynajmniej jeśli chodzi o świat realny. W internecie zabójca zmieniał się bowiem nie do poznania. Mieli go na przykład fascynować sprawcy masakry ze szkoły w Stanach Zjednoczonych, którzy zamordowali 12 kolegów i ranili 24 pozostałych uczniów, strzelając do nich z broni. W sieci Łukasz przybrał pseudonim jednego z oprawców. Śledził też sprawę Zuzanny M., która uczestniczyła w głośnym na całą Polskę morderstwie małżeństwa w Rakowiskach. Mówił o niej Zuzia, jak o swojej koleżance, a w mediach społecznościowych publikował posty związane z tą sprawą. Próbował też wielokrotnie kontaktować się z zabójczynią, bezskutecznie. Innej znajomej chwalił się, że wyrządzanie krzywdy sprawia mu przyjemność – miał pisać tak do niej przez komunikator internetowy.Czy gdyby w tamtym okresie zareagowano ostrzej, tragedii dałoby się uniknąć? Czy nikt nie zauważył niepokojących sygnałów? Ojciec 14-latka mówił w mediach, że zdał sobie sprawę z dziwnych zachowań syna w okresie przed feriami. Łukasz miał jednak dobrze się maskować. Zapewniał, że nikomu nic nie zrobi, że to tylko taka gra, żarty. Jego tata nigdy nie sądził, że syn może zrobić komuś krzywdę, a tym bardziej zaatakować członków rodziny. Reporterka „Uwagi! TVN-u” rozmawiała z dziewczyną, której 14-latek się zwierzał. Ta stwierdziła, że Łukasz chciał kupić broń i długo planował zbrodnię, lecz nie sądziła, że mówi na poważnie.

Młodociany przestępca żalił się, że jest zaniedbywany w domu, że poświęcają mu za mało czasu. Nie potrafił też nawiązać kontaktu z rówieśnikami. Z rodzeństwem się jednak dogadywał, poza przyrodnim bratem, którego ranił nożem podczas dokonywania zbrodni. - Syn miał problemy z adaptacją, bo wielokrotnie zmienialiśmy miejsce zamieszkania i ciężko mu było w nowych szkołach. Był pod opieką psychologa. W październiku zeszłego roku zaczęły się także wizyty u psychiatry – mówił w 2020 roku ojciec sprawcy w rozmowie z TVN-em.

Nie trafił do więzienia, ale długo nie pożył. Smutny finał tragicznej historii

14-letni Łukasz nigdy nie trafił do więzienia. W chwili zbrodni był bowiem za młody. Gdyby miał skończone 15 lat, mógłby odpowiadać za to, co zrobił, jak osoba dorosła, w normalnym procesie karnym. Tak się jednak nie stało. Najwyższy wymiar kary, jaką mógł nałożyć na niego sąd rodzinny, to pobyt w poprawczaku. Wyrok zapadł niedługo po morderstwie. Ustalono, że nieletni dopuścił się zarzucanych mu czynów i zdecydowano, że zostanie wobec niego zastosowany środek leczniczy w postaci umieszczenia go w szpitalu psychiatrycznym dla młodzieży.Łukasz miał przebywać tam do 21. roku życia, ale karę skrócono i wyszedł po nieco ponad trzech latach, w 2023 roku. Dlaczego? „Super Express” ustalił, że chłopak opuścił ośrodek w Garwolinie, ponieważ sąd rodzinny musiał umorzyć postępowanie wykonawcze w sprawie i zwolnić nieletniego. Tłumaczono, że decyzja była konieczna w świetle prawa, które mówi, że wykonywanie środków wychowawczych ustaje z chwilą ukończenia przez nieletniego 18 lat. Ustawa o wspieraniu i resocjalizacji nieletnich związała wymiarowi sprawiedliwości ręce.

Dziennikarzom „Super Expressu” udało się też porozmawiać z samym chłopakiem. Zapewnił, że nikomu krzywdy nie chce już wyrządzać. - Odsiedziałem, co miałem i chcę żyć na wolności. Zrobiłem, co zrobiłem, odebrałem człowiekowi życie, czego teraz żałuję – wyznał. Łukasz potwierdził, że zbrodnię zaplanował i że zrobił to przez złe relacje w domu oraz fascynacje mordercami, chęć zobaczenia, jak to jest zabić, i przez narastający gniew. W rozmowie z naszym reporterem opisywał ze szczegółami, jak dokonał morderstwa, mówiąc, co krok po kroku robił. Przyznał, że bardzo dobrze pamięta to, co się wtedy wydarzyło.Łukasz twierdził wówczas, że chce ułożyć sobie życie na nowo, czego nie można było powiedzieć o jego ofierze, którą brutalnie tego życia pozbawił. „Super Express” ustalił, że na wolności zamieszkał ze swoją biologiczną matką i uczył się zaocznie. Poczynania młodego mężczyzny, zarówno w sieci, jak i w życiu codziennym, miały być pod stałą obserwacją policji. Aż przyszedł 2026 rok i media niespodziewanie obiegła informacja, że młodociany sprawca zbrodni nie żyje.

Zmarł już jakiś czas temu, konkretnie w lipcu 2025 roku, co potwierdzili funkcjonariusze z Chełma w rozmowach z reporterami. Dziennik „Fakt” podał nieoficjalnie, że przyczyną było przedawkowanie narkotyków, lecz służby tego nie komentują.


Wiktorek miał tylko miesiąc, ojciec skatował go na śmierć. Liczne złamania, obrażenia głowy. Nie do wiary

 Mały Wiktorek przeżył tylko miesiąc, ponieważ niedługo po narodzinach został skatowany przez Mariusza Sz., swojego 30-letniego ojca. Chłopiec miał na ciele liczne obrażenia, złamania i obrażenia głowy. Przeżył prawdziwe piekło! W trakcie procesu szybko wyszło na jaw, że maluch nie był jedyną osobą, na której mężczyzna się wyżywał, a matka noworodka również miała udział w koszmarze swoich dzieci.

To była środa, 22 lipca 2020 roku, dzielnica Bielszowice w Rudzie Śląskiej. 29-letnia Aleksandra Sz. wychodziła akurat z mieszkania, by razem ze swoją 14-miesięczną córeczką wybrać się do sklepu. Nieco ponad roczna dziewczynka nie była jedynym dzieckiem kobiety i jej 30-letniego partnera, Mariusza Sz. W domu z ojcem został bowiem mały Wiktorek, który urodził się zaledwie miesiąc wcześniej. To wtedy, za zamkniętymi drzwiami, rozegrał się dramat dziecka. Ale początkowo wydawało się, że doszło do jakiegoś nieszczęśliwego wypadku.Zaczęło się od tego, że Mariusz zadzwonił do Aleksandry. Roztrzęsionym głosem przez telefon powiedział jej, że syn nie oddycha. Kobieta od razu postanowiła wrócić do domu, po drodze wybrała również numer alarmowy i wezwała na miejsce pogotowie. To, co zastali na miejscu ratownicy, było dla nich szokujące. Okazało się, że rzekoma troska rodziców o syna była prawdopodobnie grą pozorów, ukartowaną przez małżeństwo. Niemowlę miało bowiem na ciele liczne ślady, świadczące o tym, że stosowano wobec niego przemoc.Na miejsce wezwano Śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, bo konieczne było szybkie przetransportowanie Wiktorka do szpitala. Już w trakcie transportu do placówki medycznej niemowlę było reanimowane. Na pierwszy rzut oka było widać obrażenia głowy. Okazało się później, że niemowlę miało także złamania. Lekarzom udało się przywrócić krążenie i wydawało się, że chłopca uda się uratować. Ale jego stan ciągle był krytyczny. Niestety, po kilku godzinach miesięczny Wiktorek zmarł.

W rozmowie z dziennikarzami eksperci z Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach mówili, że dziecko trafiło do ratowników w bardzo ciężkim stanie, z zatrzymaniem akcji serca. Krążenie udało mu się przywrócić po około 40 minutach resuscytacji, a maluch trafił na Oddział Intensywnej Terapii szpitala. Wykonano niezbędną diagnostykę, która wykazała, że Wiktorek był maltretowany.Podejrzenia niemal od razu padły na rodziców chłopca. Wstępne wyniki sekcji zwłok wykazały, że przyczyną śmierci chłopca był doznany rozległy uraz czaszkowo-mózgowy, który był wynikiem działania osoby trzeciej. Szczegółowy opis tego, co miał przeżywać chłopiec, był wstrząsający.

Aleksandra Sz. i Mariusz Sz. z poważnymi zarzutami. Mężczyzna doprowadził do najpoważniejszych obrażeń

Dosyć szybko śledczy doprowadzili do postawienia rodzicom chłopca zarzutów. Matka, Aleksandra Sz., usłyszała dwa zarzuty: pierwszy dotyczył znęcania się ze szczególnym okrucieństwem nad małoletnim dzieckiem. Drugi zarzut dotyczył z kolei uczestniczenia w zabójstwie chłopca.Ojciec Wiktorka, Mariusz Sz., również usłyszał dwa zarzuty, choć znacznie poważniejsze. Pierwszy był zarzutem łącznym i dotyczył znęcania się ze szczególnym okrucieństwem nad dzieckiem oraz spowodowania u niego urazu czaszkowo-mózgowego, którego skutkiem była śmierć Wiktorka. Drugi zarzut to spowodowanie obrażeń ciała u 14-miesięcznej siostry chłopca. W toku śledztwa okazało się bowiem, że miesięczne niemowlę nie było jedyną osobą, na której oskarżony się wyżywał. Miał stosować agresję również wobec drugiego dziecka.Wyszło na jaw, że drugi zarzut powstał w wyniku sprawy sprzed roku od tragicznych wydarzeń. Już wtedy śledczy musieli mieć rodzinę na oku. Chodziło o siostrę chłopca, Wiktorię. Mariusz Sz. miał doprowadzić do złamania trzech żeber u dziewczynki, co naruszyło czynności narządów ciała na okres powyżej siedmiu dni, co jest istotne w kontekście wymierzenia kary dla sprawcy.Skoro sprawa o przemoc w rodzinie wypłynęła już rok temu, to czy można było zrobić coś więcej, by ochronić dzieci przed tym okrutnym losem? Czy gdyby służby zadziałały szybciej i na przykład zabrały maleństwa z tego domu, dziś Wiktorek mógłby żyć? To pytania, które po tragedii w Rudzie Śląskiej zadawało wiele osób.Rodzice Wiktorka wkrótce stanęli przed sądem, ale zanim to się stało, w sieci pojawiło się nagranie z doprowadzenia Mariusza Sz. do aresztu, a z okrzyków współwięźniów można było wywnioskować jedno: mężczyzna na pewno nie miał tam łatwo. Zresztą to znany i powszechny fakt, że osoby znęcające się nad dziećmi są w zakładach karnych bardzo źle traktowani przez innych osadzonych. To rodzaj przestępstwa, którego nawet tam się nie akceptuje.Ani Mariusz Sz., ani Aleksandra Sz., nie przyznali się do stawianych im zarzutów, ale złożyli obszerne wyjaśnienia. Początkowo śledczy nie chcieli zdradzać, co konkretnie powiedzieli rodzice Wiktorka na temat jego obrażeń i tego, co się stało. Szczegółów nie mogliśmy poznać także podczas procesu, mimo że byli na nim obecni dziennikarze „Super Expressu”. Nie mogli bowiem wejść na salę, ponieważ sąd zdecydował o wyłączeniu jawności sprawy z uwagi na dobro rodziny.

Proces ruszył w poniedziałek, 15 marca 2021 roku, przed sądem w Gliwicach i trwał wiele miesięcy. Wiktorek urodził się 18 czerwca 2020 roku. Udało się ustalić, że to był zdrowy chłopiec, nic mu nie dolegało. 23 czerwca został przywieziony do mieszkania w Rudzie Śląskiej. Tam zaczął się jego koszmar.Z ustaleń prokuratury wynika, że ojciec dziecka znęcał się nad noworodkiem: gdy dziecko płakało, głośno krzyczał na niego, szarpał jego kończynami, wielokrotnie, działając z dużą siłą rzucał nim z wysokości do łóżeczka i na łóżko, mocno ściskał jego klatkę piersiową, gwałtownie nim potrząsał, z dużą siłą przyciskał nóżki noworodka do klatki piersiowej, powodując swoim działaniem poważne obrażenia. Śledczy ustalili też, że Aleksandra Sz., matka chłopca, nie reagowała na zachowanie męża. Nie wzywała pomocy, choć widziała, że dziecko jej potrzebuje. Miała też stały kontakt z kuratorem, pracownikami opieki społecznej, innymi członkami rodziny – nikogo jednak nie poinformowała o tym, jak zachowuje się wobec dzieci Mariusz Sz. Można by jednak zadać pytanie: skoro tyle osób i instytucji miało na oku rodzinę, to dlaczego nikt z ich przedstawicieli czy pracowników nie zauważył niepokojących sygnałów? Tym bardziej, że w przeszłości stosowano tam agresję wobec dziecka. Być może nikt nie spodziewał się, że przemoc wobec Wiktorka nastąpi tak szybko, że chłopiec przeżyje zaledwie miesiąc. Niestety nie dowiedzieliśmy się, co te osoby mają na swoje usprawiedliwienie, jakie działania podejmowano w przeszłości i jakie działania podejmowano w tamtym, aktualnym okresie, bo zeznania świadków były niedostępne – przez wyłączenie jawności rozpraw.Mimo wszystko, a może właśnie ze względu na te niejasności, trudno oprzeć się wrażeniu, że można było zrobić więcej, by ochronić noworodka.

Wiktorek pożył tylko miesiąc, bo trafił na katów. Sąd nie miał wątpliwości, co do wymiaru kary

Feralnego dnia, 22 lipca 2020 roku, kiedy Aleksandra Sz. wyszła z córką na zakupy, Mariusz Sz. miał uderzyć Wiktorka w okolicę szczytu głowy narzędziem twardym, płaskim, z dużą siłą, i spowodował u niego rozległy, ciężki uraz czaszkowo-mózgowy. W trakcie procesu zarzucono mu, że od 23 czerwca, czyli właściwie od razu po przywiezieniu dziecka ze szpitala do domu, do 22 lipca 2020 roku, miał znęcać się nad synem ze szczególnym okrucieństwem. Prokuratura w uzasadnieniu podała, że działał z zamiarem bezpośrednim pozbawienia życia.Aleksandrze Sz., matce Wiktora, zarzucono z kolei znęcanie się nad synem poprzez nieprzeciwdziałanie i niereagowanie brutalnym zachowaniom męża wobec dziecka, mimo prawnego, szczególnego obowiązku opieki nad synem. Zarzucono jej też, że pomogła w zabójstwie, pozostawiając bezbronnego noworodka pod wyłączną opieką Mariusza Sz., mimo że wiedziała o jego agresywnych zachowaniach.

Proces trwał do początku 2022 roku. Sąd ostatecznie skazał ojca dziecka łącznym wyrokiem na dożywocie za zabójstwo Wiktorka. Matka usłyszała z kolei wyrok dziewięciu lat więzienia za to, że znęcała się nad synem ze szczególnym okrucieństwem, nie reagując na jego krzywdę, czym naraziła dziecko na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia i zdrowia.

Wiktoria, drugie dziecko małżeństwa z Rudy Śląskiej, trafiła do rodziny zastępczej.



 Nie wszystko, co odbiera lub dodaje energię, działa tak samo u każdego. Jednak kilka codziennych nawyków potrafi znacząco wpłynąć na samopoczucie i poziom energii.

🌿 Odpowiednia ilość snu, ruch, kontakt z naturą i chwila wyciszenia pomagają wielu osobom odzyskać równowagę. Z kolei przewlekły stres, brak odpoczynku i nadmiar obowiązków mogą prowadzić do zmęczenia i spadku motywacji.
Czasem niewielka zmiana w codziennej rutynie potrafi przynieść większą różnicę, niż się wydaje. ✨


 


 Reżim 13 grudnia! Zorganizowana grupa


przestępcza, która dokonała zamachu stanu i łamania prawa na skalę niewyobrażalną w historii                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                  

 


Samozwańcze patrole legitymują obcokrajowców. Premier reaguje

 

Donald Tusk ocenił, że "część działaczy opozycji ciężko pracuje nad tym, żeby pokazać, że jesteśmy zalani falą migrantów". Premier odniósł się w ten sposób do doniesieniach o samozwańczych patrolach.

Samozwańcze patrole w Warszawie. Tusk reaguje

Premier Donald Tusk w środę podczas konferencji prasowej został zapytany o doniesienia w sprawie tzw. samozwańczych patroli, które pojawiły się na polskich dworcach. - Pytanie dotyczy bardzo przykrej sprawy. To jest permanentna akcja, to nie tylko Bąkiewicz, ale część działaczy opozycji ciężko pracuje nad tym, żeby pokazać, że jesteśmy zalani falą migrantów i że "oczywiście to wina Tuska", dlatego są te rozmaitego typu "polityczne happeningi", bo de facto to się do tego sprowadza - mówił.

- Ten cały Ruch Obrony Granic, to, co robią na granicy z Niemcami, starają się teraz robić na dworcach, na lotniskach. Mamy raz na jakiś czas do czynienia z tego typu ekscesami. To są ekscesy, w tym sensie, że nie jest to jakieś powszechne zjawisko, bo to bardziej taka chuliganeria polityczna, niż coś poważnego - zaznaczył.

"Bedą robili różne numery, żeby udowonić, że jest bardzo poważny problem z uchodźcami"

- Wiecie, o co im chodzi. Polska jest dzisiaj przykładem państwa, które najskuteczniej w Europie zaczęło przeciwdziałać nielegalnej migracji. Zapytajcie kogokolwiek, kto przyjeżdża do Polski, obcokrajowca, jak widzi dzisiaj Polskę, to jest kraj bezpieczny, czysty, spokojny, w porównaniu do innych państw europejskich czy Stanów Zjednoczonych. Mamy najlepiej strzeżoną granicę w tej chwili - powiedział.

Premier zaznaczył, że teraz "nikt nie jest w stanie przekroczyć granicy od strony białoruskiej". Ocenił, że działania, które zostały wykonane w zakresie zabezpieczenia granicy "ich bardzo bolą". - Bedą robili różne numery, żeby udowonić, że jest bardzo poważny problem z uchodźcami - wskazał, zaznaczając, że za czasów rządu PiS "taki problem był". 

Donald Tusk dodał, że w sprawie tzw. samozwańczych patroli policja wydała komunikat, z którego wynika, że takie zachowania będą traktowane z całą surowością prawa. - To są wykroczenia, czasami przestępstwa, będą zgłoszenia do prokuratury i każdy, kto podszywa się pod funkcjonariusza publicznego i np. legitymuje obcokrajowca czy kogoś, bo ma inny kolor skóry, będzie zatrzymany i będzie odpowiadał prawnie - przekazał. - Każdy bez wyjątku - podkreślił.

Nagrania z samozwańczymi patrolami na dworcu

W mediach społecznościowych pojawiły się nagrania, na których widać mężczyzn przebranych w "mundury", którzy "patrolują" Dworzec Centralny w Warszawie. Według doniesień "Gazety Wyborczej" samozwańcze partole legitymują obcokrajowców. W rozmowie z gazetą mł. asp. Jakub Pacyniak, rzecznik Komendy Rejonowej Policji nr 1 przekazał, że służby zajmują się aktywnością grupy "Bronimy Polskiej Granicy". Zapowiedział także stanowczą reakcję, jeżeli po weryfikacji informacji o patrolach okaże się, że są one prawdziwe. Zaznaczył jednocześnie, że nie ma zgody policji, by ktoś podawał się za funkcjonariuszy.

Tusk w trakcie wypowiedzi odniósł się także do sytuacji związanej z Robertem Bąkiewiczem. Przypomnijmy, członkowie Ruchu Obrony Granic razem z Bąkiewiczem zostali zatrzymani przez niemiecką policję, gdy chcieli umieścić krzyż przy znajdującym się w centrum Berlina tymczasowym pomniku upamiętniającym polskie ofiary drugiej wojny światowej i okupacji niemieckiej.

Redakcja poleca