2026/08/01

USMIECHNIJ SIE

 




 


Jeden z najbardziej śmiertelnych nowotworów. Co czwarty chory przeżywa 5 lat

 Zaledwie 26 proc. chorych na raka żołądka w Europie dożywa pięciu lat od diagnozy. Przyczyną wysokiej śmiertelności jest przede wszystkim zbyt późne wykrywanie choroby. Eksperci podkreślają znaczenie szybkiej diagnostyki i właściwego leczenia.

Rak żołądka pozostaje jednym z najbardziej śmiertelnych nowotworów, a pięcioletnia przeżywalność w Europie nie przekracza 26 proc. Ocenia się, że rocznie na tym kontynencie choruje ponad milion osób, a umiera z tego powodu aż 770 tys. chorych. Sytuacja w Polsce wpisuje się w te niepokojące statystyki: w 2023 r. Krajowy Rejestr Nowotworów odnotował 4 896 nowych zachorowań na raka żołądka oraz 4 531 zgonów. Dane pokazują, że liczba nowych przypadków niemal równa się liczbie zgonów, co wynika z późno rozpoznawanego stadium choroby.Specjaliści alarmują, że szanse na przeżycie są szczególnie niskie w przypadku chorych z rozsianym nowotworem. W tej grupie pięcioletnia przeżywalność wynosi jedynie 6 proc. Autorzy raportu Modern Healthcare Institute porównują to z innymi nowotworami - podobnie dramatyczna sytuacja dotyczy jedynie raka płuca i trzustki. Wśród wszystkich przypadków raka żołądka aż 95 proc. stanowi gruczolakorak. Choroba częściej dotyka mężczyzn, szczególnie po ukończeniu 40 lat.

Dlaczego śmiertelność raka żołądka jest tak wysoka?

Jak wskazuje raport, główną przyczyną wysokiej śmiertelności raka żołądka jest zbyt późna diagnostyka. Choroba często wykrywana jest w zaawansowanym stadium, kiedy leczenie daje ograniczone rezultaty. W Europie brakuje badań przesiewowych ukierunkowanych na wczesne wykrycie tej choroby. W Japonii np. regularnie przeprowadza się odpowiednie badania endoskopowe, czyli gastroskopię górnego odcinka przewodu pokarmowego. Takie działania są tam uzasadnione ze względu na wyższą zachorowalność i przynoszą lepsze efekty we wczesnym wykrywaniu nowotworu.

Eksperci apelują, by nie bagatelizować uporczywych dolegliwości żołądkowych utrzymujących się ponad dwa tygodnie. Na liście niepokojących symptomów znajdują się bóle brzucha, niestrawność, wymioty, zmiany rytmu wypróżnień, refluks, brak apetytu, chudnięcie i anemia. W takich przypadkach konieczne jest skierowanie na gastroskopię z pobraniem wycinków do badań histopatologicznych. Tego typu badanie może zlecić lekarz podstawowej opieki zdrowotnej.

Jak wygląda diagnostyka i leczenie raka żołądka w Polsce?

Dostęp do diagnostyki jest wciąż utrudniony - oczekiwanie na gastroskopię wynosi co najmniej trzy miesiące, a dodatkowo do kilku tygodni zajmuje oczekiwanie na opis wyniku badania. Specjaliści zaznaczają, że lekarze nie powinni kontynuować leczenia dolegliwości żołądkowych bez wykonania diagnostyki, jeśli dotychczasowe metody nie przynoszą skutku.Leczenie raka żołądka opiera się przede wszystkim na chirurgicznym usunięciu guza. W 2025 r. w Polsce wykonano 2 667 takich zabiegów - co trzeci szpital zrealizował przynajmniej jedną operację w roku, jednak tylko 26 placówek przeprowadziło ponad trzydzieści zabiegów rocznie. To zbyt duże rozproszenie - autorzy raportu podkreślają, że pacjenci powinni trafiać do ośrodków z większym doświadczeniem, co pozytywnie wpływa na wyniki leczenia. Obecnie jedynie połowa chorych z rakiem żołądka trafia do placówek specjalistycznych.Pacjenci poddawani są chemioterapii zarówno przed, jak i po operacji. Chemioterapia przedoperacyjna (neoadjuwantowa) zmniejsza rozmiar guzów do stanu operacyjnego, zaś po operacji pomaga zminimalizować ryzyko nawrotu choroby.

Czy dostępne są nowoczesne terapie i profilowanie molekularne?

W leczeniu raka żołądka coraz częściej stosowane są nowoczesne terapie celowane oraz immunoterapia. Według raportu warunkiem ich skuteczności jest wykonanie profilowania molekularnego nowotworu. Pozwala ono dobrać odpowiednie leki i zwiększyć szanse na powodzenie terapii. Eksperci akcentują znaczenie zapewnienia wystarczającego finansowania tego typu diagnostyki molekularnej.

Zabili 17-letniego Fabiana i wrzucili do Warty. Ciała nie odnaleziono do dziś!

Zaginął w 2016 roku, jego zabójcy zostali skazani 10 lat później. Choć ciała Fabiana Zydora (+17 l.) nigdy nie odnaleziono, śledczym udało się odtworzyć przebieg przerażającej zbrodni. Prokuratura przekonała Sąd Okręgowy w Koninie, że Łukasz B. (42 l.), Jan K. (33 l.) i Radosław M. (33 l.) uprowadzili nastolatka, brutalnie zabili, a jego ciało wrzucili do Warty. Wszystko z zemsty za rzekomy narkotykowy dług. Zostali skazani na 25 lat więzienia.
Fabian Zydor mieszkał ze starszą siostrą i szwagrem w Tarnowej, małej wsi w Wielkopolsce leżącej kilkadziesiąt kilometrów od Poznania. Rodzeństwo nie miało łatwego życia, ale byli dla siebie wsparciem, gdy nie mogli liczyć na rodziców.Mama rozstała się z ojcem, a tata też miał swoje problemy – mówiła nam jeszcze w czasie śledztwa, Patrycja, siostra Fabiana, która formalnie była jego prawną opiekunką, bo ich mama wyjechała do pracy za zagranicę, a tata trafił za kratki.

Mimo, że sama dopiero co weszła w dorosłość, traktowała młodszego brata jak syna. Dbała o niego, pomagała mu. Fabian uczył się w szkole zawodowej, chciał pracować jako budowlaniec. Przed zaginięciem chłopak nie dawał po sobie poznać, że ma kłopoty - był pogodny, często się uśmiechał, nie stronił od imprez.

Niestety, jak potem wyszło na jaw, zaczął obracać się w towarzystwie, które sięgało po narkotyki… 30 października 2016 r., w niedzielę, chłopak zachowywał się jak zwykle w wolny dzień. Rano wyszedł z domu, wrócił, a potem znów wyszedł. Nic nadzwyczajnego. Dopiero po zaginięciu siostra Fabiana dowiedziała się, że nastolatek poszedł ze znajomymi na domówkę. Spotkał się z kolegą i razem poszli na kolejną imprezę do znajomego, który mieszkał w Tarnowej.

Fabian był na domówce do godz. 23. Wyszedł z imprezy sam. Zdaniem świadków był pod wpływem alkoholu, ale dla nikogo nie było to dziwne, bo chłopak miał do domu zaledwie 800 metrów. Gdy następnego dnia okazało się, że Fabian tam nie dotarł, siostra zaczęła go szukać.

Dzwoniłam do wszystkich, przeszukałam wszystkie miejsca gdzie mógł być, sprawdzałam piwnice, strychy i garaże - zeznawała w czasie procesu.Chłopaka nie znalazła. Jego telefon po raz ostatni logował się do sieci telefonii komórkowej o godz. 1 w nocy. Policyjny pies, który szukał chłopaka, nagle zgubił trop w centrum wsi, niedaleko remizy… Nic nie dały ogłoszenia o poszukiwaniach, ani zatrudnienie prywatnego detektywa.

Sprawę nawet umorzono, ale gdy na nowo zajęli się nią funkcjonariusze ze specjalnej grupy z Poznania, zderzyli się ze zmową milczenia w Tarnowej. Nikt nic nie wiedział, nie widział, nie pamiętał. Policjanci jednak szybko zorientowali się, że to nie było zwykłe zaginięcie, a w sprawę zamieszane są osoby, które znały chłopaka. To byli mieszkańcy sąsiedniej miejscowości…

Od jednego z nich Fabian miał kupować narkotyki, za które nie płacił od razu. Przyjechali więc do Tarnowej specjalnie po Fabiana, żeby zamknąć temat długu. Szukali go w domu, a gdy tam nie znaleźli, pojechali do centrum wsi, gdzie natknęli się na niego, kiedy wracał do domu po imprezie. Szczegóły zbrodni są wyjątkowo wstrząsające.

Radosław M. Łukasz B. i Jan K. porwali Fabiana, zakładając mu na głowę worek. Wciągnięcie nastolatka do samochodu nie było dla nich trudne. Chłopak był szczupły, wyglądał na o wiele młodszego. Potem pojechali w okolicę mostu. Tam wyciągnęli chłopaka z auta i brutalnie pobili. Gdy nastolatek padł na ziemię i przestał się ruszać, jeden z mężczyzn - Radosław M. - całym ciężarem swojego ciała stanął na jego głowie.

Potem porywacze rozebrali Fabiana, włożyli do worka, który obciążyli dodatkowymi przedmiotami i wrzucili do Warty. Zabójstwo widziała osoba, która też kupowała narkotyki od mężczyzn. To kobieta, która w dniu zaginięcia Fabiana pojechała w okolicę mostu w Pyzdrach, żeby spotkać się z dilerem i zobaczyła przerażające sceny. Stała się jednym z głównych świadków w sprawie. W toku postępowania przesłuchano prawie osiemdziesięciu świadków. Skorzystano także z wiedzy ekspertów różnych specjalizacji - mówi Łukasz Wawrzyniak z Prokuratury Okręgowej w Poznaniu. 

Radosław M. Łukasz B. i Jan K. w czasie procesu nie przyznawali się do zabójstwa. 

Nie znam Fabiana, nigdy go nie spotkałem, nie mam pojęcia, co mogło się z nim stać - mówił Łukasz B. 

Sąd Okręgowy w Koninie nie miał jednak wątpliwości i skazał całą trójkę na 25 lat więzienia. Wyrok nie jest prawomocny.

Ciała Fabiana Zydora nigdy nie odnaleziono.

Tańczył na murku przed Pałacem Kultury. Chwilę później spadł z 10 metrów i zginął

 Dramatyczne sceny w samym centrum Warszawy. W piątek (31 lipca) wieczorem przed Pałacem Kultury i Nauki zginął 31-letni mężczyzna. Ze wstępnych ustaleń policji wynika, że będąc pod wpływem alkoholu wszedł na wysoki murek, stracił równowagę i spadł na podjazd prowadzący do garażu podziemnego. Mimo długiej reanimacji nie udało się go uratować.

Do tragedii doszło około godziny 20 na placu Defilad w samym centrum Warszawy. Jak wynika ze wstępnych ustaleń, 31-latek spędzał wieczór w centrum miasta z dwojgiem znajomych: kobietą i mężczyzną. Cała trójka miała wcześniej spożywać alkohol.W pewnym momencie mężczyzna wszedł na murek znajdujący się przy podjeździe do nieczynnego jeszcze garażu podziemnego. Według ustaleń miał na nim tańczyć. Nagle stracił równowagę i spadł z wysokości około 10 metrów na asfalt.

Na miejsce natychmiast wezwano służby ratunkowe. Ratownicy przez długi czas walczyli o życie 31-latka. Mimo prowadzonej reanimacji odniesione obrażenia okazały się śmiertelne.

O godzinie 20 otrzymaliśmy zgłoszenie. Ze wstępnych ustaleń policjantów wynika, że mężczyzna w wieku 31 lat, będąc w stanie nietrzeźwości, wszedł na murek o wysokości około 10 metrów. Będąc na tym murku, stracił równowagę i spadł na podjazd garażu podziemnego. Pomimo udzielenia pomocy i długiej reanimacji, życia mężczyzny nie udało się uratować − przekazał „Super Expressowi” mł. asp. Jakub Gontarek z Komendy Stołecznej Policji.

Miejsce tragedii zostało zabezpieczone. Policjanci pod nadzorem prokuratora przeprowadzili oględziny i zbierali materiał dowodowy. Funkcjonariusze przesłuchiwali także osoby, które przebywały z 31-latkiem tuż przed wypadkiem. Ze wstępnych ustaleń wynika, że doszło do nieszczęśliwego wypadku.

 


75-latka znalazła portfel wypchany gotówką. Grozi jej więzienie

 75-letnia mieszkanka Gdyni przyszła do punktu handlowo-usługowego, aby kupić kupon popularnej loterii. Podczas wizyty znalazła portfel z dużą ilością pieniędzy. Zamiast przekazać zgubę obsłudze lub właścicielowi, zabrała ją ze sobą. Policja szybko ją namierzyła.

Do zdarzenia doszło w jednym z punktów handlowo-usługowych w Gdyni. Kobieta, która przyszła kupić kupon loterii, wykorzystała okazję i zabrała portfel pozostawiony na ladzie. W środku znajdowały się dokumenty oraz 1600 zł.Po zgłoszeniu sprawy funkcjonariusze z Komisariatu Policji w Gdyni-Oksywiu rozpoczęli działania, które doprowadziły do ustalenia osoby odpowiedzialnej za przywłaszczenie znalezionej rzeczy. Policjanci ustalili sprawczynię zdarzenia oraz odzyskali portfel wraz z całą znajdującą się w nim gotówką. Mienie zostało zwrócone właścicielowi - informuje asp. Marek Kobiałko z Komendy Miejskiej Policji w Gdyni.

75-latka usłyszała zarzut przywłaszczenia rzeczy znalezionej. Za takie przestępstwo grozi kara grzywny, ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do jednego roku.

Policja przypomina, że znalezienie cudzej własności nie oznacza możliwości zatrzymania jej dla siebie. Osoba, która znalazła zgubę, ma obowiązek podjąć działania zmierzające do jej zwrotu właścicielowi lub przekazać ją właściwym instytucjom. Przywłaszczenie rzeczy znalezionej stanowi przestępstwo - podkreśla asp. Marek Kobiałko.Według zaleceń policji, w przypadku znalezienia przedmiotu należącego do kogoś innego, powinniśmy go zwrócić. Znajdującemu przysługuje nagroda wynosząca 10 proc. od wartości odnalezionego przedmiotu. Aby móc o nią wystąpić, konieczne jest spełnienie dwóch warunków.Po pierwsze, należy podjąć starania, aby odnaleźć właściciela, przekazać przedmiot do Biura Rzeczy Znalezionych bądź najbliższego posterunku policji. Po drugie, trzeba zgłosić prawo do nagrody najpóźniej w momencie przekazania znaleziska uprawnionej osobie

Źródło: Komenda Miejska Policji w Gdyni, trojmiasto.pl

Wypadek pijanych Ukraińców pod Wrocławiem. Kobieta w bagażniku ze złamanym kręgosłupem!

 Dramatyczne zdarzenie miało miejsce niedaleko Wrocławia. 7 pijanych obywateli Ukrainy jechało jednym samochodem, który ostatecznie rozbił się o drzewo. W najcięższym stanie jest młoda kobieta, która jechała w bagażniku.

Na ulicy Kolejowej w Siechnicach doszło do niezwykle groźnej sytuacji w godzinach nocnych. Z relacji funkcjonariuszy wynika, że miało tam miejsce bardzo niebezpieczne zdarzenie drogowe. Osoba prowadząca Audi A4, z powodów, które są aktualnie badane, nie zdołała opanować samochodu. Wypadając z trasy, pojazd ściął znak drogowy, by ostatecznie zatrzymać się na drzewie.- Kierowca pod wpływem alkoholu z sądowym zakazem doprowadził do groźnego wypadku. W samochodzie podróżowało siedem osób

- przekazała podkomisarz Aleksandra Freus z Komendy Miejskiej Policji we Wrocławiu.

W samochodzie znajdowało się 7 osób, których wiek wahał się od 19 do 27 lat. Okazało się, że wszyscy byli nietrzeźwi. Według informacji „Gazety Wrocławskiej”, każda z osób biorących udział w zdarzeniu jest narodowości ukraińskiej.

Kobieta w bagażniku walczy o zdrowie. Ma złamany kręgosłup

Najbardziej szokuje sposób, w jaki przewożono ludzi. Oprócz kierowcy, w aucie było 6 pasażerów, a jedna z kobiet podróżowała w bagażniku. To dla niej ten rażący brak wyobraźni skończył się najbardziej tragicznie. W pojeździe łącznie znajdowało się 7 osób, w tym jedna kobieta przewożona w bagażniku - dla niej ta podróż zakończyła się złamanym kręgosłupem. - dodaje rzecznik policji.

W wyniku zdarzenia łącznie 4 pasażerki zostały przetransportowane do szpitali. Niestety, kobieta znajdująca się w bagażniku odniosła najcięższe obrażenia, obejmujące złamanie kręgosłupa i żeber. Stan medyczny reszty uczestników wypadku jest w trakcie oceny przez lekarzy.

Pijany kierowca z zakazem. Grozi mu 12 lat i deportacja

Sprawca, który kierował Audi, nie tylko był nietrzeźwy, ale posiadał również ważny zakaz prowadzenia pojazdów wydany przez sąd. Mężczyzna natychmiast trafił w ręce policji i musi liczyć się z bardzo poważnymi konsekwencjami prawnymi.

- Za spowodowanie wypadku drogowego, którego następstwem są ciężkie obrażenia ciała jednego z pasażerów, kierowanie pojazdem pomimo obowiązującego sądowego zakazu oraz prowadzenie pojazdu po użyciu alkoholu - w zależności od wyników dalszych badań - mężczyzna odpowie przed sądem. Grozi mu wieloletnia kara pozbawienia wolności oraz dożywotni zakaz prowadzenia pojazdów. O ostatecznej kwalifikacji prawnej czynu zdecyduje zgromadzony materiał dowodowy oraz prokurator prowadzący postępowanie

- podkreśla podkomisarz Aleksandra Freus.Kierowcy grozi kara do 12 lat pozbawienia wolności, a w perspektywie znajduje się także ewentualna deportacja z kraju.

Rodzinna nieodpowiedzialność. Brat kierowcy też był pijany

To nie koniec bulwersujących doniesień w tej sprawie. Na miejsce zdarzenia przyjechał brat kierowcy, który spowodował wypadek. Szybko wyszło na jaw, że on również zdecydował się prowadzić pojazd, będąc pod wpływem alkoholu, w związku z czym także został natychmiast zatrzymany przez funkcjonariuszy.


Wyrzucił żonę z hotelowego balkonu. Tak chciał uniknąć kosztownego rozwodu

 

Christian M. zaprosił żonę na romantyczny wieczór w hotelu we Frankfurcie. Zaledwie kilkanaście minut po tym, jak para zameldowała się w hotelu, Marta M. już nie żyła. Jej mąż twierdził, że kobieta sama wypadła z balkonu na 22. piętrze, a doszło do tego podczas erotycznych igraszek. Sąd nie miał jednak wątpliwości, że nie był to wypadek i wymierzył mężczyźnie najwyższą karę.Dramat rozegrał się w maju 2023 roku. 57-letni wówczas Christian M. zaprosił swoją 40-letnią żonę Martę do hotelu Leonardo Royal we Frankfurcie, uważanego za jeden z lepszych w mieście. To miała być romantyczno-erotyczna randka „przeprosinowa”. Małżeństwo M. przechodziło bowiem poważny kryzys, głównie z powodu niewierności Christiana.Oboje weszli do pokoju na 22 piętrze. Jak opisuje „Bild”, kilkanaście minut później kobietę znaleziono na ziemi. Marta M. była częściowo roznegliżowana, co wzbudziło podejrzenia służb.

 

Mąż kobiety przekonywał, że doszło do wypadku. Tłumaczył śledczym, że kiedy uprawiał z żoną seks na balkonie, ta za wychyliła się za barierkę i spadła z wysokości 60 metrów.Funkcjonariusze odkryli jednak, że Christian M. miał w tym czasie kochankę. Po śmierci Marty błyskawicznie zamieszkał z nową partnerką. To mogło wskazywać, że pozbył się żony, chcąc uniknąć kosztownego rozwodu.

 

Śledztwo w sprawie śmierci Marty M. trwało prawie dwa lata. Okazało się, że niektórzy goście hotelowi słyszeli kobiece krzyki. Dodatkowo biegli z zakresu medycyny sądowej odkryli na ciele ofiary obrażenia, które nie wynikały z upadku z dużej wysokości, a powstały niedługo przed nim.

 

Christian M. został oskarżony o zabójstwo z motywacji zasługującej na szczególne potępienie. Sąd Regionalny we Frankfurcie nie miał najmniejszych wątpliwości, że mężczyzna jest winny, więc skazał go na dożywocie za kratami.Zdaniem sędziego Christian M. zrzucił swoją żonę z balkonu „jak worek na śmieci”, aby uniknąć rozwodu. Okazało się też, że oskarżony szukał w internecie „najbardziej dyskretnych metod zabijania”.

 

Byłoby to idealne przestępstwo, gdyby władze nie prowadziły tak skrupulatnego dochodzenia – dodał sędzia. Christian M. w trakcie rozprawy nie okazywał żadnych emocji. Wyrok jest nieprawomocny.

 


Eksperci ostrzegają przed spaniem z włączonym wentylatorem. "Objawy mogą się nasilić"

 Spanie przy wentylatorze to popularny sposób na przetrwanie upalnych nocy, szczególnie w mieszkaniach bez klimatyzacji. Choć chłodny nawiew poprawia komfort zasypiania, eksperci zwracają uwagę na możliwe skutki zdrowotne takiego rozwiązania. Na co trzeba uważać?

Wysokie temperatury sprawiają, że wentylator często staje się podstawowym sposobem na poprawę komfortu snu. Czy oznacza to, że można korzystać z niego bez żadnych konsekwencji? Specjaliści podkreślają, że wiele zależy od sposobu użytkowania urządzenia oraz indywidualnej wrażliwości organizmu.Wentylator nie obniża temperatury w pomieszczeniu, a jedynie wymusza cyrkulację powietrza. To wystarcza, by organizm szybciej oddawał ciepło i łatwiej zasypiał podczas gorących nocy. Jednocześnie ruch powietrza unosi kurz, pyłki i inne zanieczyszczenia obecne w sypialni.Dr William Lu z Dreem Health zwraca uwagę, że u osób z nadwrażliwością dróg oddechowych objawy mogą się nasilić. Dodatkowym problemem pozostaje kurz osadzający się na łopatkach urządzenia, który zwiększa ilość alergenów krążących w powietrzu.

Jakie są skutki spania z włączonym wentylatorem w nocy?

Długotrwały nawiew skierowany bezpośrednio na ciało może powodować napięcie mięśni, zwłaszcza w okolicy karku. Część osób po przebudzeniu odczuwa również zatkany nos, ból gardła lub kaszel wynikające z przesuszenia śluzówek.Do najczęściej wskazywanych skutków ubocznych należą:

  • nasilenie objawów alergii i astmy,
  • sztywność oraz ból mięśni,
  • zatkany nos po przebudzeniu,
  • suchość skóry i podrażnienie oczu,
  • ból gardła oraz kaszel.

    Jak bezpiecznie korzystać z wentylatora podczas snu?

    Eksperci podkreślają, że nie trzeba całkowicie rezygnować z wentylatora. Dr Michael DeShields zaznacza, że osoby preferujące chłodniejsze warunki do snu mogą nadal korzystać z urządzenia, jeśli zadbają o jego właściwą konserwację i odpowiednią wilgotność powietrza wynoszącą 30-50 proc.

    Dobrym rozwiązaniem pozostaje skierowanie strumienia powietrza z dala od twarzy lub włączenie trybu oscylacji. Warto także regularnie czyścić wentylator i sypialnię, a przed snem nawilżać śluzówkę nosa solą fizjologiczną.

    Źródło: Independent / RMF FM