2026/05/01

„Miała gonić ich z nożem". Chwile grozy w Poznaniu. „Rodzice złożyli zawiadomienie"

 W czwartek wieczorem do poznańskiej policji wpłynęło zgłoszenie dotyczące agresywnej kobiety. 25-latka miała grozić grupie młodzieży i gonić ich z nożem. Aktualnie przebywa w policyjnym areszcie. – Rodzice nastolatków złożyli na komisariacie stosowne zawiadomienie – mówi mł. asp. Anna Klój z zespołu prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu w rozmowie z Radiem ZET. 

Agresywna kobieta miała grozić grupie nastolatków w Poznaniu

– W czwartek godziny 19.30 do policjantów wpłynęło zgłoszenie dotyczące agresywnej kobiety, która na poznańskich Jeżycach miała grozić grupie młodzieży i gonić ich z nożem – informuje mł. asp. Anna Klój z zespołu prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu w rozmowie z Radiem ZET. Kiedy policjanci przyjechali na miejsce, zamknęła się w swoim mieszkaniu i nie chciała otworzyć drzwi. Funkcjonariusze weszli do środka siłowo i zatrzymali 25-letnią mieszkankę Poznania.– W chwili zatrzymania była nietrzeźwa. Aktualnie przebywa w policyjnym areszcie. Rodzice nastolatków złożyli na komisariacie stosowne zawiadomienie w tej sprawie – dodaje Anna Klój. Na szczęście w wyniku zdarzenia nikt nie doznał obrażeń. Policjanci będą teraz dokładnie wyjaśniać okoliczności wczorajszego zdarzenia, przesłuchiwać świadków i analizować zebrany materiał dowodowy. Przypomnijmy, że – zgodnie z art. 190 KK – groźba karalna to przestępstwo, za które grozi kara grzywny, ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności do lat 3.

 


 


Majówka 2026. Czy można grillować na balkonie? Za to grozi ci mandat nawet 5 tys. zł

 

Rozpoczynająca się majówka i coraz wyższe temperatury sprawiają, że wielu Polaków planuje pierwsze w tym roku grillowanie. Dla mieszkańców bloków naturalnie pojawia się też temat balkonów jako miejsca do przygotowywania posiłków. Jak naprawdę wyglądają zasady dotyczące grillowania na balkonie?Wbrew powszechnej opinii grillowanie na balkonie w polskim prawie nie jest jednoznacznie zakazane. Nie istnieje przepis, który wprost zabraniałby takiego działania. W praktyce jednak ogromne znaczenie mają regulaminy wspólnot mieszkaniowych i spółdzielni. To właśnie one często zawierają zapisy ograniczające lub całkowicie zakazujące używania grilla na balkonach. Zarządcy budynków wprowadzają takie regulacje, aby zapobiegać konfliktom między mieszkańcami oraz zwiększyć bezpieczeństwo.


Istotną rolę odgrywa również Kodeks cywilny. Zgodnie z art. 144 właściciel nieruchomości powinien korzystać z niej w sposób, który nie utrudnia życia innym. W praktyce oznacza to, że dym, intensywny zapach czy hałas mogą zostać uznane za uciążliwości oddziałujące na sąsiednie lokale. Jeśli grillowanie powoduje takie problemy, sąsiedzi mają prawo domagać się zaprzestania tych działań.

W skrajnych przypadkach możliwe jest nawet dochodzenie roszczeń na drodze cywilnej, w tym odszkodowania za szkody. Najczęściej jednak konflikty wynikają z dymu przedostającego się do mieszkań lub zapachów, które dla innych są uciążliwe. Oznacza to, że nawet jeśli grillowanie nie jest formalnie zakazane, może zostać skutecznie ograniczone przez innych mieszkańców lub administrację budynku.Ten detal może przesądzić o problemach. Chodzi o rodzaj grilla

Nie każdy grill jest traktowany tak samo. Najwięcej kontrowersji budzą grille węglowe, które generują duże ilości dymu i wykorzystują otwarty ogień. To właśnie one są najczęściej zakazywane w regulaminach budynków oraz mogą stanowić realne zagrożenie pożarowe.


Znacznie bezpieczniejszą alternatywą są grille elektryczne oraz gazowe. Grill elektryczny nie wytwarza otwartego ognia i emituje minimalne ilości dymu, co sprawia, że jest najmniej uciążliwy dla otoczenia. Z kolei grill gazowy produkuje mniej dymu niż węglowy, ale wymaga szczególnej ostrożności przy użytkowaniu butli gazowej. Kluczowe jest zachowanie odpowiedniej odległości od materiałów łatwopalnych oraz przestrzeganie zasad bezpieczeństwa.Na kwestie bezpieczeństwa zwracają uwagę również strażacy. W rozmowie z portalem radiozet.pl na ten temat wypowiadał się rzecznik prasowy Państwowej Straży Pożarnej kpt. Wojciech Gralec



Kwestia grillów na balkonach jest dosyć skomplikowana, bo zależy od tego, jaki regulamin ma dana spółdzielnia bądź wspólnota mieszkaniowa – mówił rzecznik.


Ekspert wskazał także trzy główne problemy związane z grillowaniem na balkonach: zagrożenie pożarowe, uciążliwość dla sąsiadów oraz zapisy regulaminów.Jednocześnie należy pamięć, że na balkonach nie powinno przechowywać się materiałów łatwopalnych. Na dodatek nie powinno się doprowadzać do sytuacji niebezpiecznych, kiedy ewentualnie może powstać pożar, co dotyczy także użytkowania grillów na balkonie – zaznaczył rzecznik w rozmowie z radiozet.pl.




Tajemnicza śmierć 19-letniej przyszłej lekarki z Gdańska. Ciało znaleziono pod stertą gałęzi

 Miała 19 lat, ambitne plany i marzyła o karierze w medycynie. Pewnego sierpniowego poranka Daria Reluga z Gdańska wybiegła z domu na trening, z którego już nigdy nie wróciła. Dobę później miejscowy leśniczy odkrył w zaroślach zwłoki nastolatki. W sprawie brutalnego morderstwa pojawiło się wiele hipotez, a śledztwo pogrążyło się w serii fatalnych błędów. Choć minęło ponad trzydzieści lat, tożsamość sprawcy nadal pozostaje nieznana.

Tragiczny sierpień 1995 roku. Daria Reluga przed śmiercią pomogła ugasić pożar

Wtorek, 1 sierpnia 1995 roku, dla Darii Relugi z Gdańska zapowiadał się całkowicie zwyczajnie. Prymuska w swojej szkole średniej korzystała z wakacji przed rozpoczęciem studiów. Udało jej się dostać na Akademię Medyczną na kierunek biotechnologii, choć w kolejnym roku planowała ponownie aplikować na medycynę. Jej największym marzeniem było zostanie lekarzem. Była osobą bardzo aktywną, dlatego – jak każdego dnia – wcześnie rano wyszła pobiegać.

Podczas jednego z treningów natrafiła na pierwszą z niepokojących sytuacji, które wydarzyły się w tamtym tygodniu. Dziewczyna dostrzegła, że tuż przy ścieżce płonie runo leśne. Zdając sobie sprawę z zagrożenia, natychmiast przerwała bieg. Wróciła do domu, aby zadzwonić ze stacjonarnego telefonu do straży pożarnej i zgłosić pożar, zanim ogień zdąży się rozprzestrzenić.Niedługo po tym, jak zakończyła kąpiel po porannym treningu, usłyszała pukanie do drzwi. Przed wejściem stali strażacy, którzy zamiast od razu ruszyć do lasu, najpierw udali się do jej mieszkania. Chcieli upewnić się, że to ona zgłaszała pożar, i poprosili, by wskazała dokładne miejsce zdarzenia. Daria zaprowadziła ich do lasu i w ten sposób uczestniczyła w swojej pierwszej akcji gaśniczej. Po zakończeniu działań strażacy podziękowali jej za odpowiedzialną postawę. Był to pierwszy moment w tamtym feralnym tygodniu, gdy jej poranny trening mógł zakończyć się tragedią. Trzy dni później, w piątek 4 sierpnia, dziewczyna znów wyszła biegać i... tym razem nie wróciła.

Poranny trening i nagłe zaginięcie 19-latki z Gdańska. Policja zbagatelizowała sprawę

Daria opuściła mieszkanie około godziny 7 rano – wcześniej niż zwykle. Powodem była zaplanowana wizyta hydraulików. Chciała zdążyć z treningiem przed ich przyjściem. Około godziny 15 do domu przy ul. Bobrowej w Gdańsku wróciła jej mama, pani Grażyna. Szybko zauważyła, że córka wciąż nie wróciła z biegania. W mieszkaniu został jej plecak, bez którego – poza porannymi treningami – nigdzie się nie ruszała.

Kobieta natychmiast rozpoczęła poszukiwania. Po wykonaniu licznych telefonów okazało się, że Daria nie przebywa ani u znajomych, ani u rodziny. Około godziny 18 bliscy zgłosili sprawę policji, jednak funkcjonariusze początkowo odmówili przyjęcia zawiadomienia. Argumentowali, że dziewczyna jest pełnoletnia i należy odczekać 72 godziny.

Ojciec Darii, pan Dariusz, nie zamierzał biernie czekać. Razem ze znajomymi zorganizował poszukiwania na własną rękę. Dopiero po interwencji jednego z członków rodziny do akcji włączyła się policja. Około godziny 20.30 na miejsce dotarł przewodnik z psem tropiącym, czyli ponad 12 godzin od zaginięcia. Było to już za późno na skuteczne podjęcie tropu – psy potrafią wyczuwać zapach jedynie przez 8–10 godzin. Mimo to poszukujący ruszyli do lasu, sprawdzając trasy, którymi Daria zwykle biegała.

Zbrodnia w gdańskim lesie. Zwłoki Darii odkryto pod warstwą chrustu i paproci

Poszukiwania wznowiono 5 sierpnia wcześnie rano. Po około półtorej godziny przeszukiwania terenu leśniczy zauważył podejrzany stos chrustu. Na ułożonych gałęziach leżały paprocie, co wydało mu się nienaturalne. Natychmiast zawiadomił policję. Funkcjonariusze przyglądając się miejscu, dostrzegli wystającą spod gałęzi ludzką rękę.

Pod prowizorycznym przykryciem znajdowało się ciało Darii. Zwłoki 19-latki odnaleziono w lesie, zaledwie 300 metrów od jej domu i około 10 metrów od miejsca, które dzień wcześniej było już przeszukiwane z udziałem psów tropiących.

Dziewczyna była naga, a sekcja zwłok wykazała, że przed śmiercią została brutalnie zgwałcona. Sprawca udusił ją po ataku. W pobliżu ciała znaleziono zakrwawioną chusteczkę z obcym DNA, co mogło świadczyć o tym, że ofiara się broniła i zraniła napastnika. W pniu drzewa w pobliżu tkwił wbity kuchenny nóż, a na ziemi leżał wisiorek na skórzanym rzemyku.Jednym z kluczowych dowodów był włos znaleziony w pobliżu ciała. Niestety uległ zniszczeniu podczas transportu do laboratorium w Bydgoszczy. To nie jedyne uchybienie – nóż również został źle zabezpieczony, przez co potencjalne ślady zostały bezpowrotnie utracone. Ostatecznie jedynym wartościowym dowodem pozostało nasienie sprawcy zabezpieczone w ciele ofiary.

Śledztwo w sprawie zabójstwa Darii Relugi. Kierowca autobusu widział podejrzanych mężczyzn

Makabryczna śmierć młodej kobiety szybko stała się głównym tematem lokalnych mediów i wstrząsnęła mieszkańcami Trójmiasta. W przestrzeni publicznej zaczęły pojawiać się różne przypuszczenia, w tym także o możliwym seryjnym zabójcy. Część osób uważała, że Daria mogła zostać wybrana na ofiarę, ponieważ była rozpoznawalna w regionie – po zdaniu matury wystąpiła w lokalnej telewizji. Była młoda i atrakcyjna, co mogło przyciągnąć uwagę niebezpiecznej osoby.

Pojawiła się również teoria, że sprawca był przypadkowym napastnikiem, który wykorzystał okazję, widząc samotnie biegnącą kobietę. Sposób zabójstwa – uduszenie – mógł wskazywać, że początkowo planował jedynie napaść seksualną, jednak sytuacja wymknęła się spod kontroli.

Z tą hipotezą wiąże się relacja kierowcy autobusu linii 169. Mężczyzna zeznał, że w dniu zdarzenia rano, w pobliżu miejsca późniejszego odnalezienia ciała, na przystanku na żądanie wsiadło dwóch wyraźnie zdezorientowanych mężczyzn. Byli brudni i mieli na sobie igły drzew. Jeden z nich kupił bilet, jednak był tak zdenerwowany, że miał problem z jego skasowaniem.Na podstawie jego zeznań sporządzono portrety pamięciowe obu mężczyzn. Sprawa nabrała rozgłosu, gdy jedna z mieszkanek Gdańska zgłosiła, że dzień przed zabójstwem, 3 sierpnia, była zaczepiana przez dwóch nieznanych mężczyzn w okolicy swojego bloku.Napływały także kolejne sygnały. Jeden z mieszkańców Trójmiasta twierdził, że kilka dni wcześniej podczas spaceru jego narzeczona została zaatakowana przez nieznanego mężczyznę. Gdy wrócił i krzyknął, napastnik uciekł.

Zgubione akta i policyjne pomyłki. Dawid Serafin o śledztwie w sprawie 19-latki

Śledczy sprawdzili również jednego z sąsiadów, który – według relacji – mógł interesować się Darią. Miał kryminalną przeszłość, jednak jego DNA nie pasowało do materiału zabezpieczonego na miejscu zbrodni. Z czasem pojawiały się także spekulacje, że związek ze sprawą mógł mieć któryś ze strażaków biorących udział w akcji gaszenia pożaru kilka dni wcześniej. Tej teorii nigdy jednak nie potwierdzono. Hipotez było wiele, ale żadna nie przybliżyła śledczych do rozwiązania sprawy. Śledztwo od początku prowadzone było niedbale, a lista błędów – w tym zagubienie akt sprawy – jest bardzo długa.- To, co wiemy na pewno, to że Daria do tego lasu wbiegła i ktoś odebrał jej życie. Wszystkie inne rzeczy, które w tej sprawie się pojawiają, to są pewne hipotezy, teorie. I właściwie pytanie, kto zabił Darię pozostaje otwarte. Tego nie sposób ustalić, ponieważ pomiędzy rokiem 2001 a 2006 akta tej sprawy zaginęły - mówił dziennikarz śledczy, Dawid Serafin dla kanałów "Ślady Zbrodni".

Tajemniczy symbol w lesie. Kto postawił krzyż dla Darii Relugi?

Wkrótce po tragedii ojciec Darii natrafił w miejscu odnalezienia ciała na prowizoryczny krzyż i tabliczkę z napisem: „Daria Reluga. Zginęła śmiercią męczeńską” wraz z datami. Co istotne, miejsce to nie było znane publicznie – wiedzieli o nim jedynie najbliżsi, policja i leśniczy. Pojawiły się więc podejrzenia, że krzyż mógł pozostawić sprawcaPo latach ustalono jednak, że odpowiadała za to osoba z sąsiedztwa, znająca rodzinę. Badania DNA wykluczyły jej udział w zbrodni. Przyjęto, że był to gest upamiętnienia, a fakt, że krzyż znalazł się dokładnie w miejscu odnalezienia ciała, mógł być przypadkowy.

Zabójca Darii Relugi od 31 lat pozostaje nieuchwytny. Archiwum X szuka mordercy

W 2005 roku sprawę przejęli policjanci z Archiwum X, którzy do dziś ją analizują. Sprawdzili około stu osób i nadal weryfikują każdy trop.

Mija 31 lat od tragicznych wydarzeń w oliwskim lesie, a sprawca wciąż nie został zatrzymany. Jego DNA nadal znajduje się w policyjnych bazach, w tym w systemach Interpolu.

Każdy, kto posiada jakiekolwiek informacje dotyczące zdarzenia z 4 sierpnia 1995 roku, proszony jest o kontakt pod numerem 47 74 15 282 lub drogą mailową na adres: sekretariat.wds.kwp@gd.policja.gov.pl. 

 Morzyczyn, woj. szczecińskie. Rok 1996. Śmierć, która wciąż woła o sprawiedliwość.

Czerwiec miał być początkiem wakacji, beztroskich dni spędzonych na zabawie z rodzeństwem i kolegami. Dla 11-letniej Pauliny Dominiuk stał się początkiem piekła, które po 30 latach wciąż nie doczekało się rozliczenia.
7 czerwca 1996 roku, sobota. Paulina wsiada w Morzyczynie do autobusu. Jej cel jest prosty i przejmująco smutny jak na jej wiek: chce odwiedzić grób swojego zmarłego ojca na cmentarzu w oddalonych o 9 kilometrów Grzędzicach. Potem zamierza wpaść do babci, która mieszka w tej samej miejscowości. Dla dziewczynki to ważna wyprawa – łączność z tym, kogo straciła, i z tą, która została.
Ale los chce inaczej. Paulina spóźnia się na autobus powrotny. Zostaje sama na drodze. Kilku świadków widzi ją, jak z dziecięcą ufnością próbuje złapać „okazję” – przejażdżkę z nieznajomym kierowcą. To był moment, w którym jej życie znalazło się na szali.
Wieczorem w domu w Morzyczynie biją na alarm. Paulina nie wraca. Matka i ojczym zgłaszają jej zaginięcie.
Dwa dni później pojawia się pierwszy, pozornie dający nadzieję trop.
Właściciel małego sklepu spożywczego w sąsiedniej miejscowości zgłasza się na policję. Pamięta tamten dzień jak dziś. Do sklepu wszedł mężczyzna, a z nim – mała, ciemnowłosa dziewczynka. Była spokojna, ale nie uśmiechała się. Mężczyzna zaproponował jej lody. Odmówiła. Chwilę potem wyszli i odjechali czerwonym Polonezem.
Sklepikarz z zimną krwią spoglądał na parę, nie wiedząc, że być może patrzy na kata i jego ofiarę. Jego zeznania są precyzyjne. Na ich podstawie powstaje portret pamięciowy mężczyzny – rysopis, który obiega media w całym województwie.
Lata mijają, a ten czerwony Polonez i twarz z portretu wciąż są jedynymi świadkami, którzy nie potrafią mówić.
11 czerwca 1996 roku. Kolejarz wracający z pracy zatrzymuje się na widok, który wryje się w jego pamięć do końca życia.
Nad brzegiem jeziora Wisola, wśród trzcin i błota, leży nagie, pokiereszowane ciało dziewczynki. To Paulina.
Rozpoczyna się makabryczne odliczanie przez biegłych. Sekcja zwłok ujawni prawdę tak potworną, że trudno ją zrozumieć w kontekście dziecka.
Paulina była przetrzymywana przez dwa dni. Przez ten czas oprawca robił z nią, co chciał. Była wielokrotnie gwałcona, duszona, bita. Na jej ciele policzone zostają 22 rany kłute nożem – klatka piersiowa, plecy, łopatki. Do tego ciosy w głowę, które miały zakończyć jej cierpienie, ale nie wystarczyły.
A potem – kiedy już nie żyła – sprawca wsiadł z jej ciałem do samochodu. Nad jeziorem, tuż po porzuceniu zwłok, sięgnął po nóż ponownie. Rozciął brzuch 11-latki i wyciągnął z niego wnętrzności.
To nie był już mord. To była egzekucja nienawiści, sadyzmu i zła.
Za kilka tygodni minie 30 lat od tamtej zbrodni.
Portret pamięciowy z 1996 roku wciąż krąży w policyjnych archiwach i internetowych forach zaginionych. Czerwony Polonez dawno zniknął z dróg. Świadek – sklepikarz – prawdopodobnie nie żyje. Kolejarz, który znalazł ciało, pewnie też.
Ale Paulina wciąż czeka.
Dziewczynka, która chciała tylko odwiedzić grób taty i zobaczyć babcię.
Dlaczego ten reportaż? Bo sprawca może być wciąż wolny. Mógł w 1996 roku mieć 30, 40, 50 lat. Dziś może być starszym mężczyzną, dziadkiem, emerytem. Ktoś go znał wtedy. Ktoś widział czerwony samochód zaparkowany w nietypowym miejscu. Ktoś słyszał dziwne odgłosy z piwnicy, garażu, pustostanu. Ktoś pamięta, że sąsiad nagle i bez wyjaśnienia pozbył się swojego Poloneza.
Apel do każdego, kto czyta te słowa:
Czy ktoś w twojej rodzinie, wśród znajomych, w Grzędzicach, Morzyczynie lub okolicy, pasuje choćby w przybliżeniu do rysopisu z portretu?
Czy ktoś wspominał o „incydencie” z dziewczynką w 1996 roku?
Czy ktoś nagle, tuż po czerwcu 1996 roku, zmienił samochód, wyjechał, zamknął się w sobie?
Nie ma przedawnienia dla zbrodni zamordowania dziecka. Nie ma kary, która przywróci Paulinę jej mamie. Ale jest nadzieja, że gdzieś w czyjejś pamięci tkwi klucz.
Zadzwoń na policję. Napisz anonimowo. Wysyłając tę wiadomość dalej, możesz sprawić, że trafi ona do kogoś, kto wie. Dobrze, gdybyś udostępnił ten post. Może to pomoże zatrzymać sprawcę zabójstwa nastolatki!