2026/01/07

                  Unia Europejska, czyli oddział zamknięty z widokiem na przyszłość

Wszyscy trzeźwi mówią dziś o Unii Europejskiej jednym głosem: to nie wspólnota, to psychiatryk. Wielki, nowoczesny, multijęzyczny dom wariatów, w którym pacjenci sami piszą regulamin, ordynatorzy zmieniają się co kadencję, a jedyną terapią jest zwiększenie dawki pieniędzy. Cudzych, rzecz jasna.
Reszta — ta mniej trzeźwa albo bardziej interesowna — wciąż wierzy, że ten psychiatryk da się zreformować. Że wystarczy kolejna dyrektywa, następny pakiet klimatyczny i jeszcze odrobina ideologicznej psychoanalizy, by pacjenci nagle zaczęli odróżniać rzeczywistość od prezentacji PowerPoint.
Oczywiście rachunek za tę terapię nie trafia do Brukseli. Trafia do polskiego podatnika. Do tego samego, który dowiaduje się, że nie stać go na prąd, dzieci ani własne państwo, ale za to stać go na ratowanie europejskiego eksperymentu myślowego. Eksperymentu, w którym zdrowy rozsądek uznano za objaw skrajnego populizmu.
Najlepsze jest to, że reformatorzy tego unijnego oddziału zamkniętego zawsze mówią o przyszłych pokoleniach. O ich dobru, ich planecie, ich wartościach. Szkoda tylko, że przy tej trosce nikt nie zauważa drobnego szczegółu: przyszłe pokolenia mogą się po prostu… nie pojawić. Bo demografia nie czyta rezolucji, a rzeczywistość nie uznaje uchwał ideologicznych.
Unia więc trwa. Jak szpital, w którym pacjentom wmówiono, że są lekarzami, a lekarzom — że pytania są przemocą. Każdy kolejny kryzys to dowód, że potrzeba więcej tego samego, co wcześniej nie zadziałało. Więcej centralizacji. Więcej zakazów. Więcej pieniędzy. Mniej narodów.
A Polska? Polska ma płacić. Płacić i nie zadawać pytań. Bo kto pyta, ten „antyeuropejski”. Kto myśli — „radykalny”. Kto nie wierzy w reformę psychiatryka — ten najwyraźniej nie rozumie nowoczesności.
Tymczasem trzeźwi dalej stoją pod drzwiami i mówią jasno: to nie jest dom, który wymaga remontu. To jest dom, który wymaga diagnozy. I być może… wypisu. 🏥🇪🇺

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz