Polski system ochrony zdrowia od lat boryka się z niedofinansowaniem i narastającym zadłużeniem szpitali. Jednocześnie na rynku pracy pojawiają się atrakcyjne oferty dla personelu medycznego, szczególnie w Szpitalnych Oddziałach Ratunkowych. Wiadomo, ile mogą zarabiać miesięcznie, przyczyny nie są optymistyczne.Aby zrozumieć mechanizm windujący stawki do tak astronomicznych poziomów, należy przyjrzeć się strukturze działania ochrony zdrowia, w której centralną rolę odgrywa Narodowy Fundusz Zdrowia (NFZ). To państwowy płatnik kontraktuje świadczenia i narzuca szpitalom rygorystyczne wymogi dotyczące personelu. Placówki systemu zabezpieczenia, które chcą spełnić wymogi tzw. sieci szpitali i otrzymać ryczałtowe finansowanie, w zależności od swojego profilu muszą posiadać funkcjonujący całodobowo SOR lub izbę przyjęć. Brak obsady lekarskiej to dla dyrektora szpitala nie tylko problem organizacyjny, ale przede wszystkim egzystencjalny, grozi problemami z realizacją kontraktu z NFZ, a w skrajnych przypadkach nawet jego rozwiązaniem, co w praktyce oznacza finansową śmierć jednostki.Właśnie ten sztywny mechanizm stawia lekarzy na uprzywilejowanej pozycji negocjacyjnej. Wiedząc, że szpital jest "pod ścianą”, medycy mogą dyktować warunki finansowe, które często nie mają nic wspólnego z rynkową logiką czy możliwościami budżetowymi danej placówki. W efekcie znaczna część środków przeznaczonych na wynagrodzenia, zamiast na inwestycje w sprzęt czy poprawę infrastruktury, trafia do wąskiej grupy specjalistów pracujących na kontraktach. Sytuację pogarsza fakt, że polski system szpitalny jest mocno sfragmentaryzowany. Powiatowe szpitale rywalizują o tych samych lekarzy z dużymi klinikami uniwersyteckimi i placówkami wojewódzkimi, co napędzaspiralę płacową. W małych ośrodkach, oddalonych od dużych aglomeracji, problem jest najostrzejszy, tam pieniądze są często jedynym argumentem, który może skłonić specjalistę do przyjazdu na dyżur.Konkretne zarobki na SOR-ach nie biorą się jednak znikąd i często są nazywane przez środowisko lekarskie "dodatkiem za szkodliwość”. Praca na oddziale ratunkowym to jedno z najbardziej obciążających zajęć w całej medycynie, wymagające nie tylko szerokiej wiedzy interdyscyplinarnej, ale także stalowych nerwów. Lekarze na SOR nie zajmują się wyłącznie ratowaniem życia w spektakularnych akcjach, jak w serialach telewizyjnych. Codzienność to wielogodzinne kolejki, agresywni pacjenci pod wpływem alkoholu lub środków odurzających, roszczeniowe rodziny oraz konieczność segregacji medycznej (triage), która zawsze budzi emocje społeczne.Presja czasu i odpowiedzialność karna sprawiają, że wielu medyków omija te oddziały szerokim łukiem, wybierając spokojniejszą pracę w poradniach specjalistycznych lub prywatnych gabinetach. Na SOR trafia każdy przypadek, od zawału serca i ofiar wypadków komunikacyjnych, po błahostki, które powinny być leczone u lekarza rodzinnego. To sprawia, że ryzyko błędu medycznego, wynikającego ze zmęczenia i natłoku zadań, jest tu statystycznie najwyższe. Prokuratorskie postępowania wyjaśniające są dla lekarzy ratunkowych realnym widmem, co dodatkowo zniechęca do podejmowania pracy w tym trybie. W rezultacie, mimo że pieniądze na stole są ogromne, chętnych do ich podniesienia jest coraz mniej. To klasyczny przykład rynku pracownika, na którym podaż usług (liczba gotowych do pracy lekarzy) jest drastycznie niższa od popytu generowanego przez wymogi systemowe.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz