Wstrząsające wydarzenia z małopolskiej wsi Zimnodół, pod koniec 2025 r. roku ponownie wróciły na salę sądową. Sprawa Małgorzaty Ż., która po śmierci męża Grzegorza zabetonowała jego ciało w łazience, znalazła wówczas swój finał w sądzie apelacyjnym. Kobieta, która wcześniej została skazana na osiem lat więzienia, usłyszała złagodzony wyrok — sześć lat pozbawienia wolności.J Jak przypomina "Gazeta Wyborcza", dramat rozpoczął się w lutym 2024 roku, kiedy 74-letnia matka Małgorzaty, zaniepokojona milczeniem córki, przyjechała do jej domu w Zimnodole. Drzwi otworzyła kobieta, którą bliscy ledwo poznali — "była cała czarna, jakby w sadzy, tylko białka oczu było widać" — wspominała matka w rozmowie z policją, cytowana przez portal. Na pytanie, gdzie jest jej mąż, Małgorzata miała odpowiedzieć bez emocji: "Zakopałam go w ogrodzie, koło domu."
2026/05/22
Zabetonowała ciało męża w łazience. Makabryczne odkrycie w małopolskiej wsi
Według ustaleń śledczych kobieta przez kilka dni żyła w domu ze zwłokami męża. Jak relacjonuje Gazeta Wyborcza, tłumaczyła potem: "Jak znalazłam go w łazience, wpadłam w panikę, nie wiedziałam, co dalej zrobić. Przez trzy dni piłam, w końcu zabrakło mi wódki. Ciało męża zaczęło się rozkładać, musiałam coś zrobić."Małgorzata zamówiła piętnaście worków cementu i postanowiła zabetonować ciało w łazience. Kiedy okazało się, że nie mieści się ono w przygotowanej formie, odcięła nogi i ręce. Policjanci, którzy przybyli na miejsce, znaleźli zwłoki zakopane w ogrodzie, a w domu — narzędzia z widocznymi śladami krwi: siekierę, piłę ręczną i szlifierkę.
Z relacji świadków wynikało, że para uchodziła za spokojne małżeństwo. W opinii sąsiadów byli "zgodni, łagodni i zakochani". Kłopoty zaczęły się po śmierci ich starszego syna — Małgorzata przeżyła załamanie nerwowe, a mąż zaczął nadużywać alkoholu. Po rozwodzie w 2020 r. para ponownie się zeszła.
Według zeznań kobiety, w dniu tragedii doszło do kłótni. "Grzesiek miał pretensje, że rzekomo rzuciłam w niego popielniczką. Wtedy uderzył mnie butelką w głowę. Poszłam do kuchni, wzięłam nóż i powiedziałam mu: »Nie będziesz mnie tak traktował«. Siedział w fotelu. Wykonałam ruch, on zasłonił się ręką i rozcięłam mu przedramię."Jak relacjonowała w śledztwie, po tym wydarzeniu mąż zmarł z powodu krwotoku, a ona nie potrafiła zadzwonić po pomoc.
Sekcja zwłok nie wykazała jednoznacznej przyczyny zgonu. Biegli stwierdzili, że rany mogły być obronne, ale nie pozwalały z całą pewnością ustalić, czy śmierć nastąpiła w wyniku wykrwawienia.
W konsekwencji prokuratura nie oskarżyła Małgorzaty o zabójstwo, lecz o nieudzielenie pomocy, uszkodzenie ciała i zbezczeszczenie zwłok.Sąd pierwszej instancji uznał, że kobieta działała brutalnie, ale nie z zamiarem zabójstwa. W uzasadnieniu wyroku sędzia Lidia Kurnicka podkreśliła, że "przy ciosach w przedramię trudno mówić nawet o nieumyślnym spowodowaniu śmierci. Oskarżona nie chciała spowodować zgonu, chciała wystraszyć męża."
Za zbezczeszczenie zwłok — które sędzia określiła jako potraktowanie "ciała jak kawałka mięsa w rzeźni" — oraz za nieudzielenie pomocy Małgorzata została skazana na osiem lat więzienia. Jednak w październiku sąd apelacyjny obniżył karę do sześciu lat.
Podczas rozprawy kobieta mówiła: "Czuję się jak we śnie, jakbym na to patrzyła z boku. Nie zrobiłabym mu krzywdy, nie umieliśmy żyć bez siebie. Chciałabym, by to wszystko się nie stało i Grzegorz dalej żył. Tylko żeby nie pił."
Dziś Zimnodół milczy o tamtej tragedii. Mieszkańcy nie chcą wracać do tego, co wydarzyło się w niewielkim domu na końcu wsi. Wspominają jedynie, że Małgorzata była spokojna, cicha — i nikt nie przypuszczał, że skrywa w sobie tak przerażający sekret.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz