Tamtego mroźnego zimowego poranka szedłem niemal pustą ulicą. Nagle coś ciemnego upadło na śnieg — i miałem wrażenie, że serce przestało mi bić.
Ciało… zbyt nieruchome, by mogło w nim być życie.
Podszedłem bliżej. To była suczka. Ledwo oddychała, z dużym brzuchem przyciśniętym do zamarzniętej ziemi. Nie miała już siły uciekać.
Usiadłem obok i położyłem dłoń na jej głowie. Zimno jej sierści przeszyło mnie do głębi.
Spojrzała na mnie oczami pełnymi strachu. A w tym spojrzeniu było ciche, rozpaczliwe błaganie:
„Proszę… nie zostawiaj mnie tutaj”.
Owinąłem ją swoim płaszczem i zaniosłem do samochodu, przez całą drogę szepcząc:
„Jesteś już bezpieczna… twoje maluchy będą żyć… jestem przy tobie”.
Cicho jęknęła, a jej ogon poruszył się tylko raz — jakby zrozumiała, że ten koszmar wreszcie się skończył. 

W klinice weterynarz powiedział, że dzieliły ją dosłownie minuty od śmierci. Minuty, które mogły kosztować życie jej i wszystkich jej nienarodzonych dzieci.
Kilka dni później, w cieple i spokoju, urodziła.
Stałem obok i patrzyłem, jak na świat pojawiają się maleńkie łapki, a łzy płynęły szybciej niż uśmiech. 

Dziś widzę ją spokojnie leżącą, jak jej szczenięta ssą mleko, a w jej oczach nie ma już strachu.
Historia suczki znalezionej na śniegu nie jest już historią bólu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz