Jest coś głęboko symbolicznego w tym, jak dziś witani są politycy w Polsce.
Gdy pojawia się Donald Tuską, słychać gwizdy, buczenie, gniew. Nie wyreżyserowany. Prawdziwy. Taki, którego nie da się zagłuszyć ani narracją, ani tweetem.
I właśnie w tym momencie zaczyna się cała prawda o obecnej władzy.
Donald Tusk znów postanowił rozpętać wojnę symboliczną. W swoim wpisie sprowadza wszystko do jednego, prymitywnego podziału: albo Zachód, albo Wschód. Jakby historia Polski była czarno-białą planszą, a nie dramatem ludzi, którzy przez wieki musieli walczyć o istnienie między jednymi a drugimi. Jakby Powstanie Wielkopolskie było ideologiczną fanaberią, a nie walką o polskość. Jakby suwerenność była dziś wstydliwym słowem.
I właśnie wtedy pojawia się odpowiedź prezydenta Nawrockiego
Spokojna, rzeczowa, bolesna w swojej prostocie. Przypomina, że Polska zawsze walczyła o siebie, a nie „przeciwko Zachodowi” czy „za Wschodem”. Że nasi przodkowie nie pytali, czy komuś to się politycznie opłaca, tylko stawali tam, gdzie była Polska.
I to jest ten moment, który najbardziej boli obóz władzy.
Bo prawda jest taka, że Tusk nie ma dziś czym rządzić poza narracją. Gospodarka się sypie. Finanse się nie domykają. Służba zdrowia ledwo oddycha. Społeczeństwo jest zmęczone, podzielone, coraz bardziej zniecierpliwione. A zamiast odpowiedzialności dostajemy tweety. Zamiast rozwiązań to emocjonalny szantaż.
Dlatego premier atakuje prezydenta.
Bo wie, że Nawrocki ma realne poparcie społeczne.
Bo wie, że ludzie widzą różnicę między kimś, kto stoi na straży państwa, a kimś, kto traktuje państwo jak PR-owy projekt.
Prezydent wetuje złe ustawy, pełne wrzutek, chaosu i pisane na kolanie. Chroni obywateli przed prawem, które bardziej służy interesom politycznym, lobbystom niż interesom społecznym. Jest tam, gdzie powinien być prezydent: po stronie ludzi, a nie układów.
I właśnie dlatego jest niewygodny.
Bo tamci chcieliby Polski jako posłusznego landu, zarządzanego z zewnątrz, z Berlina i Brukseli. Bez własnego zdania, bez charakteru, bez pamięci. Polski, która nie pyta, tylko wykonuje polecenia. A prezydent Nawrocki przypomina, że Polska to nie projekt do zarządzania, tylko wspólnota ludzi z historią, godnością i kręgosłupem.
I kiedy dziś Tusk mówi o „zagrożeniu ze Wschodu”, warto zapytać:
czy mówi to ten sam człowiek, który jeszcze niedawno „tulił Rosję”, spacerował z Putinem po molo i opowiadał bajki o dialogu?
Czy to ostrzeżenie, czy raczej paniczna próba przykrycia własnej nieudolności?
Bo prawda jest taka:
to nie prezydent jest dziś problemem tej władzy.
Problemem jest to, że ludzie widzą coraz wyraźniej, kto mówi prawdę, a kto tylko gra na czas.
I dlatego biją brawo tam, gdzie widzą autentyczność.
A tam, gdzie słyszą pustkę - odpowiadają gwizdem i krzykami ,,Donald matole....".
Polska patrzy.
I coraz lepiej rozumie, kto naprawdę stoi po jej stronie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz