2026/01/27

 Była godzina 2:19 w nocy, gdy telefon zawibrował na szafce nocnej.

Po drugiej stronie słuchawki odezwał się zmęczony głos wolontariuszki:
„On nie daje rady. Jest w panice. Musisz ją oddać… albo zabrać także jego”.
Tego dnia przyjęłam Maję — pręgowaną mieszańkę o miodowych oczach.
Powiedziano mi, że to tylko tymczasowe rozwiązanie.
„Kilka tygodni, a potem znajdzie się rodzina”.
Ale jej brat, Rio, nie zniósł rozłąki.
Zaczął bez przerwy wyć,
drapał ściany kojca, przewracał miski,
zranił pysk, próbując się wydostać.
To nie była agresja.
To był strach.
Spojrzałam na Maję — leżała skulona obok łóżka.
Nie spała.
Leżała nieruchomo, z uszami napiętymi w stronę drzwi,
jakby na kogoś czekała.
O trzeciej w nocy byłam już w samochodzie —
z potarganymi włosami i ściśniętym gardłem.
Gdy dotarłam do schroniska, Rio drżał:
oczy miał zaczerwienione, głos zdarty, ciało wyczerpane.
Gdy tylko poczuł zapach Mai,
powoli podszedł do transportera,
oparł głowę — i uspokoił się.
Jakby świat wrócił na swoje miejsce.
„Zostaw je razem jeszcze przez kilka dni” — powiedziano mi.
„Tylko do czasu, aż znajdziemy rozwiązanie”.
Minęło dziesięć miesięcy.
Zawsze śpią wtuleni w siebie.
Dzielą jedną miskę, jeden kocyk,
jeden nasłoneczniony kąt.
Jeśli jedno wstaje — drugie idzie za nim.
Miałam być tylko przystankiem.
Stałam się domem.
@ kawa z mlekiem

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz