"Kamerki", seksbiznesy i praca przymusowa. Handel ludźmi wciąż ma się dobrze
Nastoletnia dziewczyna wyjeżdża z ukochanym do Niemiec. Tam okazuje się, że czeka ją praca w domu publicznym. - Ukochany nigdy po nią nie wrócił, a ona, mimo że pracowała w burdelu, do końca mówiła o nim "mój chłopak" - mówi Joanna Garnier z Fundacji La Strada. W rozmowie z WP tłumaczy, dlaczego metoda na "loverboya" wciąż działa i jak nie wpaść w brutalne sidła handlarzy ludźmi.
Paulina Sowa, dziennikarka Wirtualnej Polski: Sąd w Sosnowcu skazał obywatela Bułgarii na 4,5 roku więzienia za udział w grupie przestępczej i zmuszanie kobiet do prostytucji. Mężczyzna działał według schematu: rozkochiwał w sobie młode kobiety w trudnej sytuacji, a następnie przemocą zmuszał je do pracy seksualnej. Czy to często spotykany mechanizm?
Joanna Garnier, Fundacja La Strada: To klasyczna metoda na tzw. "loverboya" lub "kochasia". Jest nam doskonale znana i niestety wciąż przynosi przestępcom bardzo dobre rezultaty. Sprawcy celują w kobiety – często bardzo młode, nastolatki – które znajdują się w trudnym położeniu życiowym, mają problemy w szkole lub są skłócone z rodziną i nie mają oparcia w bliskich. Celem jest doprowadzenie do całkowitego uzależnienia emocjonalnego ofiary, by ostatecznie zgodziła się na pracę w seksbiznesieObecnie rzadziej niż kiedyś. Od kilku lat pracujemy przede wszystkim z ofiarami pracy przymusowej. Tam również występuje oszustwo i wprowadzenie w błąd, ale zazwyczaj nie ma więzi emocjonalnej czy bliskości seksualnej. Nie zmienia to faktu, że pracowałyśmy z wieloma kobietami, które padły ofiarą "kochasiów". Proszę mi wierzyć – te więzi bywały niezwykle silne.Tak, one się autentycznie zakochiwały. Pamiętam historię siedemnastolatki, która pochodziła z trudnego środowiska. Sieć zarzucił na nią chłopak z Bałkanów. Na początku było jak w bajce: prezenty, kolacje, poświęcał jej mnóstwo uwagi. Dawał jej poczucie bycia ważną, którego wcześniej nie znała. Potem pojawiła się propozycja wyjazdu do Niemiec i budowania wspólnego życia. Po przyjeździe na miejsce chłopak wstawił ją do domu publicznego. Przekonywał, że to tylko tymczasowe, że ma długi, które muszą spłacić, by mogli być razem. Nigdy po nią nie wrócił, a ona, mimo że pracowała w burdelu, do końca mówiła o nim "mój chłopak".
Nie dopuszczała do siebie myśli, że została oszukana?
Myślę, że ona postrzegała to raczej w kategoriach nieszczęśliwej, zawiedzionej miłości niż przestępstwa. Ostatecznie wróciła do Polski i jakoś ułożyła sobie życie, ale taki ślad w psychice zostaje na zawsze.W raporcie MSWiA z 2023 roku dotyczącym handlu ludźmi pojawia się informacja o wzroście udziału małoletnich wśród ofiar. Chodzi zwłaszcza o wykorzystywanie online. Widzicie to w swoich statystykach?
Częściej niż wykorzystywanie seksualne online pojawia się u nas werbowanie młodych ludzi do działań przestępczych, np. handlu narkotykami. Jeśli jednak chodzi o sferę seksualną, problemem są tzw. "kamerki". Młodym kobietom wydaje się, że to bezpieczna i łatwa praca przed komputerem. W rzeczywistości często dochodzi tam do drastycznego przekraczania granic i nacisku psychicznego. Ofiary są szantażowane: "Jeśli nie zrobisz tego, o co prosi klient, nie dostaniesz żadnych pieniędzy". To nie jest bezpieczna zabawa, to realna przemoc. Pamiętam przypadek dziewczyny, której powiedziano, że będzie musiała symulować masturbację. Potem okazało się, że musi używać wibratora w określony sposób, bo klient miał konkretne oczekiwania.Zdecydowanie tak. Ludzie często są zdziwieni naszymi statystykami. W ubiegłym roku zgłosiło się do nas około 250 osób, rok wcześniej prawie 300. Kiedy pokazujemy, że liczba pokrzywdzonych kobiet i mężczyzn jest niemal równa, budzi to zdziwienie. Powszechnie uważa się, że handel ludźmi to wyłącznie zmuszanie kobiet do prostytucji. Tymczasem mamy do czynienia z gigantycznym wyzyskiem siły roboczej w przemyśle czy usługach. To, co dzieje się dziś w Polsce wobec obcokrajowców, przypomina sytuację Polaków w Europie Zachodniej sprzed 20 lat.
Polacy nie są już postrzegani jako "tania siła robocza"?
Polacy nadal chętnie wyjeżdżają, bo za granicą zarabia się lepiej. Ale to sprawia, że w Polsce brakuje rąk do pracy. Ktoś musi budować domy czy prowadzić autobusy. Tę lukę wypełniają Ukraińcy, Filipińczycy, a ostatnio coraz częściej obywatele Ameryki Łacińskiej – Kolumbijczycy, Wenezuelczycy czy Argentyńczycy.Wojna w Ukrainie zmieniła ten rynek?
Tak, sprawiła, że polskie agencje zaczęły masowo ściągać pracowników spoza Europy. Wykorzystywano fakt, że obywatele państw Ameryki Łacińskiej mogli wjeżdżać do Polski bez wiz na 90 dni w celach turystycznych. Nieuczciwe agencje sprowadzały ich, pozwalały pracować przez kilka tygodni, a potem wyrzucały, by sprowadzić kolejnych. Tysiące Kolumbijczyków błąka się teraz po Polsce, pracując na czarno, bo agencje nie dopełniły formalności związanych z kartami pobytu. Krążą słuchy, że w tej chwili w Polsce przebywa nawet 100 tysięcy obywateli Kolumbii.Mówimy o zorganizowanych grupach przestępczych czy o legalnie działających firmach?
I to jest najsmutniejsze – często są to legalnie działające agencje zatrudnienia. Postępowania przeciwko nim toczą się latami, a w tym czasie one nadal funkcjonują i oszukują kolejnych ludzi. Od lat postulujemy zaostrzenie kar i zamykanie takich podmiotów, ale wciąż brakuje skutecznych mechanizmów.
Na co powinniśmy zwrócić uwagę, decydując się na pracę za granicą, by nie wpaść w taką pułapkę?
Pierwszą czerwoną flagą jest hasło: "Będzie pani zadowolona", rzucone bez żadnych konkretów. Radzimy korzystać ze sprawdzonych sieci, jak EURES (Europejskie Służby Zatrudnienia). Oferta musi być legalna, zawierać szczegółowy zakres obowiązków, adres pracodawcy i wysokość wynagrodzenia.
Pamiętajmy: przepisy unijne zabraniają pobierania opłat za pośrednictwo pracy od osoby szukającej zatrudnienia. Jeśli agencja żąda pieniędzy na start – uważajmy. Brak precyzji w ofercie może prowadzić do dramatów. Pamiętam sprawę bardzo młodego chłopaka, świeżo upieczonego maturzysty, który tuż po egzaminach chciał dorobić za granicą. Dostał ofertę pracy w Holandii przy kwiatach, a na miejscu okazało się, że ma pracować w rzeźni. Miał podpisany kontrakt, którego kompletnie nie rozumiał. Dzwonił do matki przerażony i zapłakany, bo psychicznie nie był w stanie podołać tej pracy. Dopiero dzięki interwencji udało się go stamtąd wyciągnąć.
Dane Eurostatu pokazują, że handel ludźmi to wciąż żywy temat. W Unii Europejskiej w 2022 roku zarejestrowano rekordowe 10 tysięcy ofiar.
Wiele zjawisk przeniosło się do sieci i wymyka się kontroli. Po pandemii odrodził się też klasyczny seksbiznes. Polska bardzo potrzebuje rąk do pracy, ale nie radzimy sobie z migracją. Jak powiedział szwajcarski pisarz Max Frisch: "Sprowadziliśmy siłę roboczą, a przyjechali ludzie". Wydaje nam się, że pracownik to tylko maszyna, a on ma swoje potrzeby i prawa. Naszą politykę migracyjną w dużej mierze kształtują agencje zatrudnienia, z których część po prostu wspiera handel ludźmi.
Co dzieje się z ofiarą po ucieczce z takiego miejsca?
Często mówimy, że moment uwolnienia to dopiero początek problemów. Osoba, która długo żyła w opresji, ma ogromną trudność z powrotem do normalności. Musi uczyć się życia w świecie, którego nie zna i w którym nie potrafi się poruszać. Jedni czują ulgę, inni mają gigantyczny problem, by odnaleźć się w nowej rzeczywistości. To długa i trudna droga.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz