2026/06/01

Pogoda diametralnie się zmienia. Deszcz i grad pojawią się w wielu regionach. Burze wrócą do Polski

 Pierwszy dzień czerwca nie przyniesie stabilnej aury. W wielu regionach Polski pojawią się opady deszczu, a miejscami także burze z gradem i silnym wiatrem. Najtrudniejsza sytuacja prognozowana jest na południu kraju, gdzie lokalnie może spaść nawet 40 mm deszczu. Gdzie będzie burza?

Po kilku dniach bardziej przyjaznej pogody mieszkańcy wielu regionów będą musieli przygotować się na mokry początek tygodnia. Synoptycy ostrzegają zarówno przed intensywnymi opadami, jak i burzami, które mogą pojawić się w centralnej i północno-wschodniej Polsce.Poniedziałkowy poranek rozpoczął się pod znakiem dużego zachmurzenia przede wszystkim na południu Polski. Najwięcej chmur zgromadziło się nad województwami śląskim, małopolskim i podkarpackim, gdzie już od rana występowały opady deszczu.

W ciągu dnia strefa opadów utrzyma się nad południową częścią kraju. Deszcz będzie okresami intensywny, szczególnie na południowym wschodzie. W pozostałych regionach pojawią się przejaśnienia, choć przelotne opady mogą wystąpić praktycznie wszędzie.Najbardziej dynamiczna pogoda prognozowana jest w pasie od Mazowsza przez Warmię po Podlasie. To właśnie tam mogą rozwijać się burze połączone z intensywnymi opadami deszczu, silnymi porywami wiatru i lokalnym gradem.Według prognoz podczas burz może spaść około 20 mm deszczu. Wiatr osiągnie prędkość do 65-70 km na godz.. Synoptycy nie wykluczają również wystąpienia gradu, który lokalnie może powodować szkody w uprawach i ogrodach.Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej wydał ostrzeżenia pierwszego stopnia dla części województw południowo-zachodniej Polski. Alerty obejmują znaczne obszary województw:

  • lubuskiego,
  • dolnośląskiego,
  • opolskiego,
  • śląskiego,
  • małopolskiego.

W tych regionach prognozowane są opady o natężeniu umiarkowanym i silnym. Lokalnie suma opadów może wynieść od 25 do 40 mm. Burzom będą towarzyszyć porywy wiatru dochodzące do 60 km na godz..Mimo niespokojnej aury temperatury pozostaną stosunkowo wysokie. W większości kraju termometry pokażą od 20 do 23 st. C. Chłodniej będzie tam, gdzie opady okażą się najbardziej intensywne.Na południu Polski oraz nad morzem temperatura nie przekroczy 14-17 st. C. Wiatr będzie przeważnie słaby i umiarkowany, choć podczas burz może gwałtownie przybierać na sile.IMGW wydało także alerty przed gęstą mgłą, która potrwa do ok. 8.30. Jak podaje instytut, "miejscami utrzymuje się silne zamglenie lub mgła, która lokalnie jest gęsta, ograniczająca widzialność poniżej 200 m (m.in. w okolicach Łeby, czy Szczecinka). Po godz. 07:00 widzialność zacznie się poprawiać".

Deszcz pomoże w walce z suszą? IMGW mówi o zagrożeniu pożarowym

Zdaniem synoptyków najbliższe dni nie przyniosą jeszcze powrotu stabilnej, upalnej pogody. Dominować mają temperatury umiarkowane oraz okresowe opady deszczu. Jak podkreśliła synoptyczka IMGW Anna Gryczman, opady są obecnie potrzebne ze względu na pogłębiający się problem suszy oraz wysokie zagrożenie pożarowe.Deszcz może częściowo poprawić sytuację hydrologiczną, szczególnie w regionach, które od wielu tygodni borykają się z niedoborem wody. Poniedziałkowe załamanie pogody następuje zaledwie dwa dni po gwałtownych burzach, które przeszły przez Opolszczyznę i Śląsk. W Balcarzowicach żywioł uszkodził 18 budynków, w tym 11 domów mieszkalnych. Władze lokalne rozpoczynają szacowanie strat po przejściu nawałnic.

Źródło: IMGW / Onet

Trump pchnął bogaty kraj w stronę UE. "Szukają zabezpieczenia"

 Rząd w Reykjaviku na sierpień wyznaczył datę referendum w sprawie wznowienia przerwanych negocjacji akcesyjnych z Unią Europejską. - Amerykańskie groźby wobec Grenlandii niepokoją Islandczyków. Szukają zabezpieczenia. Dla UE to dobra wiadomość - ocenia prezes WiseEuropa Maciej Bukowski.

Rząd Islandii wyznaczył na 29 sierpnia datę referendum, w którym obywatele zdecydują, czy państwo wznowi przerwane negocjacje akcesyjne z Unią Europejską. To zwrot w nastawieniu mieszkańców nordyckiego państwa, które ponad dekadę wcześniej wstrzymało starania o akces do Wspólnoty.

- Sytuacja drastycznie się zmieniła. Kryzys grenlandzki i ekspansywna polityka Trumpa pchnęły Islandię w kierunku zbliżenia z Unią Europejską. Na całej szeroko rozumianej Północy zmienia się kurs na proeuropejski. Widzimy ten trend. To nie tylko islandzki fenomen, ale też norweski - ocenia w rozmowie z money.pl Maciej Bukowski, prezes WiseEuropa, lider Programu Ekonomia i Polityka Gospodarcza.

Rosnące znaczenie Arktyki w geopolitycznej układance, jak i roszczenia prezydenta USA Donalda Trumpa do położonej w tym regionie Grenlandii sprawiły, że już w marcu premier Islandii Kristrun Frostadottir przekonywała, że powrót do negocjacji z UE jest decyzją o strategicznym znaczeniu.- Rejon między Wielką Brytanią, Grenlandią i Islandią to kluczowy obszar strategiczny. Stawia więc je w orbicie zainteresowania Trumpa. W Reykjaviku z niepokojem obserwowano, co się działo w sprawie Grenlandii. Wśród Islandczyków wciąż pokutuje pamięć o tym, że USA w czasie II wojny światowej zajęły ich wyspę. Nie są to dobre wspomnienia - zaznacza Tomasz Zduńczyk, analityk ds. bałtyckich i nordyckich z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Islandia boi się Trumpa. W UE szuka zabezpieczenia

Islandia nie ma własnej armii. Należy do NATO, ale ma także podpisaną umowę obronną z USA. Przez lata to było skuteczną gwarancją bezpieczeństwa. Dziś już nie jest. Nakładane przez Trumpa cła na Islandię, wspomniana presja w kierunku aneksji Grenlandii, polityczne ataki na sojuszników sprawiły, że kraj ten szuka bezpiecznych sojuszników.Żart Billy'ego Longa, kandydata Trumpa na ambasadora w Islandii, że kraj ten stanie się 52. stanem USA (51. miała być Grenlandia albo w innej koncepcji Kanada), a on zostanie jego gubernatorem, zbulwersował opinię publiczną, a temat powrotu do negocjacji z UE stał się jeszcze pilniejszy.

- Zwiększenie nakładów na obronność, programy zbrojeniowe sprawiły, że UE przestała być traktowana jedynie jako format gospodarczy. Staje się realnym zabezpieczeniem - zaznacza Zduńczyk.W marcu Islandia i UE podpisały umowę o partnerstwie obronnym, a rząd wyspy przyśpieszył datę referendum. Pierwotnie zapowiadał, że zorganizuje je do końca 2027 r.

- Trump się któregoś dnia skończy, ale nie trumpizm. Część republikanów, czy też zagorzałych zwolenników MAGA, postrzega dominację USA w radykalny sposób. To powoduje, że Europa widzi potrzebę wzmocnienia swojej pozycji poprzez nowe sojusze z Kanadą, z Indiami. Jej rozszerzenie to sygnał, że nie jest upadającym formatem - zaznacza Maciej Bukowski.

Bogaty kraj chce do UE

Oczywiście, jak zaznacza Tomasz Zduńczyk, referendum dotyczy wznowienia rozmów akcesyjnych z UE, co jeszcze nie oznacza przystąpienia. Niemniej nastroje społeczne mocno się zmieniły.

Szefowa rządu koalicyjnego i liderka socjaldemokratycznego Sojuszu Kristrun Frostadottir przypominała, że obecnie Islandia ma lepszą pozycję negocjacyjną niż po kryzysie ekonomicznym 2008 r. Dziś jest bogatym krajem. Choć zmaga się z inflacją na poziomie około 5,2 proc., to ma piąty najwyższy PKB na mieszkańca na świecie.

Jeszcze w lutym szefowa dyplomacji Islandii Thorgerdur Katrin Gunnarsdottir przekonywała, że nie spodziewa się długich negocjacji z UE, gdyż jej kraj już należy do Europejskiego Obszaru Gospodarczego, co oznacza, że rynek jest w dużej części zintegrowany. Jej zdaniem obszary akcesyjne, które zostały już omówione, zostaną zaktualizowane.Dla Unii Europejskiej rozszerzenie o Islandię byłoby sukcesem politycznym. Nie tylko zyskuje kontrolę nad szlakami morskimi, zwiększa wpływy w regionie, o który konkurują obecnie supermocarstwa, ale pozyskuje dodatkowego płatnika netto. Pokazuje, że jest atrakcyjna nie tylko dla aspirujących krajów potrzebujących wsparcia programów, ale również zasobnych krajów - ocenia Zduńczyk.

Jak dodaje analityk PISM, to jak przebiegnie referendum w Islandii, będzie miało wpływ na sytuację w Norwegii. Efekt może być taki, że poszerzanie Unii nabierze tempa. - Dla UE to dobra wiadomość - uważa prezes WiseEuropa.Jak zaznaczają eksperci, z którymi rozmawiał money.pl, udział zwolenników i przeciwników akcesji do UE na Islandii jest mniej więcej równy. Nie bez powodu w 2013 r. kraj zamroził negocjacje, a dwa lata później się z nich wycofał.

Jednym z kluczowych problemów są poważne obawy o sektor rybołówstwa. - To największe dobro narodowe Islandii - zaznacza analityk PISM. Stanowi bardzo ważną gałąź gospodarki. Produkty morskie odpowiadają za ponad 1/3 eksportu towarów, czyli są porównywalnym filarem handlu zagranicznego do aluminium - wynika z danych OECD.

Dlatego też Islandczycy chcą się chronić zarówno przed kwotami połowowymi (limity określające, ile ryb danego gatunku można złowić w danym roku na konkretnym akwenie) narzucanymi przez Unię, jak i przed otwarciem na konkurencję.

Według szefowej islandzkiego MSZ trudnymi tematami negocjacji byłyby także rolnictwo i rynek pracy. Islandia ma mały, specyficzny rynek i wysokie koszty życia, więc obawy dotyczą m.in. konkurencji, regulacji i wpływu wspólnego rynku na lokalne sektory - wskazywał Reuters.Jak przypomina Polska Agencja Prasowa, kraj przeszedł drogę od jednego z najbiedniejszych rejonów Europy do znaczącej siły gospodarczej dzięki wykorzystaniu zasobów naturalnych, energetyce i skutecznej restrukturyzacji po kryzysie z 2008 r. Obecna zasobność Islandii opiera się przede wszystkim na rybołówstwie, odnawialnych źródłach energii i rozwijającej się turystyce.

- Zarówno UE sygnalizuje, że skłonna jest iść na kompromis w sprawie kwot połowowych dla Islandii, jak sami Islandczycy coraz bardziej dostrzegają potencjalne korzyści z akcesji do UE - ocenia Maciej Bukowski.

Jak dodaje, dla obecnej administracji USA zbliżenie Islandii do UE nie jest korzystne. Choć nikt nie spodziewa się, że Trump zagrozi Islandii bezpośrednio, to będzie zapewne wykorzystywał wpływy, aby zniechęcić wyspę do przystąpienia do Wspólnoty.

Bielik zaatakował gniazdo bocianów. Do obrony ruszył "Królewicz"

 W lesie w rejonie Bolewic doszło do ataku bielika na gniazdo bocianów czarnych, w którym były cztery młode. Zdarzenie zarejestrowała kamera, za pomocą której prowadzona jest całodobowa transmisja wideo. Dorosły samiec bociana, nazywany "Królewicz", odparł drapieżnika i ochronił pisklęta.

Atak został opisany przez Komitet Ochrony Orłów, który prowadzi całodobową transmisję online z gniazda bocianów czarnych w okolicach Bolewic. Dzięki nagraniu z kamery wiadomo, że sytuacja rozegrała się bezpośrednio przy gnieździe w lesie.Na zapisie widać dorosłego bielika, który zaatakował gniazdo z czterema młodymi bocianami czarnymi. W obronie piskląt ruszył opiekujący się nimi samiec nazwany "Królewicz".

Komitet podkreśla, że gdyby nie zdecydowane działanie dorosłego bociana, młode mogły nie przeżyć. Zwraca też uwagę, że ornitolodzy niejednokrotnie znajdują szczątki bocianów w gniazdach bielików, co ma potwierdzać naturalny charakter takich zdarzeń.

"Trudno opowiadać się tu po jakiejś jednej stronie, ale trzymajmy kciuki, żeby tu już więcej bielik nie powrócił" - napisano na profilu Komitetu.

"Zełenski powinien zadzwonić i przeprosić". Stanowcze słowa z Pałacu Prezydenckiego

 — Nie wyobrażam sobie. (...) Wydaje mi się, że Donald Tusk musi mieć elementarne wyczucie w tej sprawie — powiedział Marcin Przydacz, pytany o sytuację, w której premier nie zgodziłby się na odebranie Orderu Orła Białego Wołodymyrowi Zełenskiemu. Dodał też, że prezydent Ukrainy powinien zadzwonić z przeprosinami do Karola Nawrockiego.

Prezydent Ukrainy podjął decyzję o nadaniu jednej z jednostek wojskowych imienia "bohaterów UPA". Karol Nawrocki zaproponował, aby na najbliższym posiedzeniu Kapituły Orderu Orła Białego, jednym z punktów było odebranie Wołodymyrowi Zełenskiemu tego odznaczenia.Marcin Przydacz powiedział w poniedziałek (1 czerwca) w Polsat News, że decyzja prezydenta Ukrainy była skandaliczna i trzeba było na nią twardo zareagować — tak, jak zrobił to Karol Nawrocki.

Pałac Prezydencki ma "plan B"? Przydacz o Tusku: nie wyobrażam sobie

Szef Biura Polityki Międzynarodowej pytany był o to, czy Pałac Prezydencki ma "plan b" na wypadek, gdyby szef rządu nie kontrasygnował decyzji o odebraniu Orderu Orła Białego Wołodymyrowi Zełenskiemu. Jak podkreślił, nie wyobraża sobie sytuacji, w której premier będzie blokował tego typu decyzje. — Bo to byłaby blokada. Nie wyobrażam sobie z szacunku dla stu kilkudziesięciu tysięcy pomordowanych Polaków i ich rodzin. Wydaje mi się, że Donald Tusk musi mieć elementarne wyczucie w tej sprawie i nie będzie stawał po stronie tak zwanych bohaterów z UPA, tylko stanie po stronie polskich ofiar — powiedział.Na uwagę, że może Karol Nawrocki powinien zadzwonić do ukraińskiego przywódcy, by mu oświadczyć, że jego decyzja jest dla Polski niestosowna, Marcin Przydacz odparł, że "to chyba prezydent Zełenski powinien zadzwonić do prezydenta Polski i po pierwsze przeprosić, a po drugie wytłumaczyć całe to napięcie". — Przepraszam, prezydent Polski ma teraz dzwonić, i co? — zapytał.

Jak ocenił, decyzja Zełenskiego może mieć związek z planowanymi wyborami w Ukrainie i chęcią budowania "swojej narracji politycznej". Być może też — dywagował Przydacz — Ukraińcy uznali, że podzielą polską scenę polityczną. Zaznaczył ponadto, że Kancelaria Prezydenta czeka na notatkę z rozmowy przeprowadzonej w ubiegłym tygodniu przez wiceministra spraw zagranicznych Marcina Bosackiego z ambasadorem Ukrainy w Polsce. — Nie znam treści tej rozmowy, więc będziemy dzisiaj oczekiwać, jak to wyglądało w rzeczywistości — dodał.Prezydencki minister został też zapytany o propozycję wiceprezesa PiS Przemysława Czarnka, by wstrzymać polską pomoc dla Kijowa, dopóki Ukraina nie wycofa się ze swojej decyzji. Marcin Przydacz ocenił, że najlepszym krokiem byłoby teraz "odmrożenie" projektu ustawy prezydenta dotyczącej zakazu gloryfikacji banderyzmu. Zaznaczył, że z punktu widzenia bezpieczeństwa Polski podstawowym zagrożeniem jest polityka Rosji. Dodał, że — jeśli chodzi o pomoc dla Ukrainy — "można pewne elementy zmieniać". — Można coś czasami troszkę później przesłać, można czasami wysłać inny sygnał. Coś się może zepsuć, coś może zostać remontowane — powiedział.

MON wysyła do Chin specjalny samolot. Mama o kulisach sprowadzenia Klaudii do Polski

 To będzie skomplikowane przedsięwzięcie. MON wyśle do Chin specjalny samolot z wojskowym zespołem medycznym, by bezpiecznie sprowadzić do Polski 24-letnią Klaudię Uciechowską. Polka od kilku tygodni przebywa w śpiączce w szpitalu w Pekinie. By lot mógł się odbyć, konieczne było uzyskanie zgód z aż 13 państw. — Zajęli się wszystkim — nie kryje wdzięczności wobec MON mama młodej kobiety.

Na ten dzień rodzice pochodzącej z Wałbrzycha (woj. dolnośląskie) Klaudii Uciechowskiej czekali od wielu dni. W poniedziałek, 1 czerwca, specjalny samolot MON poleci do Pekinu, by przetransportować 24-latkę do Polski. Klaudia studiowała w Chinach, a od kwietnia przebywa w śpiączce w szpitalu po tym, jak doszło u niej do rzadkich i niezwykle poważnych powikłań niegroźnego zazwyczaj potworniaka jajnika.Rodzice Polki zbierali pieniądze na zorganizowanie prywatnego transportu medycznego do Polski i ten cel udało im się osiągnąć. Ministerstwo Obrony Narodowej zaproponowało jednak pomoc. Dla bliskich 24-latki to było jak dar z nieba. Nie chodzi bowiem już tylko o kwestie finansową, ale też nieocenione wsparcie przy załatwianiu skomplikowanych formalności.— Oni ze mną się skontaktowali, że chcą pomóc w transporcie Klaudii do Polski, więc oczywiście wyraziłam na to zgodę. Oni zaproponowali, zajęli się wszystkim. Zajęli się też znalezieniem szpitala dla Klaudii w Polsce, który ją przyjmie. Wszystkie zgody już załatwiał MON. Potrzebowaliśmy ich 13, ponieważ przez 13 państw będziemy lecieć — powiedziała w rozmowie z TVN24 mama studentki.Jak mówi, pieniądze zebrane na transport Klaudii na zbiórce nie zmarnują się. Rodzice wiedzą już, że będą musieli opłacić gigantyczny rachunek za leczenie w Pekinie, którego nie pokryło ubezpieczenie — na dzień dzisiejszy to ponad 100 tys. dol., czyli ponad 360 tys. zł.

Stan 24-latki jest nadal bardzo poważny. Klaudia wciąż walczy z zapaleniem płuc i mózgu, do tego doszły kolejne komplikacje — przez ropień na wątrobie jest stan zapalny w jamie brzusznej, pojawiła się zakrzepica w obu nogach.

— Boję się tego przelotu. Boję się, jak ona go przetrwa. Wiem, że będziemy mieli najlepszych lekarzy, bo jednak są to lekarze wojskowi, więc mamy najlepszych lekarzy na pokładzie, ale mimo wszystko bardzo się denerwuję tym przelotem, jej stanem zdrowia — mówi mama Klaudii.Transport ma się odbyć 4 czerwca. W Polsce Klaudia trafi najpierw na OIOM, a następnie, gdy jej stan ulegnie poprawie, czeka ją długa rehabilitacja neurologiczna. Nie wiadomo, jak duże zniszczenia choroba zasiała w jej organizmie, czy jeśli 24-latka się wybudzi, będzie potrafiła mówić czy chodzić, czy wszystkiego będzie musiała uczyć się od początku.

24-latka z Polski wyjechała na studia do Pekinu przed dwoma laty. Studiowała filologię chińską, zamierzała osiąść tam na stałe. W połowie kwietnia młoda kobieta nagle ciężko zachorowała. Klaudia zemdlała w akademiku, trafiła do szpitala, gdzie lekarze zdiagnozowali u niej najpierw zapalenie płuc i niewydolność oddechową, a następnie guz na jajniku — potworniaka. Doprowadził on do dużych powikłań. Doszło do ostrego zapalenia otrzewnej, zapalenia mózgu, perforacji dwunastnicy, ropnia w okolicy wątroby.