Pamiętam ten dzień, Kiedy syn kierownika Sobolewa wpuścił tylko mnie na obiekt schroniska.. Psy szczękały bardzo głośno , Były albo bardzo agresywne albo bardzo zalęknione, Kompletnie dzikie i nieprzyzwyczajone do ludzi. Przyzwyczajone do Kijów którymi były bite. Chciałam zapamiętać jak najwięcej by móc przekazać jak najwięcej dalej. Poprosiłam go że chce zaadoptować trzy psy,Pokazał mi dwa które mogę. I potem zobaczyłam jego. Właściwie tylko brązowy nos który nie wytykał zza budy. W sumie ciężko budami nazwać To w czym mieszkały psy z Sobolewa. To był jedyny pies ,który nie wyszedł na spotkanie ze mną. Przerażony i zlękniony i I jednocześnie pogodzony ze swoim losem. Przegranym losem. Powiedziałam, że chce jeszcze tego. Kierownik powiedział ,że on się nie nadaje bo on się wszystkiego boi. Wtedy wszedł do kojca a pies uciekł w sam róg Budy. I zrozumiałam, że nie boi się wszystkiego, tylko jego. Poszłam za nim i spojrzałam mu w oczy. I zobaczyłam jedne z najmądrzejszych oczu jakie widziałam. Które przecierpiały wiele i tak wiele rozumieją. Chcę wierzyć że zrozumiał wtedy również moje słowa: idzie ratunek , nie poddawaj się
2026/02/06
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz