Wzięłam go, bo nikt inny nie chciał. Miał białe wąsy, kulawą tylną łapę i spojrzenie, które mówiło "wiem, że mnie zostawisz".
Dziesięć lat. Porzucony przy drodze krajowej w kartonie. Trafiał do schroniska dwa razy - za pierwszym razem został oddany po tygodniu, bo "za mało energii do zabawy z dzieckiem".
Stałam przed jego klatką i myślałam: kto oddaje psa, bo jest za mało radosny?
- Długo tu jest? - zapytałam.
- Osiem miesięcy - wolontariusz wzruszył ramionami. - Nikt nie patrzy na starsze. Wszyscy chcą szczeniaków.
Otworzyłam klatkę. Wszedłam. Usiadłam. On podszedł powoli, ostrożnie, jakby sprawdzał, czy to bezpieczne. Stanął przede mną, nie dotykając. Czekał na pozwolenie. Wyciągnęłam rękę. Położył na niej łeb. I już wiedziałam.
Teraz śpi na moim łóżku. Pierwszego dnia nie chciał - kręcił się, schodził, sprawdzał czy mogę. Musiałam go zaprosić trzy razy.
Kuleje, ale idzie ze mną wszędzie. Do sklepu, na pocztę, po śmieci. Jakby bał się, że jak mnie straci z oczu, to zniknę.
Ludzie pytają: "Po co ci stary pies?"
A ja pytam: po co komuś nowy, skoro ten wie już wszystko? Wie, co to samotność. Wie, co to czekanie. Wie, co to być niechcianym.
I właśnie dlatego wie też, co znaczy dom.
Wzięłam go, bo nikt inny nie chciał.
Ale teraz? Teraz nikt inny go nie dostanie
Maria P.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz