2026/03/21

Bracia zdarli z Anety ubrania, rozłupali czaszkę i wykorzystali. Nie przeżyła. "Bo była brzydka"

 „Zrobiliśmy to, bo była brzydka” – w tak bestialski sposób bracia z Augustowa tłumaczyli, czemu wykorzystali i pozbawili życia 29-letnią Anetę. Tomasz i Paweł S. nie mieli dla swojej ofiary żadnej litości, byli wyjątkowo brutalni. Obrażenia na ciele kobiety były tak rozległe, że nawet gdyby szybko otrzymała pomoc lekarską, uratowanie jej graniczyłoby z cudem. To, co spotkało Anetę, jest przerażające na wielu poziomach.

Aneta wychowała się we wsi Pieńki pod Bargłowem Kościelnym. Marzyła o znalezieniu wielkiej miłości, chciała założyć własną rodzinę i wieść spokojne życie. Wybrała nawet miasto, w którym chciała osiąść na stałe: Augustów w województwie podlaskim. Wynajmowała tam niewielki pokój, pracowała jako sprzątaczka w jednym z miejscowych urzędów. Na co dzień była dobra i zawsze uśmiechnięta, taką przynajmniej zapamiętała ją mama, pani Henryka, która w rozmowie z „Super Expressem” opowiadała, że po śmierci córki ta śni jej się po nocach. - Nic mi jej nie zwróci, ani przeprosiny tych bandytów i ich rodziców, ani ten wyrok – podkreślała po latach. Bo jej córkę spotkał okropny los, na który w żadnym stopniu nie zasłużyla.Do wstrząsających wydarzeń w Augustowie doszło w nocy z 13 na 14 października 2008 roku. Według niektórych medialnych doniesień, Aneta tego wieczoru postanowiła rozerwać się na zabawie, organizowanej przez jedną z dyskotek. Miała iść potańczyć i miło spędzić czas, może poznać kogoś nowego. W programie „Interwencja” Polsatu precyzowano, że nie dyskoteka była celem samym w sobie, a randka z chłopakiem poznanym przez internet. Aneta miała być z nim umówiona, ale nie dotarła na miejsce. Drogę z deptaka w centrum Augustowa do miejsca nad rzeką Netta przecięli jej nagle dwaj bracia: Tomasz i Paweł S. Mieli ją omamić, chwycić pod ręce i zabrać okulary, bez których prawie nic nie widziała. Była ufna, lubiła ludzi i chciała widzieć w nich dobro. Tym razem intuicja podpowiadała jej, by miała się na baczności. Niemal od razu wpadła w panikę, bo nie znała mężczyzn, a ci coraz śmielej ją obłapiali. Gdy zorientowała się, że to nie są żarty, a mężczyźni mają wobec niej złe zamiary, próbowała się wyrwać i uciec. Bezskutecznie.Zwyrodnialcy zaciągnęli 29-latkę na bulwary nad rzeką, gdzie rozegrał się prawdziwy koszmar. Kobieta krzyczała, wołała o pomoc, lecz w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby jej tej pomocy udzielić. Oprawcy zdarli z niej ubrania, bili pięściami po twarzy i głowie, kopali po całym ciele, a następnie wykorzystali ją seksualnie. Po wszystkim Aneta miała nadzieję, że będzie mogła odejść. Błagała ich o litość, obiecywała, że nikomu nic nie powie. Lecz ci mieli inne plany.Najpierw wyjęli z jej torebki kartę bankomatową i zażądali podania PIN-u. Aneta wiedziała, że jeśli to zrobi, przestanie być im potrzebna i mogą ją zabić, więc odmówiła. Wtedy oprawcy znowu się na nią rzucili. - Przemocą chcieli ten PIN od niej wyciągnąć – relacjonował pan Jarosław, brat napadniętej dziewczyny, cytowany w programie „Interwencja”. W tej samej stacji Józef Murawko z Prokuratury Okręgowej w Suwałkach opowiadał, że kobieta miała obrażenia od głowy do stóp: z przodu, z tyłu, z boku, nie mówiąc już o złamaniach czaszki. - Chyba tylko raz zetknąłem się w swojej karierze z tak okrutną zbrodnią – opowiadał poruszony prokurator.

Mężczyźni nie zważali bowiem na błagania Anety. Znowu ją pobili, a kiedy straciła przytomność, jeszcze żywą i bez ubrań, wepchnęli do rzeki Netta. Następnego dnia, z samego rana, na ciało unoszące się w wodzie natrafił rzekomo przypadkowy przechodzień, który wezwał służby. Sekcja zwłok wykazała, że 29-letnia kobieta zmarła w wyniku utonięcia, lecz biegli nie mieli wątpliwości, że obrażenia na jej twarzy oraz ciele były tak rozległe, że nawet gdyby szybko otrzymała pomoc lekarską, uratowanie poszkodowanej graniczyłoby z cudem. Skala agresji i brutalnej siły użytej wobec Anety była kolosalna

Pół roku udawało im się ukrywać. Bracia z Augustowa płakali i przepraszali w sądzie

Sprawcy pozostawali nieuchwytni na początku śledztwa. Funkcjonariusze przez pół roku nie potrafili złapać tych, którzy zabili Anetę. Ustalenie, że byli to bracia z Augustowa, zajęło mundurowym kilka miesięcy. Pomogło zaangażowanie specjalnej grupy policjantów z Augustowa i Białegostoku, ale też nagłośnienie sprawy w mediach, ponieważ o poszukiwaniach oprawców zaczęli pisać dziennikarze z całej Polski. Na policję zgłaszali się wówczas coraz to nowsi świadkowie, dostarczający kryminalnym kolejnych dowodów.Finalnie funkcjonariusze trafili na właściwy trop morderców – bracia Tomasz i Paweł S. zostali zatrzymani, a niedługo później zasiedli na ławie oskarżonych w Sądzie Okręgowym w Suwałkach. Tam zachowywali się tak, jakby mieli rozdwojenie jaźni. Z jednej strony płakali i przepraszali rodzinę Anety, a z drugiej bez żadnych zahamowań wypowiedzieli słowa, które szeroki echem odbiły się w całej Polsce: „zrobiliśmy to, bo była brzydka”. Trudno mówić o wyrażaniu skruchy, gdy ktoś używa obelg i sformułowań pozbawionych szacunku wobec ofiary.

Reporterzy „Interwencji” ustalili, że starszy z braci, Tomasz, kilka dni przed zbrodnią wziął ślub, a wcześniej został ojcem. To nie przeszkodziło mu w dokonaniu tych wszystkich okropnych rzeczy razem z młodszym bratem, i to z tak odrażających, niskich pobudek.W toku śledztwa i kolejnych rozpraw okazało się, że mężczyzna, który znalazł zwłoki Anety, to kolega jednego z oprawców. Ten wrócił z nim bowiem na miejsce zbrodni, udając, że po prostu chciał przejść się nad rzekę. Udawał przed znajomym, że o niczym nie wiedział i wspólnie odnaleźli ciało. Nie chciał jednak osobiście dzwonić na policję, to mogło być zbyt podejrzane, więc poprosił o wykonanie telefonu kolegę, a ten – niczego nieświadomy – posłuchał.

- Jak przeczytałem akta, to jakoś intuicyjnie chciałem ustalić, kto to był. Z zainteresowaniem odznaczałem, kogo tam policja przesłuchała. Jeszcze policjantom powiedziałem: nie zdziwcie się, jeżeli natraficie na sprawcę, on od razu będzie czekał na was. I tak było – opowiedział prokurator Józef Murawko w rozmowie z Polsatem.

Prawomocna decyzja sądu. Prokuratur był wstrząśnięty opisem obrażeń ofiary

Postawienie braci z Augustowa przed sądem nie należało do zadań prostych. Padający tej nocy deszcz zatarł bowiem większość śladów. Przy barze znajdowała się co prawda kamera, która mogła zarejestrować oprawców Anety, ale niestety uległa ona awarii i niczego nie nagrała. To właśnie za sprawą świadka, kolegi Pawła, który przyznał się, że ten był z nim w momencie odkrycia zwłok, doszło do przełomu. Młodszy z braci został przesłuchany i, przyciśnięty przez policjantów. przyznał się do tego, że zabił Anetę razem z Tomaszem. Potem agresorzy poszli się dalej bawić na mieście, jak gdyby nigdy nic. Ten drugi musiał zostać ściągnięty z zagranicy, gdyż krótko po popełnieniu zbrodni wrócił do pracy w Anglii. - Nie podejrzewałam go o coś takiego. Moim zdaniem po trzech piwach, to on na pewno nie mógł tego zrobić – twierdziła koleżanka ze szkoły Pawła S. w rozmowie z „Interwencją”.Mężczyźni, których prokuratura postawiła w stan oskarżenia przed sądem, przyznali się do pobicia młodej kobiety. Do końca twierdzili jednak, że sama zgodziła się na stosunek płciowy. Przekonywali nawet, że do lodowatej rzeki wskoczyła samodzielnie, bez powodu. Sąd nie dał jednak wiary ich tłumaczeniom.

Tymczasem 29-letnia Aneta spoczęła na cmentarzu parafialnym w Bargłowie Kościelnym. Rodzice kobiety, gdy przyjdzie ich czas, spoczną tuż obok, w przygotowanym zawczasu grobowcu – tak mówili w „Super Expressie” na krótko po tragicznych wydarzeniach.

Wyrok w tej sprawie zapadł niecałe dwa lata od zbrodni, w maju 2010 roku. Marcin Walczuk, sędzia Sądu Okręgowego w Suwałkach, odczytał uzasadnienie i decyzję, zgodnie z którą oskarżeni Tomasz S. i Paweł S. zostali uznani za winnych zarzucanych im czynów.

- Działali wspólnie i w porozumieniu, w zamiarze bezpośrednim pozbawienia życia Anety Sz. - podkreślał sędzia. I choć opinia publiczna uważała, że za tak bestialską zbrodnię, popełnioną z niskich pobudek i ze szczególnym okrucieństwem, oskarżeni powinni usłyszeć karę dożywocia, to tak się ostatecznie nie stało. Zamiast tego, sędzia pierwszej instancji zdecydował, że mężczyźni spędzą w więzieniu 25 lat więzienia. Prokuratura nie zgadzała się z takim werdyktem i zaskarżyła wyrok. - Starszy z braci powinien usłyszeć karę dożywocia – uzasadniano, wskazując na liczne dowody, pokazujące skalę okrucieństwa i udział mężczyzn w zbrodni.

Od wyroku odwołała się jednak także obrona, która twierdziła, że 21-latek i 24-latek powinni zostać potraktowani łagodniej, bo wyrazili skruchę i przeprosili rodzinę ofiary. Białostocki sąd, który rozpatrywał zażalenia, odrzucił oba wnioski. - Zabójstwo było wyjątkowo brutalne, ale kara wskazana w pierwszej instancjiTym samym, już prawomocnie, Tomasz S. i Paweł S. zostali skazani na karę 25 lat więzienia. O przedterminowe zwolnienie będą mogli ubiegać się dopiero po 15 latach odsiadki, więc jest to minimalny czas, jaki musieli spędzić za kratami. W przypadku tego typu okrutnych morderstw szansa na to, że wyjdą wcześniej jest jednak znikoma, co oznacza, że z więzienia mężczyźni wyjdą prawdopodobnie dopiero w 2035 roku. powinna być wystarczająca – podkreślono.Tym samym, już prawomocnie, Tomasz S. i Paweł S. zostali skazani na karę 25 lat więzienia. O przedterminowe zwolnienie będą mogli ubiegać się dopiero po 15 latach odsiadki, więc jest to minimalny czas, jaki musieli spędzić za kratami. W przypadku tego typu okrutnych morderstw szansa na to, że wyjdą wcześniej jest jednak znikoma, co oznacza, że z więzienia mężczyźni wyjdą prawdopodobnie dopiero w 2035 roku.


 


 


Porwał ją, zgwałcił i zabił. Mogła przeżyć, gdyby służby potraktowały ją poważnie

 54-letni Michael King został we wtorek (17 marca) stracony w więzieniu na Florydzie. Prawie 20 lat temu porwał, zgwałcił i zabił młodą kobietę. Ta zdołała jeszcze zadzwonić na numer alarmowy. Dyspozytorka jednak zignorowała jej błagania o pomoc. Ta sprawa wstrząsnęła Ameryką.

Dziennik "USA Today" podał w środę, 18 marca, że dzień wcześniej w więzieniu na Florydzie wykonano karę śmierci na 54-letnim Michaelu Kingu. W 2008 roku mężczyzna porwał młodziutką Denise Amber Lee w biały dzień, sprzed jej domu. Kobieta zdołała jeszcze zadzwonić na numer alarmowy z telefonu swojego oprawcy, błagając o pomoc. Niestety dyspozytorka, która przyjęła zgłoszenie, całkowicie je zignorowała. "Kluczowych informacji nie przekazano policji również po telefonie od naocznego świadka, który przez kilkanaście minut relacjonował dokładne położenie samochodu, widząc szarpiącą się na tylnym siedzeniu ofiarę" - czytamy.

Szok w USA. Porwana zadzwoniła na numer alarmowy i błagała o pomoc. Została zignorowana

21-latka nie miała szans. King wywiózł ją do lasu, gdzie zastrzelił. Jak przypomina PAP, głośna sprawa obnażyła luki w amerykańskim systemie alarmowym 911 i doprowadziła do jego zreformowania. Mąż zamordowanej kobiety, Nathan Lee, założył fundację, której działalność zaowocowała zaostrzeniem wymo

Morderca nie przeprosił rodziny swojej ofiary

Michael King został stracony poprzez wstrzyknięcie trucizny. Podczas egzekucji, którą obserwowała rodzina zamordowanej przez niego kobiety, nie przeprosił za to, co zrobił. Stwierdził jedynie, że podczas pobytu w więzieniu się nawrócił. PAP podaje, że to siódma egzekucja w USA w tym roku i czwarta na Florydzie. W minionym roku w kraju wykonano łącznie 47 wyroków śmierci, najwięcej od 2009 roku.gów szkoleniowych dla dyspozytorów w wielu amerykańskich stanach. 

Morderca nie przeprosił rodziny swojej ofiary

Michael King został stracony poprzez wstrzyknięcie trucizny. Podczas egzekucji, którą obserwowała rodzina zamordowanej przez niego kobiety, nie przeprosił za to, co zrobił. Stwierdził jedynie, że podczas pobytu w więzieniu się nawrócił. PAP podaje, że to siódma egzekucja w USA w tym roku i czwarta na Florydzie. W minionym roku w kraju wykonano łącznie 47 wyroków śmierci, najwięcej od 2009 roku.


 


2026/03/20

Stanisław latami trzymał ukochaną w komórce obok świń. Podbierała paszę i zlewki z koryta

Dramat Elżbiety R. (52 l.) ze wsi Krawcowizna (woj. mazowieckie) trwał ponad trzy lata. Bezduszny mąż zamknął ją komórce pełnej śmieci i zakazywał wstępu do domu. Gdy on paradował po pustych pokojach, kobieta marzła w nieogrzewanych pomieszczeniach i żywiła się jedzeniem dla zwierząt, bo inaczej umarłaby z głodu. 

Horror za zamkniętymi drzwiami. Ukochany zgotował piekło Elżbiecie

Stanisław R. (70 l.) ze wsi pod Wołominem nie miał litości dla swojej o osiemnaście lat młodszej Elżbiety. Chociaż bez ślubu, żyli ze sobą jak mąż z żoną przez 25 lat i doczekali się dwóch synów. Ale mężczyzna z każdym rokiem stawał się coraz bardziej apodyktyczny. Gdy Ela zaczęła robić mu wymówki za ciągłe picie wódki z kolegami, pobił ją i zakazał wychodzenia na wieś. Choć trudno w to uwierzyć, dramat pani Elżbiety rozgrywał się zaledwie 60 km od Warszawy.

Gehenna rozpoczęła się w 2006 roku. - Dostawałam za byle co. Na czas nie zrobiłam obiadu, to już tłukł mnie po głowie. Nie zgodziłam się, żeby pił w domu z kumplami, to poobijał mi ręce tak, że do dziś mam blizny. Później doszło do tego, że bił mnie nawet za to, że źle na niego spojrzałam - opisywała „Super Expressowi” pani Elżbieta. - Jaka ja byłam głupia, że wzięłam sobie takiego chłopa. Na początku bardzo go kochałam, a gdy urodziły się dzieci, on pokazał pazury i było już za późno - ocierała łzy płynące po policzkach.

Zamknął ukochaną w komórce na lata!

Kobieta powiedziała dość i postanowiła, że pójdzie na policję. Łudziła się, że wizyta w komisariacie i poinformowanie o wszystkim policji zmieni zachowanie Stanisława. Niestety, okazało się, że damski bokser zdolny jest do najgorszego! - Kiedy się dowiedział, że wybieram się na policję, wyrzucił moje rzeczy przed dom i powiedział, że mam mieszkać w komórce przy oborze - opisywała. - Co miałam zrobić, skoro nie wiedziałam gdzie się podziać. Jeden syn ma już swoją rodzinę, a drugi, Zbyszek, jest niepełnosprawny. Już trzy lata mieszkam w komórce obok świń - dodała po chwili roztrzęsiona.

„Podbieram paszę i zlewki z koryta dla świń”

Pani Elżbieta nie chciała być balastem dla swojego syna, więc zrobiła sobie legowisko ze starych desek wyścielonych kartonami. Myła się w starej przeciekającej wannie, za stół służyła jej metalowa beczka po paliwie. Mała tylko dwa blaszane kubki, plastikową miskę i stary garnek, do którego przeważnie nie miała czego włożyć. - Mamy 2009 rok, a ja już tu mieszkam ponad trzy lata. Gdy głód ściśnie mi żołądek, to podbieram paszę i zlewki z koryta dla świń. Nie gardzę też moczonymi skórkami od chleba, które Stach wyrzuca kurom - wyznawała. - Żeby nie renta inwalidzka niepełnosprawnego syna Zbyszka, zmarłabym z głodu. Syn daje mi po kilka złotych... - ubolewała.

„Posiedzi w komórce to może czegoś się nauczy”

Stanisław R. zajmował murowany dom, z trzema pokojami, w których pomieściliby się razem z konkubiną. Ale on był nieugięty, nie chciał widzieć kobiety obok siebie. Pani Elżbieta kilka razy miała myśli samobójcze. Raz nawet trzymała sznurek w ręku, wiążąc pętlę. Ale opamiętanie przyszło, gdy pomyślała o niepełnosprawnym synu Zbyszku.Stanisław R. nie miał sobie nic do zarzucenia. - Dobrze, że w ogóle ma kawałek dachu nad głową - śmiał się. - Nie pozwalała mi kielicha wypić, to po co mi taka baba. Nie gotowała obiadów, łaziła gdzieś po plotkach, gdy ja jechałem do roboty na bazary. Posiedzi w komórce, to może czegoś się nauczy. Nie dam się złamać, bo tam jest jej miejsce i już - dodawał.

Do ostatnich dni mieli ze sobą na pieńku”

Pomimo tego, że bohaterowie tej upiornej historii już nie żyją, mieszkańcy wioski wciąż pamiętają drobną zapłakaną Ele i stojącego z podniesiona nad nią ręką Staszka. - Ona umarła pierwsza ze zgryzoty osiem lat temu - mówi sąsiad Elżbiety i Stanisława. - Pod koniec życia pogodzili się trochę, ale do ostatnich dni mieli ze sobą na pieńku. Stasiek miał już swój wiek i zabrał się dwa lata po niej - dodaje.


Sekundy decydowały o życiu. 14-latek siedział na parapecie na piątym piętrze

 Dramatyczna interwencja policji w Oławie. Funkcjonariusze uratowali życie nastolatka, który siedział na parapecie okna na piątym piętrze. O wszystkim zaalarmował świadek, który wykonał jeden telefon.

O krok od tragedii w Oławie

Do bardzo niebezpiecznej sytuacji doszło w Oławie na Dolnym Śląsku. Na parapecie okna na wysokości piątego piętra siedział 14-letni chłopiec. Każda chwila mogła mieć ogromne znaczenie. Dzięki szybkiej i zdecydowanej reakcji policjantów tragedii udało się zapobiec. Do zdarzenia doszło w minioną sobotę, 14 marca, około godziny 16:50. Patrol policji został pilnie skierowany do jednego z budynków przy ul. Bolesława Chrobrego.  informuje asp. szt. Wioletta Polerowicz z Komendy Powiatowej Policji w Oławie.

Gdy funkcjonariusze dotarli na miejsce, ich oczom ukazał się wstrząsający widok. Na parapecie okna, na piątym piętrze, siedział nastolatek. - Małoletni znajdował się w pozycji wskazującej na gotowość do skoku - z nogami przewieszonymi na zewnątrz i głową skierowaną w dół - przekazuje policjantka.

Policjanci zaczęli rozmowę z chłopcem

Policjanci musieli działać natychmiast. Czas odgrywał kluczową rolę. Jeden z nich zaczął prowadzić rozmowę z chłopcem, starając się go uspokoić i odwrócić jego uwagę od dramatycznej decyzji. Jego opanowany głos i próba nawiązania kontaktu okazały się kluczowe dla dalszych działań.Podczas gdy jeden z policjantów skupiał na sobie uwagę chłopca, jego partnerka wbiegła na klatkę schodową i dostała się na najwyższą kondygnację budynku.- Wykorzystując moment, w którym chłopak był skupiony na rozmowie prowadzonej z policjantem znajdującym się na zewnątrz, funkcjonariuszka szybko oceniła sytuację i podjęła zdecydowane działanie. W odpowiednim momencie chwyciła 14-latka i z pełną determinacją wciągnęła go do wnętrza budynku, ratując go przed skokiem- informuje asp.szt. Wioletta Polerowicz, rzecznik prasowa Komendy Powiatowej Policji w Oławie.

Nastolatek otrzymał wsparcie

Po zakończeniu akcji funkcjonariusze zajęli się chłopcem i starali się go uspokoić.

- Policjanci zaopiekowali się nim, starając się go uspokoić i zapewnić wsparcie do czasu przyjazdu jego rodziny

- przekazuje policja. 

Jak podkreślają policjanci, ta interwencja pokazuje, jak ważne są opanowanie i współpraca służb.

 Ta interwencja pokazuje, jak ogromne znaczenie mają profesjonalizm, opanowanie i empatia policjantów. Dzięki szybkiej reakcji i wzorowej współpracy funkcjonariuszy udało się zapobiec tragedii i uratować życie nastolatka



 


Oprawca kota z Drawska Pomorskiego skazany na rok bezwględnego więzienia

 Choć historia jest straszna, to kamień spada z serca, że wreszcie oprawca zwierząt otrzyma karę.Na terenie Drawska Pomorskiego doszło do koszmarnego kociego dramatu. W złości na kobietę, jej kolega zaplanował okropną zemstę i zamordował jej kota.

Szybka akcja policji i sądu

Kobieta natychmiast powiadomiła policję, która bez chwili zwłoki udała się na miejsce zdarzenia, a następnie ruszyła w pościg za oprawcą. Mężczyznę zatrzymano w Złocieńcu, jednej z sąsiednich gmin.Sprawę o znęcanie się nad zwierzęciem rozpatrzono w trybie przyspieszonym i sąd już zasądził kare pozbawienia wolności w wymiarze 1 roku. To więcej niż kara minimalna, choć do maksymalnego wymiaru sporo brakuje.To, co w tej całej przerażającej historii jest ważne, to fakt iż pozbawienie wolności jest bezwzględne, co w praktyce oznacza, że wyrok musi być wykonany (choć można odbyć go w systemie dozoru elektronicznego).

Kary za znęcanie się to często grzywna lub "zawiasy"

W Polsce znacznie częściej za przestępstwa wobec zwierząt otrzymuje się karę w zawieszeniu

Jak wynika z raportu „Osadzeni za zwierzęta” fundacji Czarna Owca Pana Kota, kara pozbawienia wolności w latach 2012-2014 orzeczono wobec 54% skazanych za przestępstwa z art. 35 Ustawy o ochronie zwierząt. Pozostała połowa otrzymała albo grzywnę albo ograniczenie wolności. Jednocześnie tylko 13,7% kar  nie zostało zawieszonych.




Osiem szkieletów w centrum miasta

 W Poznaniu na budowie między ulicami Garbary i Piaskową odkryto dwa zbiorowe pochówki, prawdopodobnie z XVIII wieku. Skąd się tu wzięły? To próbują ustalić archeolodzy. Wiadomo, że w tym miejscu nie było cmentarza                                                         .Na pochówki natrafiono w miejscu, w którym mają znaleźć się zbiorniki na deszczówkę. Odkryto szczątki ośmiu osób.Pochówki odkryto na budowie niewielkiego budynku mieszkalnego przy ulicy Garbary w bezpośrednim sąsiedztwie kantoru Krzyżanowskiego. To budynek powstały w 1882 roku, pełniący rolę pawilonu z ekspozycją przedsiębiorstwa budowlanego i kamieniarskiego Antoniego Krzyżanowskiego, poznańskiego przemysłowca i budowniczego.Archeolodzy znajdowali już w okolicy pochówki. Były one po drugiej stronie ulicy Garbary. Pod koniec XIX wieku przy Małych Garbarach 1 podczas prac ziemnych natrafiono na ludzkie kości. "Należy przypuszczać, iż wzorem innych średniowiecznych i nowożytnych fundacji szpitalnych, w ich sąsiedztwie funkcjonował niewielki cmentarz (szczątki ujawniono m.in w obrębie posesji pod adresem Małe Garbary 9)" - pisał Skrzypalik na Cyfrowym Lapidarium Poznania.- Do końca nie wiemy, czy one są związane z kościołem Świętego Ducha (znajdował się za Bramą Wroniecką, czyli w rejonie obecnego skrzyżowania ulic Małe Garbary i Wronieckiej - dop. red.), czy może z tym zespołem, który w tej chwili odkrywamy. Jest to jakieś cmentarzysko o charakterze w tej chwili nie do końca sprecyzowanym w oparciu o źródła źródła historyczne. Musimy prześledzić jeszcze archiwalia - tłumaczy Dębski.

Pochówek datowano na przełom XVII i XVIII wieku

Na pochówki natrafiono w miejscu, w którym mają znaleźć się zbiorniki na deszczówkę. Odkryto szczątki ośmiu osób.Mamy w tej chwili odsłonięte dwa pochówki zbiorowe. To już możemy z całą pewnością stwierdzić, że są dwie grupy ludzi pochowanych jako dwa zespołowe groby - mówi Artur Dębski, archeolog.

To ofiary oblężenia Poznania?

Wstępnie datują pochówek na przełom XVII i XVIII wieku. - W tym miejscu nie było nowożytnego cmentarza. Był natomiast - na Tamie Garbarskiej - szpital choleryczny, może z tym należy wiązać ten pochówek - zastanawia się Paweł Skrzypalik, autor Cyfrowego Lapidarium Poznania.Archeolodzy znajdowali już w okolicy pochówki. Były one po drugiej stronie ulicy Garbary. Pod koniec XIX wieku przy Małych Garbarach 1 podczas prac ziemnych natrafiono na ludzkie kości. "Należy przypuszczać, iż wzorem innych średniowiecznych i nowożytnych fundacji szpitalnych, w ich sąsiedztwie funkcjonował niewielki cmentarz (szczątki ujawniono m.in w obrębie posesji pod adresem- Do końca nie wiemy, czy one są związane z kościołem Świętego Ducha (znajdował się za Bramą Wroniecką, czyli w rejonie obecnego skrzyżowania ulic Małe Garbary i Wronieckiej - dop. red.), czy może z tym zespołem, który w tej chwili odkrywamy. Jest to jakieś cmentarzysko o charakterze w tej chwili nie do końca sprecyzowanym w oparciu o źródła źródła historyczne. Musimy prześledzić jeszcze archiwalia - tłumaczy Dębski.

Pochówek datowano na przełom XVII i XVIII wieku

 Małe Garbary 9)" - pisał Skrzypalik na Cyfrowym Lapidarium Poznania.

Znaleziono siedem szkieletów
Jeden ze znalezionych szkieletów

miejscu, w którym mają znaleźć się zbiorniki na deszczówkę. Odkryto szczątki ośmiu osób.- Mamy w tej chwili odsłonięte dwa pochówki zbiorowe. To już możemy z całą pewnością stwierdzić, że są dwie grupy ludzi pochowanych jako dwa zespołowe groby - mówi Artur Dębski, archeolog.

To ofiary oblężenia Poznania?

Wstępnie datują pochówek na przełom XVII i XVIII wieku. - W tym miejscu nie było nowożytnego cmentarza. Był natomiast - na Tamie Garbarskiej - szpital choleryczny, może z tym należy wiązać ten pochówek - zastanawia się Paweł Skrzypalik, autor Cyfrowego Lapidarium Poznania.

Znaleziono siedem szkieletów
Jeden ze znalezionych szkieletów

miejscu, w którym mają znaleźć się zbiorniki na deszczówkę. Odkryto szczątki ośmiu osób.Mamy w tej chwili odsłonięte dwa pochówki zbiorowe. To już możemy z całą pewnością stwierdzić, że są dwie grupy ludzi pochowanych jako dwa zespołowe groby - mówi Artur Dębski, archeolog.

To ofiary oblężenia Poznania?

Wstępnie datują pochówek na przełom XVII i XVIII wieku. - W tym miejscu nie było nowożytnego cmentarza. Był natomiast - na Tamie Garbarskiej - szpital choleryczny, może z tym należy wiązać ten pochówek - zastanawia się Paweł Skrzypalik, autor Cyfrowego Lapidarium Poznania.

Znaleziono siedem szkieletów
Jeden ze znalezionych szkieletów