2026/09/14

 

"Patryk, boisz się mnie?"

 W karcie segregacji medycznej zapisano, że Patryk nie śpi, nie przyjmuje leków i jest przekonany, że ktoś chce go zabić. Mimo to jego stan psychiczny oceniono jako "w normie". Godzinę po wyjściu ze szpitala zabił swoją matkę.

  • 34-letni Patryk od lat chorował na schizofrenię paranoidalną. Gdy odstawił leki, matka zawiozła go na SOR i alarmowała, że syn jest w złym stanie.
  • W karcie segregacji medycznej zapisano, że pacjent nie śpi, nie przyjmuje leków i ma urojenia. Mimo to jego stan psychiczny oceniono jako "w normie".
  • Patryk opuścił szpital bez konsultacji psychiatrycznej. Niespełna godzinę później zaatakował matkę nożem. Kobieta zmarła.
  • Zeznania lekarza SOR i dyżurnego psychiatry różnią się w kluczowej kwestii: czy i kiedy przekazano informację o pacjencie wymagającym konsultacji.
  • Prokuratura początkowo umorzyła dochodzenie dotyczące możliwych nieprawidłowości personelu. Sąd uznał jednak, że sprawa nie została dostatecznie wyjaśniona i nakazał ponowne śledztwo.
  • Córka zamordowanej kobiety walczy o ustalenie odpowiedzialności i zmiany w systemie. "Nikt nie powinien ginąć z rąk najbliższej osoby w takich okolicznościach" - mówi.

Drzwi otworzył mężczyzna, który trzymał w ręku zakrwawiony nóż. Policjanci krzyknęli, żeby odrzucił go na bok i położył się na ziemi. Posłuchał. Nie stawiał oporu, nie dyskutował, był spokojny."Sprawiał wrażenie, jakby był pod wpływem jakichś leków, jakby momentami tracił kontakt z rzeczywistością i nie wiedział, co się wokół niego dzieje" – zeznał później jeden z policjantów.

Kiedy mężczyzna leżał już skuty, zaczął powtarzać, że nie chciał tego zrobić. Pokłócili się, bo mama nie wierzyła, że wziął leki. Uderzył ją pięścią w twarz i zrzucił ze schodów. Potem poszedł do kuchni po nóż i zadał kilkanaście ciosów. Na końcu sam zadzwonił po pogotowie.Zaledwie kilka godzin wcześniej 34-letni Patryk pojawił się z mamą na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym Szpitala Wojewódzkiego im. Św. Łukasza w Tarnowie. Od lat leczył się tam psychiatrycznie ze względu na schizofrenię paranoidalną. Kobieta alarmowała lekarzy, że syn odstawił leki i jest w złym stanie. Niedługo później już nie żyła.Rodzina uważa, że za jej śmierć odpowiedzialny jest personel medyczny. Twierdzi, że Patryk powinien zostać zatrzymany na oddziale psychiatrycznym.

Lekarze bronią się, że wszystkie procedury zostały dochowane. Z podobnego założenia wyszła prokuratura, która szybko umorzyła dochodzenie. Sąd nie zostawił jednak suchej nitki na działaniach śledczych i nakazał ponowne zbadanie sprawy.Odpowiedź nie mieści się w jednej scenie ani w jednym dokumencie. Jest rozpisana pomiędzy kartą segregacji medycznej, szpitalnym monitoringiem, zeznaniami lekarzy i pielęgniarki, zapisami połączeń telefonicznych oraz pamięcią córki.

W tych materiałach powracają te same godziny i te same fakty. Ich znaczenie każda ze stron odczytuje jednak inaczej.

Nieśmiały chłopak

W oczach bliskich Patryk zawsze uchodził za bardzo spokojnego. Cichy, zamknięty w sobie, większość czasu spędzał w domu przed komputerem.

Kiedy miał 16 lat, rodzice się rozwiedli. Brakowało mu ojca. Tę lukę próbował wypełnić wujek, częsty gość w ich domu. Patryk nie miał wokół siebie grupy przyjaciół ani dziewczyny, z którą mógłby spędzać czas. Wolał samotne spacery z psem.Najbliższą przyjaciółką była mama - Małgorzata. Znała go najlepiej. Rozumiała jego słabości i ograniczenia. Sama pracowała jako nauczycielka w szkole podstawowej. Dzięki swoim kwalifikacjom zajmowała się także dziećmi mierzącymi się z różnymi problemami, między innymi autyzmem i porażeniem mózgowym. Dojeżdżała do małoletnich, którzy z powodu problemów ruchowych nie mogli uczęszczać do zwykłej szkoły.W 2010 r., po ukończeniu technikum i zdaniu matury, Patryk wyjechał do Krakowa na studia psychologiczne. Nie ukończył ich. Wrócił do Tarnowa. Podejmował różne prace, najczęściej dorywcze i krótkoterminowe. Szybko się zniechęcał. Rodzinę przekonywał, że koledzy z pracy są w zmowie przeciwko niemu.

Diagnozę postawiono w 2013 r.: schizofrenia paranoidalna. Patryk miał wtedy 21 lat. Objawy nasiliły się po dziesięciodniowym kursie "rozwoju osobowości", na który pojechał do Warszawy. Po powrocie oświadczył, że jest adoptowany. Dwukrotnie robił testy genetyczne, żeby sprawdzić, czy Małgorzata i jej były mąż naprawdę są jego biologicznymi rodzicami.Coraz częściej zdarzały mu się napady słownej agresji. Potrafił też uderzyć pięścią w stół. Był przekonany, że ktoś zlecił jego zabójstwo. Miał pretensje do Darii, swojej siostry, że patrzy na niego wrogo.Najdłużej utrzymywała się jednak inna teoria: rodzina chce sprzedać go na narządy. Zaczął palić papierosy. Tłumaczył, że w ten sposób zatruwa swoje organy, aby nie nadawały się do sprzedaży. Zdarzało się, że wracał z zakupów w towarzystwie policjantów i prosił ich, by aresztowali matkę, bo go truje.

Nie przyjmował do wiadomości, że jest chory. Często odstawiał leki, a wtedy objawy psychotyczne stawały się silniejsze. Jak wiele osób chorujących na schizofrenię był przekonany, że jest zdrowy, a wszyscy, którzy namawiają go do leczenia - także lekarze - uczestniczą w spisku.

Kilka razy trafiał na oddział psychiatryczny tarnowskiego szpitala. W dokumentacji z jednego z pobytów zapisano:

"Zachowanie nieadekwatne, zmienny nastrój, drażliwość, podejrzenia o zatrucie, wycofany z kontaktów społecznych, z problemami w utrzymaniu pracy z powodu urojeń ksobnych (»wszyscy się ze mnie śmieją, wszyscy o mnie mówią«)".I dalej:

"Niespokojny, w lęku, przekonany, że niebawem umrze, mało aktywny, unikający kontaktu z innymi pacjentami z poczucia zagrożenia z ich strony".

Kiedy Patryk wracał do leków, życie wracało do względnej normy. Pomagał w opiece nad babcią i angażował się w prace wokół domu - kosił trawnik, układał kostkę brukową, wykonał ogrodzenie posesji, wstawił bramę. Kiedy była potrzeba, stawał się kierowcą.

Za każdym razem przychodził jednak moment, gdy ponownie odstawiał leki. I wszystko zaczynało się od nowa.Niedługo przed tragedią powiedział sąsiadce, że ściga go mafia, która chce go zabić. Pytał, co ma zrobić: zostać w domu czy się wyprowadzić?

13 maja 2025 r. był w wyjątkowo złym stanie. Bał się wszystkiego. Zaglądał nawet pod meble, jakby ktoś mógł się tam ukrywać. W końcu zadeklarował, że odda się w ręce lekarzy. Był gotowy jechać do szpitala.

Małgorzata nie zastanawiała się długo. Wsiadła z synem do samochodu i ruszyła na SOR. Czuła, że sytuacja wymyka się spod kontroli.

"Syn czegoś się boi"

- To był specyficzny czas w moim życiu. Kilka dni wcześniej zmieniłam stanowisko pracy i miałam bardzo dużo na głowie. Wieczorem, gdy wracałam do domu, mama wysłała mi wiadomość, że są z bratem w szpitalu – opowiada Daria, która mieszkała wówczas w Anglii.

Około pierwszej w nocy polskiego czasu zadzwoniła do matki.

- Była bardzo zła na lekarzy. Pozwolę sobie przytoczyć epitety, których wtedy użyła, bo utkwiły mi w głowie. Powtórzyła je kilka razy: "żaden ignorant psychiatra się z Patrykiem nie widział" - wspomina siostra.

Daria dopytywała, jak zachowuje się brat.– Powiedziała, że wszystkiego się boi. W tle słyszałam, jak wysiadają z samochodu i idą do domu. Pamiętam, że mama zapytała: "Patryk, boisz się mnie?". On nic nie odpowiedział. Stwierdził tylko, że idzie na górę. Krzyknęła za nim, żeby wziął leki. Dwadzieścia sześć minut po moim telefonie zaatakował mamę.Monitoring pozwala odtworzyć wcześniejsze godziny niemal minuta po minucie. Około 22:13 Małgorzata i jej syn pobrali numerek do kolejki na SOR Szpitala im. Św. Łukasza w Tarnowie. Piętnaście minut później weszli do pomieszczenia triage. To tam dokonuje się pierwszej oceny stanu pacjenta i decyduje o kolejności oraz pilności udzielenia pomocy.

"Z tego, co pamiętam, to pani [Małgorzata - red.] zapytała się mnie, czy jest możliwość przeprowadzenia konsultacji psychiatrycznej z powodu pogorszenia się stanu psychicznego jej syna. Dodatkowo powiedziała, że syn czegoś się boi" – zeznawała w prokuraturze pielęgniarka pełniąca wtedy dyżur."W trakcie prowadzonego wywiadu Patryk zachowywał się bardzo spokojnie. Nie był agresywny wobec swojej matki lub personelu medycznego, czy też samego siebie" – dodała.

W karcie segregacji medycznej pielęgniarka odnotowała m.in.:

"Według matki pacjent zgłasza lęki przed osobą, która może go zamordować. Pacjent nie śpi w nocy od dwóch dni […]. Jadąc autem [do szpitala - red.] zatrzymał się przy nastoletnich dzieciach, odsunął szybę i powiedział: »nie wstawiajcie się za mną« […] Pacjent samodzielnie modyfikuje dawki leków, zmniejsza lub nie przyjmuje ich […]. Według matki od tygodnia zapomina się i »ucieka mu pamięć«".

Jednocześnie w rubryce "ocena stanu psychicznego" pojawiły się dwa słowa: "w normie". W pięciostopniowym systemie segregacji medycznej ESI Patryk otrzymał numer cztery. Jedynka oznacza przypadek najpilniejszy, związany z zagrożeniem życia. Piątka - najmniej pilny, stan łagodny.O 22:54 Patryka przyjął lekarz dyżurujący na SOR. Zlecił pobranie krwi do badań. W elektronicznym systemie szpitala zgłosił także potrzebę konsultacji psychiatrycznej.

"Pacjent siedział spokojnie na łóżku i rozmawiał z matką. Na żadnym etapie ani pacjent, ani jego matka nie zgłosili niepokojących objawów, które by spowodowały konieczność np. zastosowania przymusu bezpośredniego lub podjęcia innych intensywnych działań, zastosowania doraźnych leków itp." – zeznawał lekarz w prokuraturze.

Oddział psychiatryczny w tarnowskim szpitalu dzieli od SOR-u około 150 metrów. Trzeba przejść łącznikiem – długim korytarzem pod ulicą.Nocą na oddziale jest jeden lekarz. Psychiatra, który pełnił wtedy dyżur, wyjaśniał śledczym, że potrzeba konsultacji na SOR jest zgłaszana na dwa sposoby.

Najpierw lekarz z oddziału ratunkowego zleca ją w systemie komputerowym - w przypadku Patryka właśnie tak zrobiono. Ponieważ psychiatra nie siedzi przez cały dyżur przed komputerem, lekarz z SOR powinien dodatkowo zadzwonić na dyżurny telefon komórkowy, pod którym psychiatra ma być cały czas dostępny, i przekazać mu podstawowe informacje o stanie pacjenta.

W tym miejscu pojawiają się rozbieżności w zeznaniach lekarzy.Medyk dyżurujący na SOR przekonywał prokuraturę, że pierwszy telefon do psychiatry wykonał tuż po wprowadzeniu zlecenia do systemu, czyli jeszcze przed godziną 23. Drugie połączenie miał wykonać około 0:30. Tym razem po to, żeby powiedzieć, iż Małgorzata z synem właśnie opuścili SOR, więc konsultacja nie jest już potrzebna.Psychiatra dyżurujący tamtej nocy nie pamięta pierwszego telefonu. Zeznał, że lekarz z SOR zadzwonił dopiero po północy - z informacją, iż pacjenta i jego matki nie ma już na terenie szpitala.

To nie jest drobna różnica wersji. Od odpowiedzi na pytanie, czy ten pierwszy telefon faktycznie wykonano, zależy ustalenie, kiedy psychiatra rzeczywiście mógł dowiedzieć się o oczekującym pacjencie.

Dwie godziny i dwadzieścia trzy minuty

Małgorzata i Patryk opuścili SOR po ponad dwóch godzinach od momentu przybycia na miejsce – dokładnie o godzinie 00:36. Dlaczego nie zaczekali, aż pojawi się psychiatra?

- Mama miała następnego dnia dużo obowiązków w szkole - była odpowiedzialna za przygotowywanie dzieci do akademii z okazji Dnia Matki. Mówiła mi: "Ja nie mogę siedzieć na SOR do czwartej nad ranem, bo muszę wstać o szóstej i jechać do pracy". Odpowiedziałam, że ja to rozumiem, ale zapytałam, jak to możliwe, że nie zatrzymali Patryka w szpitalu? – opowiada Daria.

Lekarz dyżurujący na SOR zeznał, że w pewnym momencie podszedł do niego Patryk i zapytał, czy może zgłosić się w innym terminie. Miał być zmęczony i senny, a następnego dnia czekała go rozmowa o pracę. Małgorzata również miała stwierdzić, że jest już zmęczona.

"Mama pacjenta powiedziała, że pan (Patryk – red.) zgłosi się sam, bo ona nazajutrz rano nie będzie mu mogła towarzyszyć. Oni byli zdecydowani, żeby opuścić SOR" – przekonywał śledczych medyk i podkreślił, że według niego nie było w tej sytuacji nic nadzwyczajnego.

Wyjaśniał, że gdyby Patryk zachowywał się agresywnie, zgłaszał myśli samobójcze albo zamiar skrzywdzenia kogoś, to już podczas segregacji medycznej można byłoby zastosować przymus bezpośredni: izolację, przypięcie pasami lub przymusowe podanie leków. Takie okoliczności, w jego ocenie, nie miały jednak miejsca.

Podkreślał też, że według procedur szpitala konsultacja na SOR musi odbyć się w ciągu trzech godzin od zgłoszenia. Małgorzata i Patryk spędzili tam dokładnie dwie godziny i dwadzieścia trzy minuty.

Darii te argumenty nie przekonują.

- To nie była przypadkowa osoba z ulicy zgłaszająca się z takimi objawami po raz pierwszy. Patryk był tam wcześniej kilkukrotnie hospitalizowany. Mało tego, czasami nie pozwalano mu wyjść - na przykład podczas pobytu przed Wielkanocą 2024 r., gdy chciał opuścić oddział, ale zatrzymała go ochrona – argumentuje.

– Wtedy ktoś potrafił zauważyć jego stan. Tym razem nie. A przecież dysponowali całą jego dokumentacją medyczną i historią choroby! – dodaje.

Potem wskazuje na czas. Do zabójstwa doszło krótko po powrocie Małgorzaty i Patryka do domu. Pierwszy telefon pod numer alarmowy 34-latek wykonał o 1:26. Powiedział, że matka spadła ze schodów. W tle było jednak słychać Małgorzatę, która krzyczała, żeby wysłali policję, bo się boi.Dyspozytor zorientował się, że dzieje się coś złego. Wysłał policję i pogotowie. O drugiej w nocy Małgorzata została przywieziona na ten sam SOR, z którego wcześniej wyszła z synem. O 3:30 zmarła.

To oznacza, że Patryk zaatakował matkę niespełna godzinę po opuszczeniu szpitala.

Rodzina wraca właśnie do tej krótkiej przestrzeni czasu. Z jednej strony pacjent został oceniony na SOR jako spokojny, a w karcie jego stan psychiczny uznano za "w normie". Z drugiej - według ustaleń biegłych - podczas zabójstwa działał w stanie niepoczytalności. Pomiędzy tymi dwoma obrazami nie ma dni ani tygodni. Jest dokładnie pięćdziesiąt minut.

- W związku z tym należy zadać pytanie: czy w tak krótkim czasie brat mógł stać się z osoby poczytalnej w szpitalu osobą niepoczytalną w domu? Przecież stan psychozy narasta stopniowo, nie pojawia się z minuty na minutę – mówi Daria.W karcie segregacji medycznej są wprost opisane objawy zgłaszane przez moją mamę. I nie są to błahe objawy: że jest przekonany, że ktoś chce go zabić, że nie brał leków, że od dwóch dni nie śpi. Tak nie zachowuje się osoba, która sama racjonalnie decyduje o sobie i o swoich czynach. Zostało to jednak kompletnie zbagatelizowane przez personel medyczny – ocenia.

Umorzenie bez uzasadnienia

Po tragedii Prokuratura Rejonowa Kraków-Śródmieście Zachód wszczęła dochodzenie w sprawie "narażenia Patryka A. na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu […], poprzez nieudzielenie wymienionemu odpowiedniej pomocy medycznej […], co doprowadziło do pogorszenia się stanu psychicznego, a w następstwie tego zabójstwa matki".

Pół roku później, dokładnie 26 listopada 2025 r., dochodzenie zostało umorzone. Prokuratura nie podała jednak żadnego uzasadnienia tej decyzji.

Postępowanie wyjaśniające umorzył również Okręgowy Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej w Tarnowie. Tłumaczył m.in. że lekarz dyżurny Oddziału Psychiatrii w czasie pobytu Patryka na SOR zajmował się przyjęciem do oddziału innego chorego, co zostało udokumentowane w raporcie.

Zachowanie Patryka nie wzbudziło też żadnych podejrzeń lekarza dyżurującego na SOR, a Małgorzata miała nie zgłaszać zastrzeżeń wobec decyzji o odesłaniu syna do domu.

"Pacjent nie był pozbawiony prawa decydowania o sobie i mógł zdecydować, że nie będzie czekał na lekarza psychiatrę, a zgłosi się na konsultację w godzinach porannych" – czytamy w uzasadnieniu.Dla rodziny nie zamykało to sprawy. Przeciwnie: pozostawiało bez odpowiedzi pytania, które pojawiły się już podczas odtwarzania przebiegu nocnego dyżuru.

Czy znana szpitalowi historia choroby powinna była wpłynąć na ocenę ryzyka? Czy opis urojeń, bezsenności i samodzielnego odstawiania leków można było pogodzić z wpisem "w normie"? I czy spokojne zachowanie podczas krótkiej obserwacji rzeczywiście pozwalało uznać, że nie ma bezpośredniego zagrożenia?

Pełnomocniczka rodziny zaskarżyła decyzję prokuratury. Argumentowała, że już same objawy narastającej psychozy, zgłoszone podczas segregacji medycznej przez matkę Patryka, powinny były skłonić personel do działań zmierzających do zatrzymania go w szpitalu. Tymczasem przez ponad dwie godziny nie otrzymał żadnej pomocy - nawet doraźnej.

Prawniczka wskazała również, że przewidziane procedurami trzy godziny na przeprowadzenie konsultacji psychiatrycznej nie zwalniały z odpowiedzialności lekarza dyżurującego na SOR. Zwłaszcza że miał dostęp do pełnej dokumentacji medycznej i historii choroby pacjenta.

"Miał pełną świadomość, iż pacjent ten należy do grupy wysokiego ryzyka. W takich sytuacjach lekarz ma obowiązek działać szybciej i ostrożniej niż w przypadku osoby, o której nic nie wie" - napisała w zażaleniu.

Podkreśliła też: "W niniejszej sprawie nie można przerzucać ciężaru odpowiedzialności na chorego człowieka, który nie może realnie ocenić swojego stanu, czy też na jego matkę, która niewątpliwie również jest ofiarą inkryminowanego błędu personelu medycznego".18 marca 2026 r. Sąd Rejonowy dla Krakowa-Śródmieścia, do którego trafiło zażalenie na decyzję prokuratury, przychylił się do argumentów pełnomocniczki i nakazał ponowne wszczęcie dochodzenia.

W uzasadnieniu stwierdził, że materiał dowodowy zgromadzony w sprawie nie wystarcza do wydania końcowej decyzji. Najpierw należy ustalić, czy lekarz dyżurujący na SOR rzeczywiście dwukrotnie telefonował do dyżurnego psychiatry. Trzeba też powołać biegłego, który oceni prawidłowość całej wizyty na oddziale ratunkowym.

Biegły ma odpowiedzieć m.in. na pytania: jakie czynności należało wykonać, jak powinien wyglądać wywiad z pacjentem, jakich działań (jeśli w ogóle) zaniechano, czy lekarz powinien był zapytać o dotychczasowy sposób leczenia oraz czy powinien spróbować przekonać Patryka do pozostania w szpitalu.

Ma także ocenić, czy pobieżna obserwacja spokojnego pacjenta wystarczała, aby uznać, że nie stanowi on zagrożenia dla siebie i ludzi przebywających w jego otoczeniu.

Rozbitek

Na pierwsze widzenie z bratem Daria czekała miesiąc. Kiedy wreszcie wpuszczono ją do aresztu, zobaczyła człowieka wyglądającego jak rozbitek - zarośniętego, z długimi paznokciami, podkrążonymi oczami.

Przez większość spotkania Patryk płakał. Tuż po tragedii nie rozumiał jeszcze, co naprawdę się wydarzyło. Miał dziury w pamięci. Nie pamiętał samego momentu zabójstwa. Przechodził bardzo ostrą psychozę, w której nie odróżniał rzeczywistości od czegoś, co później opisywał biegłym jako "grę".

- Gdy udało się dobrać odpowiednie leki, to powoli zaczął sobie uświadamiać, co zrobił. I to było bardzo trudne. Bałam się, że stracę też jego. Dopiero od niedawna można powiedzieć, że jest w miarę dobrym stanie, a większość objawów - urojenia, mania prześladowcza, lęki, które towarzyszyły mu przez wiele miesięcy - wyciszyły się - opowiada Daria.

- Ale prawda jest taka, że nie da się tego wyciszyć całkowicie. Będzie musiał żyć ze świadomością, że najbliższa osoba, którą kochał najbardziej, odeszła w taki sposób z powodu jego choroby. Niektórzy pisali o moim bracie, że jest potworem. Nie mam do nich pretensji, bo raczej nie mieli wcześniej styczności z tą chorobą. Nie wiedzą, że potrafi ona zrobić z chorym wszystko - dodaje.

Przez pierwszych dziewięć miesięcy Patryk przebywał na oddziale aresztu śledczego przeznaczonym dla osób chorujących psychicznie. Znosił to bardzo źle. Dopiero gdy sąd - uwzględniając opinię biegłych o jego niepoczytalności - umorzył postępowanie karne dotyczące zabójstwa Małgorzaty, Patryk trafił do zamkniętego zakładu psychiatrycznego.

Po tragedii Daria wróciła do Polski na stałe. Nie zamierza odpuszczać. Uważa, że skoro coś takiego przydarzyło się jej bratu, to może przydarzyć się komuś innemu. Chciałaby nie tylko wyciągnięcia konsekwencji wobec lekarzy z tarnowskiego szpitala, ale też zmian w przepisach dotyczących zdrowia psychicznego - takich, które sprawią, że lekarze będą odpowiednio przeszkoleni i nie będą bagatelizowali osób z chorobami psychicznymi.

- Moja mama zrobiła wszystko, żeby wesprzeć brata. Zgłosiła się z synem do instytucji, która miała obowiązek pomóc i zapewnić im bezpieczeństwo. Tak się jednak nie stało. Wciąż jestem w szoku, że to się nie udało - mówi.

Na końcu podkreśla:

- To jest teraz walka moja i mojego brata o to, żeby coś takiego nie przydarzyło się już nikomu innemu. Żeby ludzie zgłaszający się po pomoc w krytycznych sytuacjach rzeczywiście tę pomoc dostawali. Wierzę, że nagłośnienie tej sprawy może coś zmienić. Nikt nie powinien ginąć z rąk najbliższej osoby w takich okolicznościach.

***

Postępowanie przygotowawcze w sprawie możliwych nieprawidłowości w zachowaniu lekarzy jest obecnie zawieszone. Zgodnie z wytycznymi sądu prokuratura oczekuje na opinię biegłych.

Do momentu publikacji artykułu nie otrzymaliśmy odpowiedzi na nasze pytania od Szpitala im. Św. Łukasza w Tarnowie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz