2026/08/31

DONEK KAWALEK PO KAWALKU KASUJE POLSKE KU UCIESZE GAWIEDZI TUSKOLUBNEJ

             


                                    Dopoki Tusk sie nie dorwal do wladzy Polska byla bezpiecznym  krajem .  Jak Tusk przejal wladze to sie zaczelo . Do Polski masowo zaczeli naplywac jego goscie . Sa to osoby ktore pracowac nie chca , chca natomiast zyc na koszt Polski . Nic nierobienie staje sie w koncu nudne i do glowy przychodza rozne glupoty . A to kradziez , a to huliganskie wybryki , napady , rabunki a nawet gwalty . Tak nam odplacaja za goscine . I dopoki rzadzi Tusk bedzie tylko gorzej . Ukraincy zrobili sie hardzi , roszczeniowi i nie chce sie im pracowac .Wola rozrabiac i stwarzac problemy . Tak wiec ogolnie jest zle .A co robi Donaldek ? Dalej z iscie zegarmistrzowska precyzja rozwala nam panstwo . Krok po kroku , zaklad po zakladzie , rolnictwo , fabryki , rozne zaklady pracy , wszystko rozwala . A czego mu sie nie uda zniszczyc oddaje za przyslowiowa zlotowke Niemcom . Za poprednich rzadow sprzedal kolejke na Kasprowy , ciekawa jestem co tym razem sprzeda szwabom , moze port albo lotnisko ?? Bo nam nie potrzebne . Co jeszcze  " dobrego " zrobil Donek ? Ano rozdupcyl Sluzbe Zdrowia po calosci . Zamyka oddzialy w szpitalach , zamyka porodowki a kobiety maja rodzic na SOR .Pieniedzy na wyplaty w szpitalach nie ma i nie bedzie.Co jeszcze robi Donek ? Sciga swoich przeciwnikow , szczegolnie sobie upatrzyl ludzi z PIS . Wymysla jakies kosmiczne oskarzenia poparte zmyslonymi i podzuconymi dowodami . Tak naprawde robi co chce bo zarowno sad jak i prokurature ma w kieszeni . Najbardziej uwzial sie na Ziobto a Romanowski oberwal rykoszetem . Probowal tez z Jakim ale mu nie wyszlo .Kazdemu politykowi z opozycji ma cos do zarzucenia. Co jeszcze Donek wywinie nie wiem , ale pewnie nic dobrego !!!!!



NASZE MORZE

 


POBIERANIE NARZADOW

 

Kiedy osoby ze śmiercią mózgu leżą na stole operacyjnym przed operacją, w 75% przypadków występują spontaniczne reakcje obronne rąk i nóg. Niektórzy unoszą ręce w geście obronnym, podczas gdy inni nawet lekko się prostują. Czasami siadają też wyprostowani, mocno chwytają opiekuna, a nawet go obejmują i wydają bulgoczące dźwięki. Ich ciśnienie krwi i tętno również rosną. Według obecnych przy tym asystentów chirurgicznych, za każdym razem jest to przerażające: nigdy się do tego nie przyzwyczajasz! Istnieją nawet przykłady asystentów chirurgicznych, którzy byli tak przerażeni, że rzucili pracę.
Ruchy obronne dawców przed operacją nazywane są „odruchem Łazarza”.
Odruch Łazarza jest również oznaką, że osoba ze śmiercią mózgu nie umarła: Która osoba jest w stanie usiąść i objąć asystenta chirurgicznego? Lekarze opisują te gesty i ruchy jako mimowolne odruchy mięśniowe: odruchy rdzeniowe wyzwalane przez rdzeń kręgowy. Sugerują, że ta odpowiedź odpowiada na wszystkie pytania, jakie można zadać na temat tego zjawiska. Jednak tak nie jest. Już samo to rozumowanie powinno dać nam do myślenia; takie mimowolne odruchy mięśniowe są z pewnością możliwe tylko u osoby żywej, a nie u osoby zmarłej. Czy widzieliście kiedyś, jak zmarły nagle siada?
Młody anestezjolog po raz pierwszy uczestniczył w operacji, podczas której usuwano narządy. Jego szef, anestezjolog, polecił mu rozpocząć znieczulenie od samego początku operacji. Młody anestezjolog zareagował ze zdziwieniem: „To niepotrzebne, prawda? Przecież nie będziemy znieczulać kogoś, kto nie żyje?”. Jej twarz wykrzywiła się w niemal złośliwym grymasie, a ona rzuciła mu jedno zdanie: „Skąd pan to wie na pewno?”. Młody anestezjolog był oszołomiony.
W tym kontekście Ger Lodewick stawia aż nazbyt zrozumiałe pytanie: „Czy powinniśmy uznać odruchy Łazarza za ostateczny wysiłek osoby świadomej tego, co się z nią stanie?”.
Istnieją różne opinie na temat podawania znieczulenia podczas pobierania narządów. Wytyczne Niemieckiej Fundacji Transplantacji Narządów (DSO) – fundacji regulującej kwestie donacji narządów w Niemczech – stanowią, że znieczulenie nie jest konieczne, aby pozbawić dawcę świadomości i uniknąć reakcji bólowych. Jednak biorąc pod uwagę odruchy Łazarza, nadal sensowne jest uspokojenie lub zrelaksowanie dawcy za pomocą odpowiednich substancji (takich jak opiaty). Nasuwa się pytanie: Jak można uspokoić i wyciszyć osobę zmarłą?
Ponadto – jak głosi tekst niemiecki – sensowne jest stosowanie tych opiatów, aby zapobiec wzrostowi ciśnienia krwi i tętna. Każdy, kto to czyta, może jedynie stwierdzić, że to żywa osoba, a nie osoba zmarła – czy też nie?
- Która osoba zmarła potrzebuje znieczulenia?
- U której osoby zmarłej może wzrosnąć ciśnienie krwi?
- Która osoba zmarła ma reakcje obronne?
Nie jest zatem prawdą twierdzenie, że dana osoba jest martwa, jeśli jej mózg nie funkcjonuje – nadal posiada ona (wyższy) poziom świadomości. W związku z tym nie możemy twierdzić, że dana osoba jest martwa, jeśli jej mózg już nie funkcjonuje.
Dlatego coraz więcej osób jest przekonanych, że moment stwierdzenia śmierci mózgu nie jest momentem śmierci, ale momentem lub fazą procesu umierania.
Większość lekarzy zgadza się, że moment stwierdzenia śmierci mózgu oznacza nieodwracalność procesu umierania. Ale śmierć mózgu to nie śmierć! Śmierć mózgu oznacza konkretny moment w procesie umierania. W związku z tym możemy twierdzić, że osoba ze śmiercią mózgu nadal żyje.
Jeśli nerki nie funkcjonują, nie mówimy, że dana osoba jest „martwa nerkowo”, ale poddajemy ją dializom! Jeśli nasz mózg już nie funkcjonuje, jest chory – tak jak nerki – ale nie martwy! Dlatego osoby, u których stwierdzono śmierć mózgu, mogą się obudzić i odzyskać przytomność. Coraz więcej lekarzy uznaje, że osoba ze śmiercią mózgu może nadal coś czuć, odczuwać ból, a może nawet słyszeć, co jest do niej mówione. Nawet starszy lekarz Niemieckiego Towarzystwa Niepełnosprawności i Rehabilitacji (DSO) stwierdza: „Rzeczywiście nie da się udowodnić, że osoba, u której stwierdzono śmierć mózgu, rzeczywiście nie ma już żadnych zdolności sensorycznych – w związku z tym nie wiemy również, czy odczuwa ból. Skoro jednak nie mamy pewności, że osoba ze śmiercią mózgu nie odczuwa bólu – ani podczas badań, ani podczas pobierania narządów – dlaczego nadal to robimy?
Oczywiście o wiele lepiej byłoby zaprzestać „kanibalizowania” dawców narządów, którzy są w trakcie umierania, i pozwolić im umrzeć.
Dlaczego w dzisiejszych czasach traktujemy śmierć człowieka tak powierzchownie?
... nie jesteśmy już w stanie dostrzec i/lub doświadczyć, że cały proces umierania ma sens! Każdy element tego procesu: wszystkie doświadczenia są niezbędne do płynnego przejścia.
Nasz proces umierania jest przecież procesem narodzin. To walka o wyrwanie się ze starego, ziemskiego świata, aby wejść w nowy Świat wyzwolony.

Istnieje obecnie wystarczająco dużo dowodów sugerujących, że w procesie umierania ingerujemy w święte wydarzenie, którego zasadniczo nie rozumiemy. Jednak właśnie z tego powodu nasza interwencja będzie miała poważne konsekwencje dla dawcy, o wiele głębsze, niż nam się obecnie wydaje – konsekwencje, które odczujemy nie tylko w życiu pozagrobowym, w świecie duchowym, ale także w życiu przyszłym.

 


 


MIEDZYZDROJE

 


Matka zadała 56 ciosów nożem. 12-latka jeszcze żyła, kiedy znalazł ją ojciec.

 Tragedia wstrząsnęła społecznością lokalną, gdy 33-letnia kobieta zamordowała swoje dwie córki – 12-letnią i roczną dziewczynkę. Okrutne przestępstwo miało miejsce kilka tygodni temu, jednak śledztwo ujawniło, że matka zaplanowała tę zbrodnię wcześniej. Jej postępowanie budzi pytania o naturę jej osobowości i motywy takiego brutalnego czynu.

Pewnego dnia, partner kobiety wrócił do domu i zastał zamknięte drzwi. Bezskutecznie próbował dostać się do środka, uderzając w drzwi i próbując przyciągnąć uwagę kobiety. Wiedział, że jego partnerka przebywa w domu z ich dziećmi, więc natychmiast wezwał pomoc. Sąsiedzi, którzy słyszeli hałas, również zaalarmowali policję i lokalnego ślusarza. Wkrótce na miejscu pojawiły się służby ratunkowe, w tym personel Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej. Policjant, który wszedł pierwszy do mieszkania, doświadczył wstrząsającej sceny, której nigdy nie zapomni.Podczas kilkusekundowej ciszy, podczas próby otwarcia zamka, usłyszał płacz dziecka, który jednak nagle ucichł. To był moment, w którym policjant zobaczył 33-letnią kobietę leżącą w kałuży krwi. Jednak nikt nie spodziewał się, że w głębi mieszkania czeka jeszcze bardziej makabryczne odkrycie. Roczna dziewczynka była martwa, a starsza siostra wciąż walczyła o życie i była przytomna. Funkcjonariusz uspokoił ją, zapewniając, że wkrótce przyjadą pogotowie i udzielą jej pomocy. W tym strasznym momencie, dziewczynka powiedziała, że brakuje jej sił. Niestety, mimo wysiłków lekarzy, nie udało się uratować 12-latki. Jedyna ocalała z tej tragedii była matka, która została natychmiast aresztowana.

Po zatrzymaniu, matka przeszła badanie psychiatryczne, które wykazało, że była w pełni przy zdrowych zmysłach w momencie popełnienia zbrodni. Jednak zdiagnozowano u niej osobowość narcystyczną i łagodne deficyty poznawcze. Eksperci są jednomyślni co do tego, że liczba ran zadanych córkom wynikała zgniewu i złości, które przeniosła na swoje dzieci. Ta zatrważająca analiza psychologiczna sugeruje, że matka prawdopodobnie żyła w świecie, w którym jej własne potrzeby i emocje były priorytetem ponad dobro i bezpieczeństwo jej dzieci. To zdumiewające, jak ludzka psychika może doprowadzić do tak skrajnych i nieodwracalnych aktów przemocy.Prokurator prowadzący sprawę nie znalazł żadnych okoliczności łagodzących w zachowaniu matki. Złożone diagnozy psychiatryczne wykluczyły obecność jakichkolwiek zaburzeń psychicznych, które mogłyby obniżyć jej poczytalność. To oznacza, że była zdolna do świadomego i celowego działania, gdy dopuściła się tych morderstw.

Tak makabryczne zbrodnie budzą pytanie o odpowiedzialność społeczeństwa za ochronę najsłabszych członków. W przypadku tej rodziny, Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej miał kontakt z matką i jej dziećmi, ale nie zdołał wykryć żadnych znaków, które wskazywałyby na tak potencjalnie drastyczne zachowanie. Wnioskując z tych tragicznych wydarzeń, istnieje pilna potrzeba doskonalenia systemu wsparcia społecznego i działań interwencyjnych w przypadkach, gdzie dzieci są narażone na ryzyko przemocy i zaniedbań.Odpowiedzialność karząca również musi być proporcjonalna do popełnionych przestępstw. Prokurator żądał kary dożywocia dla matki, z możliwością ewentualnego wcześniejszego zwolnienia po 35 latach. Ta decyzja ma na celu zapewnienie, że sprawczyni tego okrutnego czynu zostanie pozbawiona wolności na resztę swojego życia. Jednocześnie uwzględnia się możliwość ewentualnej resocjalizacji i powrotu do społeczeństwa, ale dopiero po długotrwałym okresie odbywania kary.Ta tragedia powinna również skłonić nas do refleksji nad naszym indywidualnym i zbiorowym zaangażowaniem w ochronę dzieci. Każdy z nas ma moralny obowiązek czuwać nad bezpieczeństwem najmłodszych członków społeczeństwa. Musimy zwracać uwagę na sygnały wskazujące na przemoc domową, zaniedbania czy nietypowe zachowania, i natychmiast zgłaszać takie przypadki odpowiednim służbom.


USMIECHNIJ SIE

 










Tajemnicze zwłoki pod zawalonym dachem w Otwocku. To może być samotna matka

 Prokuratura ujawnia nowe fakty w sprawie ludzkich szczątków, które służby odkryły w jednym z domów w podwarszawskim Otwocku. Śledczy podejrzewają, że to ciało samotnie mieszkającej tam seniorki. Kobieta zmarła najprawdopodobniejwiele miesięcy przed tym, zanim w budynku zarwał się dach.

Makabryczne odkrycie pod zawalonym dachem

Dramatycznego odkrycia dokonano we czwartek, 20 sierpnia w godzinach przedpołudniowych na peryferiach Otwocka. Ratownicy przyjechali na miejsce w związku z zawaleniem się fragmentu zadaszenia budynku mieszkalnego. Kiedy weszli do środka, natknęli się na zwłoki, które skrywały wstrząsającą tajemnicę. Początkowo zagadką pozostawała tożsamość denata oraz to, czy zgon miał związek z katastrofą budowlaną. Obecnie śledczy wiedzą już znacznie więcej. Ujawnione szczątki należą do kobiety, a daleko posunięty rozkład ciała sugeruje, że nie żyła ona od dawna, a jej śmierć nie ma związku z runięciem dachu.Śledztwo w tej mrocznej sprawie prowadzi prokuratura. Funkcjonariuszom udało się dotrzeć do mężczyzny, który poinformował ich, że w zniszczonym domu od dawna w samotności żyła jego matka. Przyznał on również, że od dłuższego czasu nie utrzymywał z nią żadnego kontaktu. Pozwala to śledczym przypuszczać, że pod gruzami odnaleziono właśnie jej szczątki.

Dramat samotności. Mogła leżeć martwa od wielu miesięcy

Okoliczności tej tragedii wydają się być niezwykle bolesne. Wszystko wskazuje na to, że starsza kobieta odeszła w całkowitej samotności, a jej śmierć pozostawała niezauważona przez całe miesiące. Przez ten długi czas nie znalazł się nikt, kto zainteresowałby się jej losem i powiadomił służby. Makabryczna prawda wyszła na jaw dopiero w wyniku uszkodzenia konstrukcji dachu. Bez tego zdarzenia ciało kobiety mogłoby jeszcze przez długi czas pozostawać w zrujnowanym budynku.

Wciąż pozostaje tajemnicą, co bezpośrednio doprowadziło do śmierci samotnej kobiety. Jak podkreślają śledczy, z powodu bardzo silnego rozkładu tkanek wyjaśnienie przyczyn tragedii może okazać się niezwykle skomplikowane. Upływ czasu mógł bezpowrotnie zatrzeć ślady, co sprawia, że śledczy mogą nigdy nie znaleźć odpowiedzi na to kluczowe pytanie.Tragiczne wydarzenia z Otwocka zwracają uwagę na los samotnych osób starszych, które nierzadko miesiącami żyją w izolacji. Warto zainteresować się sąsiadem, jeśli od dawna go nie widzieliśmy. Podobnie jest z członkami rodziny, nawet gdy relacje uległy osłabieniu. Krótki telefon czy niezobowiązująca wizyta mogą uchronić kogoś przed poczuciem zapomnienia i stanowić jedyny dowód troski w ciągu dnia.Tragiczne wydarzenia z Otwocka zwracają uwagę na los samotnych osób starszych, które nierzadko miesiącami żyją w izolacji. Warto zainteresować się sąsiadem, jeśli od dawna go nie widzieliśmy. Podobnie jest z członkami rodziny, nawet gdy relacje uległy osłabieniu. Krótki telefon czy niezobowiązująca wizyta mogą uchronić kogoś przed poczuciem zapomnienia i stanowić jedyny dowód troski w ciągu dnia.


.

Matka brutalnie pobiła 5-miesięcznego synka! Połamane rączki i nóżka, liczne siniaki. Szok w Łodzi

 31-letnia mieszkanka Łodzi jest podejrzewana o brutalne pobicie swojego 5-miesięcznego dziecka. Chłopiec trafił do szpitala z potwornymi obrażeniami: miał liczne siniaki i zadrapania, a także połamane obie ręce i nogę. Aresztowana wykazała się szczególnym okrucieństwem wobec maleństwa. Partner kobiety, jak się okazało, też miał swoje za uszami: był poszukiwany na podstawie listu gończego.

Do szokujących wydarzeń w jednym z mieszkań w dzielnicy Widzew w Łodzi doszło 26 sierpnia 2026 roku. O sprawie jako pierwszy napisał portal TVN24, którego dziennikarzom udało się dotrzeć do szczegółów dramatu. Z ich relacji wynika, że na numer alarmowy zadzwoniła wówczas kobieta, która zawiadomiła służby, że dostała niepokojącą wiadomość od swojej znajomej. 31-letnia mieszkanka Łodzi miała jej napisać, że zrobiła krzywdę własnemu dziecku. Chodziło o 5-miesięcznego chłopca. Zgłaszająca kazała jej natychmiast jechać do szpitala, a następnie powiadomiła odpowiednie organy ścigania. Informację potwierdziła już podkomisarz Kamila Sowińska z łódzkiej policji."Mimo braku danych teleadresowych, funkcjonariusze szybko ustalili, gdzie mieszka kobieta", podaje TVN24. Na miejscu okazało się jednak, że nikogo nie ma w domu. Uwagę śledczych przykuł za to mężczyzną stojący przed budynkiem, którym okazał się ojciec dziecka i partner kobiety. Po rozmowie z policjantami wskazał im od razu szpital, w którym przebywa jego konkubina wraz z maleństwem.

- Dziecko doznało obrażeń, ma złamane dwie rączki i jedną nóżkę, do tego dziecko miało jeszcze siniaki. Policjanci zastali 31-latkę w szpitalu i zatrzymali ją z uwagi na popełnione przestępstwo - przekazała podkomisarz Kamila Sowińska w rozmowie z TVN-em.

Mężczyzna, z którym wcześniej rozmawiali funkcjonariusze, także został zatrzymany, ale nie w związku z tym zdarzeniem. Okazało się bowiem, że ma swoje za uszami: był poszukiwany listem gończym w celu odbycia kary pozbawienia wolności za inne przestępstwo.31-letniej kobiecie za znęcanie się nad 5-miesięcznym dzieckiem ze szczególnym okrucieństwem grozi kara do dziesięciu lat więzienia. 

MATKA KAZALA MI ZAPOZOWAC

 


CZY ANDRZEJ LEPPER POPELNIL SAMOBOJSTWO ???

 OSTATNIE GODZINY ANDRZEJA LEPPERA. CO DZIAŁO SIĘ DZIEŃ PRZED JEGO ŚMIERCIĄ?

👇
4 sierpnia 2011 roku Andrzej Lepper przebywał jeszcze w swoim domu w Zielnowie pod Darłowem. Niedawno wrócił z Białorusi, gdzie od pewnego czasu prowadził interesy i utrzymywał kontakty z tamtejszym środowiskiem politycznym.
Był udziałowcem spółki APA Trade, która miała pośredniczyć w kontaktach gospodarczych między Polską a Białorusią. Jednocześnie coraz mocniej ciążyły mu problemy finansowe rodziny. Jego ciężko chory syn Tomasz przejął gospodarstwo, które przestało funkcjonować jak wcześniej, a kolejne wydatki i zobowiązania zwiększały presję.
Tego dnia Lepper planował wyjazd do Szczecina, gdzie miał rozmawiać z biznesmenem o pożyczce. Zabrał ze sobą dokumenty dotyczące zadłużenia syna i powiedział żonie, że wróci na kolację.
Do Szczecina jednak nie dotarł.
Zamiast tego pojawił się w warszawskiej siedzibie Samoobrony przy Alejach Jerozolimskich 30. Spotkał się tam ze współpracownikami, m.in. Januszem Maksymiukiem i Mateuszem Piskorskim. Rozmawiał również z Piotrem Tymochowiczem o ewentualnym starcie w wyborach do Senatu.
Wieczorem zadzwonił do żony. Powiedział, że wydarzyło się coś ważnego i dlatego zostanie w Warszawie. Zapewniał, że następnego dnia wróci i wszystko wyjaśni. Według późniejszej relacji żony podczas tej rozmowy brzmiał na wyraźnie zdenerwowanego.
Jeszcze około godziny 19 pojawił się u swojego asystenta Mirosława Rudowskiego. Miał wyglądać tak, jakby chciał przekazać mu coś istotnego, ale ostatecznie tylko zapytał o kierowcę Mieczysława Meyera i powiedział: „Pogadamy jutro”.
Następnego ranka Lepper był już w swoim gabinecie. Około 8:30 rozmawiał jeszcze z Meyerem. W siedzibie partii przebywało kilka osób.
Na godzinę 10 miał umówione spotkanie z dziennikarką TVN24. Nie pojawił się jednak na rozmowie i nie odbierał telefonu. Po pewnym czasie dziennikarka opuściła budynek.
Coraz bardziej niepokoiła się również rodzina. Syn Leppera próbował dodzwonić się do ojca oraz jego współpracowników, prosząc, aby ktoś sprawdził, co dzieje się w gabinecie.
Mimo tego przez kolejne godziny nikt tam nie wszedł.
Dopiero późnym popołudniem, gdy pod siedzibę Samoobrony przyjechali członkowie rodziny, otwarto gabinet. Andrzej Lepper został odnaleziony martwy. Wisiał na sznurku od snopowiązałki.
Tak zakończyły się ostatnie godziny życia jednego z najbardziej charakterystycznych polityków III RP. Do dziś szczególne zainteresowanie budzą wydarzenia z poprzedniego dnia — niedoszły wyjazd do Szczecina, rozmowy prowadzone w Warszawie oraz telefon do żony, podczas którego zapowiedział, że następnego dnia wyjaśni jej, co się wydarzyło.
fot. Gazeta Wyborcza
W mojej ocenie Andrzej Lepper nie popelnil samobojstwa .Samobojca nie ma zadnych planow na przyszlosc i zazwyczaj zostawia list . W tym wypadku zadnego listu nie bylo a sama smierc nie wygladala na samobojstwo . Na miejscu bylo duzo roznych sladow na podlodze a na krzesle na ktorym stanal nie bylo jego odciskow palcow . To co krzeslo postawily krasnoludki??? Po jego smierci , smierc poniosly rowniez inne osoby z jego kregu ktore mialy wiedze na temat smierci Leppera . Kto go zabil , do dzis pozostaje tajemnica a tak naprawde zabila go polityka !!!! GB

Zabili swoją ofiarę i rytualnie zjedli części ciała mężczyzny. Odcięli głowę, rozebrali i wypatroszyli

 Kanibale spod Szczecina, a właściwie spod miejscowości Choszczno, mieli najpierw pozbawić życia młodego mężczyzny i następnie odciąć kilka kawałków jego ciała, by wspólnie spożyć ludzkie mięso. Definitywnie zakończył się już proces w tej głośnej sprawie, nie pomogła nawet kasacja wniesiona do Sądu Najwyższego, a oskarżony – Robert M. - został uznany za winnego, choć nigdy nie odnaleziono reszty ciała ofiary, ani nie poznano nawet jej nazwiska. Według wielu osób, działania wymiaru sprawiedliwości budzą poważne zastrzeżenia.

Do zabójstwa nieustalonego mężczyzny miało dojść w 2002 roku. Piętnaście lat od tego zdarzenia, w 2017 roku, sprawa ujrzała natomiast światło dzienne. Stało się to za sprawą tajemniczego listu, pozostawionego rzekomo przez Zbigniewa B. przed jego śmiercią, w którym ten szczegółowo opisał, jak wraz z innymi osobami miał zamordować ofiarę. Potem, chcąc przypieczętować zmowę milczenia, uczestnicy rozkroili zwłoki mężczyzny i zjedli kawałki ludzkiego mięsa. Śledczy, którzy przyglądali się tej sprawie, ustalili, że do morderstwa mogło dojść między lipcem a październikiem 2002 roku. Dramat rozpoczął się we wsi Łasko, niedaleko Choszczna w województwie zachodniopomorskim. W jednym z tamtejszych lokali stołowało się pięciu mężczyzn: Robert M., Janusz Sz., Sylwester B., Zbigniew B. oraz Rafał O. Poza jedzeniem, panowie spożywali także alkohol.

Pobili i poderżnęli ofierze gardło. Rytuał miał przypieczętować pakt milczenia

Prokuratura Okręgowa w Szczecinie, sporządzając akt oskarżenia złożony później do sądu, wskazała że podczas suto zakrapianej imprezy podejrzani spostrzegli swoją ofiarę, z którą był skonfliktowany Robert M. Miał twierdzić, że stracił przez nieznajomego pieniądze. Podszedł do niego, namówił do opuszczenia lokalu, a następnie dotkliwie pobił. Gdy poszkodowany był już praktycznie bezbronny, został wciągnięty do samochodu należącego do Zbigniewa B., do którego wsiedli potem wszyscy podejrzani i ruszyli nad jezioro Osiek, w pobliżu miejscowości Ługi, w woj. lubuskim.Zdaniem prokuratury, Robert M. miał w tamtym miejscu rozpalić ognisko i rozkazać Zbigniewowi B., żeby ten ponownie pobił porwanego. Mężczyzna, zgodnie z przyjętym przebiegiem zdarzenia, miał posłuchać kolegi – uderzał poszkodowanego bez opamiętania, a na koniec usiadł na nim i poderżnął mu gardło. Później na zlecenie Roberta miał dokonać dekapitacji ofiary, zdjąć jej ubranie i wypatroszyć. Chcąc przypieczętować zmowę milczenia, której zobowiązali się dochować koledzy, odcięto pięć kawałków ciała mężczyzny, które następnie nabito na kijki i upieczono nad ogniskiem. W niemal rytualnym geście podejrzani mieli finalnie spożyć ludzkie mięso.

Co zrobiono z resztą ciała? Śledczy ustalili, że Robert M. i Zbigniew B. zwłoki zawinęli w folię, którą dodatkowo obciążono kamieniami, i wrzucili je do wody, uprzednio wypływając pontonem prawie na środek jeziora, by znaleźć się jak najdalej od brzegu. Sprawcy mieli później nad ranem rozdzielić pozostałe mięso i rozjechać się do domów. Zabrali ze sobą również ubranie ofiary, by pozbyć się go w innym miejscu. Jak podawał „Onet”, który dotarł do szczegółów aktu oskarżenia, Rafał O. miał nawet nakarmić swojego współlokatora, Stanisława R., przyniesionym w czapce ofiary mięsem, wmawiając mu, że pochodzi ono od królika. Trzy miesiące później, Janusz Sz. podczas kolejnej zakrapianej imprezy wyjawił Stanisławowi prawdę. Zresztą on sam już podczas kosztowania potrawy miał zorientować się, że nie jest to królicze mięso, ponieważ dobrze znał jego smak z uwagi na to, że sam hodował kiedyś króliki. Resztki Rafał O. oddał więc psu.Zmowę milczenia w tej sprawie udało się utrzymać przez piętnaście lat. Jak to się stało, że służby wpadły na trop rzekomych kanibali w 2017 roku? Detale są owiane tajemnicą, bo prokuratura, jak zauważają dziennikarze „Onetu”, nie wskazała w akcie oskarżenia, jak policja trafiła na ślad zbrodni. Z doniesień medialnych wynika natomiast, że zaczęło się od tajemniczego listu, pozostawionego przez Zbigniewa B. - miał on zostać wysłany na komendę policji w Choszcznie za pośrednictwem poczty internetowej. Mail z dokładnym opisem zabójstwa i nazwiskami sprawców, podpisany przez jednego z nich, trafił na skrzynkę funkcjonariuszy. W przeszłości ten sam mężczyzna opowiadał we wsi o makabrycznym morderstwie nieznanej ofiary, lecz najwyraźniej nikt nie brał go na poważnie. Dopiero po wysłaniu maila, czego nie mógł zrobić on sam, bo nie żył już wówczas od pół roku, sprawie postanowili przyjrzeć się mundurowi. Kluczowe pytanie, czyli kto wysłał wiadomość, skoro rzekomy autor nie żyje, pozostało jednak bez odpowiedzi.Śledztwo szybko przejęła komenda wojewódzka policji w Szczecinie, a sprawie nadano kryptonim „Lecter”. Jak nietrudno zgadnąć, zapewne chodziło o nawiązanie do postaci Hannibala Lectera, mordercy-kanibala z filmu „Milczenie owiec”, jednego z najbardziej znanych anty-bohaterów światowej pop kultury. Wśród działań, które poczynili funkcjonariusze, były oczywiście przesłuchania i zabezpieczenia śladów. A tych, jak się okazuje, praktycznie nie było. Główny zatrzymany, Robert M., od początku przekonywał, że nic nie wie na temat historii opisanej w liście, był zresztą zaskoczony wizytą policjantów. W jego domu nie znaleziono nic, co mogłoby pozwolić na powiązanie go z morderstwem nieustalonego mężczyzny. Podejrzany nie był w przeszłości karany, prowadził spokojne, rodzinne życie. Ale nie wiedział, że po otrzymaniu maila z opisem zdarzeń przed laty mundurowi założyli podsłuchy, które przyniosły nieoczekiwane rezultaty. Z nagrań wynikało, że podejrzani mieli kontaktować się między sobą i rozmawiać o tym, by nie informować policji na temat tego, gdzie byli.Nie padają jednak konkrety dotyczące kanibalizmu czy morderstwa. Robert M. tłumaczył, że chodziło o dachowanie samochodu, które zdarzyło się kilka lat wcześniej, i o którym sprawcy nie zawiadomili funkcjonariuszy, chcąc uniknąć kary, ponieważ jeden z uczestników nie miał prawa jazdy. Policjantom udało się nawet potwierdzić, że takie zdarzenie faktycznie miało miejsce, ale nie uwierzyli, że nagrana rozmowa dotyczyła właśnie tego wypadku. - Nagrane rozmowy zbiegły się z przesłuchaniami policji w sprawie śmierci nieznanego mężczyzny, a nadto w czasie zdarzenia, w którym miało miejsce dachowanie, nie brali udziału inni uczestnicy ruchu i brak było pokrzywdzonego. Brak jest zatem powodów, dla których podejrzani mieliby się obawiać wyjawienia okoliczności zdarzenia drogowego” – napisano w akcie oskarżenia, który cytuje w swoim reportażu „Onet”. Uznano więc, że rozmawiali o morderstwie.

Niepewnych wątków w śledztwie było więcej. Samochód, którym sprawcy mieli przewozić ofiarę, został sprzedany na złom, choć nie udało się tej informacji zweryfikować. Znaleziony został za to ponton, z którego miały zostać wyrzucone szczątki ofiary do jeziora. Badania ujawniły obecność składników, jakie zawiera krew, lecz kolejne wykazały, że ponton wyprodukowano w latach 2011 – 2017, czyli co najmniej dziewięć lat po rzekomym zabójstwie. Dowód więc odrzucono.Samego ciała, czy raczej pozostałości po nim, także nigdy nie udało się odnaleźć. W jeziorze i przy nim pracowali płetwonurkowie, wykorzystywano urządzenia hydrograficzne, sonary i kamery: bezskutecznie. W akcie oskarżenia zwrócono jednak uwagę, że nie można wykluczyć zalegania szczątków głęboko w mule, ponieważ dno jeziora jest niestabilne. Jednocześnie mimo upływu lat nie znaleziono niczego, co mogłoby potwierdzić tę tezę.Śledczy nadal nie mieli więc ciała denata, ani nawet nazwiska osoby, która miała być wówczas zamordowana. Poszlaką stała się natomiast ludzka czaszka, wyłowiona 17 marca 2017 roku w Strzelcach Krajeńskich w rejonie Jeziora Górnego. Mogła należeć do mężczyzny w wieku od 45 do 55 lat, a zgon mógł nastąpić od kilku do kilkunastu lat wstecz. Ale druga opinia, sądowo-lekarska, podawała, że nie jest możliwe precyzyjne ustalenie czasu zgonu ani jego przyczyny. Nie potrafiono nawet określić, czy należała faktycznie do mężczyzny, czy może do kobiety.

Ze znalezionych szczątków pobrano DNA, które porównano z czapką znalezioną w domu Rafała O., w której ten miał przenieść mięso zamordowanego. Materiał się jednak nie zgadzał, a niedługo później udało się ustalić personalia trzeciego, nieznanego mężczyzny, którego DNA znaleziono na nakryciu głowy – nie był on osobą zaginioną. Kolejny wątek odrzucono.

Policjanci żmudnie przeszukiwali bazy osób zaginionych w całej Polsce, sprawdzano nawet zaginionych Polaków za granicą. Przyglądali się też temu, czy Robert M. lub Zbigniew B. mieli wrogów, czy byli z kimś skonfliktowani na tle finansowym, weryfikowano miejsca pracy, rozmawiano z sąsiadami – lecz nie udało im się pozyskać żadnych kluczowych informacji.

Przełomowe w sprawie okazały się zeznania Rafała O., który jako jedyny z zatrzymanych niespodziewanie przyznał się do winy. Złożył obszerne wyjaśnienia, w których opisał przebieg zdarzenia przed laty, choć jednocześnie nie potrafił powiedzieć, kim był zamordowany mężczyzna, jak się nazywał i dlaczego zginął. Wskazał za to jezioro, w którym sprawcy mieli porzucić szczątki, ale po jego przeszukaniu nie natknięto się na żadne pozostałości ludzkich zwłok.Rafał O. cierpiał za to na zaburzenia pamięci, a biegli rozpoznali u niego lekkie upośledzenie umysłowe oraz zespół zależności alkoholowej. Nie był jednak chory psychicznie, a prokuratura uznała, że diagnoza nie odbiera mu wiarygodności, natomiast biegli dodali, że całość danych przemawia za wykluczeniem skłonności do konfabulacji czy wypełniania luk w mózgu fałszywymi wspomnieniami. Jego zeznania stały się więc jednym z głównych punktów aktu oskarżenia, mimo wielu wątpliwości, jakie budziły w oczach opinii publicznej.

Ważne okazały się też rozmowy z mieszkańcami miejscowości, w których mieli przebywać podejrzani. Policjanci, szukając świadków pobicia w barze z 2002 roku, apelowali do ludzi o zgłaszanie się. Każda informacja była na wagę złota. Później, w rozmowach z dziennikarzami, kilka osób wskazywało na to, że Zbigniew B. nie był osobą wiarygodną, a jego własna matka zwróciła uwagę na to, że lubił fantazjować. Nie wierzyła w historię o kanibalach. – Dla mnie to jest niepojęte. Nigdy nie zachowywał się, jakby miał coś do ukrycia. Przecież by mi coś powiedział. Po wiosce też nie gadał, bo przecież by wszyscy wiedzieli. A to dopiero wyszło po tym, jak tamtych zatrzymali – powiedziała w rozmowie z Onetem. Podobnego zdania byli inni mieszkańcy.Rafał O., pytany przez dziennikarzy tego samego portalu, odmówił komentarza. Ale reporterzy przypominają, że w TVN-ie wykrzyczał, że nigdy nie jadł ludzkiego mięsa, a do zeznań zmusili go policjanci. Tego wybuchu w zasadzie nigdy więcej nie przypomniano.Rodzina Roberta M., głównego podejrzanego, jest zdruzgotana. Uważają, że mężczyzna jest niewinny, bo nie byłby zdolny do czegoś takiego, a cała historia została zmyślona. Sądzili, że skoro brakuje twardych dowodów, to sprawa zostanie zamknięta. Tak się jednak nie stało. Ruszył proces, a wraz z nim pogłębiły się wyzwiska osób postronnych i wytykanie palcami. Dzieci musiały zmieniać szkołę i środowisko, bliskich oskarżonego skazano na społeczny ostracyzm. Robert M. spędził długi czas w areszcie, nim sąd uznał, że przedłużanie go jest bezcelowe. Potem ruszył proces, zaś on mógł odpowiadać z wolnej stopy, nim usłyszał wyrok. A ten okazał się dla niego równie zaskakujący, co same czyny, do których popełnienia nigdy się nie przyznał.

„Sprawy bez ciała się zdarzały, ale bez nazwiska? To jest bardzo dziwne”, mówił jeden z funkcjonariuszy w rozmowie z „Onetem”, który wolał pozostać anonimowy. Podobne zdziwienie wydarzenia spod Choszczna budzą wśród prawników.W akcie oskarżenia ostatecznie ujęto czterech mężczyzn: Roberta M, Sylwestra B., Janusza Sz. oraz Rafała O. Piąty z nich, Zbigniew B., już dawno nie żył. We wrześniu 2021 roku Sąd Okręgowy w Szczecinie uznał, że wykonaniem zabójstwa rzeczywiście kierował Robert M. i skazał go za to na 25 lat więzienia. Z kolei postępowanie w sprawie trzech innych mężczyzn zostało umorzone, ponieważ zdaniem wymiaru sprawiedliwości podejrzani nie uczestniczyli w zabójstwie, a zarzuty dotyczące zbezczeszczenia ciała i ograbienia ofiary uległy przedawnieniu. Strony złożyły odwołanie, a mecenas wskazywał, że to proces poszlakowy i bez twardych dowodów, lecz Sąd Apelacyjny w Szczecinie utrzymał wyrok. Wniesiono więc o kasację, jednak ta została odrzucona.

Sąd Najwyższy tłumaczył, że zarzut związany z nieustaleniem tożsamości zamordowanej osoby jest bezzasadny, ponieważ reguła, zgodnie z którą nie powinno się przypisywać zbrodni bez odnalezienia ciała, obowiązywała jedynie do lat 50. na gruncie prawa anglosaskiego, a na gruncie prawa polskiego nie obowiązywała w ogóle. Sędzia Marek Pietruszyński, uzasadniający rozstrzygnięcie, dodawał, że całościowa analiza materiału dowodowego doprowadziła do słusznego ustalenia i przypisania Robertowi M. odpowiedzialności karnej, w tym przypadku zabójstwa. Decyzja ta zapadła w połowie 2024 roku. Mężczyzna, słysząc wyrok, rzucił jedynie, że dostał „25 lat więzienia za nic”, gdy policjanci wyprowadzali go zakutego w kajdanki z sali sądowej. Matka mężczyzny i jego płacząca córka chciały go pożegnać, lecz im to uniemożliwiono. - On nic nie zrobił – krzyczała starsza z kobiet w kierunku sądu.

Do dziś sprawa budzi ogromne emocje w sieci, a mieszkańcy i internauci poddają w wątpliwość to, czy wspomniane wydarzenia w ogóle miały miejsce. Warto jednak podkreślić, że służby, w tym prokuratura i sąd, takich wątpliwości najwyraźniej nie miały, a wyrok 25 lat więzienia dla Roberta M. pozostaje w mocy.


POMAGAJMY SWINKOM Z GIENIUTKOWA , KAZDY WPLACA ILE MOZE , CHOCIAZ 10 ZL

 Eugeniusz - po prostu Świnia                                                                             



 

Przepraszam, że "żebrzemy" od samego rana, ale jutro jadę po kukurydzę. I nie mam jak zapłacić. Między innymi dzięki Pani Wiolettcie na koncie fundacji jest obecnie 1000zł. Ale to jedyne środki jakimi dysponujemy. Proszę o zasięg📣 i jeszcze raz przepraszam😞 naprawdę przekraczam granice, by ratować Azyl. (środki na kurtyny paskowe jeszcze nie przeszły na konto)
Blik 880 301 315
Fundacja prosiaczka Eugeniusza Gieniutkowo
88 1140 2004 0000 3002 8106 8695
Tytułem Darowizna dla Gieniutkowa

Co naprawdę dzieje się z ciałem po śmierci? Naukowcy ujawniają zaskakujący fakt

 

Ruchy pośmiertne i pośmiertna wokalizacja to nie efekty zjawisk paranormalnych, lecz czysta biologia i fizykochemia rozkładającego się organizmu. Choć dla postronnych świadków te reakcje ciała mogą wydawać się przerażające, z punktu widzenia medycyny sądowej stanowią naturalny etap ustawania funkcji życiowych.Zatrzymanie akcji serca nie wyłącza całego organizmu w jednej sekundzie. Komórki i układ nerwowy dogorywają w różnym tempie, a gromadzące się w tkankach gazy wywołują reakcje, które łatwo pomylić z symptomami życia.


Skóra zmienia kolor, a paznokcie i włosy wydają się rosnąć .Jednym z pierwszych widocznych objawów śmierci są zmiany w wyglądzie skóry. Grawitacja sprawia, że krew przemieszcza się w dolne partie ciała, tworząc charakterystyczne plamy opadowe. Początkowo są fioletowo-czerwone, a z czasem zmieniają odcień w zależności od przyczyny śmierci. Na przykład zatrucie tlenkiem węgla nadaje krwi wiśniowy kolor, a gazem siarkowodorowym może sprawić, że skóra stanie się zielona.


Znane są historie zasłyszane od „znajomych znajomych”, że po śmierci włosy i paznokcie nadal rosną. W rzeczywistości jest to złudzenie – skóra wysycha i kurczy się, odsłaniając ich większą część, co sprawia wrażenie ich wydłużenia. A ponieważ znika napięcie mięśniowe, wygładzają się też zmarszczki na skórze zmarłego.Ciało może wydawać dźwięki i poruszać się

Przebywając w pobliżu zmarłej osoby, czasem można usłyszeć odgłosy przypominające jęki lub westchnienia. Dzieje się tak, gdy gazy gromadzące się w organizmie przemieszczają się i powodują wibracje strun głosowych. Może się to zdarzyć np. podczas poruszania ciałem lub naciskania na klatkę piersiową.


Innym zaskakującym (przerażającym) zjawiskiem są ruchy ciała po śmierci. Mięśnie mogą jeszcze przez pewien czas kurczyć się i drgać, co bywa odbierane jako oznaka życia. Ma to związek z tężeniem pośmiertnym, które rozpoczyna się kilka godzin po śmierci i trwa do około 12 godzin, po czym stopniowo ustępuje.Rozkład ciała zaczyna się od wewnątrz, dzięki bakteriom obecnym w układzie pokarmowym. Rozkładają one narządy i uwalniają gazy, co może prowadzić do niekontrolowanego wydostawania się powietrza (cuchnącego) przez usta. Ponadto, wraz z rozluźnieniem wszystkich mięśni, organizm pozbywa się resztek moczu i kału.


Po kilku dniach w ciele zaczynają powstawać substancje chemiczne – putrescyna i kadaweryna – odpowiedzialne za intensywny, nieprzyjemny zapach gnicia. Proces ten przyspiesza w cieplejszym otoczeniu, a wolniej przebiega w niskich temperaturach.

Rozkład i zaskakujące przemiany

Czas trwania rozkładu ciała zależy od wielu czynników, takich jak temperatura, wilgotność czy przyczyna śmierci. Ciała osób, które zmarły w wyniku sepsy lub przedawkowania niektórych substancji, mogą ulegać rozkładowi szybciej, ponieważ w ich organizmie znajduje się więcej bakterii przyspieszających proces gnilny.W chłodnym i wilgotnym środowisku ciało może ulec także przemianie chemicznej zwanej saponifikacją. W jej wyniku tłuszcz w ciele zmienia się w woskowatą substancję zwaną „woskiem grobowym”, a tak naprawdę w mydło. 


Po kilku miesiącach z ciała pozostają jedynie kości, chrząstki i fragmenty wysuszonej skóry. W temperaturze około 10 st. C proces rozkładu tkanek miękkich trwa mniej więcej cztery miesiące, natomiast w cieplejszym klimacie przebiega znacznie szybciej.

Jak długo narządy zmarłego nadają się do transplantacji?

Wobec tych zmian nietrudno wywnioskować, że narządy do przeszczepu należy pobierać jak najszybciej – jest to czas ok. 30-60 minut. Ale niektóre z nich, jak oczy, serce, czy skóra mogą być nadal zdolne do przeszczepu do 15 godzin po śmierci. Przy zachowaniu odpowiednich procedur, kości można pobierać do 96 godzin po śmierci. 



Dlaczego komary wybierają jednych ludzi częściej niż innych? Nie chodzi tylko o zapach

 Jedni mogą spędzić wieczór na tarasie niemal bez żadnego ukąszenia, podczas gdy inni po kilkunastu minutach mają już kilka swędzących śladów. Nic dziwnego, że powstaje pytanie, czy komary rzeczywiście wybierają swoje ofiary. Okazuje się, że tak, i kierują się przy tym znacznie większą liczbą sygnałów niż tylko zapachem.

Komar musi najpierw odnaleźć człowieka w otoczeniu. Pomagają mu w tym różne bodźce, które docierają do jego narządów zmysłów. W pobliżu człowieka znaczenie ma m.in. wydychany dwutlenek węgla, ciepło ciała oraz związki chemiczne obecne na skórze. To właśnie połączenie wielu sygnałów pozwala owadowi zorientować się, gdzie znajduje się potencjalne źródło krwi.

Dlaczego komary gryzą akurat Ciebie?

Jednym z ważnych czynników jest dwutlenek węgla wydychany przez człowieka. Komary potrafią wykrywać jego obecność z pewnej odległości, dzięki czemu mogą kierować się w stronę potencjalnego żywiciela. Kiedy są bliżej, większe znaczenie zaczynają mieć inne sygnały, w tym temperatura ciała i zapach skóry.

Nasza skóra wysyła komarom wyraźny sygnał .Na to, jak jesteśmy postrzegani przez komary, wpływa również nasz mikrobiom skóry, czyli zbiór mikroorganizmów żyjących na jej powierzchni. Wytwarzane przez nie związki chemiczne mogą zmieniać charakterystyczny dla danej osoby zapach i tym samym wpływać na atrakcyjność dla niektórych gatunków komarów. Znaczenie może mieć także aktywność fizyczna. Po wysiłku wydychamy więcej dwutlenku węgla, a ciało jest cieplejsze, co może ułatwiać owadom jego zlokalizowanie. Nie bez znaczenia pozostaje również ubiór. Niektóre gatunki komarów łatwiej zauważają określone kontrastujące kolory, dlatego ubranie może wpływać na ich zachowanie. Nie oznacza to jednak, że istnieje jeden „magiczny” czynnik decydujący o tym, kogo komar ukąsi. Różnice między ludźmi wynikają z kombinacji wielu sygnałów, a dodatkowo znaczenie ma gatunek komara, temperatura, wilgotność i otoczenie.

Dlatego jeśli masz wrażenie, że komary zawsze wybierają właśnie ciebie, prawdopodobnie nie jest to wyłącznie kwestia przypadku. Twój organizm może po prostu dostarczać im więcej sygnałów, które ułatwiają odnalezienie celu.

Warto jednak pamiętać, że sposobem na ograniczenie ukąszeń nie jest próba zmiany naturalnego zapachu skóry. Znacznie skuteczniejsze są sprawdzone metody ochrony, takie jak odpowiedni ubiór, moskitiery czy repelenty stosowane zgodnie z instrukcją producenta.