2026/07/01

Rekonstrukcja wypadku Łukasza Litewki. Prokurator zapowiada kluczowe ustalenia

 Cały czas trwa śledztwo ws. tragicznej śmierci posła Łukasza Litewki. Według informacji „Faktu”, we wrześniu do prokuratury ma wpłynąć kluczowa analiza.                                                                                                 Cały czas trwa śledztwo ws. śmierci posła Łukasza Litewki, który zginął 24 kwietnia, kiedy jadąc rowerem, został potrącony przez samochód w Dąbrowie Górniczej. 57-letni kierowca przyznał się do winy i wyszedł z aresztu po wpłacenia poręczenia majątkowego. Jednak wokół tego wypadku cały czas pozostaje sporo niejasności.Według informacji przekazanych przez prokuraturę mężczyzna w swoich zeznaniach "balansuje pomiędzy utratą przytomności, chwilowym rozkojarzeniem, ewentualnie też całkowitą niepamięcią co do przebiegu tego zajścia".Jak dowiedział się „Fakt”, we wrześniu prokuratura ma otrzymać analizę biegłych z zakresu rekonstrukcji wypadków. Ma ona być kluczowa dla ustalenia tego, co się wtedy wydarzyło. Jak informuje gazeta, biegli dysponują fotografiami drogi i nagraniami sporządzonymi na potrzeby czynności procesowych. Pod uwagę ma zostać wzięta także jakość nawierzchni, która po wypadku ma przejść remont.Łukasz Litewka spoczywa na cmentarzu parafialnym przy ul. Zuzanny w Sosnowcu. Znany z działalności charytatywnej poseł Lewicy z Sosnowca zginął 23 kwietnia, potrącony przez samochód Mitsubishi Colt, gdy jechał rowerem ul. Kazimierzowską w Dąbrowie Górniczej. Miał 36 lat.

Wyciągnęli 11-latkę z jeziora i przywrócili funkcje życiowe. Finał akcji jest tragiczny

 To wstrząsający koniec dramatycznej akcji ratunkowej w Wąbrzeźnie. We wtorek (30 czerwca) z Jeziora Zamkowego wyciągnięto 11-latkę, a ratownikom udało się przywrócić jej funkcje życiowe. Zaangażowane służby do końca miały nadzieję na cud, jednak życia dziecka nie udało się uratować.

Dramatyczna akcja nad Jeziorem Zamkowym w Wąbrzeźnie

Dramat rozegrał się we wtorkowe popołudnie, około godziny 18:05, na niestrzeżonym kąpielisku w Wąbrzeźnie. To właśnie wtedy do służb dotarło zgłoszenie o potencjalnym utonięciu 11-letniego dziecka w Jeziorze Zamkowym. Jak przekazał WOPR Województwa Kujawsko-Pomorskiego, sygnał błyskawicznie trafił do Wojewódzkiego Centrum Koordynacji Ratownictwa Wodnego, co uruchomiło szeroko zakrojoną operację ratunkową.Do akcji ruszyli m.in. strażacy ochotnicy i funkcjonariusze Państwowej Straży Pożarnej oraz wodniacy z Grupy Prewencyjnej WOPR w Brodnicy. Z czasem do zespołu poszukiwawczego dołączyli także specjaliści z użyciem sprzętu sonarowego z oddziałów w Lipnie, Wdecku oraz Toruniu, by jak najszybciej przeczesać dno zbiornika.Przełom w poszukiwaniach nastąpił po niespełna godzinie nerwowych działań. Urządzenia obsługiwane przez lipnowski zespół wskazały pod taflą wody obiekt przypominający sylwetkę ludzką. Niedługo później nurkowie wydobyli dziewczynkę z wody i natychmiast przekazali ją w ręce medyków.

Rozpoczęła się zażarta walka o życie dziecka. Intensywna resuscytacja krążeniowo-oddechowa prowadzona na brzegu przez zespół ratownictwa przyniosła skutek w postaci powrotu funkcji życiowych u poszkodowanej. 11-latka trafiła pod opiekę specjalistów z toruńskiego szpitala w stanie ekstremalnego wyziębienia organizmu.Nadzieja zgasła jednak wraz z nadejściem środy. Krzysztof Świerczyński, oficer prasowy policji, potwierdził na antenie Polskiego Radia PiK, że poszkodowana zmarła w szpitalu w okolicach północy. Ratownicy WOPR zaznaczają przy tej okazji, że do nieszczęścia doszło na dzikiej plaży, pozbawionej fachowego nadzoru.

Apelujemy, aby podczas wypoczynku nad wodą wybierać kąpieliska strzeżone, na których nad bezpieczeństwem czuwają wykwalifikowani ratownicy. To właśnie szybka reakcja i natychmiastowa pomoc mogą decydować o ludzkim życiu – przypominają ratownicy.

Ten wstrząsający wypadek to kolejny dowód na to, jak niebezpieczne potrafią być akweny w sezonie wakacyjnym. Eksperci nie ustają w powtarzaniu, by pływać wyłącznie na wyznaczonych kąpieliskach i nigdy nie spuszczać z oczu bawiących się w wodzie dzieci.

Janusz Kowalski domaga się deportacji Ukraińców. Ostre słowa o działaniach Tuska

 Napięcia w relacjach polsko-ukraińskich ponownie wybrzmiały podczas obrad Sejmu. W trakcie środowego, 61. posiedzenia bardzo ostre wystąpienie wygłosił poseł Janusz Kowalski, który skrytykował politykę wobec Ukrainy oraz w mocnych słowach zaatakował premiera Donalda Tuska. W jego przemówieniu padły także postulaty dotyczące obywateli Ukrainy przebywających w Polsce.Temat relacji polsko-ukraińskich wybrzmiał ponownie podczas środowego posiedzenia Sejmu. W trakcie swojego wystąpienia poseł Janusz Kowalski przedstawił bardzo krytyczną ocenę działań rządu wobec Ukrainy. Już na początku przemówienia padły wyjątkowo mocne słowa pod adresem premiera Donalda Tuska.


Ukraińcy plują Polakom w twarz, a klęczący na kolanach przed Zełenskim Donald Tusk udaje, że pada deszcz – powiedział w pierwszych słowach z sejmowej mównicy.trony części posłów, jednak Kowalski kontynuował swoje przemówienie.


Poseł przekonywał, że – jego zdaniem – polskie państwo powinno odpowiedzieć na obecną sytuację w zdecydowany sposób.


Polskie państwo musi na tę sytuację zareagować z honorem, ale także pokazać siłę. Natychmiast wszystkich Ukraińców poborowych przebywających na terenie Rzeczypospolitej odesłać na Ukrainę, odebrać im prawo pobytu w Polsce – mówił.


W dalszej części wystąpienia zapowiadał również konieczność ograniczenia – jak określał – przywilejów przysługujących obywatelom Ukrainy przebywającym w Polsce.Kowalski domagał się zmian. Mówił o świadczeniach, urzędach i bezpieczeństwie

W kolejnej części przemówienia Janusz Kowalski rozwijał swoje postulaty dotyczące polityki państwa wobec obywateli Ukrainy. Poseł stwierdził, że Ukraińcy korzystają z polskich świadczeń i usług publicznych, jednocześnie sugerując, że nie powinno to mieć miejsca. Mówił, że "wyjeżdżają sobie teraz na wakacje, doją polski budżet”, wskazując również na świadczenie 800 plus oraz możliwość korzystania z polskiej służby zdrowia. 


Niech tam zostają – dodał.Kowalski zaproponował także wprowadzenie zakazu zatrudniania cudzoziemców w polskich urzędach. Jak mówił, należałoby “Ukraińcom, Białorusinom i Niemcom” uniemożliwić pracę w administracji publicznej, wprowadzając zasadę ”polski urząd – polskie obywatelstwo”. Następnie stwierdził, że "zbanderyzowana ukraińska mniejszość jest zagrożeniem dla państwa polskiego”. Chwilę później pada kontrowersyjna sugestia ponownie skierowana w stronę premiera.


Być może jest to zaplecze dla Donalda Tuska, tak chce wygrać wybory lub poprawić sobie wynik wyborczy, ale nie można na to pozwolić –insynuował Kowalski.Niedługo potem czas przeznaczony na jego wystąpienie dobiegł końca, a marszałek przerwał przemówienie.









 


Teraz folksdojcze i wszelkiej maści pachołki Tuska możecie sobie wyć

 



 


Mąż zabił ją młotkiem i posadził za kierownicą. Jolanta zaczęła nowe życie i zapłaciła za to najwyższą cenę

 36-letni Tomasz K. do końca życia nie opuści murów więzienia. W styczniu 2024 roku z zimną krwią zabił swoją 31-letnią żonę Jolantę, a potem porzucił jej ciało w aucie na torowisku, by upozorować nieszczęśliwy wypadek z pociągiem. Sąd Apelacyjny w Gdańsku zmienił wyrok z 26 lat na dożywocie dla sprawcy okrutnego zabójstwa. Motywem zbrodni był rozpad małżeństwa, z którym mężczyzna nie potrafił się pogodzić. Jolanta rozpoczęła bowiem nowe życie bez niego...

Jolanta K. próbowała uciec od męża. Tomasz nie akceptował rozwodu

Na początku ich związek sprawiał wrażenie szczęśliwego, jednak z czasem relacje między Jolantą i Tomaszem zaczęły się pogarszać. Kłótnie stawały się coraz częstsze, a znajomi zauważali, że mężczyzna publicznie obrażał i upokarzał żonę. Był również bardzo zazdrosny i próbował kontrolować każdy aspekt jej życia. Jolanta prowadziła własny salon kosmetyczny i z powodzeniem rozwijała firmę, co – według relacji bliskich – budziło frustrację Tomasza. Mimo narastających problemów kobieta długo próbowała ratować małżeństwo, jednak z biegiem czasu konflikty tylko się nasilały.- Znajomi zaczęli dostrzegać, że Jolanta jest przygaszona, mocno zestresowana ciągłymi napięciami z mężem. W 2023 roku sytuacja ta jeszcze bardziej eskalowała do tego stopnia, że Jolanta w końcu podjęła decyzję o rozstaniu. Robi to ze względu na własne bezpieczeństwo. I z uwagi na własne bezpieczeństwo podjęła również decyzję o wyprowadzce – tłumaczyła Justyna Mazur-Kudelska w podcaście „Piąte nie zabijaj”.Po rozstaniu małżonkowie zamieszkali osobno, a Jolanta rozpoczęła procedurę rozwodową. Tomasz nie potrafił zaakceptować jej decyzji. Zaczął nachodzić kobietę zarówno w salonie kosmetycznym, jak i pod nowym adresem, pojawiając się nawet nocą. W 2023 roku 31-latka odkryła przebite opony w swoim samochodzie i od razu nabrała podejrzeń wobec byłego partnera. Zawiadomiła policję, która wszczęła postępowanie. Wkrótce potem Tomasz K. trafił na obserwację do szpitala psychiatrycznego, jednak pobyt w placówce nie wpłynął na jego zachowanie. Z czasem groźby zaczął kierować nie tylko wobec Jolanty, ale również członków jej rodziny.

Tragiczny wypadek na przejeździe kolejowym. Samochód Jolanty K. pod pociągiem

10 stycznia 2024 roku zapowiadał się dla Jolanty jak każdy inny dzień. Rano otworzyła swój salon kosmetyczny i rozpoczęła pracę. Wieczorem miała odezwać się do przyjaciół, jednak niespodziewanie kontakt z nią urwał się. W tym samym czasie media poinformowały o śmiertelnym wypadku na przejeździe kolejowym na Kaszubach.Około godz. 20.40 w Mezowie pociąg relacji Kartuzy–Gdańsk uderzył w niebieską skodę fabię stojącą na niestrzeżonym przejeździe. Zniszczenia auta były ogromne. Ratownicy znaleźli za kierownicą ciało kobiety. Niedługo później ustalono, że pojazd należał do Jolanty K., a wiadomość o tragedii błyskawicznie dotarła do jej rodziny i przyjaciół.

- Jej przyjaciółka, pani Karolina otrzymała od koleżanki link do artykułu o zdarzeniu na torach. Kiedy go otwiera, po prostu zamiera. Na zdjęciach z miejsca wypadku rozpoznała znajomy samochód. Natychmiast próbowała dodzwonić się do Jolanty, ale telefon milczał. Był wyłączony. Z rosnącym niepokojem skontaktowała się z siostrą Jolanty i niestety ta potwierdziła najgorsze obawy, że ofiarą tego wypadku w istocie jest Jolanta – tłumaczyła Justyna Mazur-Kudelska.

Tomasz K. upozorował wypadek. Krew w samochodzie i salonie Jolanty

Na początku śledczy zakładali, że doszło do nieszczęśliwego wypadku. Rozważano, że Jolanta mogła nie zauważyć nadjeżdżającego pociągu lub że jej samochód unieruchomił się na torach. Wkrótce jednak pojawiły się dowody, które całkowicie zmieniły kierunek prowadzonego śledztwa.W samochodzie należącym do 31-latki zabezpieczono ślady krwi, a kolejne znaleziono w jej salonie kosmetycznym. Nagrania z monitoringu oraz wyniki badań DNA doprowadziły śledczych do wniosku, że kobieta została zamordowana jeszcze przed znalezieniem auta na przejeździe. Pozostawienie pojazdu na torach miało jedynie upozorować tragiczny wypadek i utrudnić wykrycie sprawcy.

Według ustaleń prokuratury Tomasz K. pojawił się w salonie żony z młotkiem i zadał jej 11 ciosów trzonkiem, zabijając ją na miejscu. Następnie ukrył ciało w bagażniku samochodu i przewiózł je na przejazd kolejowy w Mezowie. Tam posadził martwą kobietę za kierownicą i pozostawił auto na torach, licząc, że zderzenie z pociągiem zatrze ślady zbrodni i zostanie uznane za nieszczęśliwy wypadek.

Po zatrzymaniu Tomasz K. przyznał się do zabójstwa. Biegli stwierdzili, że w chwili popełnienia zbrodni był poczytalny, a jego działania miały charakter zaplanowany. Śledczy uznali, że motywem była niezgoda na rozpad małżeństwa i decyzję Jolanty o odejściu.

Dożywocie dla mordercy z Kaszub. Sąd podwyższył wyrok dla Tomasza K.

W grudniu 2025 roku Sąd Okręgowy w Gdańsku skazał Tomasza K. za zabójstwo żony, sprowadzenie katastrofy w ruchu lądowym oraz zniszczenie mienia. Za wszystkie zarzucane mu czyny wymierzono karę 26 lat pozbawienia wolności.

- Nikt nie bierze młotka na rozmowę z żoną. To była zbrodnia zaplanowana – mówił sędzia.Choć oskarżony przyznał się do zabójstwa, zarówno w śledztwie, jak i przed sądem próbował – zdaniem składu orzekającego – pomniejszać swoją odpowiedzialność. Oprócz kary więzienia został zobowiązany do wypłaty wysokich zadośćuczynień rodzinie Jolanty. Jej rodzice otrzymają po 150 tys. zł, natomiast czworo pozostałych bliskich po 100 tys. zł.

29 czerwca 2026 roku zapadł prawomocny wyrok Sądu Apelacyjnego w Gdańsku. Po rozpoznaniu apelacji wniesionych przez prokuraturę i rodzinę zamordowanej kobiety sąd uznał, że Tomasz K. działał z pełną premedytacją i nie ma podstaw do złagodzenia kary. W efekcie wcześniejszy wyrok 26 lat więzienia został zmieniony na karę dożywotniego pozbawienia wolności.