Prokuratura wszczęła postępowanie w sprawie nieudzielenia pomocy mężczyźnie z zawałem serca, który w nocy nie mógł dostać się do szpitala w Lublinie. A dyrektor lecznicy zapowiada konsekwencje dyscyplinarne wobec personelu. To efekt publikacji portalu RadioZET.pl sprzed kilku dni.
Do sygnału z państwa redakcji, o możliwych nieprawidłowościach podszedłem z pełną powagą. W wyniku dotychczasowych ustaleń potwierdzam, że kamery pokazały stojącego przy drzwiach pacjenta, który nie uzyskał pomocy. W ubiegły czwartek złożyłem zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa polegającego na nieudzieleniu pomocy przez personel medyczny szpitala - mówi Piotr Matej, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Lublinie.Prokuratura Rejonowa w Lublinie wszczęła już postępowanie sprawdzające. Dotyczy art. 160 par. 2 Kodeksu Karnego, który mówi o narażeniu człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia, albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. To przestępstwo zagrożone karą od trzech miesięcy do pięciu lat więzienia. To jednak nie koniec. Działań podjętych przez dyrekcję szpitala jest więcej. A Piotr Matej o zachowaniu personelu izby przyjęć mówi wprost: - Nieakceptowalne.Jarosław umierał przed szpitalem. Nikt mu nie pomógł
Wspomniane działania to efekt publikacji portalu RadioZET.pl z czwartku 27 sierpnia. Opisaliśmy wtedy historię Jarosława Brodziaka. Mieszkający na co dzień za granicą mężczyzna przyjechał z żoną Anną Grabowską do rodzinnego Lublina. W nocy z 15 na 16 sierpnia źle się poczuł. Obudziły go dreszcze i niepokój. Później doszły do tego ucisk w klatce piersiowej, biegunka i wymioty. Na początku Jarosław myślał, że to może zatrucie pokarmowe. Jednak sytuacja szybko się pogarszała.
- To było dziwne uczucie, nigdy z czymś takim się spotkałem. Bolały mnie ręce, szczęka, nie mogłem złapać oddechu. Mieliśmy zadzwonić na 112, ale stwierdziliśmy, że zanim dojedzie karetka, to szybciej dotrzemy do szpitala sami - wspominał w rozmowie z naszym portalem mężczyzna.Wspólnie z żoną postanowili pojechać do pobliskiej, publicznej lecznicy przy ul. Herberta. Kilka minut po godz. 3 w nocy byli przy izbie przyjęć. - Podeszliśmy pod drzwi, były zamknięte. Ale jest na nich duży napis: „Po 22 proszę dzwonić dzwonkiem”. Jarek na wpół skulony dzwonił. Ja zaglądałam przez drzwi, próbowałam znaleźć kogoś z personelu. W holu był półmrok. Liczyliśmy na to, że zaraz światło się zaświeci i ktoś do nas wyjdzie. Pielęgniarka, lekarz, może portier czy ochroniarz. Ktokolwiek, kto nam powie, co mamy robić - opisywała Anna Grabowska.Po pięciu minutach bezskutecznego dzwonienia dzwonkiem Anna wezwała karetkę pogotowia. Ta pojawiła się po kolejnych kilku minutach. Ratownicy medyczni, którzy zbadali Jarosława stwierdzili, że mężczyzna przechodzi zawał serca. Sprzed izby przyjęć przy ul. Herberta błyskawicznie zawieźli go do innej lubelskiej placówki - oddalonego o około pięć kilometrów szpitala MSWiA. Tam mężczyzna od razu trafił na stół operacyjny. Przeszedł zabieg koronarografii. Od lekarzy miał usłyszeć, że przeżył cudem. Ratunek nadszedł w ostatniej chwili.Według Anny Grabowskiej cała sytuacja, od przyjazdu do izby przyjęć, przez bezskuteczną próbę dostania się do środka, po wezwanie karetki, działania ratowników, po odwiezienie Jarosława do innego szpitala mogła trwać nawet pół godziny. W tym czasie w placówce przy ul. Herberta panowała głucha cisza.
Są postępowania dyscyplinarne. Izba przyjęć otwarta całą dobę
Po naszej interwencji dyrektor szpitala zapowiedział wprowadzenie zmian organizacyjnych w szpitalu. Dodał też, że wezwie pracowników do złożenia wyjaśnień. Zajęło to kilka dni. Dziś już wiadomo, że na samym zawiadomieniu prokuratury się nie skończy.- Zawiadomienie jest tylko jednym z wielu działań, które podjąłem. Po wysłuchaniu pracowników, wszcząłem postępowanie dyscyplinarne wobec dwóch osób, które pełniły wówczas dyżur, włącznie z możliwością zastosowania artykułu 52 Kodeksu pracy, czyli zwolnienia dyscyplinarnego. Pracownicy twierdzą, że nie słyszeli dzwonka. Nie wyjaśnili z jakiej przyczyny - mówi portalowi RadioZET.pl Matej.
Przypomnijmy, że w nocy z 15 na 16 sierpnia w placówce miały pełnić dyżur trzy osoby – lekarz i dwie pielęgniarki. Z informacji przekazanych przez dyrektora wynika, że trzecia z osób nie mogła słyszeć dzwonka, bo wykonywała w tym czasie inne obowiązki. Jarosław Brodziak miał być jedyną osobą, która nie otrzymała pomocy. Przez całą noc do izby przyjęć zgłosiło się zaledwie trzech pacjentów. Dwie osoby miały uzyskać porady medyczne.
Kolejną decyzją dyrektora jest otwarcie izby przyjęć przez całą dobę, także w godzinach nocnych. To już nastąpiło. - Nie ma konieczności dzwonienia dzwonkiem. To było rozwiązanie przyjęte wiele lat temu, zanim objąłem funkcję dyrektora. Uzasadniano je względami bezpieczeństwa. W mojej ocenie nie ma takiej potrzeby. Zwłaszcza, że zamontujemy w budynku przy ul. Herberta i jego najbliższym sąsiedztwie 50 kamer monitoringu - tłumaczy Piotr Matej.
Wśród planowanych zmian jest też stopniowa rotacja personelu, która ma wyeliminować „pewne, nieakceptowalne przyzwyczajenia”. A pracownicy ochrony szpitala będą mogli zastosować tzw. nadzoru sprawdzającego. Co pewien czas będą mieli możliwość wywołania poszczególnych członków personelu.
Prokuratura planuje przesłuchanie. NFZ czeka na wyjaśnienia
- Przedstawione przez państwa zachowanie, brak udzielenia pomocy jest oburzające i nieakceptowalne. Nie mam zamiaru nawet próbować go tłumaczyć, stąd moje zdecydowane działania - zapewnia dyrektor Matej.
Z naszych ustaleń wynika też, że śledczy z Prokuratury Rejonowej w Lublinie mają niedługo przesłuchać dyrektora w charakterze zawiadamiającego. W planie jest też zabezpieczenie dokumentacji medycznej pacjenta. Później mają zapadać kolejne decyzje. Jeśli śledczy uznają, że prawdopodobieństwo popełnienia przestępstwa jest duże mogą wszcząć śledztwo.Nie wiadomo na razie jakie działania podejmie Narodowy Fundusz Zdrowia, który także zwrócił się do szpitala o udzielenie informacji, dlaczego pacjent nie otrzymał pomocy. Część wyjaśnień dyrekcja już przesłała, ale w NFZ oczekują jeszcze dodatkowych informacji.
- To dobrze, że odpowiednie instytucje starają się wyjaśnić sytuację i wprowadzić zmiany. Mnie one już nie pomogą, ale może kolejna osoba, która będzie wymagała pomocy, otrzyma ją na czas - komentuje Jarosław Brodziak.
Źródło: Radio ZET