2026/09/02

Dramat przed izbą przyjęć w Lublinie. Do akcji wkracza prokuratura. Będą też dyscyplinarki?

 Prokuratura wszczęła postępowanie w sprawie nieudzielenia pomocy mężczyźnie z zawałem serca, który w nocy nie mógł dostać się do szpitala w Lublinie. A dyrektor lecznicy zapowiada konsekwencje dyscyplinarne wobec personelu. To efekt publikacji portalu RadioZET.pl sprzed kilku dni.

 Do sygnału z państwa redakcji, o możliwych nieprawidłowościach podszedłem z pełną powagą. W wyniku dotychczasowych ustaleń potwierdzam, że kamery pokazały stojącego przy drzwiach pacjenta, który nie uzyskał pomocy. W ubiegły czwartek złożyłem zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa polegającego na nieudzieleniu pomocy przez personel medyczny szpitala - mówi Piotr Matej, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Lublinie.Prokuratura Rejonowa w Lublinie wszczęła już postępowanie sprawdzające. Dotyczy art. 160 par. 2 Kodeksu Karnego, który mówi o narażeniu człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia, albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. To przestępstwo zagrożone karą od trzech miesięcy do pięciu lat więzienia. To jednak nie koniec. Działań podjętych przez dyrekcję szpitala jest więcej. A Piotr Matej o zachowaniu personelu izby przyjęć mówi wprost: - Nieakceptowalne.

Jarosław umierał przed szpitalem. Nikt mu nie pomógł

Wspomniane działania to efekt publikacji portalu RadioZET.pl z czwartku 27 sierpnia. Opisaliśmy wtedy historię Jarosława Brodziaka. Mieszkający na co dzień za granicą mężczyzna przyjechał z żoną Anną Grabowską do rodzinnego Lublina. W nocy z 15 na 16 sierpnia źle się poczuł. Obudziły go dreszcze i niepokój. Później doszły do tego ucisk w klatce piersiowej, biegunka i wymioty. Na początku Jarosław myślał, że to może zatrucie pokarmowe. Jednak sytuacja szybko się pogarszała.

- To było dziwne uczucie, nigdy z czymś takim się spotkałem. Bolały mnie ręce, szczęka, nie mogłem złapać oddechu. Mieliśmy zadzwonić na 112, ale stwierdziliśmy, że zanim dojedzie karetka, to szybciej dotrzemy do szpitala sami - wspominał w rozmowie z naszym portalem mężczyzna.Wspólnie z żoną postanowili pojechać do pobliskiej, publicznej lecznicy przy ul. Herberta. Kilka minut po godz. 3 w nocy byli przy izbie przyjęć. - Podeszliśmy pod drzwi, były zamknięte. Ale jest na nich duży napis: „Po 22 proszę dzwonić dzwonkiem”. Jarek na wpół skulony dzwonił. Ja zaglądałam przez drzwi, próbowałam znaleźć kogoś z personelu. W holu był półmrok. Liczyliśmy na to, że zaraz światło się zaświeci i ktoś do nas wyjdzie. Pielęgniarka, lekarz, może portier czy ochroniarz. Ktokolwiek, kto nam powie, co mamy robić - opisywała Anna Grabowska.Po pięciu minutach bezskutecznego dzwonienia dzwonkiem Anna wezwała karetkę pogotowia. Ta pojawiła się po kolejnych kilku minutach. Ratownicy medyczni, którzy zbadali Jarosława stwierdzili, że mężczyzna przechodzi zawał serca. Sprzed izby przyjęć przy ul. Herberta błyskawicznie zawieźli go do innej lubelskiej placówki - oddalonego o około pięć kilometrów szpitala MSWiA. Tam mężczyzna od razu trafił na stół operacyjny. Przeszedł zabieg koronarografii. Od lekarzy miał usłyszeć, że przeżył cudem. Ratunek nadszedł w ostatniej chwili.Według Anny Grabowskiej cała sytuacja, od przyjazdu do izby przyjęć, przez bezskuteczną próbę dostania się do środka, po wezwanie karetki, działania ratowników, po odwiezienie Jarosława do innego szpitala mogła trwać nawet pół godziny. W tym czasie w placówce przy ul. Herberta panowała głucha cisza.

Są postępowania dyscyplinarne. Izba przyjęć otwarta całą dobę

Po naszej interwencji dyrektor szpitala zapowiedział wprowadzenie zmian organizacyjnych w szpitalu. Dodał też, że wezwie pracowników do złożenia wyjaśnień. Zajęło to kilka dni. Dziś już wiadomo, że na samym zawiadomieniu prokuratury się nie skończy.- Zawiadomienie jest tylko jednym z wielu działań, które podjąłem. Po wysłuchaniu pracowników, wszcząłem postępowanie dyscyplinarne wobec dwóch osób, które pełniły wówczas dyżur, włącznie z możliwością zastosowania artykułu 52 Kodeksu pracy, czyli zwolnienia dyscyplinarnego. Pracownicy twierdzą, że nie słyszeli dzwonka. Nie wyjaśnili z jakiej przyczyny - mówi portalowi RadioZET.pl Matej.

Przypomnijmy, że w nocy z 15 na 16 sierpnia w placówce miały pełnić dyżur trzy osoby – lekarz i dwie pielęgniarki. Z informacji przekazanych przez dyrektora wynika, że trzecia z osób nie mogła słyszeć dzwonka, bo wykonywała w tym czasie inne obowiązki. Jarosław Brodziak miał być jedyną osobą, która nie otrzymała pomocy. Przez całą noc do izby przyjęć zgłosiło się zaledwie trzech pacjentów. Dwie osoby miały uzyskać porady medyczne.

Kolejną decyzją dyrektora jest otwarcie izby przyjęć przez całą dobę, także w godzinach nocnych. To już nastąpiło. - Nie ma konieczności dzwonienia dzwonkiem. To było rozwiązanie przyjęte wiele lat temu, zanim objąłem funkcję dyrektora. Uzasadniano je względami bezpieczeństwa. W mojej ocenie nie ma takiej potrzeby. Zwłaszcza, że zamontujemy w budynku przy ul. Herberta i jego najbliższym sąsiedztwie 50 kamer monitoringu - tłumaczy Piotr Matej.

Wśród planowanych zmian jest też stopniowa rotacja personelu, która ma wyeliminować „pewne, nieakceptowalne przyzwyczajenia”. A pracownicy ochrony szpitala będą mogli zastosować tzw. nadzoru sprawdzającego. Co pewien czas będą mieli możliwość wywołania poszczególnych członków personelu.

Prokuratura planuje przesłuchanie. NFZ czeka na wyjaśnienia

- Przedstawione przez państwa zachowanie, brak udzielenia pomocy jest oburzające i nieakceptowalne. Nie mam zamiaru nawet próbować go tłumaczyć, stąd moje zdecydowane działania - zapewnia dyrektor Matej.

Z naszych ustaleń wynika też, że śledczy z Prokuratury Rejonowej w Lublinie mają niedługo przesłuchać dyrektora w charakterze zawiadamiającego. W planie jest też zabezpieczenie dokumentacji medycznej pacjenta. Później mają zapadać kolejne decyzje. Jeśli śledczy uznają, że prawdopodobieństwo popełnienia przestępstwa jest duże mogą wszcząć śledztwo.Nie wiadomo na razie jakie działania podejmie Narodowy Fundusz Zdrowia, który także zwrócił się do szpitala o udzielenie informacji, dlaczego pacjent nie otrzymał pomocy. Część wyjaśnień dyrekcja już przesłała, ale w NFZ oczekują jeszcze dodatkowych informacji.

- To dobrze, że odpowiednie instytucje starają się wyjaśnić sytuację i wprowadzić zmiany. Mnie one już nie pomogą, ale może kolejna osoba, która będzie wymagała pomocy, otrzyma ją na czas - komentuje Jarosław Brodziak.

Źródło: Radio ZET                                              


Odwiedzał dom kolegi i miał gwałcić jego córkę. Tomasz D. stanie przed sądem

 Przez kilka miesięcy miał wykorzystywać córkę swojego znajomego. Teraz 26-letni mieszkaniec Grudziądza stanie przed sądem, gdzie odpowie za wyjątkowo poważne zarzuty dotyczące przestępstw seksualnych wobec nieletniej. Mężczyzna od marca przebywa w areszcie, a śledczy zarzucają mu m.in. wielokrotne doprowadzenie dziewczynki do obcowania płciowego wbrew jej woli. O sprawie informują "Nowości" oraz "Gazeta Pomorska".

Przed Sądem Okręgowym w Toruniu ma wkrótce rozpocząć się proces 26-letniego Tomasza D. z Grudziądza. Mężczyzna został oskarżony o przestępstwa seksualne wobec dziewczynki, która nie ukończyła 15. roku życia. Według ustaleń prokuratury pokrzywdzona jest córką jego znajomego, którego regularnie odwiedzał.Śledczy zarzucają oskarżonemu, że co najmniej cztery razy doprowadził nieletnią do obcowania płciowego mimo jej sprzeciwu. Zgodnie z Kodeksem karnym czyn ten kwalifikowany jest jako zgwałcenie małoletniego poniżej 15. roku życia i należy do najpoważniejszych przestępstw przeciwko wolności seksualnej.To jednak nie jedyny zarzut. Jak przekazała "Nowościom" prokurator rejonowa w Grudziądzu Agnieszka Reniecka, Tomasz D. odpowie również za podejmowanie wobec tej samej dziewczynki innych czynności seksualnych. Za tego typu przestępstwa grożą wieloletnie kary więzienia.Z ustaleń śledztwa wynika, że do zdarzeń miało dochodzić od grudnia 2025 roku do marca 2026 roku w jednej z miejscowości na terenie gminy pod Grudziądzem. Według prokuratury oskarżony wykorzystywał relację ze swoim znajomym i dostęp do jego rodziny.26-latek został zatrzymany w marcu tego roku i od tamtej pory pozostaje w areszcie tymczasowym. Jego obrońca wielokrotnie kwestionował zasadność dalszego stosowania tego środka zapobiegawczego. Kolejne zażalenie trafiło już do Sądu Apelacyjnego w Gdańsku.

Choć toruński sąd wyznaczył wstępny termin rozpoczęcia procesu na wrzesień, rozprawa może zostać przesunięta. Jak wyjaśniła prokurator Agnieszka Reniecka, postępowanie nie ruszy, dopóki nie zapadnie prawomocne rozstrzygnięcie w sprawie dalszego aresztowania oskarżonego, a akta nie wrócą z Gdańska do Torunia.

Według informacji lokalnych mediów Tomasz D. był już wcześniej karany za przestępstwa przeciwko mieniu. Oskarżony nie przyznaje się jednak do zarzucanych mu obecnie czynów.

Źródło: "Nowości", "Gazeta Pomorska".                                                                                                                            26-latek został zatrzymany w marcu tego roku i od tamtej pory pozostaje w areszcie tymczasowym. Jego obrońca wielokrotnie kwestionował zasadność dalszego stosowania tego środka zapobiegawczego. Kolejne zażalenie trafiło już do Sądu Apelacyjnego w Gdańsku.

Choć toruński sąd wyznaczył wstępny termin rozpoczęcia procesu na wrzesień, rozprawa może zostać przesunięta. Jak wyjaśniła prokurator Agnieszka Reniecka, postępowanie nie ruszy, dopóki nie zapadnie prawomocne rozstrzygnięcie w sprawie dalszego aresztowania oskarżonego, a akta nie wrócą z Gdańska do Torunia.

Według informacji lokalnych mediów Tomasz D. był już wcześniej karany za przestępstwa przeciwko mieniu. Oskarżony nie przyznaje się jednak do zarzucanych mu obecnie czynów.

Źródło: "Nowości", "Gazeta Pomorska".26-latek został zatrzymany w marcu tego roku i od tamtej pory pozostaje w areszcie tymczasowym. Jego obrońca wielokrotnie kwestionował zasadność dalszego stosowania tego środka zapobiegawczego. Kolejne zażalenie trafiło już do Sądu Apelacyjnego w Gdańsku.

Choć toruński sąd wyznaczył wstępny termin rozpoczęcia procesu na wrzesień, rozprawa może zostać przesunięta. Jak wyjaśniła prokurator Agnieszka Reniecka, postępowanie nie ruszy, dopóki nie zapadnie prawomocne rozstrzygnięcie w sprawie dalszego aresztowania oskarżonego, a akta nie wrócą z Gdańska do Torunia.

Według informacji lokalnych mediów Tomasz D. był już wcześniej karany za przestępstwa przeciwko mieniu. Oskarżony nie przyznaje się jednak do zarzucanych mu obecnie czynów.

Źródło: "Nowości", "Gazeta Pomorska".


 


 


15-latek rozbił luksusowego Maybacha na trasie S11. Auto rodziców było warte fortunę!

 W okolicach Kępna w województwie wielkopolskim 15-latek rozbił niezwykle drogi samochód należący do jego rodziców. Nastolatek wymknął się z domu w nocy i uderzył w bariery ochronne na drodze ekspresowej S11. Młodemu kierowcy na szczęście nic się nie stało, jednak musi on teraz liczyć się z poważnymi konsekwencjami prawnymi.

Funkcjonariusze z Kępna zostali wezwani na trasę S11 w nocy z 28 na 29 sierpnia około godziny 3.40. Zgłoszenie dotyczyło zdarzenia drogowego, jednak widok na miejscu mocno zaskoczył interweniujących mundurowych. Okazało się bowiem, że za kierownicą uszkodzonego pojazdu siedział piętnastolatek.Niedoświadczony kierowca nie opanował maszyny na drodze i z impetem wjechał w bariery ochronne. W wyniku tej niebezpiecznej kolizji żadna osoba nie odniosła najmniejszych obrażeń. Uwagę służb od razu przykuła jednak ogromna wartość rynkowa zniszczonego samochodu.

Był trzeźwy i podróżował autem sam - mówi mł. asp. Anita Wylęga z policji w Kępnie.

Zniszczony wóz to luksusowy Mercedes-Maybach GLS, wyceniany w tej konkretnej specyfikacji na około 1,6 miliona złotych. Policjanci szybko ustalili, że chłopiec potajemnie wziął kluczyki swoim rodzicom. Ostateczne konsekwencje tego nocnego rajdu wyciągnie wobec nastolatka sąd rodzinny.


Z całej siły rzucił psem o bruk... bo musiał się wyżyć! Sąd nie miał litości dla Gracjana S.

 Ponad rok po wstrząsających wydarzeniach z Ognicy zapadł wyrok w sprawie Gracjana S., 29‑latka, który w lipcu 2025 r. rzucił psem o ziemię z taką siłą, jakby był przedmiotem. Nagranie brutalnego ataku obiegło całą Polskę i wywołało falę oburzenia. Teraz sąd zdecydował: 10 miesięcy więzienia oraz zakaz posiadania zwierząt.


Brutalny atak, który widziała cała Polska

Do zdarzenia doszło w lipcu 2025 r. Pies należący do sąsiada siostry Gracjana S. spokojnie stał na poboczu, merdając ogonem. Wtedy mężczyzna podszedł, chwycił zwierzę i z impetem rzucił nim o jezdnię. Całość nagrała kamera monitoringu, a film w kilka godzin obiegł media społecznościowe.

Internauci błyskawicznie ustalili tożsamość sprawcy. W sieci zawrzało – komentarze pełne były gniewu, żądania surowej kary i potępienia dla 29‑latka.

„Chciałem się wyżyć”. Szokujące słowa

Podczas przesłuchań Gracjan S. nie tylko nie okazał skruchy, ale wręcz przyznał, że zrobił to... z potrzeby wyładowania emocji. Jak mówił, gdy musi się wyżyć, robi to nie patrząc na konsekwencje.

Słowa te wstrząsnęły nawet śledczymi. Prokuratura od początku podkreślała, że czyn miał znamiona szczególnego okrucieństwa.

Sąd wydał wyrok. 10 miesięcy więzienia i zakazy

Po ponad roku od zdarzenia zapadł prawomocny wyrok. Gracjan S. został skazany na 10 miesięcy bezwzględnego więzienia. To jednak nie wszystko.

Sąd orzekł również:

  • zakaz posiadania jakichkolwiek zwierząt,
  • zakaz zbliżania się do właścicieli psa na odległość mniejszą niż 15 metrów,
  • kary finansowe, których wysokości nie ujawniono.

To jeden z surowszych wyroków w sprawach o znęcanie się nad zwierzętami w ostatnich latach.

Sprawa, która poruszyła kraj

Nagranie z Ognicy stało się symbolem walki o prawa zwierząt. Organizacje prozwierzęce, internauci i mieszkańcy regionu domagali się sprawiedliwości.

Wcześniej Gracjan S. usłyszał zarzut znęcania się nad zwierzęciem ze szczególnym okrucieństwem, za co groziło mu do 5 lat więzienia. Policja objęła go dozorem i zakazem posiadania zwierząt. Teraz kara stała się realna – mężczyzna trafi za kratki.




35-latka zmarła po podaniu antybiotyku. Wcześniej zgłosiła uczulenie

 35-letnia mieszkanka Chlewisk koło Radomia zmarła po komplikacjach, do których doszło podczas planowanego pobytu w Radomskim Szpitalu Specjalistycznym. W trakcie podawania antybiotyku u kobiety wystąpiła silna reakcja alergiczna, a następnie zatrzymanie krążenia. Sprawą zajmuje się prokuratura, która ma ustalić dokładny przebieg zdarzeń i ich związek ze śmiercią pacjentki.

Pacjentka zgłosiła uczulenie

35-letnia Katarzyna na początku sierpnia zgłosiła się do szpitala na zaplanowany zabieg. Pobyt miał potrwać zaledwie kilka dni. W trakcie podawania przed operacją antybiotyku z grupy cefalosporyn doszło jednak do gwałtownej reakcji alergicznej.Stan pacjentki był na tyle poważny, że doszło do zatrzymania krążenia. Personel rozpoczął resuscytację i przywrócił czynności życiowe, jednak kobieta nie odzyskała świadomości. Trafiła na oddział anestezjologii i intensywnej terapii.Przez kilkanaście dni bliscy oraz mieszkańcy Chlewisk liczyli na poprawę jej stanu. Lokalna społeczność zorganizowała również zbiórkę pieniędzy na leczenie i rehabilitację. Ostatecznie 35-latka zmarła.Jedną z najważniejszych kwestii, które mają zostać wyjaśnione, jest wcześniejsza informacja o alergii pacjentki. Prokurator Cezary Ołtarzewski, szef Prokuratury Rejonowej Radom Wschód, cytowany przez "Gazetę Wyborczą", przekazał, że w dokumentacji medycznej znajduje się informacja o uczuleniu na penicylinę.- Z dokumentacji medycznej wynika, że pacjentka podczas przyjęcia do szpitala w ankiecie dotyczącej stanu zdrowia wpisała uczulenie na penicylinę - powiedział. Jak dodał, w ankiecie wypełnianej bezpośrednio przed zabiegiem taka informacja już się nie pojawiła. Pacjentce podano natomiast antybiotyk należący do cefalosporyn.

Reakcja wystąpiła już podczas podawania leku

Prokuratura chce uzyskać opinię biegłego, który oceni, czy zastosowany lek mógł doprowadzić do tak gwałtownej reakcji alergicznej u osoby uczulonej na penicylinę. Do zdarzenia odniosła się również Barbara Łopyta, dyrektorka Radomskiego Szpitala Specjalistycznego.- Pacjentka poinformowała o uczuleniu na penicylinę. Nikt nie podał jej penicyliny wprost - powiedziała dyrektorka. Jak zaznaczyła, reakcja anafilaktyczna była wyjątkowo silna i pojawiła się już podczas podawania antybiotyku.Według informacji w ulotce zastosowanego leku znajduje się ostrzeżenie dotyczące możliwości wystąpienia reakcji krzyżowej u osób z nadwrażliwością na penicylinę. Szczególną ostrożność należy zachować zwłaszcza w przypadku pacjentów, którzy wcześniej doświadczyli ciężkich reakcji uczuleniowych na penicyliny lub inne antybiotyki beta-laktamowe.O sprawie prokuraturę zawiadomili zarówno bliscy zmarłej, jak i szpital. Postępowanie ma wyjaśnić, czy doszło do narażenia pacjentki na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu oraz czy zachodzi podejrzenie nieumyślnego spowodowania śmierci.Szpital przekazał śledczym dokumentację medyczną, a ciało kobiety zabezpieczono do sekcji zwłok. Na tym etapie nie przesądzono, czy doszło do błędu medycznego ani czy podany antybiotyk był bezpośrednią przyczyną śmierci 35-latki. Odpowiedzi na te pytania mają przynieść dalsze czynności prokuratury, wyniki sekcji oraz opinia biegłego.                                                                                                                               oprac. Dominika Najda                                                                                                                                                                                                                                 



Zatrzymali 19-letniego pedofila. Jego ofiary nie mają 10 lat

 Policjanci Komendy Miejskiej Policji we Wrocławiu zatrzymali 19-latka, któremu postawiono zarzut seksualnego wykorzystania małoletnich. Mężczyzna przyznał sie do winy. Pedofilowi grozi do 15 lat pozbawienia wolności. Jego ofiary nie miały skończonych 10 lat.

Policjanci z Wrocławia opublikowali wideo z zatrzymania 19-letniego mężczyzny, podejrzanego o popełnienie przestępstw o charakterze seksualnym wobec małoletnich dziewczynek. Wideo możecie zobaczyć wyżej.

Z ustaleń śledczych wynika, że domniemany sprawca dokonywał czynności seksualnych wobec małoletnich, które nie ukończyły 10 roku życia. Usłyszał w związku z tym trzy zarzuty związane z wykorzystaniem seksualnym małoletnich. Grozi mu kara do 15 lat więzienia.

19-latek podczas wykonywanych czynności przyznał się do zarzucanych mu czynów. Na wniosek Prokuratury Rejonowej Wrocław-Fabryczna sąd zastosował wobec podejrzanego środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania na 3 miesiące - przekazała podkom. Aleksandra Freus z Komendy Miejskiej Policji we Wrocławiu za pośrednictwem strony internetowej.

Wiadomo, że 19-latek mieszkał w innym powiecie. Dotychczas był osobą niekaraną.                                                                                                                                                                  

Tak zarobili miliony. Kradli wszystko, nawet elementy kolejowe

 Uzbrojeni policjanci wkroczyli jednocześnie do kilku lokali w Sosnowcu. Była to część szeroko zakrojonej akcji wymierzonej w grupę podejrzewaną o serię kradzieży na terenie województw śląskiego i małopolskiego. Funkcjonariusze zatrzymali siedmiu mężczyzn, w tym lidera grupy. W ręce mundurowych trafiło również około 600 gramów narkotyków.Do interwencji doszło w lipcu na terenie Sosnowca. W działaniach uczestniczyli policjanci oraz funkcjonariusze innych służb z Katowic, Opola i Kielc. Komenda Miejska Policji w Sosnowcu opublikowała nagranie z przeprowadzonej akcji.

Na materiale widać uzbrojonych funkcjonariuszy, którzy wchodzą do wytypowanych wcześniej lokali. Pomieszczenia zostały przeszukane w związku ze śledztwem dotyczącym działalności zorganizowanej grupy przestępczej, która działała od 2023 roku.

Kradli tak latami, znaleziono coś jeszcze

Wśród kradzionych przedmiotów znajdowały się maszyny budowlane wraz z osprzętem, elementy infrastruktury kolejowej, elektronarzędzia czy samochody. Działalność grupy przestępczej miała przynieść zyski sięgające około 10 mln zł.

"Zatrzymani usłyszeli prokuratorskie zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej. Ponadto przedstawiono im zarzuty dotyczące kradzieży, kradzieży z włamaniem, paserstwa umyślnego oraz posiadania znacznych ilości środków odurzających oraz ich udzielania"- przekazała w komunikacie policja.

Zebrane dowody wskazują również na działalność związaną z narkotykami. Policjanci zabezpieczyli 600 g środków odurzających. Ostatecznie funkcjonariusze zatrzymali 7 mężczyzn w wieku od 37 do 51 lat. Wśród nich był lider grupy.