2026/09/24

Wtargnął do opactwa z nożem. Dramatyczna relacja siostry: zaczął po prostu zabijać

  Wtargnął z nożem, zaczął po prostu zabijać - opowiada w rozmowie z Wirtualną Polską siostra Barbara Dendor, przełożona klasztoru benedyktynek w Jarosławiu. W wyniku ataku nożownika jeden ksiądz zmarł, a kolejne osoby walczą o życie w szpitalu. - No wyglądał na szaleńca, w spodenkach, krótkiej koszulce - dodaje siostra.


REKLAMA

Najważniejsze informacje:

W czwartek 24 września 2026 r. rano na terenie Klasztoru Sióstr Benedyktynek w Jarosławiu rozegrał się dramat. 31-letni obcokrajowiec zaatakował nożem osoby przebywające w ośrodku. Według nieoficjalnych informacji napastnik to obywatel Ukrainy. Wirtualna Polska skontaktowała się z przełożoną klasztoru, siostrą Barbarą Dendor, która opowiedziała o przebiegu zdarzenia.Z informacji przekazanych przez siostrę Barbarę Dendor wynika, że atak miał miejsce w części opactwa przeznaczonej dla księży, konkretnie na terenie Ośrodka Formacji Kultury Chrześcijańskiej Kościoła Świętego Mikołaja i Stanisława.Pierwszy atak był w kawiarence. Ktoś uciekł, chciał zamknąć drzwi do kościoła, więc przeszedł innymi drzwiami. Kapłan, który tam był, rzucił się na niego, a jak upadł, to ten jeszcze go nożem... Przebił... , przebił mu płuca i to ten ksiądz nie żyje - opowiada nam zrozpaczona o pierwszych chwilach ataku siostra Dendor.

Przełożona zakonu potwierdziła, że ofiarą śmiertelną jest jeden z kapłanów pracujących w tamtejszym kościele. Sytuacja innych poszkodowanych również jest bardzo poważna.

- Widoczny był atak na kapłanów, bo trzech z nich jest rannych, dwóch było w ciężkim stanie. Jeden zmarł, nie udało się uratować mu życia, a kolejny ma bardzo wielkie obrażenia. To ksiądz Marek, dyrektor Przełożona zapytana o ewentualne powiązania napastnika ze społecznością zakonną stanowczo zaprzeczyła, by był to ktoś znajomy. - Nie, to przypadkowy pan. Nie znamy go. Wyglądał jak szaleniec, w krótkich spodenkach i krótkiej koszulce, mimo że dzisiaj było zimno - opisała podejrzanego siostra.

"To atak na nas". Siostra Barbara nie może się pogodzić z tragedią

Wydarzenie to wstrząsnęło całą społecznością opactwa, w którym funkcjonuje również przedszkole. - Nie czujemy się bezpieczni. Można powiedzieć, że to jest atak też na nas, na to miejsce, gdzie wspólnie tworzymy to opactwo. Jesteśmy w wielkim bólu - dodała siostra Barbara Dendor, informując jednocześnie, że sytuacja w placówce edukacyjnej została opanowana.

- Dzieci są spokojne, bezpieczne. Wiedzą, że są jakieś szkolenia. Rodzice dopytują, ale uspokajamy sytuację. Przedszkole jest po stronie sióstr, więc ten główny atak wydarzył się gdzie indziej - doprecyzowała kultury chrześcijańskiej, on jest w ciężkim stanie - poinformowała zakonnica.Przełożona zapytana o ewentualne powiązania napastnika ze społecznością zakonną stanowczo zaprzeczyła, by był to ktoś znajomy. - Nie, to przypadkowy pan. Nie znamy go. Wyglądał jak szaleniec, w krótkich spodenkach i krótkiej koszulce, mimo że dzisiaj było zimno - opisała podejrzanego siostra.

"To atak na nas". Siostra Barbara nie może się pogodzić z tragedią

Wydarzenie to wstrząsnęło całą społecznością opactwa, w którym funkcjonuje również przedszkole. - Nie czujemy się bezpieczni. Można powiedzieć, że to jest atak też na nas, na to miejsce, gdzie wspólnie tworzymy to opactwo. Jesteśmy w wielkim bólu - dodała siostra Barbara Dendor, informując jednocześnie, że sytuacja w placówce edukacyjnej została opanowana.

- Dzieci są spokojne, bezpieczne. Wiedzą, że są jakieś szkolenia. Rodzice dopytują, ale uspokajamy sytuację. Przedszkole jest po stronie sióstr, więc ten główny atak wydarzył się gdzie indziej -  .Na miejsce tragedii błyskawicznie ściągnięto funkcjonariuszy policji oraz przedstawicieli lokalnych władz, w tym burmistrza i wojewodę. Trwa śledztwo, które ma wyjaśnić motywy działania napastnika. Z informacji podanych przez Komendę Powiatową Policji w Jarosławiu wynika, że w wyniku tego krwawego ataku ucierpiało łącznie pięć osób – czterech mężczyzn i jedna kobieta, z czego trzech poszkodowanych przewieziono do szpitala z bardzo poważnymi obrażeniami. Teren opactwa został całkowicie zabezpieczony i poddany dokładnym oględzinom.


2026/09/23

 




Matkę skazano na 7 lat więzienia za wstrzykiwanie kału do linii dożylnej jej 15-letniego syna, który walczył z białaczką

 

Tiffany Alberts miała pełny dostęp do pokoju swojego syna w Riley Hospital for Children w Indianapolis. Nikt jej nie podejrzewał, ponieważ była jego matką.15-letni nastolatek walczył z białaczką, gdy zaczął cierpieć na niewyjaśnione infekcje krwi, sepsę, wymioty i biegunkę. Lekarze przeanalizowali próbki i znaleźli bakterie, które normalnie występują wyłącznie w kale. Zainstalowali w pokoju ukrytą kamerę, która zarejestrowała, jak Alberts manipuluje strzykawką nad centralnym cewnikiem jej syna. Początkowo powiedziała śledczym, że wstrzykiwała tylko wodę, aby „przepłukać” go, ponieważ lek powodował pieczenie. Następnie przyznała się do prawdy: przechowywała kał własnego syna w torbie prezentowej w szpitalnej łazience i używała go, aby doprowadzić do przeniesienia syna na inny oddział.Infekcje sprawiły, że chemioterapię wstrzymano na prawie dwa miesiące, czyli na okres, którego żaden pacjent onkologiczny nie może sobie pozwolić stracić. Młody mężczyzna przeżył ciężkie infekcje i zdołał powrócić do zdrowia. Jednak jego zdrowie zostało poważnie nadszarpnięte. W 2019 roku ława przysięgłych uniewinniła ją od zarzutu usiłowania zabójstwa, ale uznała ją za winną sześciu zarzutów napaści z okolicznościami obciążającymi oraz jednego zarzutu zaniedbania. Wyrok: siedem lat więzienia i pięć lat nadzoru kuratorskiego.