2026/07/11

 

W Warszawie grasował seryjny morderca? Udawał kupca, by mordować właścicieli domów

 Warszawa przez wiele miesięcy żyła w strachu. Media donosiły, że ktoś umawiał się z właścicielami domów i mieszkań pod pretekstem kupna lub wynajmu, a potem ich zabijał. Gdy śledczy w końcu trafili na ślad potencjalnego zabójcy, okazało się, że o jego zatrzymaniu zdecydował jeden, pozornie błahy błąd.

Ta historia do dziś brzmi nieprawdopodobnie. Wszystko zaczynało się tak samo. Ktoś wystawiał dom lub mieszkanie na sprzedaż albo szukał najemcy. Po jakimś czasie dzwonił zainteresowany klient. Umawiał się na oglądanie nieruchomości. Nic nie wzbudzało podejrzeń. Na miejscu zamiast rozmowy o cenie dochodziło jednak do brutalnego ataku.

Modus operandi seryjnego mordercy

Pierwsza zbrodnia wydarzyła się 22 lutego 2013 roku na warszawskiej Sadybie. Emerytowany lekarz Jerzy O. chciał sprzedać swoją willę przy ul. Fucika. Zainteresowany kupnem mężczyzna przedstawiał się jako Amerykanin polskiego pochodzenia. Umówili się na oglądanie domu. W trakcie pierwszego i jedynego spotkania lekarz został obezwładniony gazem pieprzowym. Napastnik zadał mu osiem ciosów nożem w brzuch.

Początkowo śledczy nie wiedzieli, czy był to pojedynczy przypadek. Sześć miesięcy później stało się jasne, że nie. Pod koniec sierpnia 2013 roku Jerzy B. umówił się z Elżbietą S., właścicielką domu na warszawskim Imielinie. Kobieta szukała następnego najemcy. Spotkanie miało wyglądać tak jak setki podobnych oględzin. Ofiara wróciła jednak już do swoich bliskich. Jej ciało odnaleziono dwa dni później. Miała związane nogi. Sekcja wykazała, że przed śmiercią była duszona, bita tępym narzędziem, a na końcu otrzymała kilkanaście ciosów nożem w klatkę piersiową.

Policja podejrzewa seryjnego mordercę

Policjanci szybko zauważyli, że oba zabójstwa są do siebie bardzo podobne. W obu przypadkach sprawca umawiał się z właścicielami nieruchomości pod pretekstem kupna lub wynajmu domu. Atakował w podobny sposób i używał podobnego narzędzia. W Warszawie zaczęto mówić o seryjnym mordercy.

Przez wiele miesięcy śledczy nie mogli ustalić, kim jest sprawca. Nie znali też jego motywu. Ofiary nie zostały okradzione, więc nie wyglądało to na napad rabunkowy. Przełom przyszedł dopiero rok później.Jerzy B. zrobił coś, czego nie powinien. Włączył telefon, z którego wcześniej kontaktował się z zamordowanymi właścicielami nieruchomości. Zaczął dzwonić do kolejnych osób wystawiających domy na sprzedaż. Nie wiedział, że policjanci od dawna czekają właśnie na taki ruch.

Telefony znalezione przy tym mężczyźnie to te, które wykorzystywane były do rozmów z ofiarami. Później aparaty zostały wyłączone. Jednak w rok po pierwszym zabójstwie podejrzany je włączył i zaczął nawiązywać kontakty z osobami sprzedającymi nieruchomości. Zachodziło więc podejrzenie, że planuje on dokonanie kolejnego przestępstwa − mówił wtedy Przemysław Nowak z 

Zatrzymanie Jerzego B.

11 marca 2014 roku policjanci z wydziału zabójstw zatrzymali Jerzego B., gdy podjeżdżał pod swój dom przy ul. Pileckiego na Ursynowie. Nie stawiał oporu. Od początku przekonywał jednak, że nie ma nic wspólnego ze sprawą. Twierdził, że nigdy nie był ani w domu na Sadybie, ani na Imielinie. Utrzymywał, że nie zna ofiar.

Podczas procesu mówił: − Nie wiem, dlaczego się tu znalazłem, to wynik szeregu błędów, które w trakcie tego procesu mam nadzieję, że się wyjaśnią. Nigdy nie byłem przy ul. Fucika ani Czapli. Nie znam tych osób, które zginęły. I nie jestem mordercą.

Później tłumaczył także, że telefony, z których wykonywano połączenia do ofiar, kupił na bazarze już po zabójstwach. Śledczy mieli jednak mocne dowody. Na ubraniach zamordowanych znaleziono jego DNA. Zabezpieczono również telefony używane do kontaktów z ofiarami. Zebrany materiał doprowadził do skierowania aktu oskarżenia.

Proces i wyrok dożywotniego więzienia

Proces zakończył się w grudniu 2015 roku. Sąd uznał Jerzego B. za winnego obu zabójstw i skazał go na karę dożywotniego pozbawienia wolności. W uzasadnieniu wyroku sędzia Paweł Dobosz nie miał wątpliwości co do skali tej zbrodni.

Sąd nie stwierdził w tej sprawie żadnych okoliczności łagodzących i kara jest dostosowana do tego stwierdzenia. Rozmiary zła są nieodwracalne. Ta sprawa jest przykładem, jaką tajemnicą jest ludzka psychika i jak niegodnie, niemoralnie, człowiek jest w stanie się zachować − mówił.

Sam Jerzy B. do końca utrzymywał, że jest niewinny. − Nie przyznaję się do zarzucanych mi czynów. Nie wiem dlaczego znalazłem się w tym miejscu. To jakaś pomyłka, która mam nadzieję zostanie rozwiązana − przekonywał.

Sąd nie znalazł żadnych okoliczności łagodzących. Wyrok dożywotniego więzienia został później utrzymany przez sąd drugiej instancji.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz