Mieszkanka Wrocławia spędziła z chorym synem osiemnaście godzin na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym. Lekarze po prostu wykreślili ich z systemu. "Szpital, noc, zmęczone dziecko i rodzic, który musi upominać się o pomoc" - przekazała w sieci zbulwersowana matka. Placówka odpiera zarzuty.
We wtorek 15 września Wrocławianka zgłosiła się z chorym synem na Szpitalny Oddział Ratunkowy przy ulicy Borowskiej we Wrocławiu. Kobieta opisała przebieg interwencji medycznej w mediach społecznościowych, a sprawę nagłośnili dziennikarze Radia Wrocław. Z relacji matki wynika, że pobyt w placówce przerodził się w wielogodzinne oczekiwanie na korytarzu."Zarejestrowaliśmy się o godzinie 13.00. Do 16.00 czekaliśmy na pierwszą konsultację. W końcu zostaliśmy przyjęci przez laryngologa. Po konsultacji lekarz polecił nam wyjść na hol i czekać na neurologa" - zrelacjonowała w sieci pacjentka.Rodzina czekała na kolejne badania przez wiele godzin, nie otrzymując żadnych komunikatów od personelu. Kiedy po północy matka chłopca postanowiła zainterweniować u lekarzy, poznała zaskakujący powód opóźnienia."O godzinie 00.30 poszłam zapytać, czy przypadkiem o nas nie zapomniano. Okazało się, że tak. Kierownik dyżuru wpisał w kartę, że nas nie ma" - poinformowała kobieta, dodając, że o godzinie 4.30 nad ranem w środę 16 września wciąż czekali na wizytę specjalisty.Tłumaczenia szpitala przy ulicy Borowskiej
Radio Wrocław skontaktowało się z przedstawicielami Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego, aby ustalić powody tak długiego oczekiwania. Rzeczniczka prasowa placówki Jadwiga Witek zapewniła, że pod względem medycznym personel nie popełnił żadnego błędu.
- Z naszych ustaleń wynika, że wszelkie procedury medyczne zostały przeprowadzone prawidłowo. Zostało wykonane wiele czynności rozłożonych w czasie, które pozwoliły ustalić, że nie ma ryzyka zagrożenia życia i że pacjent został wypisany do domu - przekazała dziennikarzom rzeczniczka szpitala.Przedstawicielka placówki wydała również oficjalne oświadczenie pisemne, w którym przyznała, że na oddziale zawiodła komunikacja. Zwróciła uwagę, że tylko tej jednej doby SOR przy Borowskiej przyjął dwustu pacjentów, w tym osoby w stanie bezpośredniego zagrożenia życia, którym udzielano pomocy w pierwszej kolejności.
"Zabrakło wyraźnej informacji, że oczekiwanie na kolejne badania może się wydłużyć. Przykro nam, że czas oczekiwania był tak długi i że nie został on odpowiednio zakomunikowany. Nad tym elementem organizacji i komunikacji obecnie pracujemy" - napisała w oświadczeniu Jadwiga Witek.
Skarga do rzecznika praw pacjenta
Matka chłopca zapowiedziała wyciągnięcie oficjalnych konsekwencji wobec personelu medycznego. Przekazała dziennikarzom stacji, że sporządziła już oficjalną skargę do rzecznika praw pacjenta. Poinformowała również o planach zgłoszenia sprawy bezpośrednio do Dolnośląskiej Izby Lekarskiej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz