Człowiek może wyjechać z Gruszętnika…
ale Gruszętnik nigdy nie wyjdzie z człowieka. 
Tak właśnie było tym razem. Pojechaliśmy tylko odwiedzić przyjaciół. Chwila oddechu, rozmowy, zwykłe „bycie”. A jednak — jak to u nas — los miał inny plan. Bo tam, gdzie są ludzie z wrażliwością, tam zawsze znajdzie się ktoś, kto potrzebuje pomocy.
Podczas tej wizyty zabezpieczyliśmy chorego kaczora. Zniszczone oko, dramatyczny widok, ale i iskierka nadziei — jest duża szansa, że pod spodem oko jest całe i uda się je uratować. To jeszcze nie wyrok. To jeszcze nie koniec historii.
Już jutro czeka go pełna diagnostyka w naszej przychodni GruVet i wtedy podejmiemy decyzję co do dalszych kroków. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy. Jak zawsze.
Bo Gruszętnik to nie miejsce na mapie.
To sposób patrzenia na świat.
To odruch, który każe się zatrzymać.
To decyzja, by nie odwracać wzroku, nawet gdy jest trudno, brudno, boleśnie i bez gwarancji happy endu.
Wracając, przy okazji wydarzyło się jeszcze coś ważnego. Od Marcina z Warszawy odbierzemy ostatnie z naprawionych inkubatorów. To dokładnie ten moment, w którym możemy powiedzieć: wszystkie znów działają. Wszystkie. Każdy gotowy, by ogrzać kolejne kruche życie, które trafi pod nasze skrzydła.
Marcin — dziękujemy. Tak po ludzku i z całego serca. Jesteś niezastąpiony!
Tak wygląda nasza codzienność. Bez wielkich planów, za to z gotowością na wielkie wyzwania. Bez wyłączania trybu „pomaganie”, nawet gdy jesteśmy „po godzinach”.
Bo jeśli już raz wpuściło się Gruszętnik do serca — to on tam zostaje. Na dobre. I na zawsze.
Dziękujemy, że jesteście z nami. Dzięki Wam możemy być tam, gdzie akurat ktoś czeka na ratunek. 

P.S. Przy tej okazji chcielibyśmy również bardzo podziękować Michałowi, który zgłosił swoją gotowość i pomaga nam uporać się z instalacyjnymi zagadkami. 
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz