2026/01/30

 Teściowa wywiozła mojego kota do lasu, gdy byłam w pracy: „Od niego tylko sierść i zarazki”

— A gdzie jest Filemon? — zapytałam zaraz po wejściu do mieszkania, czując niepokój.
Zwykle mój rudy kot pierwszy wybiegał do przedpokoju i głośno domagał się jedzenia.
Tym razem w domu panowała dziwna cisza.
Marek siedział w kuchni, wpatrzony w stół. Nawet na mnie nie spojrzał.
Jego matka, Halina, która od ponad tygodnia u nas mieszkała, spokojnie piła herbatę, jakby nic się nie wydarzyło.
— Gdzie jest kot? — powtórzyłam.
— Daj spokój — machnęła ręką. — Już go nie ma. Uciekł.
— Jak to uciekł?! On jest domowy! Boi się ulicy! Kto otworzył drzwi?!
— Ja go wywiozłam — powiedziała bez emocji. — Za miasto. Do lasu.
Tam ma wolność, świeże powietrze, myszy. Niech żyje jak prawdziwy kot.
A u was tylko brud: sierść wszędzie, kuweta śmierdzi.
My z Markiem myślimy o dzieciach — dziecko nie może wychowywać się w takim syfie!
Zrobiło mi się słabo.
Do lasu? Zimą? Domowego kota?!
— Ty się na to zgodziłeś?! — spojrzałam na męża.
— Ania… mama mówiła, że ma alergię… — wymamrotał, nie podnosząc wzroku.
— Ona ma alergię na przyzwoitość! — krzyknęłam. — Gdzie dokładnie go zostawiłaś?!
— Skąd mam pamiętać — prychnęła. — Gdzieś przy trasie, jakieś dwadzieścia kilometrów od miasta.
I nie dramatyzuj. Zrobiłam dobrą rzecz.
Bez słowa chwyciłam kluczyki.
— Jeśli go nie znajdę… — powiedziałam cicho. — Lepiej, żebyście się modlili.
Przez trzy dni szukałam Filemona.
Chodziłam po zaspach, wołałam go, rozwieszałam ogłoszenia.
Wzięłam wolne w pracy. Nie jadłam, prawie nie spałam.
Trzeciego dnia wieczorem zadzwonił telefon.
— Pani szuka rudego kota?
Jest tu przy stacji benzynowej. Siedzi i miauczy, jakby płakał.
Pojechałam tam natychmiast.
To był on. Chudy, brudny, trzęsący się z zimna, z odmrożonym uchem.
Poznał mnie od razu — wskoczył mi na ramiona i zaczął mruczeć, choć ledwo miał siłę.
Zabrałam go prosto do kliniki. Kroplówki, zastrzyki, hospitalizacja.
Weterynarz powiedział jedno: przeżyje.
Do domu wróciłam nad ranem.
Wyczerpana. Wściekła. Pusta w środku.
Halina spała w salonie, rozłożona na mojej kanapie.
W kącie stała jej walizka — miała wyjechać dopiero za kilka dni.
Bez słowa spakowałam jej płaszcz, buty, czapkę i wrzuciłam wszystko do bagażnika.
Potem obudziłam Marka.
— Wstawaj. Jedziemy.
— Dokąd? — zapytał zaspany.
— Odwieźć mamę.
Obudziliśmy Halinę.
— Proszę się ubierać. Jedziemy na dworzec.
— Jaki dworzec?! Mój pociąg jest dopiero pojutrze!
— Plany się zmieniły.
Wsiedliśmy do samochodu. Jechałam w ciszy.
Marek próbował coś powiedzieć, ale zamilkł po jednym moim spojrzeniu.
Minęłam zjazd na dworzec.
— Ania, gdzie ty jedziesz?! — spanikowała Halina.
— Spokojnie.
Zatrzymałam się przy tej samej stacji benzynowej, gdzie znalazłam Filemona.
Las. Śnieg. Wiatr. Dwadzieścia kilometrów od miasta.
Wyjęłam jej walizkę i postawiłam ją na poboczu.
— Proszę wysiadać, Halina.
— Co ty robisz?! — spojrzała na mnie przerażona.
— Jak to co? Przecież tu natura, świeże powietrze.
Pożyje pani na wolności. Zdrowo.
— Zamarznę! — krzyknęła.
— Filemon też marzł.
Ale pani nazwała to „dobrą rzeczą”.
— Marek! — rzuciła się do syna. — Zrób coś!
Marek zbladł.
— Mamo… mogę co najwyżej zadzwonić po taksówkę…
Wsiadłam do auta.
— Telefon pani ma. Taksówka przyjedzie za czterdzieści minut.
Filemon telefonu nie miał.
Odjechaliśmy.
Oczywiście nie zamarzła — pojechała taksówką.
Ale do mojego domu już nigdy nie wróciła.
A Marek… Marek długo przepraszał.
Powiedziałam tylko jedno:
— Jeśli jeszcze raz nie obronisz tych, za których jesteśmy odpowiedzialni — pojedziesz za mamą.
Do lasu.
Okrutna zemsta czy sprawiedliwa lekcja?
-Kawa z mlekiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz