2026/08/15

Pięć bzdur medycznych, w które uwierzyli Polacy. "Brała witaminę D zamiast iść do lekarza"

 Dorota przez trzy miesiące leczyła się "na własną rękę" witaminą D, choć w tym czasie jej organizm zmagał się z poważnym stanem zapalnym. Do lekarza nie poszła, bo uwierzyła poradzie koleżanki, która "też tak miała". Choć internetowe porady "na zdrowie" brzmią niewinnie i obiecują szybkie efekty bez kolejek w przychodni, mogą także kosztować nas zdrowie, a czasami także i życie. Czy warto?

Eksperci biją na alarm: dezinformacja zdrowotna w Polsce osiągnęła skalę, jakiej jeszcze nie było. Setki tysięcy publikacji i miliardy odsłon sprawiają, że pseudonauka coraz częściej wygrywa z medycyną opartą na faktach.

Pseudomedycyna w liczbach. Skala robi wrażenie

Skala dezinformacji medycznej w Polsce jest dziś ogromna — między styczniem 2025 r. a połową maja 2026 r. w mediach i sieci pojawiło się blisko 380 tys. publikacji, obejmujących zarówno fałszywe treści, jak i materiały próbujące je prostować. Raport przygotowany przez Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu i partnerów pokazuje, jak szeroko to zjawisko przeniknęło do codziennego obiegu informacji.— Jako lekarz, ale też jako naukowiec, nie mam wątpliwości, że wiedza to dziś za mało. Kluczowe staje się to, czy umiemy ją przekazać. Im trudniejszym, bardziej hermetycznym językiem będziemy mówić do swoich pacjentów, tym mniejszą mamy szansę, że to do nas zwrócą się po informację — przyznaje prof. Piotr Ponikowski, kardiolog i rektor Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.Choć najbardziej rozpoznawalne pozostają narracje antyszczepionkowe, dużą część stanowią również treści o żywieniu. Suplementy, głodówki, "detoksy" i modne diety odpowiadają za ok. 23 proc. przekazu — czyli niemal co czwarty materiał. To bardzo dużo. Eksperci zwracają uwagę, że to szczególnie niebezpieczne, bo dotyczy codziennych decyzji zdrowotnych, które podejmuje każdy z nas.Mama Oliwki, trochę pod wpływem grup w mediach społecznościowych, a trochę za namową koleżanek, które "też tak zrobiły", rezygnuje ze szczepień córki, przekonana, że w ten sposób "wzmocnią jej odporność". Po czasie dziewczynka trafia do szpitala z ciężkim przebiegiem choroby zakaźnej, której można było łatwo zapobiec. Brzmi znajomo? Ruchy antyszczepionkowe wciąż dominują w krajobrazie dezinformacji zdrowotnej w Polsce — odpowiadają za ponad połowę fałszywych przekazów.W ostatnich miesiącach szczególnie popularna była teza, że dzieci nieszczepione rozwijają się lepiej i rzadziej chorują niż ich zaszczepieni rówieśnicy. Aby nadać tej narracji pozory wiarygodności, jej autorzy sięgają po sprytny zabieg — wykorzystują tzw. zombie papers, czyli prace, które lata temu zostały wycofane z czasopism, podważone przez środowisko naukowe i obnażone jako oparte na błędach lub manipulacjach (Więcej o tzw. zombie papers przeczytasz w Medonecie TUTAJ).— Na przełomie 2024 i 2025 roku [szczepień — przyp. red.] odmówiła połowa pacjentów, a rok później — 100 spośród 174 zakwalifikowanych osób. Aż 18 pacjentów nie chciało nawet podać przyczyny swojej decyzji. Dezinformacja medyczna realnie zagraża życiu, a tym samym uderza w bezpieczeństwo państwa. Musimy zacząć mówić o tym głośno i wyraźnie — alarmuje prof. Piotr Ponikowski.

Fałszywy wróg numer jeden: mit ukrytych pasożytów

Mama Adasia trafia na forum parentingowe, gdzie czyta, że problemy z koncentracją i nadpobudliwość jej syna to "na pewno pasożyty". Zamiast iść do pediatry lub psychologa, zamawia przez internet preparaty "odrobaczające". Objawy nie znikają — a diagnoza ADHD zostaje postawiona z dużym opóźnieniem.
W alternatywnym obiegu informacyjnym pasożyty stały się wygodnym wytłumaczeniem niemal wszystkiego — od przewlekłego zmęczenia po poważne choroby. Według internetowych "specjalistów" są rzekomo niewykrywalne w badaniach i odpowiadają za większość problemów zdrowotnych.Lekarze przestrzegają przed samodzielnym stosowaniem leków przeciwpasożytniczych — mogą one zaburzać mikrobiotę i obciążać organizm. Największe ryzyko polega jednak na czymś innym: skupienie się na fikcyjnej przyczynie często opóźnia wykrycie realnej choroby i wdrożenie właściwego leczenia.

Suplementy zamiast leczenia: "lewoskrętna" witamina C i końska dawka witaminy D

Dorota od trzech miesięcy ledwo zipie: ciągle jest zmęczona, bolą ją mięśnie, migrena nie ustępuje, kaszel nie daje odsapnąć, a serce łomoce jak oszalałe. W internecie czyta: "też tak miałam, lekarka powiedziała, że brakuje mi witaminy D". Dorota idzie do apteki, kupuje największą dawkę, bierze po kilka pastylek dziennie. Efekt? Objawy się nasilają, a kiedy w końcu trafia do lekarza, słyszy: CRP (poziom białka C-reaktywnego we krwi) bardzo wysokie, bakterie w moczu, ostry stan zapalny całego organizmu.Segment mitów o suplementach rośnie najszybciej — jak pokazuje raport, odpowiada on już za ok. 23 proc. dezinformacji. Niemym symbolem tej kategorii jest "lewoskrętna witamina C" oraz moda na przyjmowanie bardzo wysokich dawek witaminy D jako rzekomego leku na poważne choroby. Wyniki naszego raportu są jednoznaczne: dezinformacja medyczna w Polsce to zjawisko o skali przemysłowej. Tysiące publikacji w mediach tradycyjnych, setki tysięcy wpisów w mediach społecznościowych — te liczby pokazują, że nie mówimy o marginalnym problemie kilku internetowych "uzdrowicieli" — podkreśla Marcin Szczupak, CEO Mediaboard Polska.
Co mówi nauka? "Lewoskrętna witamina C" to chwyt marketingowy — w rzeczywistości nie istnieje w takiej formie, jak opisują to reklamy. Największym problemem są jednak wysokie dawki suplementów stosowane bez kontroli. Mogą prowadzić do poważnych powikłań, interakcji z lekami i — co najgroźniejsze — skłaniać pacjentów do porzucania skutecznego leczenia.

Głodówka jako terapia? Ryzykowna iluzja

Marta śmieje się, że sprawdziła już "wszystkie diety świata", ale zachęcona historiami z TikToka decyduje się na tygodniową głodówkę "dla zdrowia". Dzięki niej ma zresetować organizm, a później podobno może jeść wszystko, na co ma ochotę, bo organizm "zapomni, co mu szkodzi, a co nie". Po kilku dniach Marta trafia osłabiona do lekarza z zaburzeniami elektrolitowymi i silnym wyczerpaniem.
— Tak podana treść jest groźniejsza, bo wygląda na nieszkodliwą i trudniej ją obalić jednym faktem. Z perspektywy popularyzacji nauki widzę tu jedno zadanie. Nie wystarczy prostować. Trzeba być obecnym wcześniej, zanim ktoś inny zada pytanie. Zaufanie buduje się latami, regularną i zrozumiałą obecnością eksperta, a nie pojedynczym sprostowaniem po fakcie — alarmuje prof. Agnieszka Szuster-Ciesielska, badaczka i profesorka nauk biologicznych.Moda na długie głodówki wraca dziś w nowej odsłonie — jako rzekomo naukowa metoda "resetowania organizmu". Ich zwolennicy przekonują, że kilkudniowe niejedzenie uruchamia procesy, które mają oczyszczać ciało i zwalczać choroby. Jak jest w rzeczywistości? To przykład manipulowania faktami — długotrwały brak jedzenia to poważny stres dla organizmu i ryzyko groźnych powikłań, a obietnice "leczenia bez lekarzy" nie mają nic wspólnego z medycyną.

Wirusy? Nie, to choroba "z emocji"

Marek kaszle od kilku tygodni. W końcu za namową koleżanki z biura trafia na warsztaty "biologii totalnej" i słyszy, że to efekt tłumionych emocji. Wierzy, odkłada wizytę u lekarza — diagnozę poważnej choroby płuc słyszy dopiero kilka miesięcy później.
To jeden z najbardziej skrajnych, a zarazem niebezpiecznych mitów — przekonanie, że bakterie i wirusy w ogóle nie odgrywają roli w chorobach. Według jego zwolenników źródłem każdej dolegliwości ma być wyłącznie psychika: stres, trauma albo "nierozwiązane konflikty".Odrzucanie roli wirusów i bakterii to zaprzeczenie podstawom medycyny. Choć psychika ma wpływ na organizm, nie zastępuje diagnostyki ani leczenia. Sprowadzanie nowotworów czy infekcji do "problemów emocjonalnych" to groźne uproszczenie, które może opóźniać leczenie i narażać pacjentów na poważne konsekwencje.
— Dezinformacja medyczna rośnie tam, gdzie pojawia się lęk i brakuje rzetelnej wiedzy — mówi Wioletta Samborska, dyrektorka Centrum Odkryć Medycznych Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu.

Państwo wkracza do gry z pseudomedycyną. Czy lex szarlatan pomoże?

Eksperci podkreślają, że skala zjawiska ma dziś charakter systemowy. Same liczby to za mało — kluczowe jest zrozumienie, jak dezinformacja realnie wpływa na decyzje zdrowotne Polaków: od rezygnacji ze szczepień po odkładanie diagnostyki czy wybór niesprawdzonych metod leczenia zamiast terapii.Właśnie w odpowiedzi na te problemy powstał projekt tzw. lex szarlatan. 12 maja br. Rada Ministrów przyjęła jego finalną wersję — to nowelizacja ustawy o prawach pacjenta, która ma ograniczyć działalność pseudomedyczną i dezinformację zdrowotną. Na tym etapie jest to jednak wciąż projekt rządowy, który dopiero trafi do dalszych prac parlamentarnych.Założenia ustawy są konkretne: większe uprawnienia dla Rzecznika Praw Pacjenta, możliwość wydawania publicznych ostrzeżeń, nakazów zaprzestania niebezpiecznych działań, a także nakładania kar sięgających nawet 1 mln zł na osoby oferujące niesprawdzone "terapie". Przepisy mają przede wszystkim chronić pacjentów przed sytuacjami, w których pseudonaukowe metody zastępują realne leczenie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz