2016/02/01

To nie kryzys, pani Merkel, to rezultat

To nie kryzys, pani Merkel, to rezultat
Stefan Sękowski
Niemieccy chadecy tracą poparcie, w siłę rośnie antyimigrancka prawica. To efekt kuriozalnej polityki Angeli Merkel.
Chadecja osiągnęła w ostatnim sondażu dla „Bild am Sonntag” najgorszy wynik od trzech lat – 34 proc. Cóż, zdarza się, w końcu nie można rządzić wiecznie; zresztą ten wynik wcale nie jest zły, bowiem chadecy nadal są numerem jeden w niemieckiej polityce i nawet gdyby w niedzielę odbyły się wybory do Bundestagu, nadal mogliby wspólnie z socjaldemokratami (SPD) rządzić Niemcami.
Jednak to wyraz tendencji, która się utrzymuje. CDU (ale i bawarska CSU) traci poparcie od kilku miesięcy – a dwa lata temu oba chadeckie ugrupowania zdobyły łącznie 41,5 proc. głosów i o mały włos mogłyby rządzić Niemcami samodzielnie. Beneficjentem jest narodowo-konserwatywna Alternatywa dla Niemiec (AfD) która już na dobre zadomowiła się na trzecim miejscu w stawce i może cieszyć się 12 proc. poparciem.
Nie jest trudno zgadnąć, skąd to się bierze. AfD już w 2013 roku mało brakowało, by wejść do Bundestagu. Jednak sprzeciw wobec unijnej polityki gospodarczej i przyzwolenia Niemiec na kolejne pakiety pomocowe dla Grecji wystarczyły jedynie na zdobycie 4,7 proc. głosów. Teraz jest inaczej – partię opuścił umiarkowany Bernd Lucke, Alternatywa coraz mocniej uderza w politykę Merkel, zwłaszcza w kwestii imigrantów. I zbiera owoce.
Bo wbrew zapewnieniom pani kanclerz, że Niemcy „dadzą radę” i moralizatorskiemu terrorowi ze strony dużej części środowisk opiniotwórczych nasi zachodni sąsiedzi wcale nie są zachwyceni tym, że w ubiegłym roku do RFN przyjechało ponad milion uchodźców. Z przeprowadzonego dwa tygodnie temu sondażu wynika, że 79 proc. Niemców chce zaostrzenia polityki migracyjnej. Co więcej, wśród wyborców CDU i CSU polityki Merkel w tej kluczowej obecnie dla Niemiec sprawie nie popiera aż… 90 proc. ankietowanych. I coraz częściej widzą dla siebie alternatywę, a wręcz Alternatywę. Merkel zdaje się tym jednak nie przejmować i brnie w swoją kuriozalną politykę otwartości.
Tu nie miejsce Schadenfreude, bo warto zadać sobie pytanie: co, jeśli nie chadecy i Merkel? Ich polityka może nam się nie podobać, ale jeśli weźmiemy poprawkę na to, że są to w końcu politycy niemieccy, którym w pierwszej kolejności zależy na dobru własnego kraju, to z naszego punktu widzenia mogło być gorzej. Przykładowo, gdyby do władzy doszła jawnie prorosyjska Partia Lewica, czy Zieloni z ich kulturowymi szaleństwami, przenoszonymi także na politykę europejską. Jak w tym kontekście traktować AfD? Trudno powiedzieć. To z pewnością świeży powiew w zatęchłej niemieckiej polityce, wiele jej haseł może brzmieć dla ucha dajmy na to, konserwatysty, zachęcająco. Jednak warto pamiętać, że rządy sił co bardziej narodowo-państwowych w Niemczech nigdy nie wychodziły nam na dobre. Choć poglądy AfD na Unię Europejską i kryzys imigracyjny są całkiem sensowne, to jednak jest to partia z potencjałem do radykalizacji. To obecnie także ugrupowanie o wyraźnie prorosyjskich sympatiach. Z entuzjazmem bym więc uważał.
Tak czy owak ta partia może jednak odegrać pozytywną rolę – zewnętrznego korektora księżycowej polityki Angeli Merkel. A to wyszłoby na korzyść także nam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz