2017/12/15

Sędzia kalosz.

(Życie po religii)
Nie ma nic bardziej komicznego niż modły sportowców o sukces w zawodach. Jeszcze śmieszniejsze są gorące wyznania na temat tego, jak to Bóg ich wysłuchał.
„Skoczkowie wymodlili sobie sukces na olimpiadzie”; „Biegaczka Joanna Jóźwik wymodliła sobie miejsce na podium” – takie tytuły możemy spotkać w polskich mediach. Nie tylko katolickich i nie tylko brukowych. Cały świat sportowy pełen jest modlących się o własne sukcesy. Robią znaki krzyża na meczach, chodzą na msze. Czasem sięgają nawet po magię. Modły i obfitość interwencji boskich w sporcie to przejaw inflacji tzw. wartości religijnych.
Dlaczego akurat sport jest miejscem eksponowania religijnej płycizny? Ujawnia się tu mieszanka intensywnej dewocji z błahostkami. Nawet ateista może zrozumieć, że wierzący modli się gorliwie o uzdrowienie. Zwłaszcza gdy dopadnie go nowotwór lub walczy o ocalenie małżeństwa. Ale modły o to, aby przechytrzyć konkurenta w zawodach? Aby wygryźć kogoś z medalowego miejsca? To niepoważne i groteskowe. Najzabawniejsi bywają w tej dziedzinie pobożni bokserzy. Począwszy od polskiego Adamka, a skończywszy na amerykańskich protestanckich mordobijcach. Ci słowo „Jezus” wplatają niemal w każde wypowiedziane zdanie.
Ale śmieszność tego wszystkiego dostrzegają wyłącznie ludzie nieco bardziej wnikliwi i krytyczni. Nie masy chrześcijan, muzułmanów i wyznawców innych religii. Ci nie dostrzegają w tym mieszanki komizmu i braku przyzwoitości. Podziwiają domniemaną gorliwą religijność swych sportowych idoli. Widać to nie tylko w doniesieniach medialnych, ale i w postawie samych Kościołów. Te chętnie ślą kapelanów, organizują modły, pokropki i inne tego podobne magiczne zabiegi. Cóż, biznes to biznes, klient nasz pan. Wierny usportowiony jest nawet lepszy od nieusportowionego. Ten pierwszy znacznie lepiej płaci. No i daje przykład innym.
Czy może być coś bardziej zabawnego niż Bóg zsyłający podmuch wiatru? Takiego, który pozwala skoczkowi pobożnemu wyprzedzić religijnie bardziej ociężałego? Takie myślenie sprowadza nadęty przez teologię Absolut do roli sędziego kalosza. Czyż Bóg ma być tendencyjny, niesprawiedliwy, stronniczy? Oto najwyższy trybunał sądu ostatecznego – sędzia kalosz! Tak właśnie tłumy wierzących pomiatają swoim Bogiem. Przypisują mu atrybuty, na które nie wpadliby najbardziej nawet złośliwi ateiści. Nikt nie zadaje religii większych strat niż jej fanatyczni wyznawcy. To prawda stara jak świat, a sport jest jej kolejnym ucieleśnieniem.
W sporcie niezwykle ważny, wręcz podstawowy jest aspekt konkurencji. Odbija się to bardzo wyraźnie na związkach sportu i religii. Modląca się o uzdrowienie z raka nie prosi zwykle o „obdarowanie’ rakiem kogoś innego. Sukces sportowy zawodnika czy drużyny oznacza porażkę osoby/drużyny przeciwnej. Modlitwa o własne powodzenie jest tu w istocie modlitwą o cudzą porażkę. To właśnie najbardziej komiczne i kompromitujące zabarwienie sportowej religijności.
MAREK KRAK (Tekst ukazał się w FiM).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz