2026/08/28

Pierwsi docierają do rodzin zmarłych. Tak ma działać proceder w szpitalach

 Po skandalu w prosektorium Szpitala Południowego w Warszawie pojawiają się kolejne sygnały o nieprawidłowościach. Jak opisuje Wirtualna Polska, podobne praktyki mogą dotyczyć nawet ponad połowy polskich szpitali.

Choć przepisy zakazują prowadzenia usług pogrzebowych na terenie szpitali, rozmówcy WP twierdzą, że wiele placówek wydzierżawia prosektoria zakładom pogrzebowym. Dzięki temu firmy mają jako pierwsze kontakt z rodzinami zmarłych i mogą oferować swoje usługi. — To rzecz powszechna i nagminna — powiedział Wirtualnej Polsce Krzysztof Wolicki, prezes Polskiego Stowarzyszenia Pogrzebowego.— Kilkakrotnie wysyłałem do różnych szpitali pisma, że to nieetyczne i trzeba coś z tym zrobić. Alarmowałem też Ministerstwo Zdrowia. Wszyscy mają to w nosie — podkreśla Wolicki. Jak podaje WP, wszystko zaczyna się od przetargu na dzierżawę prosektorium. Firma, która je prowadzi, zyskuje możliwość pierwszego kontaktu z rodziną zmarłego.— W praktyce wygląda to tak, że idzie pan do recepcji szpitala, a tam odsyłają pana do "administracji prosektorium" pod pretekstem identyfikacji, choć formalnie może pan to zrobić, gdy przyjedzie wybrany przez pana zakład pogrzebowy. No, ale chodzi o to, żeby firma dzierżawiąca prosektorium miała pierwsza bezpośredni dostęp do klienta — tłumaczył portalowi Adam Ragiel, założyciel Polskiego Centrum Szkolnictwa Funeralnego.Rozmówcy WP twierdzą, że odmowa skorzystania z usług polecanego przedsiębiorcy może oznaczać utrudnienia przy wydaniu ciała lub zastrzeżenia dotyczące jego przygotowania.— Zdarza się, że ciało jest zszyte "na sztukę", czyli tak, żeby się tylko trzymało, a nie tak, jak powinno być to zrobione, czyli szczelnie. Sam zajmuję się sekcjami zwłok, szkolę ludzi, więc dla mnie te sprawy są priorytetowe i zwracam na nie szczególną uwagę. Czasami dostaję zdjęcia od rodzin, które pokazują, jak źle potraktowano ciało ich bliskiego i bywa, że kończy się to postępowaniem prokuratorskim. Bo jeśli sporządzam opinię i tłumaczę, jak to nie powinno wyglądać, to niektórzy decydują się na złożenie zawiadomienia. Takie sytuacje najczęściej mają miejsce, gdy ktoś nie zgadza się na skorzystanie z usług konkretnego zakładu — podkreślił Ragiel.

Zdaniem Krzysztofa Wolickiego problem może dotyczyć nawet ponad połowy szpitali. — Zwróciłem się kiedyś do Głównego Urzędu Statystycznego, żeby takie dane zbierali, bo przecież to są ważne rzeczy. Odpowiedzieli, że nie leży to w ich zainteresowaniu, a gdybym chciał, żeby zrobili takie badanie, to musiałbym im zapłacić. Chodziło o kwotę rzędu 80 tys. złotych — relacjonuje.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz