Ochroniarz złapał mnie za ramię i powiedział: "Policja już jedzie - zgłoszono agresywnego psa".
Stałam jeszcze na trawie, z jedną ręką na smyczy, drugą na telefonie, jakby to miało cokolwiek wyjaśnić. Mój pies siedział przy nodze. Dyszał po biegu, ale był spokojny. Głowę miał nisko, uszy lekko cofnięte - nie w tej pozycji, która straszy. W tej, która pyta: co teraz?
Kilka metrów dalej stał mężczyzna w jasnej kurtce i mówił głośno do przechodniów, jakby już wygrał: że pies rzucił się bez powodu, że trzeba go zabrać, że "takie psy" są niebezpieczne. Ktoś odsunął dziecko. Ktoś wyjął telefon, żeby nagrywać. W gardle miałam sucho, bo wiedziałam, jak działa ten moment: najpierw jest etykieta, dopiero potem fakty.
Policjanci przyszli szybko. Jeden poprosił, żebym odsunęła się z psem na bok. Drugi zaczął wypytywać mężczyznę. Ten gestykulował szeroko, odgrywając przerażenie z przesadą, jak aktor, który czeka na brawa.
Wtedy ochroniarz wskazał na słupek z kamerą. "Mamy monitoring z alejki" powiedział.
Weszliśmy do budki. Na ekranie wszystko było jasne. Mężczyzna nie był "ofiarą". Najpierw zaczepił mnie, zbyt blisko, zbyt natarczywie. Potem próbował wyrwać mi telefon, kiedy chciałam zadzwonić. A mój pies… nie ugryzł. Nie szarpał. Wskoczył między nas, odepchnął go barkiem i szczeknął raz, ostrzegawczo. Tyle.
Kiedy wróciliśmy na zewnątrz, policjant spojrzał na mężczyznę inaczej. "To pan powinien się wytłumaczyć" powiedział chłodno.
A on nagle przestał być pewny siebie. Zamilkł. Spuścił wzrok.
Mój pies znów usiadł przy mojej nodze, jakby całe to zamieszanie było dla niego tylko chwilowym hałasem. Pogłaskałam go po karku i poczułam, jak ściska mnie w gardle - bo on nie musiał niczego udowadniać.
Wystarczyło, że został ze mną, stanął między mną a strachem, i po wszystkim wrócił na swoje miejsce, cichy, wierny, tak jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie 
Maria M.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz