Musiało wydarzyć się wszystko: choroba, nielegalne wlewy, krwotok, wreszcie walka o życie, żeby sprawa znachorki Barbary K. trafiła do organów ścigania. Ilu takich historii nigdy nie poznaliśmy, bo ich bohaterowie nie przeżyli albo nie mieli już siły mówić? Komentarz w przededniu decyzji prezydenta dotyczącej tzw. lex szarlatan.
Ania miała raka jajnika. Szukała ratunku. Trafiła najpierw do szarlatana, potem do lekarki z prawem wykonywania zawodu, która skierowała ją do prywatnego domu pod Starym Sączem. Tam operacje i leki miały zostać zastąpione dożylnymi wlewami z substancji przygotowywanej przez kobietę bez wykształcenia medycznego.Skończyło się potężnym krwotokiem. Ania wykrwawiała się na kanapie, a zamiast karetki dostała zalecenie dotyczące diety. Dwa dni później jej hemoglobina spadła do poziomu 3,4. To wartość skrajnie niebezpieczna dla życia.
Ta historia pokazuje coś więcej niż bezradność jednej pacjentki. Pokazuje lukę w systemie. Dziś państwo może skutecznie wkroczyć dopiero wtedy, gdy wydarzy się coś złego, a pokrzywdzony przeżyje i będzie jeszcze miał siłę zawiadomić prokuraturę.
W sprawie pani Basi tak właśnie było. Po moim zawiadomieniu prokuratura wszczęła postępowanie, a podczas przeszukania zabezpieczono ponad sto litrów substancji, leki z Rosji, recepty in blanco i preparaty podawane Ani dożylnie. Tylko że wcześniej musiało wydarzyć się wszystko: choroba, obietnica cudownej terapii, krwotok i walka o życie.
A ilu takich historii nigdy nie poznaliśmy, bo ich bohaterowie nie przeżyli albo nie mieli już siły mówić?
Dlatego nie przekonuje mnie argument, że próba stworzenia narzędzia do walki z szarlatanami to "zamordyzm". Pytam raczej: co jest większym zagrożeniem – możliwość administracyjnej kontroli z prawem odwołania do sądu czy sytuacja, w której samozwańczy uzdrowiciele mogą latami działać, docierając do kolejnych ciężko chorych ludzi?Nie twierdzę, że lex szarlatan jest ustawą idealną. Twierdzę, że państwo potrzebuje narzędzia, które pozwoli reagować zanim dojdzie do kolejnego krwotoku na kanapie w jakiejś wsi.
Ustawa czeka teraz na podpis prezydenta Karola Nawrockiego. Jeśli ją zawetuje albo utknie ona w kolejnych latach sporów, jedno się nie zmieni: mechanizm, który opisuję w "Testamencie", będzie działał dalej. Ktoś znowu obieca choremu cud za pieniądze. Ktoś poda substancję, której nikt porządnie nie przebadał. A państwo zareaguje dopiero, gdy będzie już za późno.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz