2026/08/24

Małżeństwo bezdomnych zamordowało seniorkę dla 180 zł. Ciało 83-latki znaleziono w wersalce

 aria Banot słynęła w swojej okolicy z ogromnego serca, co niestety bezwzględnie wykorzystała para bezdomnych. Sonia i Marek T. wtargnęli do mieszkania szanowanej 83-latki, dotkliwie ją pobili, a następnie wciąż żywą uwięzili w wersalce. Starsza pani zmarła w męczarniach z braku powietrza. Oprawcy pozbawili ją życia, by zrabować zaledwie 180 złotych


.Mieszkająca w kamienicy przy placu Kościelnym w Cieszynie 83-letnia Maria Banot była na Śląsku osobą powszechnie szanowaną za swoją bezinteresowność. Emerytowana instruktorka pielęgniarstwa, niegdyś ucząca w miejscowym szpitalu, nigdy nie przechodziła obojętnie obok potrzebujących, obdarzając wielkim uczuciem także zwierzęta. Niestety, w październiku 2025 roku jej wyjątkowa dobroduszność została brutalnie wykorzystana. Wówczas pod drzwiami seniorki stanęło bezdomne małżeństwo: 38-letnia Sonia T. oraz 50-letni Marek T. Kobieta zapukała pierwsza, udając urzędniczkę opieki społecznej, natomiast jej partner pozostawał w ukryciu, by w odpowiednim momencie rzucić się na ofiarę. Para wdarła się do mieszkania tak szybko, że 83-latka nie miała szans na obronę. Choć początkowo śledczy przypuszczali, że skok zaplanowała Sonia, mająca za sobą pracę w domu pomocy społecznej i wiedzę o nawykach finansowych seniorów, ostatecznie udowodniono, że głównym prowodyrem ataku był Marek T.Zbrodniczy plan miał zostać przeprowadzony błyskawicznie, w czym pomóc miała kryminalna przeszłość mężczyzny. O ile jego żona wcześniej nie łamała prawa, o tyle 50-latek był recydywistą, który opuścił więzienne mury zaledwie dwa lata przed napaścią, spędzając w zamknięciu aż pół swojego życia. W momencie ataku nie posiadał stałego zatrudnienia. Sonia, posiadająca wykształcenie ekonomiczne, dorabiała wcześniej przy opiece nad seniorami, jednak ten etap jej życia zakończył się oskarżeniami o stosowanie przemocy wobec podopiecznych. Przyszłe małżeństwo spotkało się po raz pierwszy w ośrodku dla bezdomnych, gdzie zaiskrzyło między nimi na tyle, że postanowili zalegalizować swój związek w urzędzie stanu cywilnego. Znajomi nie mieli pojęcia, jak tragiczny finał będzie miała ich relacja. – Napad wymknął nam się spod kontroli – mieli stwierdzić przed sądem.Sonia T. w swoich zeznaniach próbowała przekonywać, że celem wtargnięcia wcale nie było wyrządzenie krzywdy pani Marii, a jedynie odwrócenie jej uwagi w celu kradzieży. Kobieta twierdziła, że podczas gdy ona miała zajmować emerytkę rozmową, jej mąż zamierzał plądrować pokoje. Śledczy dowiedli jednak, że sytuacja wyglądała zgoła inaczej: 83-latka nie dała się zwieść i zablokowała wejście, co zmusiło Marka do fizycznego przełamania oporu. Mężczyzna brutalnie powalił ofiarę w korytarzu, po czym zaczął ją bezlitośnie dusić i bić. Kiedy staruszka straciła przytomność, napastnicy przystąpili do przeszukiwania lokalu. Ich bestialstwo przyniosło im zaledwie 180 złotych łupu, po czym zamiast uciekać, dokonali makabrycznego aktu. Chcąc zyskać na czasie przed ewentualną interwencją policji, wrzucili omdlałą, lecz żywą kobietę do wnętrza wersalki. Kompletnie zignorowali fakt, że uwięziona nie będzie w stanie podnieść wieka. Kobieta zmarła z braku tlenu, a przeprowadzona później sekcja zwłok wykazała, oprócz uduszenia, także pęknięty mostek, połamane żebra oraz poważne urazy głowy.

Dramatyczna prawda o losie 83-latki wyszła na jaw dopiero po weekendzie, za sprawą jej brata. Pan Jerzy bezskutecznie próbował nawiązać kontakt telefoniczny z siostrą, co wywołało u niego ogromny niepokój. Zaniepokojona sąsiadka poinformowała go o otwartych drzwiach i nieporządku w mieszkaniu, co skłoniło go do natychmiastowego przyjazdu. Obecność kul ortopedycznych w pustym lokalu była dla niego jasnym sygnałem, że stało się coś złego, dlatego obdzwonił wszystkie okoliczne placówki medyczne, a w końcu zaalarmował policję. To właśnie funkcjonariusze dokonali makabrycznego odkrycia w trakcie przeszukania. Pan Jerzy patrzył, jak mundurowi usuwają krzesła ustawione przez oprawców na wersalce celem dociążenia wieka. Takie działanie jednoznacznie przeczyło wersji oskarżonych, jakoby nie chcieli oni doprowadzić do śmierci seniorki. – Gdy podnieśli to wieko, zobaczyłem ciało mojej siostry – zeznawał brat ofiary. Ratownicy nie mieli już szans na przywrócenie funkcji życiowych. - Siostra pomagała wszystkim: bezdomnym, chorym, nawet zwierzętom. Miesiąc wcześniej została okradziona przez bezdomnego, którego wpuściła do domu. Wyniósł 3 tys. złotych. Ostrzegaliśmy ją, by uważała na takich ludzi, ale nigdy nikomu nie odmówiła, a teraz nie żyje, bo była za dobra – podkreślał zrozpaczony mężczyzna.

Bezwzględny mord na Marii Banot z Cieszyna. Oprawcy nie mieli litości dla 83-latki

Dzięki zebranemu w mieszkaniu materiałowi dowodowemu oraz relacjom sąsiadów, funkcjonariusze zatrzymali Marka i Sonię T. po zaledwie tygodniu poszukiwań. Zgromadzony materiał pozwolił na szybkie rozpoczęcie procesu przed sądem w Bielsku-Białej. W momencie opracowywania niniejszego tekstu, zakończono już przesłuchania wszystkich osób wezwanych w charakterze świadków. Lokatorzy kamienicy z wielkim sentymentem wspominali zmarłą sąsiadkę, określając ją jako ufną i niezwykle spokojną kobietę, która nikomu nie wyrządziłaby krzywdy.

- To był taki dobry człowiek, czasem przychodziła do mnie, żebym jej pomogła w jakichś papierach – mówiła pani Elżbieta, cytowana przez „Super Express”. Na salach rozpraw stale pojawiał się Przemysław Gluma, dziennikarz tej redakcji. - W poniedziałek widziałam ją po raz ostatni, chyba trzy dni przed śmiercią. Była ciepłą, pogodną, wesołą osobą. Pani Maria mówiła mi czasami, że komuś dała herbatkę, komuś zupkę. To był dobry człowiek, każdemu chciała pomóc. Tak mi przykro, że w tej sytuacji ja nie mogłam pomóc jej – dodawała kobieta, ocierając łzy.

Jak donosił dziennik „Fakt”, w trakcie postępowania sądowego Sonia T. starała się okazać żal, upierając się, iż pozbawienie życia 83-latki nie było jej celem. Kobieta potwierdziła swój udział w zdarzeniu, konsekwentnie przerzucając jednak odpowiedzialność za organizację napadu na męża. Z jej relacji wynikało, że emerytka wyczuła podstęp i nie uwierzyła w historię o pracowniku opieki społecznej. Nic dziwnego, gdyż sprawcy wyglądali bardzo nienaturalnie: pili wcześniej alkohol, maskowali się kapturami i czapkami przed kamerami monitoringu, a zapach trunków próbowali zabić miętówkami. Kiedy tylko 50-latek siłą wdarł się do przedpokoju, ofiara zaczęła wzywać pomocy.

- Uklękłam na niej i przytrzymałam ją ciężarem własnego ciała. Marek zakrył jej usta, a ona, broniąc się, zerwała Markowi łańcuszek. Wsadziliśmy ją do wersalki, a ja poszłam przeszukać mieszkanie – zeznawała oskarżona, cytowana przez „Fakt”. Gazeta przypomniała jednocześnie, że podczas prokuratorskiego śledztwa 38-latka wprost przyznała, iż wydała wyrok śmierci na emerytkę wściekła za zerwanie biżuterii z szyi partnera. - To był łańcuszek ode mnie, żadna kobieta nie będzie go zrywać – miała stwierdzić oskarżona. Oprawcy pozostali całkowicie niewzruszeni na krzyki dobiegające z mebla, gdyż ofiara ocknęła się jeszcze w ich obecności. – Marek T. usiadł na tapczanie, wypił jeszcze jedno piwo, skorzystał z toalety. Sonia w reakcji na krzyki starszej pani uderzyła pięścią w tapczan i kazała ofierze się zamknąć – opisywała dziennikarka „Faktu”.Z policyjnych ustaleń wynika, że para spędziła w lokalu ofiary przeszło 60 minut, celowo układając na zamkniętym meblu krzesła i inne przedmioty, by uniemożliwić ucieczkę, a dodatkowo celowo rozbili aparat telefoniczny emerytki. Następnie, używając skradzionej gotówki na zakup papierosów, udali się w podróż, którą sami określili mianem urlopowej wycieczki. W kolejnych dniach na bieżąco obserwowali doniesienia prasowe o odkryciu zwłok. Ostatecznie, równe siedem dni po zbrodni, zostali zatrzymani i umieszczeni w areszcie.

- Zastanawialiśmy się, czy przeżyła, bałam się tego, że jak wyjdzie, to pójdzie na policję. Ja nawet chciałam tam wrócić, by ją dobić, mam na myśli pozbawić życia. Marek powiedział, że to ryzykowne, autobus kosztuje, a my mieliśmy mało pieniędzy z tej kradzieży - zeznawała na etapie śledztwa Sonia T., dodając jednak, że żałuje tego, co się stało. Przeprosiła również rodzinę ofiary. – Ona była niewinną osobą. Bardzo żałuję – podsumowała.

Finał sprawy o morderstwo w Cieszynie. Rodzina domaga się najwyższego wymiaru kary

Zaskakujący jest fakt, że choć w ocenie śledczych to 50-latek przejawiał skrajną brutalność podczas ataku, mężczyzna stanowczo odrzucił zarzut morderstwa, przyznając się wyłącznie do udziału w napaści. Odmiennie niż jego żona, nie przyjął na siebie odpowiedzialności za zgon 83-latki. - Dusiłem ją, ale chciałem tylko, żeby straciła przytomność. Nie uważam się za mordercę, jestem wierzący - stwierdził przed sądem Marek T. - To ja wymyśliłem wszystko, ale chodziło o rabunek, nie o zabójstwo. Na pewno czegoś takiego nie było, że Sonia chciała wrócić do mieszkania, żeby ją dobić. Oczywiście bałem się tego wszystkiego, chciałem wrócić, ale żeby ratować tę panią – dodawał.

Dopytywany o to, dlaczego zignorował dramatyczne krzyki starszej kobiety, oskarżony przekonywał, że nie brał pod uwagę jej zgonu i liczył na interwencję osób trzecich. Na pytanie, dlaczego w takim razie zablokował wieko ciężkimi przedmiotami i nie wezwał pogotowia, 50-latek zasłaniał się swoim tragicznym losem i brakiem jedzenia. - Wyszedłem z zakładu karnego po dziewięciu latach, nie dawałem sobie rady na wolności. Nie miałem pracy ani nic. Z opieki społecznej w Brennej dostaliśmy 700 zł, każdy nas odsyłał. Teraz siedzę w celi kamerowanej, cały czas mam tę panią Marię przed oczami. Ona mi wcześniej pomagała, dawała pieniążki, zaprosiła mnie do domu. Nie wiem, czemu się tak stało. Żałuję wszystkiego i tego, że moją kobietę w to wciągnąłem - tak się tłumaczył przed sądem, cytowany przez „Fakt”. Jak dowiedzieli się dziennikarze gazety, w momencie dokonywania napadu Sonia T. spodziewała się dziecka. Czwarty potomek kobiety, którego ojcem jest współoskarżony, przyszedł na świat w więziennej celi. 38-latka zadeklarowała nawet chęć odsiadki do końca życia, byle tylko dzielić ten sam los ze swoim wybrankiem, który niemal na pewno otrzyma taki wyrok.– Chcę takiej samej kary jak on, to miłość mojego życia – stwierdziła kobieta. Słuchająca tych słów podczas sądowych posiedzeń rodzina zmarłej Marii Banot nie kryła łez bezsilności i oburzenia. Kompletny brak refleksji ze strony oprawców i ich skrajnie absurdalne wymówki przelały czarę goryczy. – Żadna kara nie przywróci Marii życia, ale chcemy, by ci ludzie już nikogo więcej nie skrzywdzili – powiedział pan Jerzy, brat seniorki, który jest oskarżycielem posiłkowym w procesie.

W momencie publikacji naszego artykułu, postępowanie sądowe znajdowało się już na ostatniej prostej. Zarówno 38-letnia Sonia T., jak i 50-letni Marek T. muszą liczyć się z perspektywą spędzenia reszty życia za kratkami za brutalne zabójstwo 83-latki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz