Cztery siostry z Krzyszkowic (województwo małopolskie) wyruszyły do Włoch na wakacje. To nie była zwykła podróż — to była próba złapania oddechu po tragedii, która rozdarła ich życie na pół. Dwa lata wcześniej straciły mamę, Jolantę. Miała zaledwie 38 lat. Odeszła nagle, zostawiając sześcioro dzieci i męża pogrążonych w bólu, którego nie sposób opisać słowami. Tamte wakacje miały być pierwszym krokiem ku normalności, pierwszym uśmiechem po długim czasie łez. Los jednak nie miał dla nich litości.
Wakacje zamieniły się w koszmar. Jak siostry znalazły się w Nicei?
14 lipca 2016 roku na Promenadzie Anglików w Nicei zgromadził się tłum turystów i mieszkańców. Wieczorem, w tym najbardziej rozpoznawalnym punkcie miasta położonego na Lazurowym Wybrzeżu, miał odbyć się spektakularny pokaz fajerwerków na zakończenie obchodów narodowego święta Francji. Pokaz sztucznych ogni przyciągnął rzesze oglądających, wśród nich były cztery siostry z Polaki: Magdalena, Marzena, Dorota i najmłodsza Gabrysia. Dziewczyny kilka dni wcześniej przyleciały tanimi liniami do Włoch z krakowskiego lotniska na wakacje razem z ówczesnym chłopakiem najstarszej Doroty.
Dla Doroty, Marzeny, Magdaleny i Gabrysi to miały być pierwsze wakacje po stracie mamy. Bracia zostali z tatą w Krzyszkowicach. Dziewczyny same zarobiły na wypoczynek. Italia była naturalnym wyborem, bo właśnie tam pracował tata chłopaka najstarszej z sióstr i zaprosił młodzież do siebie. Siostry postanowiły skorzystać z gościny w jego domu. Po kilku dniach spędzonych na południu Italii, cała piątka spontanicznie wpadła na pomysł, by wybrać się na pokaz fajerwerków do Nicei.14 lipca - Dzień Bastylii. Nicea tonęła w świetle fajerwerków, w gwarze świętujących ludzi, w beztrosce letniego wieczoru nad Morzem Śródziemnym. Tłum wypełniał Promenadę Anglików. Wśród nich były one - Magdalena, Marzena, Dorota i najmłodsza Gabrysia. Jeszcze chwilę wcześniej patrzyły w niebo rozświetlone kolorami, nie wiedząc, że za moment ich świat runie po raz drugi.
Kiedy pokaz się skończył, ruszyły przed siebie razem z innymi. Wprawdzie najpierw planowały iść plażą, wzdłuż morza, ale wieczór był dość chłodny i zmieniły zdanie. Szły spokojnie, zwyczajnie - tak jak setki ludzi wokół. Zauważyły ciężarówkę. Ciemną. Z wyłączonymi światłami. To był tylko ułamek sekundy - moment, który oddzielał życie od śmierci. Potem wszystko zamieniło się w koszmar.
Siostry zginęły w zamachu terrorystycznym islamskiego fanatyka
Siostrom nawet przez myśl im nie przeszło, że za kierownicą zbliżającego się do nich auta siedzi zamachowiec i celowo kieruje pojazd we wracający z pokazu tłum. Najstarsza z sióstr Dorota wraz chłopakiem i najmłodszą Gabrysią odruchowo odskoczyli na bok w kierunku przystanku. To uratowało im życie. Magda i Marzena nie miały tyle szczęścia, uciekły w drugą stronę, tą w którą zamachowiec skierował 19-tonową ciężarówkę. Marzena zginęła na miejscu. Dorota, w rozpaczy i niedowierzaniu, próbowała ratować Magdalenę. Bez skutku. W ciągu kilku minut straciła kolejną część swojej rodziny. Ciężarówka jechała przez dwa kilometry, siejąc śmierć i zniszczenie. Zatrzymały ją dopiero kule policji, które dosięgły zamachowca, 34-letniego obywatela Tunezji, Mohameda Lahouaieja Bouhlela.
W zamachu, oprócz Polek, zginęły jeszcze 84 osoby z całego świata, w tym 15 dzieci, a ponad 200 osób zostało rannych, w tym wiele ciężko. Zamachowcem okazał się 31-letni Mohamed Lahouaiej-Bouhlel mieszkaniec Nicei pochodzenia tunezyjskiego. Atak przygotowywał od kilku miesięcy. W tym celu ukradł ciężarówkę. Władze Francji aresztowały osoby powiązane z zamachowcem, które pomagały w przygotowaniach. W sumie osiem osób stanęło przed sądem. Wszystkie zostały uznane za winne i usłyszały wyroki od 2 lat do 8 pozbawienia wolności. Magdalena i Marzena zostały pochowane na cmentarzu parafialnym w Krzyszkowicach w grobie razem z mamą. Zamach w Nicei uważa się za jeden z najkrwawszych w Europie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz