Komisja Europejska zaproponowała, by kraje unijne, które nie chcą przyjąć nielegalnych imigrantów, płaciły po 250 tys. euro za każdego z nich (skąd w ogóle akurat taka kwota, a nie 12 tys. albo 7 mln euro?). Ewidentnie widać, czyje interesy reprezentuje „unijny rząd”. Otóż jest to ta sama niemiecka propozycja rozesłania imigrantów po krajach członkowskich sprzed kilku miesięcy, która została odrzucona przez inne państwa Unii Europejskiej. Teraz powraca, ale wzmocniona sankcjami finansowymi. To samo było z unijną konstytucją, która została odrzucona w referendach w Holandii i Francji – powróciła z drobnym liftingiem, ale już z nazwą zmienioną na „traktat lizboński”.
Korzystając z siły ekonomicznej, a co za tym idzie – politycznej, Niemcy szantażem próbują podporządkować sobie całą Europę. Kanclerz Niemiec Angela Merkel bezczelnie stwierdziła, że to nie kara, a… „forma lojalności wobec krajów, które chronią nasze zewnętrzne granice, takich jak Włochy, Grecja czy Cypr”. – Do tej pory to zapraszający płacił za gości. Teraz zapraszający chce, by płacono mu za jego gości, których się nie chce przyjąć. Nowatorskie, ale może być ciekawe. Ty zapraszasz gości, a sąsiedzi ci płacą, jeśli nie chcą ich przyjąć u siebie. W realu nazywa się to bezczelnością, a w polityce propozycją Komisji Europejskiej – skomentował propozycję KE Tomasz Terlikowski, redaktor naczelny Telewizji Republika. A może zażądać, by Niemcy najpierw zapłacili te 250 tys. euro za każdego zabitego Polaka podczas II wojny światowej? Albo po 10 mln euro od imigranta za ich zaproszenie bez konsultacji ze wszystkimi krajami członkowskimi?
Pokoleniowa dziura
Nie ma się co Niemcom dziwić, bo są w podbramkowej sytuacji, gdyż wymierają. By uzmysłowić sobie, co dzieje się za naszą zachodnią granicą, trzeba cofnąć się kilka dekad. Szczyt urodzeń w Niemczech nastąpił w latach 40., co było pokłosiem nie tylko faktu, że były to lata powojenne, ale także w dużej mierze skutek sowieckich gwałtów. Dzięki wolnemu rynkowi po wojnie Niemcy szybko się rozwinęły gospodarczo, stając się na przełomie lat 60. i 70. bogatym państwem, i gwałtownie zaczęły wprowadzać tzw. opiekę socjalną. W latach 70. Niemcy przestali się rozmnażać. Współczynnik dzietności spadł do 0,8–0,9. – W całym pokoleniu od lat 70. do 90. praktycznie było ponad dwukrotnie mniej dzieci aniżeli w innych latach, nie wspominając o powojennych – powiedział na spotkaniu w Katowicach eurodeputowany Stanisław Żółtek. – Tak naprawdę Niemcy mają dwa pokolenia do tyłu, jeżeli chodzi o urodzenia i demografię. To już jest proces nieodwracalny, ponieważ nic już w tej chwili nie spowoduje, że Niemcy nie wymrą. Muszą wymrzeć – to jest sprawa 30–40 lat – podkreślił.
Co więcej, problem jest w tym, że ci wszyscy Niemcy, którzy teraz są dyrektorami firm, szefami policji, szpitali i urzędów, to są ludzie urodzeni w latach 40., 50. i oni teraz przechodzą na emeryturę. Tymczasem innych Niemców nie ma na ich miejsce. W rezultacie ci starzy Niemcy już są zdani na łaskę przybyszów. – Według statystyk, urodzenia w Niemczech są podawane na wcale nie najgorszym poziomie, na małym, ale nie najgorszym – to są urodzenia Turków. Bo zakazane jest rozdzielenie [w statystykach – przyp. T.C.] przybyszów, którzy przybyli do Niemiec w latach 70., 80, 90. i od 2000, których dzieci tam się rodzą. Nie wolno wskazać, że to są dzieci tureckie, przybyszów. [W rzeczywistości – przyp. T.C.] wśród niemieckich rodzin rodzą się dzieci, tak jak w latach 70., czyli nie rodzą się wcale. Sprawa jest zamknięta – powiedział eurodeputowany KNP. – Tu matematyka, prawa fizyki i biologii mówią, że jest to nieodwracalny trend. Nawet gdyby teraz młodzi Niemcy na gwałt zaczęli się rozmnażać, to wiele nie pomoże, bo dwa pokolenia minęły – dodał. Podobny proces występuje niemal w całej Europie Zachodniej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz