Zabił żonę za skup złomu. Ciała Haliny nigdy nie znaleziono. "Był już skazany, ale go wypuścili"
Pielęgniarka Halina G. zniknęła w tajemniczych okolicznościach, ale z czasem wszystko zaczęło wskazywać na to, że padła ofiarą okrutnej zbrodni. Podejrzenia skierowano na jej byłego męża, Janusza G., który zdaniem prokuratury i śledczych miał pozbawić byłą żonę życia. Ciała kobiety nigdy jednak nie odnaleziono, więc rozgrywające się przez lata śledztwo i proces uznawane były za poszlakowe. Ostatecznie, zgodnie z decyzją sądu, doszło do skazania mężczyzny. Ale co konkretnie do tego wszystkiego doprowadziło i jak zginęła szanowana w okolicy pielęgniarka? To pytania, które spędzały sen z powiek zarówno funkcjonariuszom, jak i bliskim śledzącym tę sprawę. Halina G. miała 52 lata, kiedy doszło do jej tajemniczego zaginięcia. Dokładnie 5 sierpnia 2014 roku mieszkanka Jasła udała się wraz z synem na okoliczny dworzec, ponieważ chciała odwieźć go na autobus, na który musiał się dostać, by dojechać na zaplanowane ognisko ze znajomymi. Było około godziny 21, kiedy w drodze powrotnej odwiedziła jeszcze sąsiadów. To oni widzieli ją żywą jako ostatni. Z późniejszych ustaleń śledczych wynika, że kobieta zdołała jednak wrócić do domu, bo później rozmawiała jeszcze przez telefon stacjonarny, który znajdował się w lokum. Bilingi wskazywały, że połączenie wykonano o godzinie 21:18. Niejasne jest to, kto pierwszy zawiadomił służby i doprowadził do rozpoczęcia poszukiwań, ponieważ informacje na ten temat różnią się w zależności od etapu śledztwa. Początkowo dziennikarze przekazywali, że brak matki w domu i ślady krwi na korytarzu odnotował jej dorosły syn, kiedy wrócił ze spotkania z przyjaciółmi. Ale w programie „Uwaga! TVN” po latach precyzowano, że to zaniepokojony partner pokrzywdzonej przyjechał następnego ranka sprawdzić, dlaczego kobieta nie odbiera od niego telefonów. - Wiedziałem, co się stało od razu po tym, jak przyjechałem na miejsce. Zobaczyłem krew na schodach, rozerwany łańcuszek, więc wiedziałem, że stało się coś poważnego – mówił przed kamerami pan Zbigniew.
Pani Halina została uznana za osobę zaginioną, choć ślady krwi w przedpokoju wskazywały na to, że mogła paść ofiarą przestępstwa. Ktoś próbował czyścić podłogę, skradziony został również dywan, na którym prawdopodobnie znajdowało się jeszcze więcej śladów. Intensywne działania funkcjonariuszy doprowadziły ostatecznie do zatrzymania byłego męża kobiety, Janusza G., który został tymczasowo aresztowany i usłyszał później zarzut zabójstwa.Podejrzenia na mężczyznę padały najpierw ze strony licznych świadków, którzy Janusz G. konsekwentnie nie przyznawał się do morderstwa byłej żony. Kiedy został wypuszczony na wolność, jeszcze w toku trwania śledztwa, bo uznano, że po roku nie może już zacierać śladów ani utrudniać postępowania, opowiadał w mediach, że trwa na niego nagonka. potwierdzali, że miał on w przeszłości stosować przemoc wobec byłej już partnerki. Znajdowały się zresztą na to dowody w sądowych kartotekach, gdyż Janusz G. cztery lata wcześniej, w 2012 roku, zaatakował Halinę G. nożem. Para była już po rozwodzie, a on w szale porysował jej ostrzem dach samochodu, wybił w aucie okno, a potem przedziurawił kożuch, w który była ubrana, i zranił w rękę. Ataku ostatecznie nie zakwalifikowano jako usiłowanie zabójstwa, a mężczyzna usłyszał karę wynoszącą zaledwie rok w zawieszeniu. Nie trafił za kratki, ale miał zakaz zbliżania się do pokrzywdzonej.Janusz G. konsekwentnie nie przyznawał się do morderstwa byłej żony. Kiedy został wypuszczony na wolność, jeszcze w toku trwania śledztwa, bo uznano, że po roku nie może już zacierać śladów ani utrudniać postępowania, opowiadał w mediach, że trwa na niego nagonka. Wszyscy są przekonani, że to ja ją zabiłem. Czemu nikt nie bierze pod uwagę, że może porwał ją jakiś Ukrainiec, albo wyjechała, może była komuś coś winna? Przecież gdybym ja tam był, to na miejscu byłyby moje ślady – mówił Janusz G. w rozmowie z reporterką TVN-u. - Strasznie się żyje z tak poważnym oskarżeniem. Każde moje słowo, każdy ruch warg jest obserwowany. Nawet na wariograf mnie chcieli brać. Ja się nie zgodziłem, bo to nie pomaga, a może być użyte przeciwko mnie – dodawał. Ale prokuratura zapewniała, że posiada liczne dowody, które mogą wskazywać na sprawstwo oskarżonego, mimo tego, że proces został później uznany za poszlakowy. Wśród dowodów wymieniano ślady biologiczne, zabezpieczone w samochodzie oskarżonego, oraz zapisy monitoringów, które pozwoliły ustalić trasę jego samochodu.Próba zdyskredytowania Haliny G. przez byłego męża nie miała ponadto sensu, ponieważ kobieta cieszyła się nieposzlakowaną opinią. Świadkowie opisywali ją jako miłą, wesołą i bezkonfliktową. Pielęgniarka z powołaniem, z sercem na dłoni. Po rozwodzie właściwie sama zajęła się wychowaniem dwóch synów, układała sobie życie z nowym partnerem. Z kolei Janusz G. wyprowadził się z domu i mieszkał sam, a opinia na jego temat wśród osób postronnych nie była już tak krystaliczna, jak w przypadku byłej żony.Motywem zabójstwa w ocenie prokuratury był konflikt dotyczący podziału majątku po rozwodzie. Działka budowlana w centrum miasta, na której znajdował się skup złomu i magazyny, wyceniona na około milion złotych, była oczkiem w głowie oskarżonego. Gdy miał przychodzić na rozprawy dotyczące podziału tej działki, dostawał wręcz napadów złości. Był wściekły za to, że będzie musiał się tym dzielić, mówił że była żona próbuje mu wszystko odebrać.Z analizy dostępnych materiałów i działań śledczych poczynionych na przestrzeni lat wynika, że Janusz G. bardzo dokładnie przygotowywał się do dokonania zbrodni. Z punktu złomu przy ulicy Floriańskiej miał wyjechać feralnej nocy o godzinie 19:57. Potem samochód zaparkował w okolicy ogródków działkowych, gdzie zauważył go mieszkaniec Jasła będący wówczas z żoną na swojej działce. Miejsce znajdowało się niedaleko domu Haliny G.Gdy kobieta prowadziła swoją ostatnią rozmowę telefoniczną po godzinie 21:00, on miał włamać się niepostrzeżenie do budynku. O godzinie 21:09 samochód Janusza zarejestrował miejski monitoring – na kamerach widać, jak jedzie on w stronę domu byłej żony. Kiedy ta odwiesiła słuchawkę, została zaatakowana. Zdaniem funkcjonariuszy i specjalistów, którzy odtwarzali jej ostatnie godziny życia na podstawie śladów zabezpieczonych w domu, musiała otrzymać w przedpokoju prawdopodobnie jedno uderzenie, nieustalonym narzędziem. To było niemal przy samych drzwiach wejściowych. Niewykluczone, że próbowała uciekać, bo kolejne ślady odnotowano w następnym pomieszczeniu – tam uderzono ją po raz drugi. Gdy upadła na ziemię i straciła przytomność, on wrócił po auto.
Miał zapakować zwłoki do pojazdu i pojechać w kierunku ulicy Floriańskiej. Ale Halina mogła się jeszcze próbować wybudzić, więc zadał kolejny, trzeci cios, by upewnić się, że nie wstanie. O godzinie 22:23 monitoring zarejestrował, jak znów udaje się do swojego punktu złomu. Jego nadzwyczajna aktywność tej nocy, która przejawiała się ciągłym powracaniem do tego miejsca, w procesie działała na jego niekorzyść. Wielokrotnie wchodził tam i wychodził, przyjeżdżał samochodem, a potem rowerem – łącznie kilka razy, od północy do około szóstej rano. 5 sierpnia 2014 roku, w dniu zaginięcia Haliny G., jego telefon od godzin popołudniowych do godzin porannych następnego dnia był natomiast wyłączony. Komórka nie logowała się do żadnej stacji BTS. Policjanci uważali, że były mąż kobiety mógł wiedzieć, że telefon może go zdradzić, więc celowo go dezaktywował.Nagrania z kamer sugerowały, że zwłoki Haliny G. musiały zostać ukryte na terenie złomowiska, lecz mimo wielokrotnego przeszukania tego miejsca, ciała nie znaleziono. Ani tam, ani na pobliskich mokradłach, w rzece czy różnych okolicznych zabudowaniach. Konieczne było więc powołanie biegłych, których praca była w całym procesie nieoceniona. Prokuratura chciała uniknąć mierzenia się z argumentem, że bez ciała nie ma zbrodni, więc każda poszlaka i opinia eksperta były na wagę złota. Obrońca i Janusz G. uparcie przekonywali sąd, że nie ma dowodów na winę mężczyzny i ten powinien zostać całkowicie uniewinniony od stawianych mu zarzutów.
Sześć długich lat śledztwa bez kluczowego dowodu, czyli ciała ofiary. Ale sąd i tak wydał wyrok skazujący
Śledztwo trwało sześć długich lat, ale ostatecznie – najpierw w sądzie pierwszej instancji, a potem drugiej – uznano, że Janusz G. jest winny zabójstwa żony. Na jakiej podstawie? W Sądzie Apelacyjnym w Rzeszowie, który przypieczętował wyrok sądu z Krosna, dokładnie 22 grudnia 2020 roku, mówiono wprost, że było to trudne postępowanie, ponieważ brakowało w nim dowodu osobowego, który wskazywałby na sprawstwo Janusza G.
- Były natomiast dowody obiektywne: pośrednie, jak choćby ślady krwi w pomieszczeniach domu pokrzywdzonej, które jednoznacznie zostały potwierdzone przez biegłych, że są to jej ślady. Były też ślady krwi kobiety w samochodzie oskarżonego. Ale to nie wszystko. Zabezpieczone zostały również zapisy z monitoringu na terenie Jasła na których widać przemieszczający się w tej okolicy samochód oskarżonego. Sąd w tym przypadku zmuszony był oceniać cały łańcuch poszlak, który łączył się w pewną logiczną całość. Był to klasyczny, modelowy przykład procesu poszlakowego. Zdarzają się one bardzo rzadko - mówił w ustnym uzasadnieniu sędzia sprawozdawca Zygmunt Dudziński, cytowany przez lokalny serwis Teraz Krosno. W drugiej instancji minimalnie zmieniono opis czynu, prostując, że nie można udowodnić oskarżonemu trzeciego ciosu, zadanego ofierze, który miał nastąpić w samochodzie dostawczym. W ocenie sądu, jedyne udowodnione uderzenia to te dwa zadane w domu, na które wskazywali biegli.
Nieuregulowane po rozwodzie kwestie majątkowe byłych małżonków rzeczywiście miały być przyczynkiem do zbrodniczego czynu, którego w ocenie prokuratury dopuścił się Janusz G. Utrata choćby części tak ważnej dla mężczyzny inwestycji była dla niego nie do przyjęcia. Nawet w czasie, gdy trwało jeszcze jego małżeństwo, spędzał tam wiele czasu.- W sytuacji, gdy część tego majątku, wchodząca w skład majątku dorobkowego, miałaby przejść na jego byłą żonę, spowodowała u oskarżonego potrzebę działań. Chciał powstrzymać proces utraty tego majątku – tłumaczył sędzia Dudziński. Przeszłościowy atak nożem na żonę, który także miał miejsce w związku z walką o to miejsce, był kolejnym dowodem obciążającym Janusza G. - Ma to ważne znaczenie, bo stało się to dwa dni przed jedną z kluczowych rozpraw cywilnych między byłymi małżonkami. Jeden ze świadków zeznał przed sądem, że Janusz G. traktował ten skup złomu jak swoje królestwo – mówił z kolei sędzia Artur Lipiński, rzecznik prasowy sądu w Krośnie, gdzie zapadł pierwszy wyrok w sprawie morderstwa pielęgniarki Haliny.
- Mamy świadomość ogromnej odpowiedzialności tej decyzji, ale jesteśmy przekonani, że Janusz G. popełnił zarzucany mu czyn. Sprawę dokładnie przeanalizowaliśmy, akta znamy prawie na pamięć. Analizowaliśmy przedziały czasowe, drogi przemieszczania się oskarżonego, jego motywy oraz wszystkie okoliczności. Doszliśmy do takich samych wniosków, jak Sąd Okręgowy w Krośnie - podkreślił sędzia Zbigniew Dudziński.
Wymiar sprawiedliwości uzasadniał, że Janusz G. był wcześniej karany i ofiarą również była wówczas jego żona. Teraz złamał zakaz zbliżania się do niej, istotny przy wymierzaniu kary okazał się bezpośredni zamiar dokonania tego zabójstwa oraz motywy, jako skłoniły go do tego czynu. Podkreślono, że była to zemsta, bo kobieta wniosła sprawę o podział majątku. Zbrodnia w ocenie sądu została dokładnie zaplanowała i zrealizowana z wyrachowaniem. Nie znaleziono żadnych okoliczności łagodzących dla oskarżonego.
Tym samym Janusz G., już wyrokiem prawomocnym, został skazany na karę 25 lat więzienia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz