Następnego poranka kobieta zabrała męża do lekarza rodzinnego. Pan Mirosław był osłabiony, miał problemy z oddychaniem. Siedzieli już w poczekalni, kiedy pani Ania przypomniała sobie, że z domu nie zabrała szpitalnej karty informacyjnej. Cofnęła się po nią. Wróciła 10 minut później, jej mąż leżał pod przychodnią.
– Miał zakrwawioną buzię, oczy wpół otwarte, obok była kałuża krwi... Pielęgniarka i lekarz reanimowali go. Przyjechało pogotowie. Zaczęli podawać zastrzyki i odciągać krew z płuc, myślałam, że go uratują... - mówi zapłakana kobieta.
Niestety, pan Mirosław zmarł. Żona obwinia za jego śmierć lekarzy z SOR Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego im. J. Korczaka w Słupsku. – Nie przyjechał do nich zdrowy, tylko schorowany człowiek. Wiedzieli o tym, a pozwolili mu wyjść!
Pan Mirosław osierocił trójkę dzieci. Sytuacja rodziny jest fatalna, bo pan Mirosław był jej jedynym żywicielem. – Nie żyliśmy nigdy w bogactwie, ale radziliśmy sobie. Mirek zawsze mi mówił: nie przejmuj się, razem sobie poradzimy. A teraz, bez niego... Kto mi teraz pomoże? – pyta zapłakana pani Ania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz