2026/06/22

12-letnia Madzia ułożyła na moście napis z patyków. To ostatni ślad, jaki po niej został

 - Nic nie sprawiało jej takiej przyjemności, jak pomaganie innym ludziom - mówiła zdruzgotana pani Małgorzata, mama Magdy z Wielgowa, którą spotkała prawdziwa tragedia. W Poniedziałek Wielkanocny 12-letnia dziewczynka pojechała rowerem na przejażdżkę. Niefortunnie upadła, trącając przy tym mężczyznę. Od razu go przeprosiła, ale jemu to nie wystarczyło. Rozwścieczony ściągnął dziewczynkę z roweru, zabrał w głąb lasu, zgwałcił i zamordował. Jego sprawa ciągnęła się latami.

Historia 12-letniej Madzi z Wielgowa wstrząsnęła całą Polską. Szczególnie że tragedia dotknęła dziewczynkę tak dobrze znaną lokalnej społeczności. - Była cudowna i bardzo inteligentna. Bardzo chętnie pomagała innym. Pamiętam, jak prosiła mnie, czy może opiekować się swoim bratem. Kochała Michałka i Martynkę. Nic nie sprawiało jej takiej przyjemności, jak pomoc innym ludziom - wspominała w 2009 roku jej mama cytowana przez portal szczecin.naszemiasto.pl. Madzia pomagała też szkolnym znajomym. Była harcerką, śpiewała w chórze, najbliżsi opisują ją jako niezwykle samodzielną dziewczynkę.były święta wielkanocne 2004 roku, gdy Magda i jej siostra Martyna śpiewały w chórze w czasie mszy. W lany poniedziałek 12-letnia dziewczynka uznała, że wybierze się na przejażdżkę rowerową. Wraz z mamą ustaliły bardzo proste zasady - miała pojawić się w domu około godziny 19 i tak też się stało. Do tego nie mogła odjeżdżać zbyt daleko. Dopiero po czasie okazało się, że Magda prawdopodobnie spotykała się z grupką znajomych z sąsiedniego Załomia. Można to wywnioskować z podpisu na moście, który według pani Małgorzaty został ułożony z patyków przez Magdę. Most łączył obie miejscowości.Niewykluczone, że tamtego dnia, gdy Madzia zjawiła się w domu z pytaniem, czy może jeszcze pojeździć na rowerze, wiedziała już, że pojedzie właśnie w stronę Załomia. Niczego nieświadomi rodzice dziewczynki zgodzili się, ustalając z córką, że wróci o 20. Magda wsiadła na rower i ruszyła przed siebie.

O godzinie 19.45 poczułam straszny niepokój. Zaczęłam chodzić od okna do okna. Wiedziałam, że córka ma jeszcze trochę czasu do ustalonej godziny powrotu, ale serce matki już wtedy coś przeczuwało. Gdy tylko córka nie pojawiła się w domu o ustalonej wcześniej porze, natychmiast wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy jej szukaćwspominała pani Małgorzata.

Gdy rodzice Magdy jej nie znaleźli, w poszukiwania zaangażowali się znajomi i sąsiedzi z Wielgowa. Poinformowano także policję. Na miejscu zjawił się jednak tylko jeden radiowóz patrolujący okolicę. Dwóch funkcjonariuszy włączyło się w poszukiwania. Mijały kolejne godziny, ale dziewczynki wciąż nie udało się znaleźć. Wtedy pani Małgorzata trafiła na wspomniany napis. W nocy przywieziono na miejsce psa tropiącego, który na moście złapał trop Madzi, ale nie doprowadził policji w konkretne miejsce. 

Ciało Madzi nie zostało znalezione w miejscu zbrodni

- wspominała przez łzy mama 12-latki.

Kolejnego dnia rano do pani Małgorzaty zadzwonił sąsiad, który trafił na spodnie należące do Madzi. Rodzina ruszyła we wskazane miejsce. Jak opisuje portal crime.com.pl, nagle rozległ się przeraźliwy krzyk. Był to głos pana Krzysztofa, ojca Madzi. Pani Małgorzata natychmiast ruszyła za głosem męża. 

Wystawał tylko czubek głowy, czoło i lewe ramię. Reszta ciała była całkowicie zakryta. Miejscem zbrodni był fragment lasu, w którym znaleziono spodnie. Czyli około 250-300 metrów dalejpowiedziała pani Małgorzata.

Śledztwo ciągnęło się latami. Dopiero po czterech latach znaleziono zabójcę Madzi

Gdy znaleziono ciało Madzi w 2004 roku, udało się pobrać odcisk palca z jej ramienia. Biegli nie mogli jednak dotrzeć do jego właściciela. Dopiero po czterech latach pracownikom Zakładu Medycyny Sądowej w Szczecinie udało się pobrać materiał DNA, który był dla tej sprawy kluczowy. Okazało się, że należy on do męskiej linii rodu S. z Wielgowa. W ten sposób funkcjonariusze dotarli do Mariusza S., który nie miał alibi, a do tego był znany policji z innych przestępstw. W chwili zatrzymania Mariusz S. przyznał się do winy.

Mężczyzna opowiedział funkcjonariuszom, jak trafił na dziewczynkę w 2004 roku. Przyznał, że potrąciła go rowerem i przeprosiła. Wtedy właśnie ściągnął ją z roweru i zaciągnął do lasu, gdzie popełnił druzgocącą zbrodnię. Biegli ustalili, że dziewczynka przed zabójstwem została zgwałcona. Interesuje nas tylko i wyłącznie dożywocie. Wszyscy byśmy chcieli, by proces skończył się jak najprędzej. Najważniejsze jednak, że ten mężczyzna jest już odizolowany od społeczeństwa. Nikogo więcej nie skrzywdzi. Zdążył jednak zabrać mi wnuczkę i powinien za to odpowiedzieć. Powinien do końca życia męczyć się w więzieniu - mówiła w 2009 roku babcia Magdy w rozmowie z portalem szczecin.naszemiasto.pl.Pierwszy proces Mariusza S. ruszył w kwietniu 2009 roku. W międzyczasie mężczyzna zmieniał zeznania. Winę starał się zrzucić na swojego ojca. Obarczał też winą policjantów.

 Zostałem zmuszony, aby się pogrążyć

- mówił w 2013 roku,o czym informował Onet.

W czasie rozprawy przesłuchano 20 świadków. Za dowód w sprawie uznano m.in. zeznania Mariusza S., które złożył w dniu zatrzymania oraz materiał DNA, który znaleziono na ciele nieżyjącej dziewczynki. Sąd Okręgowy w Szczecinie skazał go na dożywocie. Oskarżony wraz z adwokatem złożyli apelację, ale w listopadzie 2011 roku Sąd Apelacyjny w Szczecinie utrzymał decyzję poprzedniej instancji .Mariusz S. nie zgadzał się z wyrokiem. Zwrócił się więc z kasacją do Sądu Najwyższego. Sędziowie rozpatrzyli jego wniosek w 2012 roku i dopatrzyli się nieprawidłowości. Sprawę wycofano do Sądu Okręgowego w związku z naruszeniem prawa do obrony oraz przepisów Kodeksu postępowania karnego - informował Onet.   

Mec. Jan Widacki, znany adwokat z Krakowa, który podjął się obrony Mariusza S., oraz mec. Maciej Krzyżanowski przekonywali, że w tej sprawie jest zbyt wiele wątpliwości. Sąd ich nie miał wątpliwości i mimo próby obalenia oskarżenia uznał Mariusza S. za winnego popełnionego czynu, ponownie skazując go na dożywocie.

Najistotniejszym dowodem są wyjaśnienia pana oskarżonego, a nie opinia genetyczna. Wyobraźmy sobie hipotetyczną sytuację, że nie mamy tej opinii genetycznej. Wtedy pewnie też stanąłby on przed sądem

- powiedział sędzia Dariusz Ścisłowski, którego słowa cytuje Radio Szczecin. Myślę, że teraz to już rozwadnianie, a największe prawa w całej sprawie ma oskarżony. Nasza córka nie miała prawa do obrony, nie miała prawa do życia. On ma prawo zmieniać swoje zeznania siedem razy. A on mi ją tak zdmuchnął. Gdybyśmy żyli w innej rzeczywistości, domagałabym się kary śmierci - mówiła matka Madzi. Mariusz S. chciał ponownie dowieść, że wyrok SO w Szczecinie powinien zostać zmieniony. Znów zderzył się ze ścianą. 

Sąd Apelacyjny w Szczecinie utrzymując w mocy wyrok, zaaprobował karę dożywotniego pozbawienia wolności wymierzoną przez Sąd Okręgowy w Szczecinie oskarżonemu Mariuszowi S., jako jedyną adekwatną do stopnia społecznej szkodliwości czynu i winy oskarżonego-czytamy w wyroku sądu z 2014 roku.

Sprawa raz jeszcze dotarła do SN, ale tym razem 13 maja 2015 roku oddalono apelację obrońców - przekazała telewizja TVP Szczecin. Radio Plus podało z kolei, że S. próbował jeszcze innej drogi wywalczenia niższego wyroku i zgłosił się do Europejskiego Trybunały Praw Człowieka.  

Postawili Magdzie "przepiękny pomnik". "Nie można o tym zapomnieć"

Jak podaje szczecin.naszemiasto.pl, pani Małgorzata wyprowadziła się z Wielgowa. W miejscowości zostali za to dziadkowie Madzi i jej ciocia z rodziną.

Rodzice postawili Madzi przepiękny pomnik, długo go wybierali. Przedstawia duże, pęknięte serce. Symbolizuje to, co wszyscy czujemy. Jest również książka, bo Madzia kochała czytać. I wreszcie widnieje napis, że została zamordowana. Nie można o tym zapomnieć powiedziala babcia Madzi .

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz