2026/09/30

13-latek planował rzeź w szkole. Sąd zdecydował, gdzie trafi chłopiec

 


Sąd zdecydował o umieszczeniu 13-latka, który według policji planował atak w szkole, w młodzieżowym ośrodku wychowawczym.Decyzję w sprawie 13-latka, który jest podejrzany o chęć dokonania zamachu na własną szkołę, we wtorek podjął Wydział Rodzinny i Nieletnich Sądu Rejonowego w Wąbrzeźnie. Dzień wcześniej policjanci rozmawiali z nastolatkiem w obecności jego ojca. Według rzeczniczki kujawsko-pomorskiej policji, mł. insp. Moniki Chlebicz, chłopiec potwierdził, że planował atak w szkole, do której uczęszcza.

Nieudany zamach. Co 13-latek powiedział policjantom o planowanym ataku?

— Nie zaprzeczał żadnym informacjom, które zostały przekazane policjantom— powiedziała Chlebicz.

Dodała, że według relacji chłopca zamierzał on zaatakować przypadkowe osoby. Nastolatek przyznał też, że podczas wakacji uśmiercił kilka kotów.Do interwencji doszło, zanim 13-latek dotarł do szkoły. W nocy z niedzieli na poniedziałek policjanci z Wąbrzeźna otrzymali z Biura Międzynarodowej Współpracy Policji Komendy Głównej Policji informację o planowanym ataku. Zgłoszenie dotyczyło również zabicia zwierząt.

Bagnet w szkolnym plecaku. Policjanci weszli do domu o świcie

W poniedziałek około godz. 6 funkcjonariusze weszli do domu chłopca. W jego plecaku szkolnym znaleźli bagnet, a w mieszkaniu tasak. Policja przekazała sprawę sądowi rodzinnemu, który we wtorek zdecydował o umieszczeniu nastolatka w młodzieżowym ośrodku wychowawczym.

Gmina Książki, w której mieszka 13-latek, poinformowała, że monitoruje sytuację i współpracuje ze służbami. Zapewniła też pomoc osobom, które mogą jej potrzebować po zdarzeniu.Według komunikatu władz, które odpowiadają za wsparcie otrzymali zarówno uczniowie, jak i rodzice. Samorząd zapowiedział dalsze działania mające zapewnić dzieciom poczucie bezpieczeństwa.

Kaczyński, Bąkiewicz i Szafarowicz przed Trybunałem Konstytucyjnym. Skąd ta mobilizacja?

 

Spór o Trybunał Konstytucyjny trwa, a przed siedzibą instytucji wciąż koczują zwolennicy PiS i Bogdana Święczkowskiego. We wtorek protestujących osobiście mobilizował sam Jarosław Kaczyński.

Spór o TK. Jarosław Kaczyński przemówił do protestujących

We wtorek 29 września przed siedzibą TK pojawił się prezes PiS Jarosław Kaczyński, który ostrzegał przed nadchodzącym przełomem i zdecydowanymi posunięciami rządzących. – Przyszedłem tutaj, bo kończy się wrzesień, bo była ta zapowiedź, że we wrześniu muszą wejść i w związku z tym doszedłem do wniosku, że moim obowiązkiem jest tutaj być w tym momencie – tłumaczył.

– Patrzę na Trybunał, jest ciemno, to znaczy, że tam nikogo w tej chwili nie ma – stwierdzał jednak Kaczyński, tracąc pewność co do swoich przewidywań. Wzywał jednak kolejne osoby do stawienia się przed Trybunałem i protestowania przeciwko zmianom, polegającym głównie na wymianie sędziów, wynikającą z końcem kadencji poprzedników. Chodzi o to, żeby opór miał charakter społeczny, żeby było jak najwięcej osób, jak najwięcej parlamentarzystów – mówił. Zaznaczał, że wariant siłowy może zostać wprowadzony w życie w najbliższym czasie, ponieważ rządzący „zrobili tydzień wolny od posiedzenia”.

– Normalnie byłby w tym tygodniu Sejm, czyli byliby posłowie blisko tutaj, kilkaset metrów stąd. A teraz ich nie ma. Ogromna większość nie mieszka w Warszawie – zauważał.

Klincz w TK. Rozwiązanie jest blisko?

O rychłym rozwiązaniu paraliżu w TK mówił w ostatni czwartek minister sprawiedliwości Waldemar Żurek. – W perspektywie kilku tygodni rozpocznie się „odbudowa” w Trybunale Konstytucyjnym – zapowiadał. – Wejdą sędziowie, którzy są uprawnieni, wszyscy wybrani przez Sejm – przypominał. Dopytywany o ewentualną asystę policji, zrzucał odpowiedzialność na zachowanie prezesa TK Bogdana Święczkowskiego, który nie dopuszcza nowych sędziów do orzekania.Na wtorkowym wiecu przed TK pojawił się też popularny przedstawiciel młodzieżówki PiS Oskar Szafarowicz. – Nie mamy moralnego prawa zdezerterować. Nam zdezerterować nie wolno, bo patrzą na nas ci Polacy, którzy tworzyli tę cywilizację przez 1050 lat. Musimy obronić tę cywilizację. Zwyciężymy – zapowiadał, ściskając w rękach drewniany krzyż.

Do zgromadzonych w mocnych słowach przemawiał też Robert Bąkiewicz. – Was będą wieszali na tych samych szubienicach, na których będą wieszać tych, którzy tutaj stoją – oznajmił, zwracając się do wyborców Konfederacji. Dodał, że to przenośnia, której liberałowie jednak nie zrozumieją. – To, co robimy tutaj, żeby bronić naszego prawa do samodecydowania o sobie, jest czymś więcej. My walczymy, żeby bronić niepodległości, którą chcą nam odebrać – grzmiał.

Policja zatrzymała zastępcę prokuratora okręgowego. Kompletnie pijany jechał autostradą?

 

Policja zatrzymała zastępcę prokuratura okręgowego z Opola. Jak donosi RMF FM, miał on prowadzić samochód pod wpływem alkoholu.Podejrzenie natrafienia na pijanego kierowcę zgłosił jeden z kierowców na autostradzie A4 na Podkarpaciu. Do interwencji wysłano policjantów z Przeworska, którym udało się zatrzymać osobową Kię.

Pijany prokurator na autostradzie

53-letni kierowca pojazdu miał być całkowicie pijany. Z badania wynikało, że miał blisko 3 promile alkoholu we krwi.

Już podczas kontroli pojazdu mężczyzna oznajmił, że jest prokuratorem. Okazało się, że to zastępca prokuratora okręgowego z Opola. Kierowca trafił do policyjnej izby zatrzymań. O zdarzeniu został poinformowany jego przełożony.Śledztwo w tej sprawie wszczęła Prokuratura Okręgowa w Przemyślu. Jak jednak informuje RMF FM, postępowanie ma przejąć Wydział Spraw Wewnętrznych Prokuratury Krajowej.


 


2026/09/29

 

Mateusz zabił rodziców, bo "ględzili mu" o pracę i studia. Makabry dokonał na oczach młodszego rodzeństwa

 24-letni Mateusz G. rzucił studia i nie miał pracy. Jego mama oraz tata naciskali, by znalazł sobie zajęcie, mieli narzekać, że nie chce się uczyć. Podczas jednej z takich rodzinnych kłótni chłopak chwycił za nóż i w brutalny sposób zamordował rodziców. Zrobił to na oczach młodszego rodzeństwa, które nie mogło zrobić nic, by uratować rodziców. Pani Monika i pan Krzysztof zginęli na miejscu, wykrwawili się. Ale Mateusz nigdy nie trafił do więzienia.

To była jedna z najbardziej wstrząsających zbrodni ostatnich lat, o której długo mówiło się w polskich mediach. 17 października 2017 roku, w warszawskiej Falenicy, Mateusz G. rzucił się na własnych rodziców podczas rodzinnej kłótni. Wszyscy mieszkali na zamkniętym osiedlu domków jednorodzinnych na południu miasta. Dramat rozegrał się przy ulicy Walcowniczej. 24-letni chłopak, który stracił panowanie nad sobą, chwycił za nóż i na oczach swojego młodszego rodzeństwa dosłownie zaszlachtował mamę oraz tatę. Pani Monika i pan Krzysztof nie mieli żadnych szans, zginęli na miejscu. Po prostu się wykrwawili. Późniejsza ekspertyza wykazała, że każda z ofiar otrzymała wiele ran kłutych. Śledczy zabezpieczyli zarówno ślady zbrodni, jak i narzędzia, które posłużyły Mateuszowi do jej wykonania: konkretnie ostre jak brzytwa noże.

Mateusz G. zawsze był "odludkiem". Chodził ze spuszczoną głową, ignorował sąsiadów

Dlaczego jednak doszło do tej tragedii? To pytanie zadawało sobie wielu mieszkańców. Sąsiedzi w rozmowach z dziennikarzami „Super Expressu” relacjonowali, że 24-latek to był cichy, zamknięty w sobie chłopak. Mateusz G. zawsze chodził ze spuszczoną głową, z nikim się na osiedlu nie witał, nawet zwykłe „dzień dobry” nie przechodziło mu przez zęby. Na co dzień wyglądał tak, jakby ciągle chodził zły na cały świat. Był oderwany od rodziny, która od lat miała dobrą opinię. Uchodzili za wzorową rodzinę. Ojciec, pan Krzysztof, był inżynierem konstruktorem budowlanym, a matka, pani Monika, pedagogiem w szkole podstawowej. Mateusz G. był natomiast studentem, który podobno bardzo dobrze się uczył, ale kilka lat przed tragedią mocno opuścił się w nauce. To wtedy rodzice mieli robić mu wykłady – wspomina na łamach „Super Expressu” dziennikarz Piotr Lis. To właśnie presja, którą 24-latek miał czuć ze strony bliskich, miała przyczynić się do tego, że stracił nad sobą panowanie. Media podawały nieoficjalnie, że tuż po zbrodni, w czasie przesłuchania, podejrzany powiedział policjantom, że wpadł w szał, bo nie mógł już wytrzymać pretensji o to, że nic w życiu nie osiągnął. Tylko czy coś takiego może być usprawiedliwieniem dla brutalnego zabójstwa? Mateusz G. był przecież dorosły, mógł się wyprowadzić, zacząć życie na własną rękę. Zamiast tego, przebywał na garnuszku rodziców, a kiedy ci oczekiwali od niego pracy nad sobą, postanowił ich zabić. Niewyobrażalne okrucieństwo.

Reporterzy, którzy w 2017 roku pracowali nad sobą, ustalili że kilka lat wcześniej 24-latek rzucił studia i krótko pracował w sieci fast foodów. Potem znów był bezrobotny. Kiedy zwrócił mu na to uwagę ojciec, dźgnął go nożem sześć razy. Matka zginęła, gdy próbowała stanąć w obronie męża i powstrzymać furię syna. Jak już wiemy, nie udało jej się to.Mateusz G. nie próbował uciekać, został zatrzymany przez policjantów na miejscu zdarzenia. Od razu przebadano go pod kątem zawartości alkoholu w wydychanym powietrzu, ale wynik badania był negatywny: młody mężczyzna był trzeźwy. Pytany przez funkcjonariuszy o to, co się stało, i czemu dopuścił się tak makabrycznego czynu, milczał. Ostatecznie odmówił składania wyjaśnień i nie przyznał się do winy. Zaskakująca była jednocześnie reakcja jego rodzeństwa, która również odmówiła odpowiedzi na zadawane pytania. Jako najbliższa rodzina głównego podejrzanego, mieli do tego prawo. Taka decyzja w tych okolicznościach podsycała jednak plotki w okolicy.

Bardzo spokojny, wręcz niepokojąco. Prokuratura od początku przyglądała się Mateuszowi

Śledczy zwrócili uwagę na to, że zachowanie Mateusza G. było zupełnie nieadekwatne do sytuacji. Podczas przesłuchania był bardzo spokojny, jakby nic się nie stało. – A przecież zginęli jego rodzice – dziwił się prokurator. W międzyczasie „Gazeta Wyborcza” opisywała na swoich łamach kulisy całego zdarzenia. Z jej relacji wynikało, że sąsiedzi widzieli, jak z domu po tragedii wychodzi córka zamordowanego małżeństwa – cała we krwi, bo próbowała ratować umierającą matkę. W środku był też ich nieletni brat. Okoliczni mieszkańcy słyszeli krzyki w domu, potem zobaczyli policyjne koguty. – Mateusz szedł tak, jakby wychodził na spacer. Patrzył tylko pod nogi – oceniali sąsiedzi w „Wyborczej”, opisując moment wyprowadzenia 24-latka z domu przez policję. Podczas przesłuchania zachowywał się spokojnie i nie wykazywał emocji. Z uwagi na grożącą mu wysoką karę i zagrożenie matactwa prokurator skierował do sądu wniosek o trzymiesięczny areszt dla oskarżonego – przekazywał prokurator Marcin Saduś. W sprawie przesłuchano również świadków, którzy byli na miejscu zdarzenia, oraz tych, którzy zjawili się przed domem, zaciekawieni całym zamieszaniem. Prokuratura na tamten moment nie chciała jednak ujawniać treści ich zeznań, z uwagi na dobro prowadzonego postępowania. Niemożliwe było też przeprowadzenie wizji lokalnej, ponieważ oskarżony nie chciał współpracować ze służbami.Z uwagi na zachowanie Mateusza G., bardzo szybko pojawiło się podejrzenie, że młody mężczyzna może mieć problemy natury psychicznej. Skierowano go więc do specjalistycznego zakładu na obserwację, która trwała przez kilka tygodni. W maju 2018 roku biegli wydali opinię, zgodnie z którą 24-latek był w chwili zabójstwa całkowicie niepoczytalny. Wskazano, że nie był zdolny do rozpoznania znaczenia swoich czynów, ani do pokierowana swoim postępowaniem. Biegli rozpoznali u niego skomplikowane zaburzenia psychiczne – wyliczał prokurator Marcin Saduś. Śledczy nie chcieli zdradzić szczegółów, lecz „Gazeta Wyborcza” podawała nieoficjalnie, że chodziło między innymi o urojenia. Jednocześnie specjaliści ocenili, że mężczyzna jest osobą o wysokim ilorazie inteligencji oraz że zachodzi wysokie prawdopodobieństwo popełnienia podobnych bądź takich samych czynów w przyszłości. Należało więc zrobić wszystko, by odizolować Mateusza G. od społeczeństwa, ale nie poprzez skazanie go na karę więzienia, a wysłanie na przymusowe leczenie do zakładu psychiatrycznego. Prokuratura natychmiast wniosła do sądu o umorzenie postępowania i zastosowanie środka zabezpieczającego w postaci umieszczenia Mateusza G. w zamkniętym ośrodku. – Wnioskowaliśmy do sądu o zastosowanie wobec podejrzanego środków o charakterze izolacyjnym z uwagi na wysoką szkodliwość czynów, których dopuścił się podejrzany – uzasadniali przedstawiciele prokuratury. To wszystko ku niezadowoleniu opinii publicznej, która domagała się procesu karnego wobec agresora. – Nikomu nie przyszłoby do głowy, że coś takiego może się w tej rodzinie wydarzyć – mówili mieszkańcy Falenicy w rozmowie z „Super Expressem”.

Ostateczna decyzja w sprawie Mateusza. "Życia pani Monice i panu Krzysztofowi nic już nie wróci"

W tej sprawie rozważano jeszcze zlecenie wykonania drugiej opinii ekspertów, którzy przyjrzeliby się Mateuszowi i ocenili jego stan psychiczny. W przypadku sprawców najcięższych zbrodni robi się to dosyć często. Tak było chociażby w głośnej sprawie Kajetana Poznańskiego. Ale prokuratura finalnie uznała, że tutaj nie będzie to konieczne. Nie dopatrzono się bowiem nieścisłości czy wewnętrznych sprzeczności w pierwotnej opinii i uznano ją za wystarczającą. W praktyce oznaczało to zamknięcie śledztwa, ponieważ dokument stwierdzający niepoczytalność podejrzanego odbiera służbom możliwość postawienia go przed sądem. Osoba, która nie była świadoma tego, co robi, nie może zostać skazana na karę więzienia. W innym razie za brutalne zabójstwo 24-latkowi groziłaby kara dożywotniego pozbawienia wolności.Życia pani Monice i panu Krzysztofowi nikt już nie wróci. Nikt nie uchroni też przed traumą ich dzieci, które widziały, jak rodzice umierają z rąk swojego syna, a ich brata – w niezwykle brutalny sposób. Mateusz G., już ostatecznie, trafił natomiast do zamkniętego zakładu psychiatrycznego.


NA WESOLO

 





  ZABIŁA 8-LETNIEGO SYNA. SĄD ZŁAGODZIŁ JEJ KARĘ.

Zapadł prawomocny wyrok w sprawie śmierci 8-letniego Oskara z Chałupek Dębniańskich na Podkarpaciu.
Do tragedii doszło 10 lipca 2024 roku. Tego ranka Dorota G. była w domu sama ze swoim synem.
Niedługo później zadzwoniła po pomoc, informując, że chłopiec nie oddycha. Podjęto próbę reanimacji, jednak życia dziecka nie udało się uratować.
Śledztwo wykazało, że nie był to nieszczęśliwy wypadek.
Według ustaleń sądu Dorota G. doprowadziła do śmierci własnego syna, dociskając koc do jego twarzy i odcinając mu dopływ powietrza.
Prokuratura twierdziła również, że wcześniej kobieta podała dziecku substancję zawierającą atropinę. Sąd uznał jednak, że nie ma wystarczających dowodów, aby przypisać jej podanie tej substancji.
W listopadzie 2025 roku Sąd Okręgowy w Rzeszowie skazał Dorotę G. na 25 lat pozbawienia wolności.
Od wyroku odwołały się zarówno prokuratura, jak i obrona.
Teraz zapadła ostateczna decyzja.
Sąd Apelacyjny w Rzeszowie utrzymał ustalenie, że Dorota G. jest winna zabójstwa syna, ale obniżył jej karę z 25 do 20 lat więzienia.
Dlaczego?
Sąd wskazał między innymi, że 25-letnia kara była zbyt surowa. Wzięto pod uwagę okoliczności łagodzące, w tym późniejszą próbę ratowania dziecka, wezwanie pogotowia i wyrażoną skruchę.
Według ustaleń przedstawionych przez sąd zabójstwo miało być działaniem pod wpływem impulsu.
Jednocześnie utrzymano wobec Doroty G. dożywotni zakaz wykonywania zawodów i działalności związanych między innymi z wychowaniem, edukacją, leczeniem oraz opieką nad dziećmi.
Wyrok jest prawomocny. Dorota G. ma spędzić w więzieniu 20 lat