Szpital w Świdnicy prowadzi wewnętrzne wyjaśnienia po śmierci 29-letniego Kacpra Buckiego. Rodzina pacjenta zarzuca placówce m.in. próbę odesłania go do domu w stanie bez kontaktu, brak dializy i nieprzekazanie dokumentów z początkowego etapu pobytu.
Placówka przekazała, że w sprawie hospitalizacji Kacpra Buckiego trwa postępowanie wyjaśniające. Ma ono obejmować okoliczności pobytu pacjenta w szpitalu oraz analizę procesu diagnostyczno-terapeutycznego pod kątem standardów i aktualnej wiedzy medycznej. Dyrekcja deklaruje, że jeśli pojawią się nieprawidłowości, podejmie działania przewidziane w przepisach prawa lub w umowach z lekarzami.Według dokumentu po zgonie, który ojciec otrzymał niemal od razu, 29-latek trafił na oddział intensywnej terapii w stanie niewydolności wielonarządowej po dwukrotnym zatrzymaniu krążenia. Opis wskazuje też obciążenia chorobowe, m.in. niewydolność nerek w fazie dializoterapii. Kacper nie odzyskał przytomności i zmarł w sobotę, 5 września o godz. 16.30.Sylwester Bucki, ojciec pacjenta, relacjonuje, że w czwartek rano pojechał do świdnickiego szpitala, aby dowiedzieć się, co dzieje się z synem. Jak mówi, na SOR-ze pielęgniarka przekazała mu rzeczy Kacpra, pytając, czy je zabiera, czy mają trafić do depozytu. Dopiero wtedy miał usłyszeć, że syn przebywa na oddziale intensywnej terapii, a lekarka była zaskoczona, że rodzina wcześniej nie dostała informacji o stanie zagrożenia życia.Kacper chorował na cukrzycę typu 1 od dzieciństwa. Z czasem, z powodu choroby matki, opiekę nad nim przejął ojciec. W późniejszym czasie u pacjenta pojawiły się ciężkie powikłania, w tym niewydolność nerek. Przez dwa lata wymagał dializ trzy razy w tygodniu, ale bliscy podkreślają, że mimo choroby starał się pozostawać aktywny na miarę swoich możliwości: majsterkował, chciał uczyć się gry na gitarze i pozostawał świadomy.Początek dramatu
Rodzina opisuje, że dramat zaczął się po powrocie z dializy w poniedziałek, 31 sierpnia. Wieczorem Kacper miał silnie wymiotować, a rano o godz. 8.30 dostał drgawek. Nie reagował na próby kontaktu i miał problemy z mówieniem. Ojciec, widząc, co się dzieje, wezwał pogotowie. Ratownicy zabrali 29-latka do szpitala w Świdnicy, a pan Sylwester wiązał jego stan ze spadkiem cukru.Bliscy twierdzą, że ojciec dostał telefoniczną informację o wypisie Kacpra i jego powrocie ambulansem do domu. Ponieważ pan Bucki był w pracy, poprosił drugiego syna, Damiana, aby czekał pod domem. Rodzina nagrała przyjazd ambulansu; według jej relacji Kacper leżał nieprzytomny, w samym pampersie i pod folią termiczną, a wobec sprzeciwu bliskich karetka zawiozła go z powrotem na szpitalny oddział ratunkowy (SOR) w Świdnicy.
Następnego dnia ojciec i szwagierka Kacpra, Anna, pojechali do szpitala. Według ich relacji 29-latek leżał na sali obserwacyjnej bez ubrania i przykrycia, i dopiero ojciec przyniósł mu dres, bieliznę oraz skarpetki. Bliscy mówią też, że lekarz miał informować o wypisie do domu, grozić skierowaniem pacjenta do szpitala psychiatrycznego jako osoby bezdomnej oraz zawiadomieniem policji i opieki społecznej.
Rodzina wskazuje, że nie dostała karty wypisowej ani dokumentów obejmujących wtorek i środę. Anna relacjonuje, że wpisy w papierach z oddziału intensywnej terapii zaczynają się dopiero od czwartku, 3 września. Sylwester Bucki mówił 22 września, że już 2 września prosił o pokazanie wypisu, ale nadal go nie otrzymał.
Zamiast na dializę, trafił na oddział psychiatryczny
Środa, 2 września, była dniem zaplanowanej dializy Kacpra. Ojciec rano zadzwonił do stacji dializ przy szpitalu im. Sokołowskiego w Wałbrzychu, bo syn przebywał na SOR-ze w Świdnicy i rodzina zakładała, że opiekę zapewni mu tamtejsza placówka. Gdy okazało się, że do dializy nie doszło, Sylwester Bucki ponownie kontaktował się z Wałbrzychem, a lekarz miał powiedzieć, że pacjenta można przywieźć i wykonać zabieg bez problemu.
Zamiast na dializę Kacper został skierowany transportem medycznym na konsultację psychiatryczną do Wałbrzycha. Ojciec relacjonuje, że syn został przywieziony tam o godz. 15.30, był przypięty pasami do noszy, rozebrany i skarżył się na ból. Według Sylwestra Buckiego psychiatra nie znalazł podstaw do przyjęcia na oddział psychiatryczny, wskazał na ciężki stan somatyczny pacjenta i nakazał przewiezienie go z powrotem do Świdnicy. Mnie tak boli serce. Ja wiedziałem, że Kacper kiedyś umrze na tę chorobę, ale nie w takich męczarniach. Wozili go jak wariata jakiegoś, zamiast go na dializę wziąć. Ciągle słyszę: "tato, tato, boli" mówi pan Sylwester, cytowany przez serwis swidnica24.pl.
Dyrektor SP ZOZ powołał się na tajemnicę medyczną
Według informacji przekazanych przez serwis, Grzegorz Kloc, dyrektor SP ZOZ, nie odpowiedział na pytania dotyczące podstaw decyzji wypisowych, braku konsultacji nefrologicznej, niewykonania dializy, skierowania do szpitala psychiatrycznego, dokumentacji z SOR-u, stosowania przymusu bezpośredniego oraz braku nocnego telefonu do ojca.Dyrektor wskazał na przepisy o ochronie prywatności, poufności i tajemnicy medycznej, które obowiązują także po śmierci pacjenta. Podkreślił też, że status dziennikarza nie daje podstaw do ujawniania informacji o leczeniu konkretnej osoby, nawet jeśli publikowane informacje mogłyby wymagać sprostowania lub uzupełnienia.Szpital odniósł się również do zarzutu braku zawiadomienia rodziny w chwili pogorszenia stanu 29-latka. Dyrekcja wskazała, że w realiach pracy SOR-u obowiązek informowania bliskich musi ustąpić działaniom ratującym życie, diagnostyce, leczeniu i przekazaniu pacjenta do jednostki zapewniającej wyższy poziom opieki. Grzegorz Kloc odpowiedział jedynie na pytanie o brak wypisu z SOR-u z 1 i 2 września, wyjaśniając, że lekarze pracują dyżurowo, przygotowanie dokumentu wymagało czasu, a dokumenty miały zostać przekazane w piątek, o czym ojciec pacjenta został poinformowany.
"Opowiem prokuratorowi wszystko"
Sylwester Bucki zwrócił się o pomoc do działającego w szpitalu rzecznika praw pacjenta. Ojciec Kacpra mówi, że zanim doczekał się wyjaśnień, dowiedział się o zawiadomieniu złożonym przez obsługę ambulansu w sprawie znieważenia podczas próby dostarczenia 29-latka do domu 1 września.— Ja całe życie pracowałem dorywczo, nie znam się na prawie, nawet nie wiem, jak to napisać, ale ja to opowiem, opowiem prokuratorowi wszystko, co się wydarzyło i żeby może jakiś inny Kacperek przez to został uratowany od cierpienia — odpowiada Sylwester Bucki, zapytany, czy zamierza zawiadomić prokuraturę. Nie wiem co sie dzieje w polskich szpitalach . Ten przypadek nie jest odosobniony . Ciagle sie slyszy o zaniedbaniach . I nie wiem z czego to wynika . Czy ze zlej organizacji , czy z powodu za malej liczby lekarzy , czy moze z powodu ich przemeczenia .Z czego by nie wynikalo trzeba cos z tym zrobic bo za duzo ludzi z tego powodu umiera .GB
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz