2018/05/14

HORROR

                                                                                                                                                             Karne odsetkiTop

Krystian Kochanowski
Mateusz Lewartowski

„(…) pośle aniołów swoich: (…) Kto ma uszy, niechaj słucha.” 
– Co to ma znaczyć? Gdzie jestem? Może to halucynacje? – schludnego 50 – latka otaczała bajkowa aura. Słońce. Rozłożyste palmy. Lekka bryza znad morza i żar tropiku. W momencie poczuł się słabo. Opadł z sił. Obraz zaczął się zacierać. Wszystko zostało powłóczone nieprzepastną mgłą. Traci przytomność.
Mgła przerzedza się. Inne miejsce, nie przypominające poprzedniego – ziemia zmieszana
ze ściekami. Coś na kształt ciemnoszarego stepu, poprzecinanego bagienną mazią. Gdzieniegdzie leżą porozrzucane fragmenty rozmaitych przedmiotów, kawałki krzeseł, mebli, narzędzi. Niebo spowijają granatowe, ciężkie chmury zawieszone nieruchomo w przestrzeni. Cisza, bez wiatru, pomimo to nie jest duszno. Pośrodku tego niegościnnego, marsowego krajobrazu leży znany nam już mężczyzna. Ma szybki i płytki oddech, twarz wykrzywiają mu grymasy, postękuje. Śpi, a może trwa w stanie odrętwienia?
Wtem gdzieś z daleka daje się słyszeć przeciągły odgłos. Przypomina ludzki. Trwa przez chwilę, na tyle długo, że mężczyzna wybudza się. 
– Moja głowa. Uff! Gdzie jestem? Co tym razem?
Rozgląda się badawczo, przeciera oczy. Poprawia marynarkę i kołnierz koszuli. Patrzy na zegarek, ale zauważa brak wskazówek:
– To chyba jakiś żart. O co w tym wszystkim chodzi? Co to za miejsce? 
Widoczność jest bardzo słaba, odwraca się i spostrzega bramę. Podchodzi do niej. 
Jest słusznej postury, masywna, szeroka, ze stalowymi odrzwiami. Klamki są związane
i opieczętowane. Widnieje na niej napis w nieznanym mu alfabecie, jednak po chwili nie wiadomo skąd dowiaduje się, co znaczą wyryte symbole:
„Królestwo tego świata”. Napis, początkowo słabo widoczny, po przeczytaniu począł mienić się złotą barwą.
Próbuje otworzyć. Bez skutku. W szparach widzi jasne światło. Irytuje się.
– No bez jaj! Jak się dowiem kto to, ten wyleci nieodwołalnie!
Ruch powietrza, widoczność zdaje się poprawiać. Dostrzega otaczający go bezmiar pustkowia. Dookoła rozpostarły się dziwne kształty, w których nie rozpoznaje niczego bliskiego.
Rozpoczyna wędrówkę, co rusz potyka się o wystające z ziemi sprzęty. Ziemia zmieszana
z brudnym piaskiem ogranicza swobodę ruchów i prędkość. Pomimo tego idzie naprzód, pozostawiając za sobą zamkniętą bramę. 
– Co to ma znaczyć? To jakiś dowcip? – wykrzyknął, obracając się dookoła i wymachując energicznie rękoma. Przeszukuje kieszenie, znajduje portfel i szwajcarski scyzoryk. Próbuje wyciągnąć banknoty, dokumenty i karty kredytowe. Za każdym razem, w kilka sekund
po dotknięciu, każdy z dokumentów i środków płatniczych rozpada się, resztki popieleją.
– Do diabła z tym!
W tym momencie czuje jak serce zaczyna bić jak szalone, a włosy staja dęba. Oblewa go poczucie dławiącego lęku. Dygocze. Pułap chmur obniża się, zaciskając duszącą pułapkę.
Obraz zaczyna drgać i falować, następują zmiany oświetlenia, kształtów i elementów krajobrazu. Miejsce szarego pustkowia zajmuje widok małego miasteczka, przeciętego asfaltową drogą, z domami, zielenią. Dzień jest pochmurny z mżawką. Przez ułamki sekund obrazy wzajemnie na siebie nachodzą, po czym ustala się obraz miasteczka. 
– A jednak, to musiał być zły sen.
Rozgląda się. Ze względu na aurę, okolica jest wyludniona. Odwraca się. Wtem brama się materializuje. Ta brama. Jest przerażony. Niepokój podsycany niepewnością zamienia się 
w panikę.
– Boże, czy to się wreszcie skończy?
Wszelkie odgłosy cichną. Cisza z każdą sekundą odbiera mu nadzieję. 
Pejzaż znowu zaczyna falować i drgać, powracając ostatecznie do niegościnnego odludzia.
Trapią go sprzeczne odczucia. Czuje się zagubiony. W akcie desperacji sięga po scyzoryk, którym przecina sobie żyły na lewej ręce w okolicy nadgarstka.
– Au! – wyje z bólu, bo boli okropnie. 
Krew, a w zasadzie to, co krążyło w żyłach, ma barwę smoły. Po kilku minutach
ze zdumieniem stwierdza, że rana zasklepia się bez śladu, bez blizny.
– Jak to możliwe? – niepokoi się.
Co jakiś czas przeszywa go podmuch mroźnego powietrza. Kroczy. Teren przeorany jest wzniesieniami, niektóre są wysokie na kilkaset metrów, o ostrych wierzchołkach, stromych zboczach. Istne pustkowie w świecie mroku.
Czas płynie, ale nie sposób odczuć jego upływu. Trzydniowy zarost zdaje się nie rosnąć. 
Nie czuje zmęczenia. Może minęło kilka godzin, może kilka dni.
Coraz mocniej zaczyna doskwierać mu samotność, z drugiej strony ma wrażenie, że nie jest sam.
– Nie jest dobrze, chyba oszalałem. Muszę znaleźć wyjście. (…)
Co się wydarzyło? Myśl, myśl, muszę sobie przypomnieć – mówi sam do siebie.
Idzie, usiłuje przywołać ostatnie wydarzenia.
Stanowi to nie lada wyzwanie. Wzrusza ramionami:
– To bez sensu!
Słyszy sapanie, przyspiesza. Odwraca się do tyłu, ale nie widzi niczego niepokojącego. 
Ma wrażenie, jakby wrogie spojrzenie wwiercało się w jego ciało.
Odtąd idzie żwawiej, czując na karku czyjś oddech. 
Po pewnym czasie odwraca się i pyta:
– Pokaż się!
Nic jednak nie następuje. Czas płynie. Brodząc w śmieciach, poczynając od fifek, butelek, 
a na broni kończąc, spotyka młodą kobietę. Sprawia wrażenie zagubionej, poza tym jest wyjątkowo ponętna.
– Jak dobrze, że pana spotkałam, gdzie jesteśmy?
– Myślę, że nie wiem więcej od pani.
Rozmawiają. W pewnym momencie orientuje się, że kobieta kieruje słowa do kogoś innego,
a on sam przestał być dostrzegany. Postać ta, niewidoczna dla niego, mówi jego głosem.
Stoi nieruchomo, jakby przytrzymywany przez niewidzialną rękę lub ścianę. Kobieta niknie
z oczu, słyszy tylko jej głos:
– Dobrze Robercie. 
Sięga do zasobów nadwątlonej pamięci.
– Byłem u Sylwii, dużo alkoholu, czyżby draże? – skrzętnie wylicza.
– Zaraz, zaraz Sylwia, czy Monika, a może Ewka?
– Może przedawkowałem?
– Boże, ratuj! 
Chwilę się namyśla. 
– Do czego to doszło, wzywam Boga, w którego nie wierzę. Nie!
Idzie dalej, ogarnia go dziwny niepokój. Zaczyna odczuwać głód. Do tej pory czuł się syty.
Temperatura stopniowo podnosi się, jest cieplej niż przy bramie. Rośnie tez liczba zniszczonych sprzętów. Pojawiają się też i inne przedmioty. Fragmenty gazet, książek, łuski, strzępy aktów prawnych, wiele zdjęć, figurki, posążki – wszystko uszkodzone, często jakby rozszarpane na drobne fragmenty.
Na horyzoncie zaczyna majaczyć jakby łuna czy poświata, w powietrzu daje się wyczuć delikatny zapach spalenizny. Wzrok utkwił na jednym z dalekich wierzchołków. Wtem przez ułamek sekundy, poniżej szczytu z prawej strony, kątem oka w przestrzeni dostrzega dziwny obiekt. Coś jakby duży ptak.
– Co to? – wymamrotał z przerażeniem. 
Utwierdziło go to tylko w przekonaniu, że jest śledzony.
– Przestaje mi się to podobać.
Jest coraz bardziej zmęczony i głodny. Pod stopami co jakiś czas pojawiają się węże
i robactwo wszelkiego typu. Chwilami przystaje, ażeby zwymiotować. Czas płynie, może się zatrzymał, stracił poczucie jego upływu. Przystanął przy pustej klepsydrze mającej od podstawy do szczytu około dwóch metrów. Co ciekawe w szklanych czarach nie było piasku ani żadnego innego materiału, którym można by odmierzać czas. Obudowa wykonana była
z ciemnego metalu o czerwonawym wejrzeniu odblasku. Z trudem, bo z trudem, ale zmienił jej ustawienie. Nic nie nastąpiło. Wpatruje się przez moment. Następnie porzuca.
Słyszy za sobą:
– Proszę poczekaj!
Odwraca się, widzi młodą kobietę. Nad wyraz powabną, o delikatnej twarzy, zgrabną, ubraną w tiulowy opasujący i podkreślający jej kształty strój. Wydatne usta, szare oczy, cera bez skazy. Przebywając z nią, odczuwa niepokój. 
Napięcie.
– A wie pan, która godzina?
– Zaraz sprawdzę, mam zegarek.
Spogląda na tarczę i przypomina sobie, że wskazówki zniknęły. Sięga po komórkę.
Włącza i mówi:
– Chyba to jakiś błąd, bo widzę, że jest 47:13:41.
– Tutaj to możliwe – odpowiada nieznajoma.
Podążają razem, kobieta w miarę zbliżania się do świateł na horyzoncie, staje się coraz bardziej opryskliwa. Zmienia się także jej fizjonomia i głos. Narasta w nim poczucie lęku
i zagrożenia. W końcu zaczyna uciekać. Biegnie, przeskakuje przeszkody: martwe zwierzęce ciała, uszkodzone przedmioty, słabnie jednak coraz bardziej. Kobieta dogania go, a z jej pleców wyrasta zakończona szponami długa kończyna, którą zaczyna go dusić.
Traci przytomność.
Budzi się w innym miejscu. Ubrany jest w szatę przypominającą szlafrok ciemnej barwy. Może to szkarłat, może czerń. Na plecach ma wyszyty łaciński napis: „stigmosus”, to znaczy „napiętnowany”. Atmosfera przesycona jest dusznym zapachem palonego, zbutwiałego drewna. Całkiem niedaleko widać tryskające płomienie, jednak salwy strzelającego dymu nie pozwalają na lustrację otoczenia. Widzi postać kobiecą wyłaniającą się z dymu. Ma powabne kształty i jasną, ale całkowicie zabrudzoną suknię. Pełno na niej plam ciemnoczerwonej barwy, błota, węgla. Oczekuje z niepokojem. Z każdą chwilą, gdy postać zbliża się, narasta jego niepokój. Dostrzega jej twarz – bladą, smutek skapujący z niej jak nieme łzy. 
Chce uciec, nie może. Kobieta łapie go za ramię:
– Dokąd chcesz uciec, panie? 
Nie odpowiada, trzęsie się.
– Całe życie liczyłeś, pomnażałeś, grałeś. Innych własności pozbawiałeś. Teraz kolej na ciebie!
– Jak to na mnie?
– Pora wyrównać rachunki.
Cały czas próbuje się wyswobodzić, bezskutecznie. Krępują go niewidoczne więzy.
Kobieta zmienia się w szkaradną postać błotnej barwy ze zniekształconą sylwetką.
Podążają w kierunku płomieni, dym się rozstępuje. Dostrzega inne demony rozmawiające 
z jemu podobnymi nieszczęśnikami. Upiory ubrane są w eleganckie garnitury, sukienki, dzierżą nesesery. Widzi znajomą postać mężczyzny, uprzedniego rywala na rynku.
Przez moment obraz się zmienia, szarość, ogień ustępują miejsca słońcu, krystalicznemu niebu, ulicy zatłoczonej samochodami, dokoła rozciągają się biurowce. Widzi swoich współpracowników w przerwie obiadowej, swoje miejsce pracy. Niedługo potem obraz
urywa się.
Chwilę później wybucha ogień, demony zmieniają swoją postać, okropny jęk będący udziałem wszystkich wypełnia przestrzeń. Idą dalej. Widzi coraz to więcej ofiar i oprawców. Dręczycieli i dręczonych. Zewsząd dobywa się trawiący wszystko ogień. Jęk. Strach. Chaos. Istne piekło.
– Dokąd mnie prowadzisz?
– Nie ty pierwszy i nie ostatni odpowiesz, Oskarżyciel już przygotował akt. Ale spraw jest dużo, póki co poczekasz w tym areszcie. Na twarzy demona pojawia się szyderczy uśmiech. W momencie czuje ucisk na szyi. Chwilę później materializuje się łańcuch, którego koniec demon dzierży w szponach.
– Zabieram cię w podróż po krainie ciemności. Zobaczysz i doświadczysz wszystkiego, odczujesz na własnej skórze wszelkie okropieństwa.
Mówiąc to, ruszyli w czeluście. Zaczęła się jedna z największych udręk – wędrówka
po ciemnym księstwie. Na widok poszczególnych mąk, nie jest w stanie zamknąć oczu. Męczarnie są bardzo urozmaicone. Ból i doznania fizyczne, do tego cierpienia duchowe. Część jednak jest wspólna: brak nadziei, wyrzuty sumienia, rozpacz, przerażenie, gryzący zapach, ciemności, nieokiełznany głód i pragnienie, nienawiść do siebie i swoich czynów, nagość myśli i uczynków, towarzystwo demonów, utrata Najwyższego. 
W promieniach pochodni dających nikłe światło dostrzega ludzi cierpiących katusze – tych, którzy niewolniczo wyzyskiwali innych, których praca zdawała się nie mieć końca. Obecnie sami są smagani batem i zmuszani do najcięższych robót. Czują głód i pragnienie widząc suto zastawione stoły, a nie mogąc do nich sięgnąć. Ręce i języki, mimo, że tego nie widać, płoną niewidzialnym ogniem. Grzeszący mową – z ich ust wydobywają się wszelakie nieczystości, przy tym przeszyci są rozdzierającym bólem. Ci, którzy za życia byli najbardziej znaczący
i czynili nieprawość, w tym swoim świadectwem, wieszani są na językach nad gorącymi oparami – wydają odgłosy o różnej tonacji tworząc chór potępionych. Wszyscy trzymają się od nich z daleka, nawet anioły nieczyste. Siejących przemoc bezustannie nękają demony o zwierzęcych kształtach, raz po raz rozszarpując ich ciała. Towarzyszy im paraliżujący strach i ani na chwilę nie opuszcza uczucie własnej bezradności. Złodzieje są nadzy, z uciętymi kończynami. Zabójcy niemowląt są rozczłonkowywani przez demony wielkości noworodka wysysające krew. Zabójcy starych ludzi sami przybierają postać niedołężnych starców, przeżywają agonię z powodu duszenia się, bólu nie do zniesienia i gnicia. Po pozornej śmierci powstają na nowo i cykl zaczyna się powtórnie. Robert dostrzega stojącego przed lustrem, tyłem do niego, białego mężczyznę ze swastyką na plecach, okładającego się pejczem. Zbliżają się do niego, okazuje się, że jego przednia połowa przypomina wyglądem ciało Murzyna. Zwraca się do wizerunku widzianego w lustrze używając przekleństw, śle pogróżki pełne nienawiści wobec czarnoskórych. Ci, co dawali zły przykład odczuwają na sobie samych skutki własnego postępowania. Człowiek podjudzający do agresji i przemocy wobec innych ludzi czy zwierząt, sam jest bity i dręczony. Nadużywający są trawieni przez skutki odstawienia. Zdarza się, że mroczny Książę wybiera się na inspekcję swojego władztwa. Nieszczęśnicy doświadczają wtedy dodatkowych cierpień, bo skory on jest do zadawania bólu i bardzo zawzięty. Mówią do niego: Princeps huius mundi, czyli Książę tego świata. „To jest zarówno koniec jak i początek, początek bez końca” – zwykł mawiać. Przyjmuje postacie wzbudzające przerażenie, ale tak naprawdę nikt nie wie, jak wygląda. To byt duchowy o wyjątkowej mocy. Wędrówka zdaje się nie mieć końca, jak migawki pojawiają się kolejne katusze... Pośród nich twarze znane i nieznane, z kart historii, także takie, których nikt by się tu nie spodziewał.
Są też męki, których nie sposób opisać...
Tutaj każda chwila jest wiecznością, a wieczność nie ma końca. I przyjdą jego następcy. 
I będą oglądać i jego cierpienia. Nadszedł czas, aby zaczęła się jego męka... W zasadzie męki, bo zaiste jest ich wiele. Oto jedna z nich:
Przebywa w ogromnej, bogato zdobionej sypialni. Akty w złotych ramach, lustra, marmurowe posągi. Łoża wyścielone muślinem i jedwabiem. Leży nagi jedynie małżeńska obrączka zdobi jego dłoń. Gdy patrzy na nią, przypomina mu się jego wybranka. Wybranka w drugim miesiącu i jego nalegania. Przez chwilę ma wrażenie, że widzi kielich z ciemnoczerwoną cieczą. Tylko przez chwilę, gdyż… Pojawiają się niespotykanej urody kobiety, piękności różnych kultur opasane cienkimi przezroczystymi szatami. Ich włosy mienią się wszystkimi spotykanymi kolorami od jasnych po zupełnie ciemne, to samo tyczy się skóry. Wszystkie zgrabne, niezaspokojone kusicielki. Oddają się zmysłowemu tańcowi, zapraszają go pomiędzy siebie. Ma miejsce wspólna seksualna uczta. Początkowo jest przyjemnie, wzajemnie wytrącają go sobie z rąk, całując i pieszcząc. Jednak po chwili zaczynają kąsać,
a on krwawić. Ból daje znać o sobie.
Poczyna krzyczeć:
– Na pomoc, zostawcie mnie!
Odgryzają mu części ciała, a ich wygląd zmienia się – stają się brzydkie, postarzałe, 
skóra trzeszczy przy dotyku, pojawiają się plamy opadowe. Jeszcze żyje, gdy z niknących potwornych kreatur , wychodzą obrzydliwe robaki pochłaniając żywcem to, co z niego zostało.
Za każdym następnym razem nie pamięta, co działo się uprzednio, nie spodziewa się też, 
do czego zaraz dojdzie. 
– To jedna z wielu udręk, jakim jest tu poddawany – mówi demon kolejnemu nieprawemu.
Ta oraz inne jego męki będą powtarzać się bez ustanku. 
Nadchodzi czas na konfrontację z demonem – opiekunem. Jej celem za każdym razem jest spotęgowanie wrażenia beznadziejności i dręczenia. Trwa rozmowa:
– Co zrobiłeś dobrego w życiu, co mogłoby cię ułaskawić? Z tego więzienia nie ma ratunku. Dla nikogo.
Myśli. Nie jest to łatwe pytanie i trudno znaleźć odpowiedź w ciągu kilku sekund.
– Wiele dobrych rzeczy, ludzie byli zadowoleni.
– Wszyscy? Zawsze? Samozadowolenie nie wartościuje, czy czyn jest dobry, czy zły. 
Gdzie są, ci których uradowałeś? Część już zdążyłeś tu spotkać.
– Trafili tu przez pomyłkę, jak ja. 
– Każdy, kto cię tu spotyka, widzi, co wcześniej stało się twoim udziałem, więc zapewne jesteś świadomy, że nic nie dzieje się bez przyczyny.
– Czyżby? A co w takim razie z niewierzącymi, z wierzącymi inaczej?
– Mamy tu specjalne komturie. Nie ma wyjątków. Niewierzący, mają lżej, bo nie mieli szansy na pełne poznanie prawdy, chociaż część z nich trafia tu pomimo taryfy ulgowej. Najbardziej cierpią ci, co wiedzieli najwięcej, zwodzili innych, sami mieli starczyć za przykład. 
Ale przyszłość jest niepewna. Jest miejsce zwane jeziorem siarki i ognia.
Coś jeszcze gorszego od tego. Ponadto nikt nie zna Jego zamierzeń, o ile sam ich nie wyjawi. 
A nieposłusznych zdławi, wytraci.
– A co na to wasz władca? Nie próbuje zniweczyć tych planów?
– Nasz Pan, Oskarżyciel mimo, że mocny, nie da Mu rady, wygubi ilu się da, ale Jego
nie przemoże.
– To znaczy, że jest niegodny czci.
– Dość tego, trafiłeś tu by cierpieć! Żyłes na kredyt zaufania, niegodny i niezdolny by go spłacić! 
Twój dług jest nie do spłacenia, odsetki nie do wyrównania! Mimo to, twoją powinnością jest
go wyrównywać.
Na nowo rozpoczyna się sekwencja kaźni.
Początkowa amnezja ustępuje miejsca: trwożliwemu oczekiwaniu, niepewności, bólowi
i poczuciu beznadziei.
Jest pierwszy listopada. Cmentarz tonie w kwiatach, zniczach, które rozświetlają szaroburą aurę uchodzącego dnia. Ludzki tłum okupuje jeszcze nagrobków kamiennych las. 
Ale przerzedza się. Pojedyncze groby są zaniedbane, pozbawione wszelkich oznak pamięci. Zioną pustką, echem zapomnienia. Trzyletnia dziewczynka wraz z matką opuszczają cmentarz. Przechodząc obok zapomnianego, marmurowego grobowca dziecko mówi 
do matki:
– Taki smutny grób, zapalmy znicz.
– Pomódlmy się, dobrze?
– Mamusiu, czego nikt go odwiedził?
– Nie wiem skarbie, może nie miał kto. W życiu nie zawsze się układa. 
Stoją chwilę nad grobowcem Roberta. Odmówiły modlitwę. Wiatr bawi się płomieniem świecy.
Zrywa się gwałtowny podmuch, porywając drobne przedmioty, daje się słyszeć zduszony jęk, niknący tak nagle, jak się zjawił.
– Mamo.
– Słucham, kochanie.
– Chyba słyszałam, że ktoś płacze.
– Zdawało ci się. Nikogo tu nie ma. Chodźmy, późno już.
Cmentarz pustoszeje.
„(…) ci zbiorą z Jego królestwa wszystkie zgorszenia i tych, którzy dopuszczają się nieprawości (… ) Wtedy sprawiedliwi jaśnieć będą. (…)”                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                         

Spotkanie po latach

Bartłomiej Fijak
SPOTKANIE PO LATACH
I
Kiedy już odłożyła słuchawkę, perspektywa czasu pozostałego do powrotu Seweryna stała się dla Anety bolesna.
Nie mogła teraz uwierzyć w to, iż na początku bała się myśli o nim jak ognia. Obawiała się przyznać przed samą sobą, jak zaczął na nią działać od chwili, kiedy tylko zobaczyła go z Martą tamtego dnia. Obecnie, bardziej przerażała ją alternatywa, w której ponownie usłuchała stanowczej sugestii panny Nigdy Więcej, a o Sewerynie już nawet nie pamięta, bądź jedynie jak o przystojnym koledze dawnej koleżanki - co byłoby koszmarniejsze niż nie poznanie go.
Przymknęła powieki wyobrażając sobie jego fizyczną bliskość.
Wiedziała już, że powie mu o TYM właśnie dzisiaj. W końcu do tego dojdzie. Po przeprowadzonej właśnie rozmowie z lekarzem decyzja podjęta została automatycznie.
Sama nie mogła jeszcze w to do końca uwierzyć, gdy wówczas jej usta po raz pierwszy od trzech lat zareagowały szybciej niż te panny Już Nigdy W Życiu, definitywnie kończąc tym samym ich zażyłą znajomość, która przez owe trzy upiorne lata (jak teraz wiedziała) podtrzymywała ją jednak jakoś na duchu.
Niecałe sześć miesięcy temu, 15 listopada 99-go, w ów deszczowo śnieżny poniedziałek, przekroczyła próg pizzerii, w której akurat siedziała Marta w towarzystwie jakiegoś chłopaka. Nie wypadało się nie przysiąść. Zresztą lokal i tak miał prawie komplet, więc zanim panna Nawet O Tym Nie Myśl zaczęła się czymś jak zwykle wymawiać, Aneta zdążyła się już przedstawić. Na szczęście Marta nie była z nim. A widząc, co się święci zostawiła ich po pewnym czasie wreszcie samych. Dzisiaj już nawet nie pamiętała nawet, czym się w ogóle wymówiła. A podchodząc do ich stolika - przy którym Seweryn siedział plecami do drzwi wejściowych - chciała jedynie zamienić parę słów ze starą znajomą z uczelni i zapytać, co słychać.
Od tamtego dnia Seweryn stał się dla niej esencją życia. Wspomnieniem czegoś, co jak sądziła zdołała przez minione trzy lata zupełnie wyrugować ze swojego przegranego jak sądziła wówczas dla niej życia. Gdyby ten dwudziestosiedmiolatek, który w ów dość mroźny listopadowy poniedziałek spotkał na rynku Martę, nie dał się namówić przez nią na późny obiad, minione sześć boskich miesięcy byłoby po prostu dla niej ciągiem dalszym zapomnianych już dzięki niemu koszmarnych trzech lat, a jej myśli wciąż siedziałyby w mrocznym więzieniu 16-go września 96-go. Dzisiaj z całą pewnością o wszystkim mu opowie i wręczy ten niezaprzeczalny dowód swojej miłości.
Nie mogąc dłużej znieść już samotności w ich tymczasowym mieszkaniu, z brzemieniem takiej nowiny, wybiegła z niego niecałe pół godziny po powrocie z pracy i wystukaniu numeru gabinetu doktora Barnego.
Również jej staruszkowie będą wniebowzięci! Nikt, tak jak oni nie pragnął (nawet ona sama, pogrążająca się coraz bardziej w mroku samotności) tego, aby ich córka wreszcie ożyła. I w końcu tak się stało. Po trzech latach powstała z martwych - pogrzebana wcześniej w grobowcu upiornego jesiennego popołudnia 16-go września 96 -go roku. Jeżeli ktoś się w jej intencji w ogóle modlił - a wiedziała, że robili to bez ustanku jej rodzice (choć wówczas było to dla niej co najmniej obojętne, jeżeli nawet nie irytujące) - minione tygodnie, począwszy od 15-go listopada ubiegłego roku, a kończąc na tej ostatniej rewelacji przekazanej jej przez doktora Barnego, były dla Anety wystarczającym dowodem na to, że coś takiego nie idzie w próżnię. Wróciła z długiego rejsu przez Styks, już niemal widząc jego drugi brzeg. Na szczęście ich gorące modlitwy zawróciły w porę łódź Harona z powrotem. Właśnie za to będzie musiała im gorąco podziękować. Dzisiaj, 7-go czerwca, w ten piękny słoneczny czwartek 99-go, nie wyobrażała już sobie bez Seweryna dalszej egzystencji - podobnie jak minutę przed ujrzeniem go, nie potrafiłaby z kolei przyjąć do wiadomości czegoś tak dla niej teraz oczywistego i najpiękniejszego jak fakt, iż urodzi mu dziecko, że komukolwiek i kiedykolwiek urodzi dziecko, tak się tym radując.
Kiedy jeszcze przed Sylwestrem oznajmiła rodzicom, że kogoś sobie znalazła, poprosili ją żeby to powtórzyła. Pomyśleli zapewne najpierw, że się po prostu przesłyszeli, bądź opacznie zrozumieli. Pamiętała jak z uwagi na jej wiek niezręcznie było im cokolwiek jej tłumaczyć, kiedy trzy lata temu (16-go września 96-go) wróciła wieczorem od Marka z jego ojcem. Wyglądała chyba gorzej niż osoba, która zobaczyła upiora.
- Co się stało na Boga, człowieku! Odpowiedz! - prawie krzyczał wtedy jej ojciec trzymając Wojtka Borkasa za ramiona i potrząsając ni m trochę. Chyba po to żeby się obudził. Tata Marka był w nie lepszym stanie. W końcu był jego synem.
- Sam chciałbym to wiedzieć - odparł, bardziej sobie niż im. Ale w końcu mu powiedział. Jednak chyba dopiero wtedy, gdy drzwi pokoju Anety na piętrze delikatnie się zamknęły.
Przesiedziała w nim ponad tydzień, zanim była w stanie wrócić z powrotem do pracy. Jej rodzice warowali przy jej drzwiach dzień i noc od chwili, kiedy ojciec Marka powiedział im o samobójstwie syna. Wyciągnęli klucz z zamka drzwi jej pokoju. Z łazienki usunęli wszystkie potencjalnie niebezpieczne przybory toaletowe. A kiedy - w owych pierwszych czarnych dniach - snuła się po kuchni, bądź koło domu, bacznie ją obserwowali. Bali się spuścić ją z oczu choćby ma sekundę. Aczkolwiek nigdy nie zrobiła czegoś, co choćby po części tylko usprawiedliwiało ich zachowanie.
Od Tamtego Dnia ich córka nie była już tą samą osobą. Poza pracą i przesiadywaniem po niej przez owe trzy lata w domu, praktycznie nigdzie się nie ruszała. Życie towarzyskie stało się dla niej abstrakcją. Po roku kilku znajomych przestało się jej w końcu narzucać. I chociaż nadal gdzieś wychodziła, wiedzieli, że robi to raczej z grzeczności, aniżeli szczerej chęci pokazania się światu. A jeżeli ktoś miewał co do tego czasem jakieś wątpliwości, jej postawa rozwiewała skutecznie wszystkie.
Pewnego dnia krzyknęła:
- Dajcie mi wreszcie święty spokój. Przecież mówiłam, że sobie nic nie zrobię. Martwcie się lepiej o moją duszę, a nie flaki - siedząc na muszli. Gdy usłyszeli jak o trzeciej nad ranem zamyka się w ubikacji zareagowali natychmiast. Chociaż po tych słowach powinni wreszcie się trochę uspokoić, jej słowa zapewne przysporzyły im jeszcze więcej nieprzespanych nocy.
Doprawdy, chyba jedynie modlitwa utrzymała ich (i ją) jakoś przez owe trzy piekielne lata w jednym kawałku.

*
- Boże, nawet nie wiesz jaki jestem szczęśliwy. Od chwili, kiedy cię ujrzałem nie było i nie będzie już takiego dnia, w którym bym nie dziękował za to, że weszłaś do tej pizzerii. A teraz jeszcze to! To cudowne!
- To znaczy, że się cieszysz?
- Żartujesz!?!? - Seweryn wcale nie musiał udawać dotkniętego do żywego. Siedzieli w wynajmowanym dwupokojowym "gniazdku", próbując nasycić się w nim sobą po godzinach pracy. Dzisiejsza kolacja tak im zaostrzyła apetyt, że gdyby nie to, co Aneta miała jeszcze Sewerynowi do powiedzenia w kwestii własnego szczęścia, pewnie już dawno dałaby się ponieść jego fali.
Dochodziła dwudziesta trzecia. Żółtawo bursztynowy blask dwóch świec subtelnie odmalowywał w mroku tło kuchni, by maksymalnie wyeksponować stół, przy którym jeszcze jakoś siedzieli.
Sama już nie wiem chciała mu odpowiedzieć. Tak naprawdę to przez cały czas była spięta. Od chwili telefonicznej rozmowy z lekarzem. Teraz już wiedziała, że popołudniowe odwiedziny u rodziców w jakiś sposób miały ją tylko przygotować na TĘ rozmowę, która zaczęła potwierdzać jedynie to, o czym i tak każdej spędzanej razem sekundy zapewniały ich własne ciała. A zaczęły to robić niewiarygodnie nachalnie już od chwili, kiedy ich spojrzenia skrzyżowały się po raz pierwszy i tak rozgrzały tamtego mroźnego listopadowego popołudnia sześć miesięcy temu.
Tamtego dnia, po wyjściu z pizzerii spacerowali po mieście prawie do wieczora. Ich pierwszemu pożegnaniu nie było końca. A dopiero po rozstaniu uświadomiła sobie, że są już umówieni na jutro. Nie pamiętała, co mu naplotła. Nawet panna To Już Powolny Acz Systematyczny Koniec nie miała już nic do powiedzenia. I właśnie wtedy (zaistniałego sześć miesięcy temu) dotarło do niej, jaka od śmierci Marka, przez owe trzy lata była zagubiona. Tyle razy pragnęła mu to już wyznać. Bała się jednak, że w jakiś sposób może się do niej zdystansować. A tego by już z pewnością nie przeżyła.
Tyle razy chciała opowiedzieć mu o tym, jaka była przerażona, a jedynym powodem, dla którego nie podążyła za Markiem byli jej rodzice. No i sam Marek. Kochała ich. Nie chciała im tego robić. A z kolei Marka obciążyłaby w oczach najbliższych dodatkowo winą własnej śmierci. Wiedziała, że musi sobie jakoś dać radę. I jakoś dawała. O niczym jednak tak przez cały czas nie marzyła, niczego tak chorobliwie nie pragnęła, nie pożądała, jak zrozumiałego i usprawiedliwionego odejścia we śnie. Ale nic takiego nadejść nie chciało. Sześć miesięcy temu, ubiegłego jeszcze roku, mroźnego (lecz nie dla nich) 15-go listopada dowiedziała się wreszcie, dlaczego. Opłacało się cierpieć. Gdyby na przykład dzisiaj dowiedziała się, że Seweryna spotka dopiero za parę lat (wiedząc już, jaka to słodycz), czekałaby na ten dzień z utęsknieniem.
- Chciałabym ci o czymś jeszcze powiedzieć - powiedziała po chwili.
- Przypuszczam, że to, co najwspanialsze już chyba za nami? - odparł.
- Tak. Myślę jednaj, że musisz to wiedzieć chcąc dalej za mną naprawdę być chciała jeszcze dodać, ale już tego nie zrobiła.
Wpatrywała się w swoje dłonie. Po dłuższej chwili milczenia, jej wzrok stał się drgająco szklisty.
- Czy to ma jakiś związek z dzieckiem? - zapytał Seweryn. Błysk iskry niepewności w jego oczach poraził ją jak prądem.
- Nie. - Każda kolejna sekunda zwłoki z jej strony, była dla niego z pewnością gorsza niż to, co musiała mu w końcu powiedzieć.
Wstała od stołu, obeszła go i stanęła za Sewerynem. Położyła ręce na jego barkach wpatrując się w jakiś tylko przez siebie dostrzegalny horyzont.
- Miałam kiedyś chłopaka... - zaczęła niepewnie. - Marek... To znaczy ten chłopak, popełnił samobójstwo. - I chociaż nie oczekiwała żadnej konkretnej reakcji, zadrżał, co wyczuła przez cienki materiał podkoszulki. Nie odezwał się jednak. - Trzy lata temu. Gdybym powiedziała, że coś zaczęło się między nami psuć, grubo bym przesadziła, a nawet skłamała. To prawda, miewał od pewnego czasu dziwne nastroje, jednak nie określiłabym ich symptomatycznymi, czy też alarmującymi. A może tak było, tylko ja byłam czymś zaślepiona? W każdym bądź razie... - opowiedziała mu wszystko. Jeszcze raz przebrnęła przez idylliczny początek, kiedy to już ponad siedem lat temu poznała Marka Borkasa, przystojnego studenta informatyki, a niewiele ponad rok później, byli już pewni, że nic ich nie rozłączy. Choć przypuszczała, że trochę tym zbije z trpou Seweryna, z pasją ponownego przeżywania minionych bezpowrotnie chwil, zaczęła mu pokrótce opowiadać jak wyglądała ich sytuacja i jak na co dzień próbowali stopniowo ją modelować, nade wszystko ciesząc się sobą.
Po pewnym czasie Seweryn ponownie mógł spoglądać Anecie prosto w oczy, gdy z powrotem usiadła za stołem. Już samo brzmienie tego słowa sprawiło, że zadrżał, tracąc w jednej chwili cały romantyczny zapał. I chyba nawet nie przypuszczała jak bardzo przeżywał to wszystko razem z nią. Pozornie typowa codzienność w sekundzie stała się dla niego aż nazbyt zrozumiała. Z zapartym tchem słuchał jak dwudziestodwuletnia wtedy dziewczyna poznaje dwa lata starszego od siebie studenta, kończącego właśnie czwarty już rok studiów, dorabiającego na pół etatu w firmie informatyczej znajomego rodziców. Sama rozpoczęła akurat pracę (po ukończeniu dwuletniego kursu protetyki) w dość renomowanej pracowni protetycznej, więc dość szybko zaczęli bardzo poważnie myśleć o czymś wspólnym. Kiedy Marek ukończył w wieku 26ciu lat studia, i otrzymał już stały cały etat, zaczęli myśleć o zamieszkaniu w końcu razem. Po blisko roku zdecydowali się na tymczasowy wynajem całkiem przyjemnej trzypokojówki. I tak oto ta siedząca teraz przed nim 25cio letnia wtedy piękność i jej dwa lata starszy od niej chłopak zaczęli żyć własnym życiem.
- I do dzisiaj wszystko byłoby dalej przepiękne, gdyby nie to, że w wieku dwudziestu ośmiu lat włożył sobie pistolet w usta i pociągnął za spust.
- W waszym mieszkaniu? - zapytał Seweryn, nawet nie podejrzewała chyba jak autentycznie tym wszystkim przejęty.
- Nie. Chociaż kto wie, co byłoby dla kogo lepsze, to znaczy, znośniejsze. Już niecały rok przed tym zaczął wpadać w dziwne nastroje. Bywał dziwnie zamyślony i rozkojarzony. Jednak owe epizody melancholijnych bloków były sporadyczne, więc szybko przestałam przypisywać im jakiekolwiek znaczenie. Nie było mi dane jednak długo tak myśleć. Później, szesnastego września, trzy lata temu, niestety dotarło do mnie, że chociaż byliśmy ze sobą prawie od czterech lat, czułam się tak jakbym go w ogóle nie znała. Nikt, poza samym decydującym się na ten krok, nie zrozumie czegoś podobnego. A wydaje mi się, że przez minione trzy lata, jakie minęły od tego koszmaru, otrzymałam więcej mrocznych odpowiedzi, niż bym chciała.
- Na niecałe dwa tygodnie przed TYM, wrócił do swojego rodzinnego domu, nie zabierając ze sobą kompletnie nic. Przez parę dni odbierał jeszcze telefony, tłumacząc mi za każdym razem, że to nie moja wina i żebym na jakiś czas dała mu spokój, bo musi coś przemyśleć. Później już nawet nie chciało mu się podchodzić do aparatu.
- Nie odwiedzałaś go?
- Jak wiedziałam, że jest sam to nikt nie otwierał. A kiedy indziej jego rodzice mówili, że go po prostu nie ma. Nie wiem, co im nagadał.
- Nie rozmawiałaś o tym później z nimi?
- Nie. Nie miałam na to najmniejszej ochoty. Zresztą, po co? Stało się. Nawet nie miałam najmniejszego powodu, by zacząć podejrzewać, DLACZEGO. Przy tym rzeczy kompletnie dla mnie niezrozumiałe, stawały się klarowne.
- Nie możesz się tym przecież wciąż zadręczać.
- Przestałam, kiedy cię tylko zobaczyłam po raz pierwszy. Wiem, że mi wierzysz. Widzę to.
Tak, on też to widział w jej oczach. Teraz już nie tylko wiedział, ale i usłyszał, że ich spotkanie nie było dziełem przypadku. Zapragnął nagle, żeby i ona się o czymś dowiedziała. Z biegiem lat nauczył się już nawet o tym nie myśleć. Teraz wiedział, że kiedy jej tylko o tym opowie, zrozumie jak odczuł jej ból i stratę - zrozumie, jak głęboko ją zrozumiał.
Jednak, kiedy tylko usłyszał jak swoją sromotną opowieść o finalnej wizycie w rodzinnym domu Marka, a później w jego pokoju, kończy poszukiwaniami jakiegoś naboju, czerwone światełko gdzieś w jego wnętrzu zaczęło pulsować coraz intensywniej.
- Jaki znowu nabój - zapytał przerywając jej nagle sam nie wiedząc na początku, dlaczego to tak zwróciło jego uwagę.
- Przepraszam. Trochę się zagalopowałam - powiedziała wyrwana z pasji swojej opowieści. - To było trochę ponad rok przed jego samobójstwem. Parę miesięcy przed wprowadzką do naszego tymczasowego mieszkania. Pojechaliśmy w pewną skwarną sierpniową niedzielę nad Księżycowe Jeziorko blisko Lasku Niedźwiedziego, wiesz gdzie?
Kiwnął głową. Lekko. Lecz nic nie odpowiedział. Jednak wciąż miał nadzieję, że tak naprawdę nie usłyszał. I dalej nie słyszy.
- Latem bywa tam naprawdę tłoczno. Ale jest tam mimo wszystko bardzo pięknie.
Tym razem nie kiwnął. Nie mrugnął nawet powieką. Słuchał, w sumie wiedząc już, co jeszcze usłyszy. Forma nie była już istotna. Dobrze, że nie widziała braku jego reakcji. Wciąż była zupełnie gdzie indziej.
- Było tam - kontynuowała - takie ustronne miejsce z dostępem do jeziora, gdzie przeleżeliśmy prawie cały Boży dzień. Tam znalazł ten nabój. Nie pytaj, jaki, bo się na tym nie znam. Snuł na jego temat bardzo ciekawe domysły. Dopiero po paru miesiącach zauważyłam go najpierw w jego pokoju, a potem w naszym domu. Co jakiś czas rzucał mi się w oczy. Mówił, że mu przynosi szczęście. Później w ogóle już o nim nic nie mówił, a ja o nim przestałam myśleć. Przypomniałam sobie o ni m dopiero w jego pokoju. W czasie owych ostatnich odwiedzin. W sumie nie wiem, dlaczego? Albo raczej jest to właśnie tak oczywiste, no nie? Nie znalazłam go tam. W naszym mieszkaniu również. Nigdzie. W końcu przestałam o tym myśleć. Bo niby, co by to mogło wszystko oznaczać? Gdyby mi pokazano pocisk do broni, z której się zabił, pewnie bym była w stanie powiedzieć czy to był ten. Ale, po co? Skąd on w ogóle wziął broń?
Przez chwilę opowiadała jeszcze jak to potem wróciła do swojego domu i rodziców, w paru zdaniach próbując zawrzeć całą niewyrażalną upiorność minionych całe szczęście dzięki niemu trzech lat. Mówiła jednak już coraz mniej spójnie. Później się w końcu rozpłakała.
Dobre dziesięć minut siedziała mu na kolanach, mocno go obejmując i wypłakując w jego podkoszulek. Wstał razem z nią i poszedł tak z nią na rękach do ich tymczasowej sypialni. Opuścił ją delikatnie na łóżko, a sam klęknął tuż obok niego uspokajając ją (głaszcząc i całując) dopóki nie był pewny, że zasnęła. Potem ostrożnie położył się obok niej, choć wiedział, że już nie zaśnie. Poza tym, zaczął się nawet tego trochę obawiać.

*
Takie są jednak fakty, skonstatował prawie dwie godziny później, o trzeciej nad ranem. Tak jak podejrzewał, nawet nie zmrużył przez ten czas oka. A za około cztery godziny będzie musiał wyjść do pracy. Jednak dziś (i chyba już nie tylko dziś) zrobi to z wielką przyjemnością. Byle tylko o tym nie myśleć. Ale czy to w ogóle możliwe?
Aneta wciąż spała w tej samej pozycji, w jakiej zasnęła. Zastanawiał się, jak by zareagowała, gdyby jej powiedział, że nabój, który nad Jeziorkiem Księżycowym znalazł Marek, jej świętej pamięci chłopak, zostawił tam on sam? Lecz "zostawił" nie było chyba w tym przypadku adekwatnym określeniem. Raczej pozbył się. Czegoś, co miało na zawsze pozostać już za nim. W otchłani niepamięci. Wszystko jednak wróciło, jakby wydarzyło się zaledwie wczoraj.
Kiedy Seweryn odwiedził Lasek Niedźwiedzi z powziętym już bezpowrotnie postanowieniem (niewiele ponad cztery lata temu) definitywnego zamknięcia swojej sprawy, miał dwadzieścia trzy lata i wszystkiego dosyć. Odwlekanie tego nie miało nie tyle większego, co już po prostu żadnego sensu. Tak, mógłby oszukiwać się bez końca, zadręczając kolejnymi dniami przepełnionymi pseudonadzieją. Ale, po co? Znajdował się już wówczas w takim stanie, że każdy chwilowy przypływ nadziei odczuwał niczym autentyczny fizyczny ból. A bolało go, dlatego, gdyż nadzieja była jedyną rzeczą, którą mógł jeszcze oddychać. Jej atmosfera została zatruta, a on sam znalazł się nagle w Krainie Ostatecznych Wyborów.
Zdecydował się na broń, ponieważ jedynie nią mógł zagrać va banque. A Lasy Niedźwiedzie, okalające Księżycowe Jezioro, wydały mu się najodpowiedniejszym miejscem do tego, aby rzecz skonstruowana przez człowieka, przy jego symbolicznej pomocy, zadecydowała za niego. Gdyby jednak przypadkiem nie dowiedział się gdzie i za ile można coś takiego dostać na lewo, pewnie wciąż modliłby się o sen, z którego już nigdy nie musiałby się budzić, bądź już dawno skorzystałby z pomocy innych rozwiązań.
Rewolwer nabył za pieniądze uciułane na wakacyjny wypad w góry z paczką przyjaciół z uczelni. Szybko jednak zmienił, co do tych słonecznych planów zdanie, gdy przechodząc przez targ przypadkiem dostrzegł jak pewien facet za furgonetką ogląda broń. Odczekał chwilę przy stoisku z owocami aż transakcja dobiegnie końca, a później udał się w jej miejsce. Długo rozmawiał z gościem, którego tam zastał, zanim tamten zgodził się zjawić jutro o tej samej porze w tym samym miejscu z tym, czego sobie Seweryn zażyczył. Czekał jednak niemal pół dnia nim ktoś zupełnie inny w końcu podszedł do niego i wyjaśnił, iż ze zrozumiałych względów bezpieczeństwa powinien zrozumieć tę mała zmianę w planie. Ale otrzymał dokładnie to, o co prosił. Sześciostrzałowy rewolwer z krótką lufą. Wystarczy. No i do tego paczkę naboi. Choć przydał mu się tylko jeden. Resztę od razu wyrzucił.
Informacja zawarta w tym, co mu Aneta wyznała (czytelna i zrozumiała tylko dla niego), sprawiła, iż czuł się tak, jakby leżał w ciemności nie 7-go czerwca roku zero jeden, lecz ponownie 15-go maja 95-go, kiedy to wrócił właśnie z Lasku Niedźwiedziego. Już odrodzony. Rozpocząwszy co dopiero całkiem nowy rozdział w swoim dotychczasowo niezbyt obiecującym i zachęcającym życiu. Wówczas również bezsennie przeleżał całą noc. Tylko wtedy o tej porze był już szczęśliwy. Wraz z dniem rodził się sam na nowo. Okres wydawałoby się niekończącej się stagnacji dobiegł upragnionego końca. I naprawdę czuł się lekko. Jakby zrzucił coś z siebie mogąc wreszcie ulecieć i nareszcie pooddychać. A wystarczyło jedynie załadować jeden nabój do rewolweru, zakręcić pustym w pięciu szóstych bębenkiem i sprawdzić czy trafi się na ową pełną jedną szóstą. Naturalnie uprzednio włożywszy sobie jego krótką lufę w usta. To tyle. Później wszystko wygląda już zupełnie inaczej. Bardziej przejrzyście i mniej problematycznie.
Pamiętał jednak, że przed wyrzuceniem pistoletu do jeziora, wyciągnął nabój z komory. Może chciał zachować go na pamiątkę, albo obawiał się, że przy zetknięciu z taflą jeziora wystrzeli? Tego już nie pamiętał. Oba warianty były tak samo idiotyczne. Faktem było jednak to, że po wyrzuceniu już broni, chwilę oglądał jeszcze nabój w świetle latarki delikatnie obracając go w palcach. Chyba też chciał go wyrzucić go na dno jeziora. I pewnie by tak zrobił, gdyby mu się nie wymsknął i nie przepadł gdzieś w trawie. Nie pomogła nawet latarka, ani parokrotne późniejsze poszukiwania w świetle dnia. Potem przestał zaprzątać sobie tym w ogóle głowę. Miał przed sobą przecież teraz całe życie! Samym swoim widokiem z pewnością zatruwałby mu myśli dotąd, aż w końcu i tak by go nie wyrzucił.
Wszystko to miało miejsce 15-go maja 95-go. W lipcu, tego samego roku, Marek zabrał Anetę nad Księżycowe Jezioro i w okalającym go lesie - gdzie próbowali się schronić przed grupkami nagminnie odwiedzającymi to miejsce - znalazł to, czego nie odnalazł już niestety Seweryn. A rok później Marek włożył sobie pistolet w usta i pociągnął za spust. Ciekawe czy zagrał va banque? Czy włożył tylko jeden nabój i zakręcił bębenkiem zanim sprawdził czy wypadnie ta jedna pełna szósta? Kto w takim razie mógłby mówić o szczęściu? On, Seweryn, który trafił w jedną z pięciu pustych komór, czy Marek? A może po prostu zapełnił wszystkie komory. A w ogóle, czy w Niedźwiedzim Lasku, mogły leżeć jakieś inne naboje?

II
Czy jego reakcja była prawidłowa? Może powinien rzucić tą szklanką o ścianę? A może jeszcze nie zareagował? Tak w ogóle, to jak prawidłowo reaguje się na wiadomość o samobójstwie osób, z którymi przeżyło się tyle lat? Może do takiej reakcji dopiero dojrzeje? Do czegoś tak ostatecznego należy chyba dopiero dojrzeć, zanim się na to coś zareaguje. Czy to, że po wyjściu inspektora siedział tak nieruchomo w fotelu przez dobre parę minut ze szklanką koniaku w jakikolwiek sposób cokolwiek mogło o nim świadczyć? A jeżeli tak, to, co?
A jemu przez te wszystkie lata wydawało się właśnie, że, do czego jak, do czego, ale do spraw tak ostatecznych dojrzał aż za bardzo. Jakże się niestety pomylił. Będzie musiał nauczyć się z tym żyć jakoś dalej, inaczej ... Co? Właśnie. W jego przypadku (i w jego wieku) nie wchodziło już w grę żadne "inaczej". Zatoczył pełny krąg. Wrócił do punktu wyjścia (sytuacji sprzed czterdziestu lat) i z przerażeniem odkrył, że ponowne "stawianie wszystkiego na jedną kartę" byłoby już nawet nie tyle absurdalne, co po prostu śmieszne. Tak jak śmieszne mogą być starcze porywy romantyzmu dla młodych.
Pytania te szybko jednak przesunęły się (z pewnością tylko chwilowo) na plan dalszy. Na pierwszy wysforowało się zupełnie inne: czy mógł temu w jakikolwiek sposób zapobiec? To, co zrobiła było ostatnią rzeczą, o jaką by mógł ją podejrzewać. Pamiętał jednak, że dokładnie tak samo myślał niecałe pół raku wcześniej, kiedy po prostu od niego odeszła zupełnie nic mu nie mówiąc. Wciąż odczuwał ten cios tak intensywnie, jakby opuściła ten dom zaledwie przed paroma dniami. Pamiętał jak jego sześćdziesięciotrzyletnie serce momentalnie niebezpiecznie przyspieszyło, kiedy znalazł w sypialni ten krótki liścik. Naturalnie najpierw pomyślał, że to jakiś dziwny żart - chociaż takowe po prostu nie były w jej stylu. Lecz gdy godziny milczenia przechodziły już w dni, ów głupi żart (jak się jeszcze próbował pocieszać) zaczął niestety szybko nabierać upiornych cech prawdy obiektywnej.
Ale dlaczego?
Jeżeli w trakcie ich trzydziestoparoletniego związku jeszcze jej czegoś nie ofiarował, to właśnie powodów do czegoś takiego właśnie.
Wiedziała, co robi. Gdyby nie zostawiła mu żadnej wiadomości, już następnego dnia zgłosiłby jej zaginięcie na policji. Zapewniała go w nim, że wkrótce się odezwie. I w końcu to zrobiła. Zadzwoniła. Po blisko miesiącu. Wcale nie sprawiała wrażenia osoby zbytnio tym wszystkim przejętej. Raczej takiej, która znalazła wreszcie trochę czasu i wykręciła ich numer telefonu stacjonarnego w przerwie pomiędzy czymś o wiele bardziej absorbującym.
Dzwoniła w sprawie bardzo formalnej, ale nie finansowej. O domu nawet nie wspomniała. Dlatego powód jej odejścia był dla niego tak przerażający po prostu.
- To będzie ostatnia nasza rozmowa.- Głos Anety był bardziej niż opanowany. Wyczuwał w nim szyderczą nutę satysfakcji. A może mu się tak tylko wydawało?
- Nie rozumiem. Dlaczego?! - Sewerynowi natomiast daleko było do takiego opanowania, jakie prezentowała Aneta. - O co chodzi?! Co takiego zrobiłem?!!?
- Nie w tym rzecz. Może byś to zrozumiał, ale nie wiem czy powinnam ci o tym mówić, skoro ty nie poczuwałeś się do obowiązku przez te wszystkie lata też o czymś mi powiedzieć.
Rozmawiali jeszcze tylko parę minut. Jednak w ich przypadku trudno było to nazwać rozmową. Nie powiedziała mu gdzie się zatrzymała. Ich syn też nic na ten temat nie wiedział, ale nie sprawiał wrażenia zbytnio tym zaskoczonego, co Seweryna jeszcze bardziej zbiło z tropu i zaszokowało. Powiedział, że nie wie gdzie mogła udać się mama, ale nie wypadł w tej roli zbytnio przekonująco. Poza tym jego też nie było aktualnie w mieście. Niby promował swoje książki.
Czyżby rozmawiała wcześniej z ich dzieckiem i naplotła mu jakichś głupot na temat jego ojca? To, że ich syn był jakoś w to wtajemniczony zaczynało być dla niego wręcz oczywiste. Przed kim jak, przed kim, ale przed powieściopisarzem pewne osoby zawsze będą się czuć swobodnie i swobodnie będą się przed nimi spowiadać. A już na pewno taka, która go urodziła.
Myśl o Szymonie obróciła głowę Seweryna nieznacznie w prawo, a jego wzrok skierowała na dwa zaczytane egzemplarze dwóch powieści syna.
- To dla ciebie tato - powiedział Szymon, wręczając mu egzemplarze nowych książek. - Czytaj dotąd, aż zrozumiesz, o co mi może chodzić. Jak ci się będzie nudziło...
A że nudziło mu się coraz częściej, to czytał. W przerwach pomiędzy codzienną rutyną - a w wieku przeszło sześćdziesięciu lat zostało mu jej już naprawdę całkiem niewiele -, podążał nie jeden raz linijkami i akapitami różnych przerażających ponadnaturalnych wydarzeń i ich długotrwałych (pokazujących swą twarz po latach knowań) implikacji. Niektóre fragmenty znał już prawie na pamięć, co nie przeszkadzało mu zaczytywać się nimi wciąż od nowa. Niesamowite było w nich właśnie to, że za każdym razem, kiedy zabierał się do ich lektury, mógł liczyć na niejedną nowinkę interpretacyjną, której wcześniej jakoś nie brał pod uwagę.
O samobójstwie jego żony i syna poinformowała go stara znajoma Anety. (A kiedy zaklinał się przed nią, by powiedziała mu, gdzie się przed nim ukrywa, przysięgała, że o niczym nie wie.) Znaleźli ich razem w mieszkaniu Szymona. Oboje połknęli taką samą dawkę jakichś proszków. Ale zostawili mu prezent. A jakże! Kopertę dostał parę dni po telefonie. Ciekawe, kto ją przysłał? Było w niej sporo zdjęć. I chociaż ciężko byłoby zaliczyć je do pornografii, jednoznacznie ukazywały, iż nie "próżnowali" przez ostatnie lata. Nawet na tych najaktualniejszych widać było, że nawet teraz, Aneta była tak samo atrakcyjna jak wiele wiele lat temu.
Nie było żadnych słów. Nic, poza garstką zdjęć z datami w lewym dolnym rogu każdej ekspozycji, oraz niewielką błękitną kwadratową fiszką z jakimś nieznanym mu adresem. Nic więcej. Wiedział, gdzie to mniej więcej jest, lecz nikt mu znajomy tam nie mieszkał. Kiedy obserwował przez pół dnia wskazany na karteczce dom, upewnił się tylko, że pamięć go jeszcze nie zawodzi i kompletnie nie zna zamieszkujących go ludzi.
Nie mógł jednak ot tak sobie wejść tam i zacząć wypytywać jego domowników nie wiedząc nawet, o co.
Wyjście z tego koszmarnego impasu chcąc nie chcąc podsunął mu inspektor policji, który zaintrygowany dziwnym przypadkiem samobójczej śmierci matki i syna, odwiedził Szymona jakiś czas (stosownie) później i zadał w związku z tą niecodzienną sprawą parę pytań.
I właśnie odpowiadając na nie, Seweryn nagle postanowił wyjawić mu wszystko.
Obiecując zająć się sprawą w przerwie między biurokratyczną rutyną schował błękitną fiszkę do kieszeni i wyszedł.
Ku jego zaskoczeniu, zjawił się ponownie niecały tydzień później, zauważalnie bardziej zmieszany niż sam pewnie oczekiwał.
- Tak naprawdę, to nie wiem, co o tym wszystkim myśleć - powiedział. - Może pan będzie mógł mi to choć trochę rozjaśnić?
- To znaczy, że dowiedział się pan czegoś?
- Tak. Tylko jeszcze bardziej mi to wszystko zapętliło.
I opowiedział mu o rozmowie z gospodarzami problematycznego dla Seweryna domu, którą przeprowadził zaraz po swojej poprzedniej (pierwszej) wizycie tutaj. Albo raczej z jednym z gospodarzy.
Młodzi ludzie, których tam widział tylko wynajmują piętro, a właścicielką całości jest blisko osiemdziesięcioletnia wdowa, której w prowadzeniu interesu (i w ogóle, jak się okazało) pomaga czterdziesto paroletni syn brata męża zmarłego przed laty. I to właśnie z nim rozmawiał.
- Owa staruszka... jest trochę nie w pełni władz umysłowych. Andrzej pomaga jej w każdy możliwy sposób. Praktycznie sam zajmuje się wszystkim. Nigdy nie miał szczęścia do znalezienia jakiejś satysfakcjonującej pracy, więc bez wahania przyjął propozycję wujka. Zresztą bardzo ich wszystkich kochał i nigdy nie mógł pogodzić się z tym, co się im przytrafiło. Wuj, Wojciech Borkas, zapisał mu dom pod warunkiem, że będzie opiekował się jego żoną, Matyldą, a swoją ciotką. Mieszka na parterze ze swoją żoną i dziećmi.
- Przepraszam, ale nie widzę...
- I ja nie widziałem związku, dopóki nie wyjaśnił mi przyczyny umysłowego zagubienia jego ciotki.
- To znaczy?
- Prawie czterdzieści lat temu, jej syn... Syn Matyldy i Wojciecha Borkasów, Marek, popełnił samobójstwo. Straszny widok. Włożył sobie lufę rewolweru w usta. Jej umysł uciekł i od tamtego czasu błąka się prawdopodobnie po komnatach i korytarzach szczęśliwszych wspomnień sprzed lat. Wiedziałby pan, co mam na myśli, gdyby pojechał tam ze mną.
- Ale...
- No dobrze. - Inspektor sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyciągnął jakąś fotografię. - Niech pan spojrzy tylko na to. Muszę to oddać. Powiedziałem, że wypożyczam do sprawy na dwadzieścia cztery godziny. Nie miał nic przeciwko, ale prosił o zwrot. To ulubione zdjęcie Matyldy Borkas. Gdy zaczyna popadać w posępny nastrój, wystarczy, że spojrzy tylko na nie i od razu przechodzi w nastrój, w jakim miałem szczęście ją akurat zastać.
- Ale skąd oni wzięli zdjęcie mojego syna ? - zapytał chyba już tylko sam siebie Seweryn, patrząc na uśmiechniętą twarz Szymona. - I po co..?
- Chodzi o to, że jest to zdjęcie syna Matyldy Borkas. Fotografia Marka Borkasa. I zjawiłbym się tutaj z tym natychmiast, ale tak mnie to zbiło z tropu, że musiałem się upewnić, co do jej autentyczności. Właśnie na to straciłem te kilka dni.
- I upewnił się pan? - powiedział bardziej niż zapytał Seweryn, nie patrząc przy tym na inspektora.
- Właśnie. W tym cały kłopot.
- W tym, że się pan upewnił?
- Tak.
                         

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz