Lamis ma siedem lat i pochodzi z Deir al-Zour we wschodniej Syrii. Obok w ciemności jest jeszcze jej o dziewięć miesięcy starszy brat Salih i mężczyzna o imieniu Abu Alaa. Nie jest jej ojcem, ale też pochodzi z Deir i spotkali go przypadkiem w Izmirze, kiedy kupowali bilet na przeprawę. Jej tata Rabiaa jest już w Niemczech, wyjechał trzy miesiące temu, i Lamis za nim tęskni. Chciałaby, żeby tu był. Rozmawiała z nim przez telefon, zanim wysiedli z taksówki, która przywiozła ich tutaj, na ciemne pole czy do lasu. - Cześć tato, już jedziemy do ciebie! -Cześć, mój skarbie. Salih chwycił za słuchawkę i Lamis próbuje mu ją odebrać. Po krótkiej przepychance położyli telefon na siedzeniu i razem rozmawiali z tatą. - Niedługo się zobaczymy, tato! - mówił Salih. - Tak, już niedługo. Bądźcie dzielni, pomagajcie mamie. Czekam na was, kupię dobre jedzenie i słodycze na wasz przyjazd - odpowiedział tata.
"Niech Bóg was strzeże"**
Manar się zaśmiała, słysząc jego słowa. Manar nie śmiała się teraz zbyt często. Ostatnimi czasy, po wyjeździe Rabii, ogarniał ją coraz większy lęk. Nie mogła już pracować jako nauczycielka arabskiego, nie mogła w ogóle pracować. Życie w Deir al-Zour było zresztą ciężkie już od 2011 roku. Najpierw miasto, stolicę prowincji, brutalnie zaatakowała syryjska armia, ponieważ mieszkali w nim głównie sunnici i stanowiło bazę rewolucyjnych ugrupowań. Jakby tego było mało, terenem bogatym w ropę zainteresowało się kilka lat później tzw. Państwo Islamskie. Teraz oddziały Assada kontrolują Deir al-Zour, a miasto jest otoczone oddziałami ISIS. Wyrwać się z niego było prawie niemożliwe, a sytuacja zaostrzała się z każdym tygodniem. (...)
Manar z dziećmi nie miała wyboru. Musieli się wydostać z miasta. Rabiaa pożyczył na jej podróż pięć tysięcy euro od różnych przyjaciół. Tak duża suma nie mieściła się w małym różowym portfelu, którego używała na co dzień. Teraz zostało jej tylko siedemset euro i pieniądze leżały bezpiecznie w czarnej saszetce biodrowej pod kurtką. Jak tylko Manar z dziećmi przyjechała do Izmiru, Rabiaa zadzwonił do przemytnika, który załatwił mu wyjazd z Turcji. Miał na imię Khalid i Rabiaa wiele razy wyrażał się o nim z uznaniem. Co do samej przeprawy, to zapewniał Manar, że nie ma się czego bać. Wie przecież, że Rabiaa dopłynął do Grecji w ciągu paru godzin. Niemcy wydają się w porządku.
Brak jej dziecięcych oczu Rabii, migających w nich ogników, kiedy się uśmiechał. - Teraz ja, dajcie mi telefon - powiedziała do dwojga starszych dzieci. - Dziś wyruszamy, morze jest spokojne. Płyniemy! - zapewniała męża. - Szczęśliwej podróży. Niech Bóg was strzeże -odpowiedział Rabiaa. Ustalili, że będą się kontaktować przez WhatsAppa. Będzie czuwał, dopóki nie wylądują na greckim brzegu.
Brak jej dziecięcych oczu Rabii, migających w nich ogników, kiedy się uśmiechał. - Teraz ja, dajcie mi telefon - powiedziała do dwojga starszych dzieci. - Dziś wyruszamy, morze jest spokojne. Płyniemy! - zapewniała męża. - Szczęśliwej podróży. Niech Bóg was strzeże -odpowiedział Rabiaa. Ustalili, że będą się kontaktować przez WhatsAppa. Będzie czuwał, dopóki nie wylądują na greckim brzegu.

Lamis wzdycha, wspominając rozmowę, naprawdę tęskni za tatą. Teraz znów słychać głosy. Jedne są gniewne, groźne, inne wystraszone. Zbliżają się do nich, słychać szelest ubrań ocierających się o gałęzie, ciężkie kroki grzęznące w gliniastej ziemi. (...) Nagle wszyscy przystają. Przemytnicy każą im uklęknąć. Jest ich prawie setka i na polecenie wymachujących bronią przemytników wszyscy padają na kolana. Z początku nie rozumieją, dlaczego każą im się ustawiać w rzędy na takim pustkowiu. (...) Niektórzy z komenderujących przemytników wydają się całkiem nieobliczalni. (...) Poganiają kuksańcami ludzi idących wolniej. (...)
- Czas wsiadać do łodzi - popędzają przemytnicy. Nikt nawet nie zauważył, że do brzegu dobiły dwie nadmuchiwane gumowe łodzie. Unoszą się lekko na wodzie, wyglądają na całkiem małe. Potrzeba ich dużo więcej, jeśli wszyscy się mają pomieścić. Nad morzem silnie wieje, fale są wysokie. Biała piana uderza o brzeg, syczy w zetknięciu z suchym piachem, potem szybko zawraca. Manar czuje kroplę wody na policzku, nie jest pewna, czy z morza, czy z chmury. - Wszyscy do łodzi! Już! - krzyczy przemytnik wyglądający na szefa. Każdy się spieszy, żeby zająć miejsce w małej łodzi.
Manar, Lamis i reszta rodziny siadają w środku, na dnie, jak inne mamy z dziećmi. Tak dużo ludzi. Jest ciasno i podczas wchodzenia do łodzi Lamis zamoczyła nogawki od spodni. Nie ma pomostu, więc wchodzą na pokład, brodząc w zimnej wodzie. Łódź nie ma zadaszenia, wygląda jak wielka zabawka. Lamis siada bliżej rodzeństwa. Jej brązowa kurtka nie wydaje się już tak ciepła.
Przemytnicy zdjęli spodnie, wchodzą do wody i upychają na siłę pasażerów w łodzi. W pośpiechu pakują do środka o wiele za dużo ludzi. Gdyby ich policzyli, okazałoby się, że w łodzi Lamis są pięćdziesiąt dwie osoby. I jeszcze sternik, ten z Algierii. Czyli pięćdziesiąt trzy. Ale nikt ich nie liczy, chcą tylko, żeby jak najszybciej zajęli miejsca. To samo w drugiej łodzi.
Skazani na śmierć
Deszcz zaczyna padać cienkimi strużkami. Nasser, jeden z pasażerów, mruży oczy, żeby dojrzeć wyspę po drugiej stronie. Wysokie góry i słabe, mrugające czerwone światło. Wyspa wydaje się daleko. - Czy można płynąć w deszcz? Może nie powinniśmy wypływać, zupełnie przemokniemy. Morze jest niespokojne! - woła Ahmad, inny płynący łodzią Syryjczyk, do przemytnika, który wygląda na szefa. Ale przemytnik zapewnia, że wszystko jest w porządku. - Nie, nie, deszcz ucisza fale. To zresztą krótka podróż. Przez chwilę będzie wam niewygodnie, ale wkrótce będziecie na miejscu. Muszą go słuchać. (...)
Algierski sternik kładzie dłoń na rączce do gazu - to on będzie przewoził siebie i pozostałych uchodźców do Grecji. Nigdy przedtem nie sterował łodzią. Ostrożnie zanurza się w noc. Po przepłynięciu zaledwie kilku metrów deszcz się wzmaga i ostro zacina. Gdyby nie huk wiatru i morza, mogliby usłyszeć, jak bębni w mocno napompowane boki łodzi.
Odpłynęli kilkaset metrów od brzegu. Jest tuż po jedenastej. Płyną powoli. Prosto przed siebie, w stronę ciemnych wzgórz w oddali. Światła, na które mają się kierować, są słabo widoczne. Ahmad wciąga na głowę kaptur. Nos ma zupełnie zimny. Druga łódź opuszcza brzeg w tym samym czasie, ale płynie w innym kierunku. Wkrótce tracą ją z oczu.

- Jak dopłyniemy do tamtych świateł, będziemy na greckiej wyspie - pokazuje Manar dzieciom. Ze swoich miejsc prawie nic nie widzą. Siedzą na samym dole, okrążeni przez gromadę stłoczonych współpasażerów. (...) Woda sączy się do środka przez burty. Łódź się kołysze i na środku, gdzie siedzą dzieci, jest już mokro, nogi mają w zimnej morskiej wodzie. (...) Wiatr pcha wysokie fale prosto na nich i łódź, zamiast sunąć po ich grzbietach, przedziera się przez wodę. Jest nadmiernie obciążona, wiatr jest zbyt silny. Wieje z prędkością dwudziestu metrów na sekundę i teraz fale osiągają wysokość pięciu metrów. Abdullah płacze, Salih płacze, płacze również Lamis. (...) Wszystkie dzieci są wystraszone, a mamy nie mogą ich pocieszyć, bo same są sparaliżowane strachem. (...)
Silna fala rzuca łodzią na bok i kolejny strumień zimnej wody uderza w najmniejsze dzieci. Teraz krzyczą nawet niektórzy mężczyźni. Ahmad ma dosyć, deszcz wzmaga się z chwili na chwilę. To zbyt niebezpieczne. - Nie. Musimy wracać na brzeg. Nie damy rady przepłynąć - mówi. - Ma rację - przytakuje ktoś inny. - Nie damy rady! Nie dopłyniemy! (...) Sternik zawraca łódź, która ustawia się dłuższym bokiem do fali i ludzie siedzący na krawędzi z trudem utrzymują równowagę. (...)
Łódź płynie prosto na ten sam pusty brzeg, który niedawno opuścili. Widać tam ciemną postać. - Jeszcze tam jest - syczy ktoś na łodzi (...). Przemytnik - ten, który wygląda na szefa. Musiał słyszeć zbliżającą się łódź i teraz ich zobaczył. Ale nie wychodzi naprzeciw, żeby pomóc im dobić do brzegu. Przeciwnie, jest wściekły. - Dlaczego. Dlaczego tu wracacie?! - wrzeszczy. Brnie przez wodę do rufy łodzi, gdzie siedzi algierski sternik. Woda mu nie przeszkadza. Pruje fale i dopada sternika, który usiłuje się tłumaczyć. Jest wystraszony.
- Kazali mi wracać. Zmusili do powrotu - odzywa się pierwszy. (...) przemytnik znów się wydziera. - Macie płynąć, TERAZ! - Nie, błagam! Nie chcemy płynąć tej nocy - słychać głos w ciemności. - Nie chcemy umrzeć! - woła ktoś inny. Przemytnik zwraca się w ich kierunku i krzyczy poirytowany. - Nikt nie umrze! Wszyscy dotrą na miejsce. Dalej, w drogę!

Algierski sternik, który najwyraźniej go zna, przyłącza się do pozostałych pasażerów. Próbuje opisać warunki na morzu, pogodę uniemożliwiającą przeprawę. Gdy widzi, że przemytnik go nie słucha, odmawia prowadzenia łodzi, pozostali pasażerowie mu wtórują. - Nie, nie płyniemy więcej. To pułapka, wszyscy utoniemy. Ich protesty jeszcze bardziej rozwścieczają szefa przemytników. Wymachuje ręką, trzyma w niej jakiś przedmiot. Metalowy pręt? Robi krok do przodu i wali mocno algierskiego sternika w głowę i w ramię. Sternik krzyczy z bólu. Pada do przodu. Manar i dzieci drętwieją z przerażenia. Krzyczą, wszyscy w łodzi krzyczą. -Przestań! Przestań go bić! Na to przemytnik wyjmuje pistolet i wymachuje w ich stronę, potem celuje w głowę algierskiego kierowcy. (...)
Jest pięć po jedenastej. (...) Jeden z mężczyzn na łodzi - Ayman - właśnie wpadł na pomysł, który uratuje im życie. Zadzwonią do straży przybrzeżnej i wezwą pomoc. Pomoc udzielona przez turecką straż przybrzeżną oznacza definitywny koniec ich podróży do Europy. (...) Straż przybrzeżna jest mimo wszystko lepszym wyjściem niż powrót do uzbrojonych i wrogich przemytników na brzegu. Z tym wszyscy pasażerowie się zgadzają. Więc Ayman dzwoni. Ale nikt nie odpowiada. Lekarz, który z nim jedzie, też stara się nawiązać kontakt ze strażą. Przesyła wiadomość na WhatsAppie. Ayman dzwoni raz za razem na numer alarmowy 158 i w końcu ktoś odpowiada. Ahmad słucha i wstrzymuje oddech, kiedy Ayman, przekrzykując huk silnika i wiatru, opisuje ich rozpaczliwą sytuację. - Co powiedzieli? - pyta Ahmad, zanim jeszcze Ayman zdążył schować komórkę do wodoodpornego etui. - Przyjadą. Powiedzieli, że przyjadą i nas zabiorą - mówi z przekonaniem Ayman. (...)
Pomoc, która nigdy nie nadeszła
Wieje tak mocno, że aż bolą uszy. Fale są strasznie wysokie. (...) Nagle zmienia się dźwięk silnika, słychać, jak słabnie. Algierski sternik usiłuje rozpaczliwie podkręcić obroty. Nie jest kapitanem statku, ale nawet gdyby tak było, nic by nie mógł poradzić. Silnik jest przeciążony, przegrzany i łódź zwalnia. Sternik sam jest uchodźcą, najął się u przemytników, żeby zarobić na podróż. Tej nocy miał wykonać ostatnie zlecenie i tym samym wydostać się z Turcji. (...) Łódź pozbawiona silnika płynie powoli, bardzo powoli. Ayman wytęża słuch, wyczekując odgłosu silnika, Ahmad i Thaer wypatrują łodzi ratunkowych. Straż powinna już tu być. Położenie jest krytyczne, łódź nabiera coraz więcej wody.

Mężczyźni na łodzi postanawiają wyrzucić część bagażu za burtę, żeby zmniejszyć obciążenie. Farazdeak usiłuje wyciągnąć leżący obok plecak. Trudno się dostać do bagażu, dzieci i pakunki są stłoczone razem na mokrym dnie łodzi. Udaje mu się wyszarpnąć plecak i w tym momencie jego wzrok pada na mężczyznę, który podnosi do góry małe, nieprzytomne dziecko. W pierwszej chwili Farazdeak myśli, że chyba mu się przewidziało, jest tak ciemno. Ale to rzeczywiście jest dziecko. Mężczyzna po szybkich oględzinach najwyraźniej stwierdza, że dziecko nie żyje, i wrzuca je do wody razem z pakunkami. Tak po prostu. Nikt tego nie widzi.
Farazdeak najpierw zaniemówił, potem krzyczy na znak protestu. Ale pasażer, który wyrzucił dziecko, odpowiada z całkowitym spokojem. - Musimy się pozbyć zbędnego obciążenia. Żeby przeżyć. Nadal wyrzuca rzeczy z łodzi. Farazdeak nie myślał o tym wcześniej, ale nagle sobie uświadomił, że woda na pokładzie łodzi sięga mu do kostek. Jej poziom stale się podnosi, a jego zalewa uczucie strachu. (...)
Lamis wskoczyła na kolana Ahmada. Nie wie, jak się tam znalazła. Może sam ją chwycił, kiedy zapadło się dno łodzi. Żadne z nich nie wie, jak to się stało, ale teraz są razem. Ahmad usiłuje się utrzymać na burcie, siedzi z nogami skierowanymi w zapadnięty środek łodzi. Przerażona Lamis dopytuje się o pomoc, o której mówili dorośli. Tylko myśl o straży przybrzeżnej trochę ją uspokaja.
Jej brązowa pikowana kurtka jest przesiąknięta słoną wodą. Lamis czepia się kurczowo Ahmada. - Podnieś mnie, podnieś mnie, wujku! - krzyczy. Zgubiła gdzieś Manar. Straciła matkę z oczu. Ale słyszy ją. Nigdy nie słyszała, żeby tak krzyczała. Ma zmieniony głos. Boi się go, ale jeszcze bardziej boi się tego, co wykrzykuje matka. Słowa, których Lamis nie pojmuje. - Mój syn nie żyje! Błagam, pomóżcie mi uratować drugie dziecko!
Ahmad wie, że to matka Lamis i że on teraz odpowiada za wczepioną w niego dziewczynkę. - Nie mam nawet żony, ale to jest teraz moja córka. Jestem jej opiekunem - mówi do siebie. Do Lamis znów dochodzi rozpaczliwy krzyk matki. - O Boże! Mój drugi syn też nie żyje! Błagam, ratujcie moją córkę! Ahmad przytrzymuje Lamis, próbuje ją uspokoić drżącym głosem. Dygoce z zimna. Mam ciebie, myśli i ma nadzieję, że dziewczynka wyczyta to z jego oczu. Lamis! Słyszy krzyk Manar. Mohammad Salih! Abdullah!
Ahmad rozgląda się dookoła, ale nigdzie nie widzi żyjących dzieci. Wszystkie zniknęły. Nie widać również matki Lamis, ona też przepadła. W mgnieniu oka. (...) Długie czarne włosy Lamis unoszą się nad wodą i czerwoną, o wiele za dużą kamizelką ratunkową, którą mama kupiła na podróż. - Czy straż przybrzeżna jest w drodze? - pyta Lamis, patrząc prosto w oczy Ahmada. Ahmad nie wie, co ma odpowiedzieć. (...)
- Udało się. Straż przybrzeżna przyjechała - szepce Lamis słabym głosikiem. Ale Ahmad musi ją zmartwić. - Nie, kochanie. Nikt nie przyjechał. Nikt nie przyjedzie. Dziewczynka ma halucynacje, myśli zaniepokojony, usiłując utrzymać się wraz z nią na powierzchni lodowatej wody. Obok łodzi jest w wodzie około dziesięciu mężczyzn i jedna kobieta. Wszyscy próbują czepiać się resztek wraku. Unoszą się na ogromnych falach. W górę, w dół. W górę, w dół. Ahmad jest pewien, że stanie mu serce.
Łódź coraz bardziej się rozsypuje, Ahmad trzyma się już tylko jedną ręką za jej brzeg. W drugiej trzyma Lamis. Każdy centymetr jego ciała jest zdrętwiały z zimna. - Nie puszczaj mnie! - krzyczy Lamis. Ahmad nie wie, co ma robić. "O co jeszcze mamy walczyć?" - myśli. Lamis nie ma już nikogo. Jej mama zginęła, rodzeństwo nie żyje. Opadły go czarne myśli, gotów jest dać za wygraną. Nie ma już siły, żeby trzymać Lamis dostatecznie wysoko nad powierzchnią. Nie ma siły z nią rozmawiać. Lamis tak bardzo się boi. Nie może już płakać. - Nie puszczaj mnie. Proszę, nie puszczaj mnie. Przyjedzie straż przybrzeżna - szepce raz za razem.
Zalewają ją coraz wyższe fale. Próbuje utrzymać głowę na powierzchni, lecz wciąż przychodzą nowe. Jej płuca wypełniają się wodą. Nie zdąży zaczerpnąć powietrza przed kolejną falą, ciało ma całkiem zimne. Ahmad nie ma siły jej podtrzymywać. Z trudem sam się utrzymuje na powierzchni. Lamis wciąga więcej wody niż powietrza, to nie trwa długo. Płuca nie wytrzymują. Po chwili już nie żyje.Łódź coraz bardziej się rozsypuje, Ahmad trzyma się już tylko jedną ręką za jej brzeg. W drugiej trzyma Lamis. Każdy centymetr jego ciała jest zdrętwiały z zimna. - Nie puszczaj mnie! - krzyczy Lamis. Ahmad nie wie, co ma robić. "O co jeszcze mamy walczyć?" - myśli. Lamis nie ma już nikogo. Jej mama zginęła, rodzeństwo nie żyje. Opadły go czarne myśli, gotów jest dać za wygraną. Nie ma już siły, żeby trzymać Lamis dostatecznie wysoko nad powierzchnią. Nie ma siły z nią rozmawiać. Lamis tak bardzo się boi. Nie może już płakać. - Nie puszczaj mnie. Proszę, nie puszczaj mnie. Przyjedzie straż przybrzeżna - szepce raz za razem.Katastrofę łodzi, na której płynęła m.in. Lamis z rodziną, przeżyło dwunastu młodych mężczyzn, w tym Ahmad, który płynął do brzegu dwanaście godzin w lodowatej wodzie. Opowiadał, że to dzieci tonęły pierwsze. Wiele nie miało kamizelek ratunkowych. Jeśli któryś malec umarł, zanim łódź poszła na dno, ciało wyrzucano po prostu za burtę, by nie obciążało dodatkowo tonącej łodzi. Ciała tych, którzy utonęli, morze wyrzuca na brzeg przez kolejne dni. Znajdują ich mieszkańcy wybrzeża spacerujący rano z psami.
*Fragment książki "Łódź 370. Śmierć na Morzu Śródziemnym" w polskim przekładzie Ireny Kowadło-Przedmojskiej, którą w promocyjnej cenie można kupić w Publio.pl oraz w Kulturalnym Sklepie>>>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz