Oddech diabła” to narkotyk wykorzystywany do tzw. „zbrodni doskonałej”. Ofiara będąca pod wpływem skopolaminy, dobrowolnie przekaże nawet obcej osobie wszystko włącznie z oszczędnościami i życiowym dorobkiem. Gdy się obudzi – nic nie będzie pamiętać.”
Narkotyk jest bardzo niebezpieczny. produkowany jest w formie proszku, który rozpylony np. na wizytówce w kontakcie ze skórą od razu zaczyna działać powodując szybką utratę „siły woli” u ofiary.
Skopolamina, nazywana też Burundangą, wytwarzana jest z roślin psiankowatych, w szczególności z bielunia dziędzierzawy, pochodzącego z Meksyku. Substancja jest bezwonna, nie posiada smaku. W dużych ilościach może okazać się śmiertelna.
Profesor farmakologii Nan Curral w wywiadzie dla The Guardian potwierdził, że duże dawki skopolaminy całkowicie obezwładniają, natomiast nie do końca jest przekonany, że narkotyk usuwa wolna wolę. Podkreśla, że raczej „kasuje” pamięć.
Maksymalna dawka substancji to 0,33 miligramy. Stosowana jest w medycynie w leczeniu np. alzheimera, w bardzo małych dawkach, w postaci plastra używana jest do leczenia choroby lokomocyjnej.
Skopolamina to może być to legendarne „serum prawdy”, co potwierdzają liczne dokumenty mówiące o tym, że narkotyk stosowali naziści w czasach II wojny w trakcie przesłuchań.
Również CIA podejrzewa się o stosowanie specyfiku w celu wymuszenia zeznać świadków. Jedna z teorii spiskowych zakłada, że sprawca masakry podczas premiery filmu „Batman” – James Holmes – został odurzony skopolamina i zmuszony do wykonania ataku.
W filmie dokumentalnym portalu VICE jeden z kolumbijskich rozmówców (handlarz narkotykami) stwierdza, że „oddech diabła” jest gorszy niż wąglik, oraz że kogoś kto jest pod wpływem narkotyku, możesz kierować jak dziecko.
W dokumencie wypowiada się również jedna z ofiar, która twierdzi, że została odurzona narkotykiem przez jednego mężczyznę. Następnie odurzona działaniem substancji poszła z nim do swojego domu i sama pomagała mu pakować i wynosić wszystkie swoje drogocenne rzeczy.
Ojciec prezydenta Andrzeja Dudy prof. Jan Tadeusz Duda wyznał w rozmowie z „Super Expressem”, że w związku z wypadkami prezydenta, premier i ministra obrony narodowej, boi się o życie syna. – Tak. Zawsze jest ryzyko – powiedział zdecydowanie Jan Tadeusz Duda.
Przypomnijmy, że w ciągu niespełna roku, w wypadkach uczestniczyły samochody wiozące prezydenta Andrzeja Dudę, szefową rządu Beatę Szydło, szefa MON Antoniego Macierewicza.
Niespełna rok temu w prezydenckiej limuzynie pękła opona przy prędkości około 140 km na godzinę. Auto wpadło do rowu.
– Miał sporo szczęścia – mówi o wypadku syna Jan Tadeusz Duda. – Dziękuję kierowcy, że uratował mojego syna – dodał.
„Los swojego syna powierzam Opatrzności Bożej”
Los swojego syna powierzam Opatrzności Bożej. Każdy może mieć obawy o życie, w każdym przypadku mogą się wydarzyć różne rzeczy. Zawsze jest ryzyko. Wierzę w to, że kierowcy BOR, odpowiednie służby pracują właściwie. Wierzę w ich fachowość – mówi Jan Tadeusz Duda.
Orzesze . Nie lada niespodzianka spotkała patrol lokalnej drogówki, zatrzymali auto prowadzone przez całkowicie nagiego mężczyznę. Dla doświadczonych funkcjonariuszy nie byłoby to takie dziwne, gdyby na fotelu pasażera nie siedział przypięty pasami... łabędź, a z tyłu oraz w bagażniku znajdowało się w sumie kilkanaście kur.
Mężczyzna, 22-letni Michał Tebinka , początkowo nie był w stanie sobie przypomnieć jak się nazywa, ani skąd w aucie wzięły się zwierzęta. Po chwili stwierdził, że prawdopodobnie podróżują autostopem, ale nie chciał być wścibski, więc nie zadawał im takich osobistych pytań. Skarżył się, że kury nie chciały zapiąć pasów.
Funkcjonariusze zdecydowali się przebadać go na miejscu alkomatem, jednak okazało się, że jest całkowicie trzeźwy. Nic nie wykazały również policyjne narkotesty, jednak one nie wykrywają popularnych ostatnio dopalaczy.
W międzyczasie Michał wielokrotnie zmieniał wersję wydarzeń. Twierdził, że ptaki musiały się dostać kiedy otworzył okno na światłach, chwile później, że były już na wyposażeniu auta kiedy je nabywał, albo, że jest taksówkarzem, a sytuacja na rynku nie pozwala mu wybrzydzać w klientach. Próbował też wmówić policjantom, że to nie on prowadził auto, mimo tego, że nadal znajdował się za kierownicą.
Kontakt z mężczyzną był bardzo trudny, a jego stan nie wskazywał na możliwość kontynuacji jazdy, jednak policjanci nie mieli podstaw do zatrzymania. Całe szczęście otrzymali zgłoszenie o włamaniu na pobliską fermę drobiu i powiązali te zdarzenia.
Po konfrontacji z nowymi faktami mężczyzna z nieukrywaną radością przypomniał sobie przebieg zdarzeń. Jednak nie zgadzał się z zarzutami kradzieży, twierdząc że drób sam uwolnił się z korporacyjnego ucisku, a on chciał zapewnić mu życie o lepszym standardzie.
Michał został zatrzyman i przewieziony na komendę. Mężczyzna odpowie za kradzież z włamaniem, jednak ze względu na niską wartość przedmiotu kradzieży prawdopodobnie skończy się na grzywnie.
Ważne! W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystając z witryny akceptują Państwo regulamin strony oraz fakt, że wszystkie informacje na niej zawarte są całkowicie fikcyjne, a podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń jest całkowicie przypadkowe. Jeśli nie zgadzasz proszę opuść tę stronę.
Na wielu owocach – jabłkach, pomarańczach, bananach, cytrynach i innych, są widoczne naklejki. Widać na nich czterocyfrowy lub pięciocyfrowy kod. Dzięki temu możemy dowiedzieć się, jak został wyprodukowany dany owoc. A czy Ty znasz te oznaczenia i umiesz je rozpoznawać? Sprawdź sam..
Czy jest to GMO, czy jest to owoc hodowany metodami tradycyjnymi, czy też ekologicznymi? Poniżej na zdjęciu przykład takiej naklejki:
I teraz wyjaśnienie co one oznaczają, m.in. jak rozpoznać czy ten ładnie wyglądający owoc czy warzywko to GMO, czy nie:
-Kod czterocyfrowy, zaczynający się od cyfry 3 lub 4 – uprawa konwencjonalna
-Kod pięciocyfrowy, zaczynający się od cyfry 9 – uprawa ekologiczna
-Kod pięciocyfrowy, zaczynający się od cyfry 8 – żywność modyfikowana genetycznie (GMO)
Przy czym nie zalecam wpadać w panikę że jakiś składnik jest GMO, albo że nie wszystko co zjadasz jest produkowane metodami ekologicznymi. To naprawdę do niczego dobrego nie prowadzi. Jeśli już, to prowadzi to do złych odczuć – strachu przed chorobami, poczucia winy że nie dotrzymujesz postanowień diety, i innych negatywnych.
A tego typu złe emocje, jak wiemy nawet z klasycznej psychologii, potrafią doprowadzić do rozstroju organizmu. A potem do choroby. Często podkreślam, że nasze pozytywne nastawienie, rezygnacja z negatywizmów (szokujące wiadomości, teorie spiskowe), pogodne usposobienie, pogodzenie się z życiem i światem – jest ważniejsze niż dieta. Diet jest wiele, i są one jak ideologie.
Każdy swojej diety broni, i każda dieta na każdą osobę działa inaczej. Czasami zupełnie inaczej, jednemu pomagając, innemu szkodząc. Ale dobry nastrój i emocje działają na każdego bez wyjątku. Są pewne oczywiste wyznaczniki zdrowej diety, które są uniwersalne. Unikamy dodatków smakowych (aspartam, glutaminian itp), konserwantów, źródeł białego cukru. Unikamy też fast-foodów i żywności wysoko przetworzonej.
Ale z drugiej strony, nie można popadać w jakiś obłęd, w psychozę strachu, że np na mieście zjadło się potrawę z kukurydzą. A już absolutnie niedopuszczalny jest tzw food-shaming, czyli piętnowanie kogoś ze względu na to, że tego lub owego nie je lub je. Czyni on z osoby go uprawiającej albo jakiegoś nawiedzonego oszołoma, albo nienawistnika.
Poniżej przykłady food-shamingu – rasizmu jedzeniowego, piętnowania za jedzenie / niejedzenie czegoś:
-Mięsożerca:LOL, nie jesz mięsa? xD Jesteś jakiś wege-niewiadomo czy co? Przecież trzeba jeść, zachowywać się i myśleć jak wszyscy, ale obciach! Przecież kto jest wege ten rucha kolegę!
-Wegetarianin:LOL, jarasz zioło i czasami pijesz piwo? I Ty chcesz nazywać siebie tym dbającym o zdrowie?
-Weganin nr 1:LOL, czekolada gorzka z Goplany? Przecież to sama chemia, umrzesz od tego! Czekolada tylko bio i eko i organic z Kambodży, w cenie 69,99 zł za tabliczkę! Reszta to syf i chemia i „guwno”!
-Weganin nr 2:LOL, jesz jaja i sery?! Jesteś mordercą zwierząt tak czy owak, jesz padlinę i nie mów mi tu o mięsie teraz!
-Bretarianin:LOL, to Ty jesz? To takie niskie i przyziemne.. Człowiek może przecież żywić się powietrzem i światłem! Że co, że jestem teraz na OIOM pod kroplówką z glukozy? To chwilowy spadek wibracji, ale wierzę że w końcu mi się uda!
-Mainstreamowy dietetyk:LOL, nie chcesz jeść tego produktu z GMO, do którego wyprodukowania użyto 20 kilogramów konserwantów, antybiotyków, pestycydów i paszy GMO? xD Jesteś oszołomem wierzącym w teorie spiskowe! Pewnie chodzisz po domu w aluminiowym hełmie na tym zakutym od spisków łbie!
Food-shaming to po prostu wariactwo nieprzepracowanego ludzkiego ego..
Food-shaming to obecnie plaga internetu jak i dyskusji w realu. Człowiek i jego ego są przewrotne. Chwalenie się samochodem staje się powoli czymś „niskim„. Więc teraz szpanujemy tym, że jemy jakościowe mięso, krwiste steki, wymyślne burgery w modnych i drogich knajpach. Albo inaczej: jesteśmy weganami, i to skrajnymi, i dbamy o własne zdrowie, jak i los biednych zwierząt.
Ego rośnie, zrzeszamy się w grupki. Walczymy nie tylko w relacji weganin-mięsożerca. Ale ganimy, obrażamy i dyscyplinujemy nawet takich samych wegan jak my. Bo przecież co to ma być za picie piwa, albo jedzenie gorzkiej, bezmlecznej czekolady z marketu. No jak to tak, za to należy się hejt, zdyscyplinować, zgnoić, obrazić, i przede wszystkim – wywyższyć swoje ego w radykalizmie.
Food-shaming jest jak walka jednej ideologii z drugą, jak walka dwóch nielubiących się religii. Ludzkie „wierności” są wg teorii okultystów (Vadim Zeland, Dymitr Wereszczagin i inni – polecam) samoświadomymi, żyjącymi własnym życiem „bytami zbiorowymi„. Mają one żreć naszą energię, głównie tą negatywną. To tłumaczy fakt, dlaczego nie mogą one w pokoju żyć obok siebie. Tylko mięsożerca nazywa wegetarianina oszołomem, a weganin nazywa mięsojada mordercą.
Mechanizmy psychologiczne i socjologiczne w food-shamingu są te same, co w walce innych wierności. Są to mechanizmy uniwersalne. Sam food-shaming prowadzi w konsekwencji do wypaczenia pojęcia dbania o zdrowie i dietetyki. Obrażając ludzi, zniechęca ich do jakiejkolwiek działalności w tym zakresie. Wielkim wyzwaniem dla ludzkości jest to, by różni ludzie wierzący w najróżniejsze ideologie, religie, doktryny, z różnymi dietami – mogli żyć w pokoju obok siebie. By nikt nikomu nic nie narzucał.
Jeszcze kilka ciekawych faktów o GMO jak i eko-żywności:
-W Polsce kupuje się kilkanaście razy więcej żywności ekologicznej czy organicznej niż się jej produkuje. Na pewno nie wyjaśnia tego import z innych krajów. Po prostu wiele żywności tradycyjnej lub nawet GMO jest sprzedawana jako eko lub organic. Sam znam przykład pana Janusza czy tam Józka ze szczecińskiego targowiska Turzyn. Na stoisku ma eko-marchewkę, a przynajmniej tak twierdzi. Bo kto mu to sprawdzi? Sprzedaje ją kilka razy drożej. W konsekwencji, zamiast kupować potem w monopolowym jabcoka typu „bełt wiśniowy„, kupi sobie dobrą gorzałkę i się nią sponiewiera.
-Całość uprawy kukurydzy w Polsce jest GMO. Dlaczego? Bo punkty skupu tak ustaliły normy, że nie kupią od rolnika innej kukurydzy niż GMO. Dodatkowo, praktycznie całość soi na świecie to organizmy GMO. I są one sprowadzane do Polski. Oficjalnie, można sprowadzać tylko pasze GMO dla zwierząt, co robi się w ilościach setek tysięcy ton rocznie. Jednak nie przeszkadza to istnieniu produktów GMO dla ludzi.
-Czy owoce i warzywa w marketach i dyskontach są szkodliwsze? Panuje powszechnie takie przekonanie, że owoce i warzywa z bazaru są zdrowsze, zaś te z marketów to niemal sama chemia pomieszana z plastikiem. I to w dodatku chińskim. W większości jest to bzdurą. Glazurowane i błyszczące jabłka można kupić i na ryneczku i w markecie. Poza tym, te owoce i warzywa są generalnie od tych samych dostawców, i jakość jest porównywalna.
Rosyjskie służby nie zostawiają śladów. Wrogów Kremla likwidują po cichu, chętnie korzystając przy tym z udoskonalanego przez dziesiątki lat arsenału trucizn. Śmiercionośna rycyna, radioaktywny polon, koktajle toksyn, wirusy, bakterie... Przy ich pomocy Rosja prowadzi politykę. Czasem również zagraniczną.
„Truciciele z KGB” to tytuł wydanej właśnie książki Borysa Wołodarskiego, znawcy służb specjalnych i – co tu szczególnie istotne – byłego oficera rosyjskiego wywiadu wojskowego GRU, który z reporterskim zacięciem odtwarza najbardziej spektakularne operacje wymierzone we wrogów Kremla. Sięga do nieznanych wcześniej dokumentów, powołuje się na relacje i historie ludzi, którzy brali udział w tajnych przedsięwzięciach, odkurza zapomniane operacje, skupiając się na przypadkach, kiedy do uśmiercania przeciwników używano trucizn. Wspomina o substancjach wywołujących objawy zbliżone na przykład do ataku serca, pisze o ofiarach wyhodowanych w rosyjskich laboratoriach bakterii, o likwidowaniu wrogów za pomocą kwasu pruskiego, rycyny czy trucizn opracowanych na bazie radioaktywnych izotopów. I jak twierdzi, rosyjskie służby rozpoczęły budowę arsenału trucizn, zanim jeszcze powołano KGB.
REKLAMA
Pierwsze laboratorium powstało w 1921 roku, w osobistym sekretariacie Włodzimierza Iljicza Lenina. Intensywne badania i eksperymenty prowadzone także na ludziach pozwoliły powojennym służbom ZSRR na rozwinięcie sposobów likwidacji przeciwników władzy komunistycznej i swobodne korzystanie z trucizn również poza granicami kraju.
Jednak nawet wraz z końcem komunistycznej Rosji i zmianą ustroju metody te nie uległy zmianie – przekonuje Wołodarski.
Chyba najsłynniejsza ostatnia ofiara rosyjskich służb, Aleksander Litwinienko, brytyjski obywatel i były rosyjski szpieg najpierw KGB, a następnie Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB) zmarł w 2006 roku w londyńskim szpitalu, otruty radioaktywnym polonem. Substancję najpewniej wypił razem z herbatą w czasie spotkania ze starym znajomym ze specłużb, Aleksandrem Ługowojem i tajemniczym mężczyzną przedstawiającym się jako Władimir. Sprawa śmierci Litwinienki otwiera książkę „Truciciele z KGB”, jednak Wołodarski poświęca wiele uwagi także innym operacjom rosyjskich specsłużb. Na uwagę zasługuje zwłaszcza szczegółowa rekonstrukcja próby zabójstwa kandydata na ukraińskiego prezydenta i późniejszego prezydenta Ukrainy. Wiktor Juszczenko, który w wyścigu wyborczym zmierzył się z cieszącym się poparciem Moskwy Wiktorem Janukowyczem, miał zginąć w podobny sposób, w jaki dwa lata później straci życie Litwinienko.
Główną rolę w tej operacji odegrał Wołodymyr Saciuk, pierwszy zastępca szefa ukraińskiej służby specjalnej SBU. Ale niewykluczone, że w sprawę zaangażowany był również Dawid Żwanija, pochodzący z Gruzji sponsor partii Juszczenki Nasza Ukraina. Być może dostawał polecenia z Moskwy, choć jak pisze Wołodarski, brak na to jednoznacznych dowodów.
Juszczenko miał dostać śmiertelną dawkę trucizny w posiadłości Saciuka, w czasie kolacji.
„Grupa zabójców zdążyła już zinfiltrować Ukrainę, rozgościć się w daczy i poznać jej okolice” – rekonstruuje szczegóły akcji autor „Trucicieli z KGB”. – „Juszczence przez cały czas towarzyszyli jeden z ochroniarzy z UDO oraz Czerwonenko (Jewhen Czerwonenko – asystent i ochroniarz Juszczenki; przyp. red.), który twierdził, że nawet na krok nie opuszczał swojego przyjaciela i szefa – z wyjątkiem tego jednego dnia we wrześniu. (...) Wcześniej ustalono także sposób zabójstwa i specjalista dostarczył już na miejsce truciznę opracowaną przez laboratorium. Gotowy był także zespół wsparcia, którego zadaniem tym razem nie było pozbycie się ciała, a profesjonalne posprzątanie – zatarcie wszystkich śladów w taki sposób, aby jakiekolwiek śledztwo w przyszłości nie mogło niczego znaleźć. Niewątpliwie w odwodzie czekał jeszcze zespół awaryjny, który miał przystąpić do akcji, gdyby coś poszło niezgodnie z planem”.
Kluczowy etap operacji rozegrał się 5 września. Tego dnia Wiktor Juszczenko przemawiał na wiecu w Czernyhowie, potem pojechał na obiad do Ołeha Hołowina, ukraińskiego biznesmena, gdzie został przyjęty po królewsku. Tam Żwanija przypomniał Juszczence, że ma ważne spotkanie z szefostwem SBU w daczy u Saciuka. Po drodze jadący w innym aucie osobisty ochroniarz kandydata na prezydenta, Czerwonenko, usłyszał w słuchawce polecenie od przydzielonego do konwoju rządowego ochroniarza, że Juszczenko nalega na rezygnację z ochrony. Zareagował tak, jak spodziewali się zabójcy. Opuścił kawalkadę.
W daczy Juszczenkę i Saciuka powitał Ihor Smeszko, ówczesny szef SBU. Borys Wołodarski twierdzi, że nie ma dowodów na to, by Smeszko brał udział w operacji, jednak nie ma wątpliwości, że właśnie wtedy Juszczenko został otruty. Niewykluczone, że Saciuk również nie miał świadomości, jak skończy się ta „ostatnia wieczerza”. Być może sądził, iż ideą spotkania jest jedynie o ułożenie się służb z kandydatem, który wkrótce mógł przejąć władzę w kraju.
Na kolację podano gotowane raki, sałatki z pomidorów, ogórków i kukurydzy, na stół wjechały również półmiski wędlin. Posiłek popijano piwem i wódką. Potem zaserwowano brandy, kawałki arbuza, śliwki, winogrona i inne owoce. Na koniec podano kawę.
Kilka godzin później Wiktor Juszczenko zaczął skarżyć się na ból głowy. 7 września do bólu głowy dołączyły nudności, wymioty i ostry ból brzucha. Stan kandydata na prezydenta zaczął szybko się pogarszać. 9 września był już w szpitalu w Wiedniu, ale lekarze nie potrafili zdiagnozować żadnej konkretnej choroby. Zaburzenia w pracy pięciu organów wewnętrznych i objawy silnego zapalenia trzustki nie wskazywały jeszcze wówczas na otrucie. 12 września Juszczence zaczęły zmieniać się rysy twarzy.
Ponieważ na Ukrainie kampania prezydencka trwała w najlepsze, kandydat został zwolniony ze szpitala 18 września. Ledwo dał radę wystąpić w ukraińskim parlamencie. „To, co mnie spotkało, nie jest wynikiem pokarmu i mojej diety, ale rezultatem działań reżimu politycznego tego kraju” – przemawiał słabym głosem, oskarżając o otrucie władzę i pośrednio prezydenta Leonida Kuczmę. Nie mógł prowadzić kampanii, przed każdą przemową musiał dostawać zastrzyki przeciwbólowe.
29 września Juszczenko wrócił do szpitala.
Oficjalnie lekarze ogłosili, że podejrzewają otrucie, dopiero 3 października. Zamachowcy mieli więc prawie miesiąc na wyczyszczenie śladów i usunięcie dowodów wskazujących na zaangażowanie w tej operacji ukraińskich i rosyjskich służb specjalnych. Jednak zdaniem Wołodarskiego, dowodami są wyniki badań. Zmieniona twarz Juszczenki, zdeformowana i poorana bruzdami, to według ekspertów efekt działania dioksyn, silnych trucizn, które wywołują tak zwany trądzik chlorowy na twarzy. Ślady dioksyn znaleziono również w krwi kandydata na prezydenta.
Trucizna ta znakomicie rozpuszcza się w tłuszczach. Można ukryć ją na przykład w dobrze przyprawionym sosie.
Największą trudność sprawiło zagranicznym i ukraińskim lekarzom rozszyfrowanie składu substancji. W lutym 2005 roku prof. Bram Brouwer, dyrektor laboratoriów BioDetection Systems w Amsterdamie ogłosił, że ukraiński polityk został otruty koktajlem składającym się z tetrochlorodibenzodioksyny i tajemniczego składnika, który wzmagał i przyspieszał objawy zatrucia. Jakiego? Tego nie udało się ustalić, jednak jak pisze Wołodarski, „modyfikacja działania standardowych trucizn jest znakiem rozpoznawczym tajnego laboratorium rosyjskiego. Pozwala to na pewien czas wprowadzić w błąd nawet najuczciwszych i poważnych badaczy”.
Ilość dioksyn w ciele Wiktora Juszczenki przekraczała normę 5 tys. razy. Podana mu substancja została odpowiednio przygotowana, skoncentrowana, „uszyta na miarę”, dopasowana stężeniem do jego wieku, masy ciała i historii medycznej. Gdyby nie fakt, że był o krok od objęcia prezydentury Ukrainy, gdyby nie trafił do najlepszych toksykologów, nie przeżyłby tego ataku.
„Nie każdego dnia prosi się nas o zbadanie kogoś tak ważnego” – cytuje autor „Trucicieli z KGB” słowa, jakie w rozmowie z dziennikiem „Washington Post” wypowiedział prof. Christopher P. Holstege, amerykański uczony z University of Virginia wchodzący w skład zespołu naukowców zajmujących się przypadkiem otrucia Juszczenki.
„To było prawdopodobnie otrucie wieku” – dodawał toksykolog.
Był marzec 2005 roku. Prof. Christopher miał rację co do substancji. Pomylił się jednak co do wieku. Półtora roku późniejw londyńskiej klinice umarł Aleksander Litwinienko, jeden z wielu, ale jeszcze wciąż nie ostatniwróg Kremla.
W miniony czwartek Fakt jako pierwszy poinformował o problemach zdrowotnych Doroty Wellman (56 l.). Dziś dziennikarkę czeka operacja uszkodzonego barku, przez który ma problem z ruszaniem prawą ręką. O swojej kontuzji i zabiegu dziennikarka opowiedziała Faktowi
– Męczył mnie uciążliwy ból i muszę się go pozbyć. Nie chcę być człowiekiem, który jedzie tylko na przeciwbólowych proszkach. Muszę jak najszybciej wrócić do sprawności i ćwiczeń. Bo kiedy nie uprawiam regularnie sportu, to źle się czuję – opowiada nam Wellman. Operacja gospodyni nowego programu TTV „Dzień, w którym pojawiła się forsa" odbędzie się przy zastosowaniu najnowszych technologii. – Będzie mniej inwazyjna. Mam nadzieję, że przywróci mi sprawność, którą straciłam z powodu źle wykonanego ćwiczenia na siłowni. Niestety wystarczyła chwila i wrócił stary uraz. Trzeba go zoperować, bo inaczej będę osobą mniej sprawną, szczególnie, że uraz dotyczy prawej ręki, a nie chcę być kaleką – dodaje i zapewnia, że wbrew początkowym planom nie weźmie urlopu. – Na szczęście tydzień po zabiegu będę już w pracy. Za to rehabilitacja zajmie mi sporo czasu – kończy Dorota. Życzymy więc dużo zdrowia! *********************************** Jakoś nie chce mi się wierzyć żeby Wellman ćwiczyła na siłowni . Jak była tłusta taka jest nadal . No cóż może pani Dorocie w pozbyciu się sadła nawet ćwiczenia nie pomogą . Ważna jest dieta a pani ta jak sama twierdzi lubi jeść i nie potrafi sobie odmówić tej przyjemności .Po co wobec tego mordercze ćwiczenia na siłowni ??? , dla lepszego samopoczucia jak twierdzi pani Dorota . Jej jedyne wyjście to zmniejszenie żołądka ale wówczas życie starci dla niej sens bo nie będzie mogła się objadać !! No cóż jednym przeszkadza taka " figura " , innym jak pani Dorocie jest to zupełnie obojętne . Zdobyła pozycję , pokazuje się w TV , prowadzi programy i równoważy anorektyczne modelki . No cóż ale nie o sadle pani Doroty mówimy ale o uszkodzonym barku . Życzę powodzenia i szybkiego powrotu do pełnosprawności . gb