2017/05/04

Top

Tajemnica starego parku

Kamil BębenZnalezione obrazy dla zapytania HORRORY
Miasto pogrążyło się we śnie. Noc spowiła je, podobnie jak co dzień. Domy zasnęły, a wraz z nimi ich mieszkańcy. Ulice opustoszały. Nikt nimi nie szedł. Pierwsi przechodnie dopiero za kilka godzin opuszczą swoje mieszkania, spiesząc się do pracy lub szkoły.
Żaden z nich, nawet w blasku dnia nie odwiedzi starego parku, pełnego wiekowych drzew, pamiętających dziadków ówczesnych mieszkańców miasta. Pogrążyły się we śnie, podobnie jak oni.
Między ich grubymi pniami biegła ścieżka równie stara, jak one. Szedł nią samotny człowiek. Nie pasował do tego miejsca. Miał na sobie drogi garnitur i teczkę w ręku. Powinien iść elegancką aleją otoczoną kwiatami, a nie drogą przez stary park zapomniany przez prawie wszystkich ludzi żyjących w tym mieście.
Spieszył się, niemal biegł. Ze strachem spoglądał do tyłu. Bał się. Był przerażony jak jeszcze nigdy w życiu. Miał ku temu powód. Stary park w tak ciemną noc jak ta robi okropne wrażenie. Żaden człowiek nie powinien go oglądać o tej porze.
Ze szczytu jednego z okolicznych drzew przyglądała mu się samotna sowa, niema strażniczka tego miejsca. Widziała już wielu nieszczęśników podobnych do niego. Przychodzili tutaj przygnani przez zły los, nie wiedząc do jakiego miejsca zawitali.
Marek, bowiem takie imię nosił człowiek w garniturze, był kolejnym z nich. Chciał jak najszybciej opuścić ten park. Uciekał, miał przed czym. Za nim szedł człowiek o posturze niedźwiedzia. Jego długo broda opadała na fartuch. Może kiedyś był biały, lecz teraz jego barwa tego nie potwierdzała. Bliżej było jej do żółci niż do koloru świeżego śniegu. Liczne szkarłatne plamy potęgowały wrażenie zniszczenia. Pochodzą od krwi, tylko ona pozostawia takie ślady.
Nie była zwierzęca. Marek czuł to równie wyraźnie jak strach odbierający mu dech, lęk ściskający jego gardło. Co chwila odwracał się i spoglądał na człowieka idącego za nim. Był coraz bliżej. Z każdą chwilą zmniejszała się dzieląca ich odległość. Trzymał w ręku długi, rzeźnicki nóż. Na jego ostrzu odbijał się blask księżyca i światło gwiazd. W innych okolicznościach ten widok byłby piękny, lecz nie w starym, opuszczonym parku.
Nóż trzymany przez nieznajomego nie jest ozdobą, tylko narzędziem mordu. Pozostały na nim ślady zakrzepłej krwi, podobne do tych na fartuchu tego człowieka.
Nieznajomy był coraz bliżej. Marek biegł ze wszystkich sił, uciekając przed nim. Nie mogło się to jednak udać. Żaden człowiek by tego nie dokonał. Nikt z żyjących nie jest dość szybki, aby uciec przed rzeźnikiem. Tak w myślach nazywał człowieka idącego za nim. Jego wygląd, jego zachowanie wskazywały właśnie na tą profesję.
Nie zabija zwierząt, o nie. Jego ofiary są zupełnie inne. To ludzie, tacy sami jak on. To ich krew zdobi jego fartuch, ostrze jego noża.
Marek wiedział o tym wszystkim. Może wiatr mu to powiedział, a może jedno z otaczających go drzew. Wydawały się na niego patrzeć, na jego strach i przerażenie. Cieszyły się z jego lęku. Cały park był przepełniony ponurą satysfakcją. Czuł ją równie wyraźnie, jak chłód panującej nocy.
Spojrzał do tyłu, chcąc zobaczyć swojego prześladowcę. Dostrzegł go. Był blisko, zbyt blisko. Stał tuż za nim, z zakrwawionym nożem w ręku. Podniósł go w górę, jakby przygotowywał się do zadania morderczego ciosu.
Marek już nie ucieka. Nie ma to sensu. Nie umknie przed swoim przeznaczeniem, przed człowiekiem chcącym go zabić w tym starym, zapomnianym przez wszystkich parku.
Odwrócił się do niego twarzą. Spojrzał mu w oczy. Chciał być odważny, przynajmniej ten jeden raz. Przez całe swoje życie był tchórzem. Nie znał znaczenia słowa "odwaga". Nadszedł czas, aby to zmienić. Ma ostatnią ku temu okazję.
Czekał na cios, który nigdy nie nastąpił. Nóż nieznajomego nie rozerwał jego piersi, aby odebrać mu życie. Starego parku nie wypełnił jego krzyk, lecz głos człowieka, którego nazwał rzeźnikiem.
- Zgubił pan telefon!
Na początku nie zrozumiał tych słów. Wydawała się być nie na miejscu, nie w tej sytuacji, nie w tym miejscu. Dopiero po dłuższej chwili pojął ich znaczenie. Spojrzał na wyciągniętą dłoń nieznajomego. Zobaczył na niej czary przedmiot. Był to telefon, jego telefon. Nie odrywając od niego wzroku, włożył rękę do kieszeni. Była pusta, nic w niej nie znalazł.
- Dziękuje – powiedział, biorąc swoją własność.
Schował komórkę do kieszeni, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie się stało. Już pożegnał się z życiem. Pogodził się ze śmiercią, lecz ona nie nadeszła. Nie zstąpiła na ziemie, aby zabrać jego duszę do bram nieba albo czeluści piekła.
Nieznajomy odszedł. Pozostawił go samego po środku starego, zapomnianego przez wszystkich parku. Marek stał nie ruchomo. Patrzył na jego ogromną sylwetkę, dopóki ona nie zniknęła w mroku nocy. Kim był ten człowiek? Nikt nigdy tego się nie dowie. Dlaczego nosił zakrwawiony fartuch? To też zostanie zagadką.
Wraz z jego odejściem zagrożenie wydawało się minąć. Marek tak sądził. Popełnił kolejny błąd, nie pierwszy tej nocy. Poczuł się bezpieczny. Zaniechał czujności. Nie powinien tego robić. Wkrótce się o tym przekonał.
Za jego plecami ponownie rozległy się kroki. Nie usłyszał ich. Nie poczuł obecności innej osoby.
Obca ręka wyłoniła się z ciemności. Zasłoniła jego usta. Nikt nie usłyszy jego krzyków. Nie nabiegnie mu na pomoc. Wszystko rozegra się w ciszy, z dala od oczu i uszu świata pogrążonego w spokojnym śnie.
Nie minęła nawet chwila, gdy nóż zanurzył się w jego ciele. Nie był to rzeźnicki tasak, jaki miał spotkany chwile wcześniej człowiek, lecz zwykły kuchenne ostrze.
Zabija równie skutecznie co sztylet. Przynosi to samo cierpienie. Śmierć, która jeszcze przed chwilą nie raczyła przyjść po jego duszę, teraz stała tuż za nim, czekając aż jego serce uderzy po raz ostatni. Życie ujdzie z jego ciała.
Niebawem tak się stało. Marek upadł na ziemie. Jego twarz była nieruchoma. Patrzyła martwymi oczyma w niebo, na księżyc, który tej nocy święcił wyjątkowo jasno.
Nad ranem, gdy ciemność odeszła, ustępując miejsca blaskowi dnia, przez park szli dwaj policjanci. W duchu przeklinali swojego dowódcę, który wysłał właśnie ich na patrol w to zapomniane przez wszystkich miejsce.
Rozmawiali o nowych policjantkach, przyjętych podczas ostatniego naboru. Jeden z nich niespodziewanie zamilkł. Przerwał zdanie w połowie, aby nigdy go nie dokończyć.
Patrzył szeroko otwartymi oczami na środek alei, którą szli. Leżały na niej zwłoki, a raczej to, co z nich pozostało. Nie przypominały już ludzkiego ciała, lecz krwawy strzęp. Brakowało rąk i nóg. Zostały odcięte. Korpus nosił na sobie ślady zębów. Psy tej nocy miały prawdziwą ucztę. Jedną z wielu, jakie miały miejsce w tym parku.
Jeden z policjantów sięgnął po radio, chcąc zgłosić makabryczne znalezisko. Nie zrobił tego. Torsje okazały się silniejsze od niego. Upadł na ziemię, wymiotując. Jego partner podbiegł do kosza na śmieci i zwrócił niedawno zjedzone śniadanie.
Tego dnia stary park obrósł legendą. Potwierdzała się często, bardzo często. Każdego miesiąca znajdowano tutaj zwłoki. Wszystkie były okaleczone w ten sam sposób.
W mieście krążyło wiele plotek o tym miejscu. Mówiono o człowieku w zakrwawionym fartuchu, z nożem w ręku. Czy to on mordował? Policja próbowała to ustalić. Te wysiłki kosztowały życie kilku funkcjonariuszy. Znaleziono ich okaleczone ciała. Leżały po środku tej samej alei, co zwłoki Marka.
Po kilku latach park zlikwidowano. Sprzedano ziemie inwestorowi, który nie uwierzył w złą historię związaną z tym miejscem. Nie on pierwszy i nie ostatni.
Wybudował biurowiec. Przez pierwszy rok nic się nie działo, lecz później pracownicy zaczęli ginąć. Znów mówiono o człowieku w zakrwawionym fartuchu. Ponownie zapanował strach, jaki już nigdy miał nie opuścić tego miejsca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz