Wilkołak cz.1
Krzysztof ŻmudaPROLOG
Czym jest wilkołak?
Na to pytanie może odpowiedzieć jedynie ten, kto sam stał się wilkołakiem.
Nie jestem człowiekiem, lecz wzbudzającą grozę i żądną krwi bestią, ale nie zawsze tak było.
Historia którą spisałem w tej o to leżącej przed waszymi oczyma księdze rozpoczęła się tutaj, w lesie nieumarłych...
ROZDZIAŁ 1: „Las Nieumarłych”
Pewnej nocy, gdy księżyc wzeszedł w pełni, wracałem z rodziną do domu. Droga prowadząca przez Las Nieumarłych wydawała się być niemożliwą do przebycia po zmroku.
Ojciec nie wierzył jednak w opowieści przekazywane z ust do ust przez kolejne pokolenia.
Owe podania traktowały o demonach i różnych wynaturzeniach zamieszkujących te zalesione tereny. Mówiły również o tym, że kto zapuści się tam po zmroku, już nigdy nie ujrzy światła dziennego. On jednak twardo stąpał po ziemi i nie dawał im wiary, a po ciężkim dniu pracy chciał jak najszybciej wrócić do domu. Na nasze nieszczęście najkrótszą drogą zdawała się być właśnie ta, która prowadziła przez ów złowieszczy las. Bałem się tego miejsca odkąd sięgam pamięcią i nigdy nie widziałem, aby człowiek zapuścił się tam po zmroku.
Coś mi mówiło żeby tam nie wjeżdżać, ale na ostrzeżenie ojca o moich przeczuciach było już za późno.
Z minuty na minutę nasz powóz pogrążał się w bezkresnej ciemności, a dwie pochodnie utwierdzone przy granicy lasu zdawały się być coraz mniejsze.
Ojciec, widząc przerażenie rosnące w moich oczach, odparł –
-Nie obawiaj się demonów, one nie istnieją. Zło tkwi w ludziach.
Nie miał wówczas pojęcia jak bardzo się pomylił. Ile z kolei było prawdy w tej wypowiedzi przekonałem się dużo później...
-wiem ojcze, ale skąd pewność, że się nie zgubimy? – zapytałem.
-Spójrz za siebie. Widzisz?
-Co ojcze?
-Dwie pochodnie umiejscowione przy granicy lasu.
-Tak, widzę.
-A teraz spójrz do przodu. Co widzisz?
Obróciłem głowę do przodu i dojrzałem dwa światełka jarzące się w oddali.
-Pochodzie?
-Otóż to synu, droga wiedzie po prostej linii. Dopóki widzimy płomienie przed i za nami, dopóty jesteśmy na właściwej drodze.
Nagle, coś zawyło w oddali. Wykrzyknąłem przerażony – Usłyszałem skowyt!
-Spokojnie. To tylko wilki...
*
Ocknąłem się.
Ku mojemu zdziwieniu ujrzałem, że cała rodzina pogrążona jest w głębokim śnie. Powóz, którym jechaliśmy zaprzężony był w dwa konie, które w tym momencie skubały znajdującą się pod nami trawę. Rozejrzałem się. Wszędzie rosły wysokie, leciwe drzewa. Wszystko było spowite przez ciemność.
W tej właśnie chwili coś do mnie dotarło. Skoro konie skubały trawę, znaczyło to, że zjechaliśmy z wydeptanej, jałowej ziemi, z jedynej wrogi wiodącej przez Las Nieumarłych.
Serce zaczęło mi bić dwa razy szybciej. Byłem jak mysz uwięziona w gnieździe złowrogich, czyhających na jej życie węży.
Przypomniały mi się słowa ojca, że droga wiodła po prostej linii, aby podróżnik widział pochodnie tlące się po obu stronach lasu. Ja jednak, nie mogłem ich dojrzeć.
Spróbowałem obudzić ojca, lecz ten odsunął mnie ręką. Ponowiłem próbę, jednak i tym razem, moje starania spełzły na niczym.
Mijały kolejne minuty, a ja, nie mogąc zasnąć , obserwowałem drzewa, które kołysząc się na wietrze przypominały mi ogromne, spoglądające na mnie ukradkiem bestie. Pod naporem wrażeń moje powieki zrobiły się niesamowicie ciężkie. Moje ciało odmówiło mi w końcu posłuszeństwa i zasnąłem.
*
Uniosłem powieki. Wydawało mi się, że ta noc nigdy nie dobiegnie końca. Nagle mój wzrok przykuł pewien istotny szczegół. Z ciemności wyłoniła się para fosforyzujących światełek.
Przyszło mi do głowy, że postój w nieprzebytym, złowieszczym lesie był jedynie złym snem.
Odruchowo odwróciłem się o sto-osiemdziesiąt stopni i z wielką ulgą odetchnąłem, gdy okazało się, że i tam, w oddali widać dwa światełka.
Byłem już całkiem spokojny. Po raz pierwszy odkąd przekroczyliśmy granicę tego przeklętego lasu. Poczułem się bezpieczny. Obracając się w stronę ojca ujrzałem...
...że on śpi.
Przyjrzałem się koniom. Stały w miejscu skubiąc znajdującą się pod nimi trawę.
Jak na powrót serce zaczęło walić mi jak oszalałe.
Nagle, z ciemności zaczęły wyłaniać się kolejne pary światełek. W końcu uświadomiłem sobie, że to wcale nie są pochodnie, lecz pary oczu ciągle wyłaniające się z bezkresnej ciemności.
Nie wiedziałem co mam myśleć...
Zastanawiałem się, czy ojciec nie popełnił błędu wjeżdżając do tego lasu po zmroku i czy się stąd w końcu wydostaniemy.
Pytanie, na które jednak najbardziej chciałem znać odpowiedź, brzmiało następująco:
Kto, a raczej co nas obserwowało?
ROZDZIAŁ 2 : „Bestie”
Nie byłem w stanie naliczyć par oczu ciągle wyłaniających się z ciemności.
Musiałem dobudzić ojca. Położyłem mu na ustach dłoń, w celu uniemożliwienia wydobycia się z jego ust jakiegokolwiek dźwięku i uderzyłem go z całej siły w rękę. Nieomal, że w tej samej chwili otworzył oczy i już chciał coś powiedzieć, gdy uświadomił sobie, że trzymam dłoń na jego ustach. Obróciłem mu głowę w stronę najbliższego drzewa i wyszeptałem –
-Patrz.
-Co robisz Synu? Mówiłem ci już, to tylko pochodnie.
-Tato, przypatrz się porządnie, to dla mnie bardzo ważne.
Nagle jego oczom zaczęło się ukazywać coraz więcej jarzących się w mroku światełek. Dotarło do niego, że to wcale nie są pochodnie, ponieważ ów światełka zaczęły krążyć wokół nas. Z każdym obrotem zdawały się być coraz bliżej.
Dało mu to do myślenia, ponieważ w końcu zrozumiał, że nie jesteśmy już na drodze...
-To na pewno wilki – odparł, jednak w jego głosie dała się wyczuć nuta zwątpienia w to co mówi.
-Mogą nas zaatakować? – zapytałem.
-Jeżeli są głodne; tak. Podaj mi lampę naftową.
-proszę – wyszeptałem, podając mu pożądany przedmiot do ręki. Nagle, naszym oczom ukazał się cień jednego ze zwierząt.
Ojciec wycedził przez zęby – to nie był wilk, był za duży.
-Może niedźwiedź?
-Nie. Niedźwiedzie nie żyją w stadach, a tych zwierząt jest co najmniej dwadzieścia sztuk.
Daj mi kuszę, natychmiast!
-Proszę – wyszeptałem. Strach ściskał mi gardło.
-Obudź matkę i siostrę.
Zacząłem szarpać za ubrania kobiet. Zbudziły się. Ojciec wepchnął mi do ręki lampę naftową i wskazując przed nas krzyknął – Poświeć tam!
Zgodnie z rozkazem uniosłem lampę i ponownie ujrzeliśmy kontur jednego ze zwierząt. To coś rzeczywiście przypominało wilka, lecz było przynajmniej pięć razy masywniejsze i utrzymywało pionową postawę. Ojciec odruchowo nacisnął spust i załadowana w kuszy strzała poszybowała w tamtym kierunku. Usłyszeliśmy przeraźliwy, rozdzierający uszy skowyt. W tym samym momencie dał mi sztylet, kazał krzyczeć, a kobietom uciekać. Miał nadzieję, że odciągniemy od nich uwagę, jednak mylił się. Chwilę po tym jak obydwie zniknęły w ciemnościach usłyszeliśmy ich krzyki...
Oświeciłem lampą miejsce z którego one dochodziły. Ujrzeliśmy w pełnym blasku cztery dziwne stworzenia. Przypominały wilki, lecz były od nich dużo większe. W całości pokryte były szarym futrem. Opuszki palców u ich górnych kończyn zakończone były ostrymi pazurami. Jeden z nich popatrzył na mnie, cały się najeżył i otworzył pysk, ukazując mi dwa rzędy; jeden przy górnej szczęce, drugi zaś przy żuchwie; ostrych jak brzytwa zębów. Szczególnie rzuciły mi się w oczy dwie pary kłów, ze trzy razy większych od reszty zębów.
Ku mojemu zdziwieniu spostrzegłem, że pokrywała je ciemnoczerwona krew.
Spojrzałem na niego raz jeszcze, tym razem dokładniej. Jego najeżona sierść, łapy, pysk; całe jego ciało było zbryzgane krwią. Ludzką krwią...
Merdający z podniecenia ogon wskazywał, że ta istota lubi zabijać, że morduje z zimną krwią.
Teraz nie miałem już żadnych wątpliwości. To był wilkołak...
Przyglądał mi się jeszcze przez chwilę, a następnie spuścił łeb i zaczął coś szarpać zębami, nie widziałem dokładnie co. Wyciągnąłem rękę tak daleko jak tylko mogłem. Dokładnie oświetliłem to miejsce i spostrzegłem, że ten osobnik rozszarpywał ludzką nogę. Energicznie zacząłem poruszać ręką w której dzierżyłem lampę naftową, oświetlając coraz to nowsze miejsca. Wszędzie gdzie tylko nie spojrzeć, znajdowały się te istoty, a obok nich ludzkie członki, z których wyszarpywały co po chwilę świeże ochłapy mięsa.
Tuż po chwili snop światła padł na pewne drzewo, obok którego leżała ludzka głowa. To była głowa mojej matki.
Nigdy nie zapomnę tego widoku. Szeroko rozwarte usta i powieki świadczyły o tym, że w chwili śmierci napastnik ją wystraszył. Łzy stanęły mi w oczach. Miałem przynajmniej świadomość, że umarła nagle, nie męczyła się. Napawała mnie chęć zemsty, ale strach nie pozwalał się ruszyć z miejsca. Spojrzałem na ojca. Był cały roztrzęsiony i nie wiedział w którą stronę ma patrzeć. Nagle usłyszeliśmy niski, gardłowy krzyk. Nie miałem wątpliwości, to była moja siostra.
Oświetliłem miejsce z którego dobiegały wrzaski. Moim oczom ukazała się siostra otoczona przez sześć wilkołaków. Powoli zataczały wokół niej coraz ciaśniejsze okręgi. Nawet nie próbowała uciekać. Dopiero po chwili zauważyłem jej poszarpaną nogę i zrozumiałem, że jest unieruchomiona. Próbowała bezskutecznie zatamować krwotok.
Wilkołaki były o krok od niej. W tej samej chwili ojciec dosiadł konia, przerwał uprząż i pogalopował na nim w kierunku córki. Po kilku sekundach dzieliło go od niej zaledwie dziesięć metrów. Nagle jedna z bestii skoczyła w stronę mojej siostry. Ojciec bez chwili wahania pociągnął za spust. Struga krwi trysnęła na twarz dziecka. Wilkołak ze strzałą w gardle padł na ziemię. Jego cielskiem wstrząsnęły konwulsje. Krew trysnęła jeszcze raz z jego szyi, a następnie przestał się poruszać. Od córki dzieliło go już tylko kilka metrów. Kolejne zwierzę skoczyło prosto na niego. Tuż po chwili usłyszałem skamlenie. Spostrzegłem, że ten sam osobnik leży na ziemi ze strzałą wbitą w jedną z tylnych łap. Ojciec jednym machnięciem ręki wciągnął córkę na konia i pogalopował dalej.
Spojrzałem na wilkołaki. Żadna z tych bestii nie poszła w ślady ojca, lecz wszystkie skupiły się na poległym pobratymcu i zaczęły rozszarpywać jego bezwładne cielsko. To samo zrobiły z rannym. Jedna z nich, nie mogąc dostać do żeru, machnęła łapą, rozrywając plecy swojemu kompanowi. Wszystkie inne, jak na komendę zwróciły się w jego stronę i zaatakowały go. Zachowywały się jak sfora wygłodniałych psów. Dopiero gdy jego odkryte tętnice przestały pulsować, wataha się rozpierzchła i jak gdyby nigdy nic nie zaszło, zaczęły wyrywać i pożerać zakrwawione ochłapy gorącego jeszcze mięsa swoich pobratymców.
Wszystko to trwało zaledwie kilka sekund.
Ojciec odwrócił głowę w moją stronę, dając mi znać, że mu się udało. Nagle, z ciemności , prosto przed nim wyłoniła się kolejna bestia. Wykrzyknąłem – Uważaj, przed tobą!
W ułamku sekundy, ojciec odwrócił głowę i odruchowo, razem z córką zeskoczył z konia.
Zwierzę wbiegło w wilkołaka i siłą impetu rzuciło potworem o pobliskie drzewo. Ten, zawisł na pniu, a z jego rozwartego pyska wystawała zakrwawiona, ostra przy swoim końcu gruba gałąź.
Wszystkie inne bestie oderwały się od żeru i zaczęły złowrogo spoglądać w stronę mojego ojca i siostry.. po chwili zwróciły się w stronę księżyca i zaczęły przeraźliwie wyć. Z ciemności poczęły wyłaniać się kolejne bestie. Część zatrzymywała się przy zwłokach pobratymców, a część kierowała się w stronę dwójki ludzi. Ojciec chciał się bronić, lecz zrozumiał, że jedna kusza nic tutaj nie da. Było ich za dużo. Po chwili otoczyły go i zaczęły zawężać krąg. Ojciec przykrył dziecko własnym ciałem i wykrzyknął ile sił w płucach – Uciekaj synu!
Zrozumiałem, że nie mają najmniejszych szans. Nie mogłem na to patrzeć; odchyliłem głowę w przeciwną stronę. Poczułem mocne uderzenie w twarz. Otworzyłem oczy i ujrzałem jego głowę. Był tak blisko, że czułem na twarzy jego oddech. Fetor zgnilizny bijący z jego pyska był nie do zniesienia. Wilkołak otworzył pysk, wysunął język i przejechał nim po mojej twarzy zlizując krew zalewającą mi oczy. Teraz mogłem mu się przyglądnąć. Spojrzałem mu prosto w oczy. Ujrzałem przerażającą, bezkresną pustkę.
Zamachnąłem się ręką, w której trzymałem sztylet. Chwilkę potem otrząsnąłem się i spostrzegłem, że się udało. Potwór leżał w kałuży własnej krwi, za sztyletem wbitym w skroń.
Zacząłem uciekać. Krew zalewała mi twarz, więc biegłem na oślep, byle jak najdalej stąd...
Wilkołak cz.2
Krzysztof Żmuda
ROZDZIAŁ 3: „Metamorfoza”
Przyłożyłem dłoń do klatki piersiowej. Serce biło tak szybko, że nie byłem w stanie zliczyć jego uderzeń. Nagle nogi się pode mną ugięły. Upadłem. Chciałem się podnieść, ale bezwładne mięśnie odmówiły posłuszeństwa. Straciłem przytomność…
***
Gdy się ocknąłem i uniosłem powieki z przerażeniem stwierdziłem, iż widzę wszystko w mocnym, czerwonym odcieniu. Stałem tak jak posąg jeszcze przez parę minut. Spostrzegłem, że wszystkie leśne żyjątka wyglądały tak samo; były fosforyzującymi, jasnozielonymi konturami. Spojrzałem na niebo. Oślepiający blask księżyca w pełni kazał przypuszczać, że noc się jeszcze wcale nie skończyła. Dopiero teraz zacząłem zastanawiać się nad tym, co stało się z moim wzrokiem. W gruncie rzeczy widziałem teraz wszystko co się tylko poruszyło i odpowiadało mi to, nawet bardzo, ale nie miałem pojęcia co było przyczyną tej nagłej zmiany. Co gorsza, to nie była jedyna taka zmiana. Odkąd odzyskałem przytomność słyszałem wszystko, nawet pełznącego kilka metrów ode mnie niewielkiego węża, co więcej… ja go czułem, jego zapach, zapach jego krwi.
Spojrzałem na siebie. To co ujrzałem wprawiło mnie w osłupienie. Chciałem zacząć krzyczeć, ale udało mi się jedynie zawyć. Ogarnęła mnie rozpacz. Byłem teraz znacznie większy i masywniejszy od swojej pierwotnej postaci. Całe moje ciało pokrywało sztywne futro. Podniosłem rękę, a tak właściwie łapę i zacząłem się jej przyglądać. Była długa, mocno umięśniona i zakończona niebezpiecznie wyglądającymi pazurami. Zrozumiałem, że byłem jednym z nich, że byłem… wilkołakiem.
Tajemnicą jednak wciąż pozostawała przyczyna tej nagłej metamorfozy, nie potrafiłem sobie także odpowiedzieć na pytanie dlaczego wciąż zachowywałem pełną świadomość, normalnie rozumowałem. Położyłem się na ściółce i zacząłem myśleć.
Nie byłem w stanie określić co pozwalało mi nadal pozostawać przy zdrowym rozsądku, być może mocne wrażenia, albo chęć odwetu na winnych śmierci mojej rodziny, ale przypomniał mi się pewien istotny szczegół. Dotknąłem łba i wyczułem pod łapą pięć szpecących ran z których w dalszym ciągu sączyła się krew. Już wiedziałem dlaczego, ale co dalej miałem robić?
W głowie kłębiło mi się mnóstwo myśli, wszystkie jednak sprowadzały się do jednego. Coś mi mówiło, żeby tam nie wracać, ale chęć zemsty była silniejsza ode mnie…
***
Przyjąłem pionową postawę i jeszcze raz spojrzałem na swoje nowe ciało. Rozejrzałem się wokół. Wiedziałem, że ten spokój już za chwilę zostanie trwale zmącony, przeze mnie, że zabiję tylu ilu tylko podołam. Po chwili zrezygnowałem z dalszego utrzymywania pionowej postawy. Moje przednie łapy zetknęły się z chłodną, wilgotną wyściółką. Chwilę się jeszcze zawahałem, po czym susem rzuciłem się w gęstwinę drzew. Oczywiście mogłem stąd uciec, ale do końca życia prześladowałaby mnie myśl, że te bestie dalej stąpają po ziemi, że one gdzieś tam są, a to, że uciekłem było jedynie szczęśliwym trafem. Tym czasem to, iż nadal zachowywałem świadomość musiało coś znaczyć. Nie potrafiłem jednak powiedzieć co…
Wiedziałem jednak co oznacza unoszący się w powietrzu zapach krwi. Byłem gotowy na śmierć, ale coś mi mówiło, że to nie ja ją poniosę. Ktoś jednak musiał umrzeć, a opcje były tylko dwie: ja, albo oni…
ROZDZIAŁ 4: „Pojedynek”
W końcu zobaczyłem jednego z nich, nie zastanawiając się dłużej podbiegłem do niego i zamarłem w bezruchu. Nagle odwrócił łeb w moją stronę i zaczął mi się bacznie przyglądać. Nagły impuls spowodował, że moja łapa wysunęła się do przodu, a pazury wbiły w szyję zwierzęcia. Stworzenie zaczęło się dusić. Ścisnąłem jego przełyk, razem z szyjnym odcinkiem kręgosłupa. Czułem jak pod naporem moich mięśni pękają kolejne kręgi. Nie mógł nic zrobić, nawet ostrzec swoich pobratymców. Spojrzałem mu w ślepia, tym razem wyraźnie jednak coś się w nich malowało i nawet wiem co to było, to strach…
Opuścił łeb i spróbował oderwać się ode mnie. Na próżno. Przebity na wylot kark upuszczał ogromne ilości krwi. W pewnej chwili moja łapa zacisnęła się jeszcze mocniej, doszczętnie miażdżąc krtań bestii, a następnie cofnęła się do tyłu, wyrywając fragment przełyku i całkowicie otwierając ranę na szyi.
Stałem tak trzymając w ręku jego przełyk i z szeroko rozwartymi źrenicami oglądałem jak dusi się. Napawałem się tym widokiem. Wyzwoliło się we mnie coś dzikiego, fascynującego, ale zarazem coś, czego się panicznie bałem. Furia. Wiedziałem, że stwór i tak zdechnie w przeciągu najbliższych dwóch minut, ale rzuciłem się na niego. Moje pazury rozrywały jego skórę, szarpały mięśnie, ocierały się o kości. Cierpiał. W końcu właśnie to chciałem osiągnąć, żeby cierpieli, ale w tym konkretnym momencie nie myślałem o tym w ten sposób. Szczerze mówiąc to w ogóle nie myślałem, po prostu napawałem się widokiem krwi. Po pewnym czasie ogarnęło mnie zmęczenie, ale nie byłem w stanie przestać. Chwyciłem w łapy zwłoki bestii, a tak właściwie to to co z nich zostało i zacząłem tym uderzać o rosnące wokół drzewa. Mięso uderzało o nie z taką siłą, że odrywało kawałki kory. Trwało to kilka minut. W pewnym momencie coś mnie tknęło, siła woli sprawiła, że oderwałem się od zakrwawionych strzępów i z całego impetu wbiegłem w najbliższe drzewo. Teraz to do mnie dotarło, że jeśli stracę panowanie stanę się taki sam jak oni, a przecież była to ostatnia rzecz jaką chciałem osiągnąć. Spojrzałem na zwłoki i postanowiłem, że już nigdy więcej nie dopuszczę się czegoś takiego. Nie chciałem żeby ciemna strona mojej natury wzięła górę nad zdrowym rozsądkiem, żebym przeistoczył się w przebiegłą, rządną krwi bestię, ale wiedziałem, że tej jednej nocy muszę dokończyć to co zacząłem. Musiałem wybić wszystkie bestie, co do jednej…
***
Moim oczom ukazała się reszta stada. Poruszały się tak szybko, że nie byłem w stanie ich zliczyć. Z wcześniejszych doświadczeń wynikało jednak, że nie mniej jak dziesięć sztuk. Bez najmniejszego problemu wspiąłem się na drzewo. Nadal nie mogłem uwierzyć, że mogę o wiele więcej niż dotychczas.
Mijał czas, a ja obserwowałem zachowanie i obyczaje tych istot, chciałem być pewny jak zareagują na nagły atak. W końcu przestały się przemieszczać i osiadły na jednej z leśnych polan, na szczycie jednego z pagórków. Mogłem je teraz bez problemu zliczyć. Dwadzieścia sześć osobników… o wiele więcej niż się spodziewałem. Po chwili z gęstwiny drzew wybiegł samotny osobnik. Wszystkie zwierzęta, jak na komendę, przestały się zajmować tym co do tej pory robiły i zwróciły się ku niemu. Chwilę potem zaczęły nerwowo rozglądać się wokół. Zrozumiałem co się dzieje. Dowiedziały się. Nie było czasu na myślenie. Teraz, albo nigdy…
To był odpowiedni moment na to, aby dać ujście całemu gniewowi jaki we mnie tkwił, nareszcie przyszedł czas na użycie siły jaką posiadłem z chwilą, gdy jeden z nich rozorał mi twarz. Nie mógł przypuszczać, że ze mną będzie inaczej niż z innymi. Odbiłem się od gałęzi z której ich obserwowałem i z rozpędem uderzyłem w jednego z nich. Potoczyłem się razem z przeciwnikiem w głąb lasu, po jednym z bardziej stromych stoków. Chciałem się zatrzymać, wiedziałem, że upadek będzie bolesny, ale nie mogłem oderwać od niego swoich łap. Jedną zacisnąłem wokół jego klatki piersiowej, drugą zadawałem bolesne ciosy na jego grzbiecie…
***
Wilkołaki spoglądały na miejsce, gdzie tuż przed chwilą po raz ostatni widziały jak staczając się w dół porwałem razem ze sobą jednego z nich. W końcu zobaczyły… bestię z pozoru taką samą jak one, a jednak wyalienowaną… inną, nie należącą do stada.
Trzymałem w łapie łeb wilkołaka i stałem tak przed nimi. Rzuciłem głowę zabitego w ich stronę. Gdy jeden z nich skoczył w moją stronę zamknąłem ślepia, cofnąłem się i uderzyłem. Spojrzałem na niego. Leżał na podłożu, nie ruszał się. Wskoczyłem w stado i zacząłem zabijać. Czułem ich uderzenia i ból, ale nie nic nie było mnie w stanie zatrzymać. Po krótkiej chwili wszędzie wokół walały się poodrywane kończyny, głowy, na ziemi spoczywały okaleczone ciała poległych… porozrywane gardła, głębokie cięcia, wokół pełno krwi. Chlapała mi w oczy. W końcu na tyle ograniczyła moje pole widzenia, że zacząłem uderzać na oślep. Usłyszałem skowyt inny niż wszystkie… wysoki, gardłowy. Poczułem, że moje ciosy przestają trafiać do celu. Przestałem też odczuwać ich pazury i kły szarpiące moje ciało. Zamarłem w bezruchu. Ta cisza… niczym nie zmącony spokój. Otarłem ślepia. Bestie rozpierzchły się, uciekły. Stałem tak z łapami opuszczonymi prawie do ziemi i dyszałem.
Leśna polanka wyglądała teraz jak pobojowisko. Nagle dostrzegłem, że wcale nie jestem tutaj sam. Jeden ze stworów nadal czekał aż zaatakuję. Nie wiedziałem dlaczego nie uciekał jak reszta, ale byłem pewien, że zaraz tego gorzko pożałuje. Podbiegłem do niego i zamachnąłem się łapą. Rozpłatałem mu klatkę piersiową, upadł na ziemię. Ku mojemu przerażeniu spostrzegłem, że z rany wyłoniła się ludzka ręka, cała pokryta śluzem i krwią. Potem druga. Ktoś kto był w środku wsparł się na nich i wystawił na zewnątrz głowę. To makabryczne widowisko trwało zaledwie kilka sekund. Wszystko jakby przyspieszone, to nienaturalnie wyginające się ciało i pobłyskujące na czerwono oczy. Mężczyzna przypatrzył mi się i szyderczo się uśmiechnął. Rozłożył ręce po czym wymamrotał pod nosem jakąś inkantację. Ciało wilkołaka w jednej chwili obsiadły tysiące much. Ten dźwięk owadów. Po chwili wszystkie odleciały. Został sam szkielet, biały, w całości obrany z resztek mięsa. Mężczyzna wydobył nogę z pomiędzy żeber. Oślepił mnie blask zielonej poświaty. Zasłoniłem łapą oczy.
-Wiem nad czym się zastanawiasz - odparł szatańskim głosem.
Nie wiedziałem co robić, skąd mógł wiedzieć o czym myślę. Chciałem wiedzieć co tutaj robi i kim jest.
-Mogę czytać w twoich myślach. Mówią na mnie Eon, jestem nekromantą. Spójrz na mnie.
Odsłoniłem ślepia, zielona poświata nie biła już od niego z taką siłą jak przed chwilą. Ujrzałem nagiego mężczyznę, pokrytego w całości krwią, jego długie paznokcie zawijały się przy swoich końcach, zaś siwa, również umazana posoką broda sięgała prawie do pasa. I te czerwone oczy…
-To nic osobistego, poluję na ludzi odkąd pamiętam. To doskonała zabawa.
Nie wytrzymałem. Rzuciłem się na niego. Poczułem jak jakaś niewidzialna siła rozbija się moje ciało. Po paru sekundach uderzyłem w drzewo znajdujące się kilkanaście metrów ode mnie. Był pewny, że ze mną wygrał, ale nie wiedział, że jestem inny niż wszystkie zamienione… Podbiegłem do niego i zamachnąłem się. Złapał w dłoń moją łapę. Nie mogłem nią poruszyć, chociaż napiąłem wszystkie mięśnie.
-Rzeczywiście, jesteś inny, ale na nic ci to, mnie i tak nie pokonasz. Twoja siostra dostarczyła mi dużo emocji, broniła się… strach w oczach dzieci jest pierwotny, ukazują one całą gamę emocji, ale przerażenie… wyraz ich oczu…
Nie miałem pojęcia o czym on mówi, ale rozjuszył mnie do granic możliwości. Wgryzłem się w jedna z jego rąk. Poczułem uderzenie w klatkę piersiową. Po paru sekundach ocknąłem się kilkanaście metrów dalej. Spróbowałem się podnieść. Nie dałem rady. Usłyszałem kolejną dziwną inkantację wymawianą przez nekromantę. Resztki ciał zabitych uniosły się z podłoża i zaczęły wirować w powietrzu. Pomiędzy nimi pojawiła się ciemna, bezkresna przestrzeń. Zrozumiałem co się dzieje. Zebrałem resztki sił i począłem biec w tamtą stronę. Morderca mojej rodziny zdążył zniknąć w mrocznych odmętach, a przejście zaczęło się zamykać. Skoczyłem. Uderzyłem w opadające na ziemię kikuty. Przeraźliwie zawyłem.
Ta noc dobiegła końca. Leżałem pośród ciał poległych i wiedziałem, że już nic więcej nie mogę zdziałać. Wiedziałem również, że z tą chwilą mój los został zdeterminowany. Celem mojego życia stała się zemsta...
EPILOG
Z biegiem lat wspomnienia blakną, pozostaje jednak garść pytań…
Dlaczego to spotkało właśnie mnie?
Dlaczego nekromanta pozostawił mnie przy życiu?
Czy jeszcze kiedyś się spotkamy?
… i wreszcie co oznacza to, że przy przemianie mogę się kontrolować?
Prawdopodobnie nigdy nie poznam odpowiedzi na te i inne pytania. W końcu światem rządzą przypadki, dlatego wiem, że już nigdy nie spotkam tamtego człowieka, a moje przeznaczenie się nie dopełni. Nadal trwam jednak w złudnej nadziei, że może jednak… nadzieja to cecha ludzka, a w końcu wszyscy jesteśmy tylko ludźmi…
Przyłożyłem dłoń do klatki piersiowej. Serce biło tak szybko, że nie byłem w stanie zliczyć jego uderzeń. Nagle nogi się pode mną ugięły. Upadłem. Chciałem się podnieść, ale bezwładne mięśnie odmówiły posłuszeństwa. Straciłem przytomność…
***
Gdy się ocknąłem i uniosłem powieki z przerażeniem stwierdziłem, iż widzę wszystko w mocnym, czerwonym odcieniu. Stałem tak jak posąg jeszcze przez parę minut. Spostrzegłem, że wszystkie leśne żyjątka wyglądały tak samo; były fosforyzującymi, jasnozielonymi konturami. Spojrzałem na niebo. Oślepiający blask księżyca w pełni kazał przypuszczać, że noc się jeszcze wcale nie skończyła. Dopiero teraz zacząłem zastanawiać się nad tym, co stało się z moim wzrokiem. W gruncie rzeczy widziałem teraz wszystko co się tylko poruszyło i odpowiadało mi to, nawet bardzo, ale nie miałem pojęcia co było przyczyną tej nagłej zmiany. Co gorsza, to nie była jedyna taka zmiana. Odkąd odzyskałem przytomność słyszałem wszystko, nawet pełznącego kilka metrów ode mnie niewielkiego węża, co więcej… ja go czułem, jego zapach, zapach jego krwi.
Spojrzałem na siebie. To co ujrzałem wprawiło mnie w osłupienie. Chciałem zacząć krzyczeć, ale udało mi się jedynie zawyć. Ogarnęła mnie rozpacz. Byłem teraz znacznie większy i masywniejszy od swojej pierwotnej postaci. Całe moje ciało pokrywało sztywne futro. Podniosłem rękę, a tak właściwie łapę i zacząłem się jej przyglądać. Była długa, mocno umięśniona i zakończona niebezpiecznie wyglądającymi pazurami. Zrozumiałem, że byłem jednym z nich, że byłem… wilkołakiem.
Tajemnicą jednak wciąż pozostawała przyczyna tej nagłej metamorfozy, nie potrafiłem sobie także odpowiedzieć na pytanie dlaczego wciąż zachowywałem pełną świadomość, normalnie rozumowałem. Położyłem się na ściółce i zacząłem myśleć.
Nie byłem w stanie określić co pozwalało mi nadal pozostawać przy zdrowym rozsądku, być może mocne wrażenia, albo chęć odwetu na winnych śmierci mojej rodziny, ale przypomniał mi się pewien istotny szczegół. Dotknąłem łba i wyczułem pod łapą pięć szpecących ran z których w dalszym ciągu sączyła się krew. Już wiedziałem dlaczego, ale co dalej miałem robić?
W głowie kłębiło mi się mnóstwo myśli, wszystkie jednak sprowadzały się do jednego. Coś mi mówiło, żeby tam nie wracać, ale chęć zemsty była silniejsza ode mnie…
***
Przyjąłem pionową postawę i jeszcze raz spojrzałem na swoje nowe ciało. Rozejrzałem się wokół. Wiedziałem, że ten spokój już za chwilę zostanie trwale zmącony, przeze mnie, że zabiję tylu ilu tylko podołam. Po chwili zrezygnowałem z dalszego utrzymywania pionowej postawy. Moje przednie łapy zetknęły się z chłodną, wilgotną wyściółką. Chwilę się jeszcze zawahałem, po czym susem rzuciłem się w gęstwinę drzew. Oczywiście mogłem stąd uciec, ale do końca życia prześladowałaby mnie myśl, że te bestie dalej stąpają po ziemi, że one gdzieś tam są, a to, że uciekłem było jedynie szczęśliwym trafem. Tym czasem to, iż nadal zachowywałem świadomość musiało coś znaczyć. Nie potrafiłem jednak powiedzieć co…
Wiedziałem jednak co oznacza unoszący się w powietrzu zapach krwi. Byłem gotowy na śmierć, ale coś mi mówiło, że to nie ja ją poniosę. Ktoś jednak musiał umrzeć, a opcje były tylko dwie: ja, albo oni…
ROZDZIAŁ 4: „Pojedynek”
W końcu zobaczyłem jednego z nich, nie zastanawiając się dłużej podbiegłem do niego i zamarłem w bezruchu. Nagle odwrócił łeb w moją stronę i zaczął mi się bacznie przyglądać. Nagły impuls spowodował, że moja łapa wysunęła się do przodu, a pazury wbiły w szyję zwierzęcia. Stworzenie zaczęło się dusić. Ścisnąłem jego przełyk, razem z szyjnym odcinkiem kręgosłupa. Czułem jak pod naporem moich mięśni pękają kolejne kręgi. Nie mógł nic zrobić, nawet ostrzec swoich pobratymców. Spojrzałem mu w ślepia, tym razem wyraźnie jednak coś się w nich malowało i nawet wiem co to było, to strach…
Opuścił łeb i spróbował oderwać się ode mnie. Na próżno. Przebity na wylot kark upuszczał ogromne ilości krwi. W pewnej chwili moja łapa zacisnęła się jeszcze mocniej, doszczętnie miażdżąc krtań bestii, a następnie cofnęła się do tyłu, wyrywając fragment przełyku i całkowicie otwierając ranę na szyi.
Stałem tak trzymając w ręku jego przełyk i z szeroko rozwartymi źrenicami oglądałem jak dusi się. Napawałem się tym widokiem. Wyzwoliło się we mnie coś dzikiego, fascynującego, ale zarazem coś, czego się panicznie bałem. Furia. Wiedziałem, że stwór i tak zdechnie w przeciągu najbliższych dwóch minut, ale rzuciłem się na niego. Moje pazury rozrywały jego skórę, szarpały mięśnie, ocierały się o kości. Cierpiał. W końcu właśnie to chciałem osiągnąć, żeby cierpieli, ale w tym konkretnym momencie nie myślałem o tym w ten sposób. Szczerze mówiąc to w ogóle nie myślałem, po prostu napawałem się widokiem krwi. Po pewnym czasie ogarnęło mnie zmęczenie, ale nie byłem w stanie przestać. Chwyciłem w łapy zwłoki bestii, a tak właściwie to to co z nich zostało i zacząłem tym uderzać o rosnące wokół drzewa. Mięso uderzało o nie z taką siłą, że odrywało kawałki kory. Trwało to kilka minut. W pewnym momencie coś mnie tknęło, siła woli sprawiła, że oderwałem się od zakrwawionych strzępów i z całego impetu wbiegłem w najbliższe drzewo. Teraz to do mnie dotarło, że jeśli stracę panowanie stanę się taki sam jak oni, a przecież była to ostatnia rzecz jaką chciałem osiągnąć. Spojrzałem na zwłoki i postanowiłem, że już nigdy więcej nie dopuszczę się czegoś takiego. Nie chciałem żeby ciemna strona mojej natury wzięła górę nad zdrowym rozsądkiem, żebym przeistoczył się w przebiegłą, rządną krwi bestię, ale wiedziałem, że tej jednej nocy muszę dokończyć to co zacząłem. Musiałem wybić wszystkie bestie, co do jednej…
***
Moim oczom ukazała się reszta stada. Poruszały się tak szybko, że nie byłem w stanie ich zliczyć. Z wcześniejszych doświadczeń wynikało jednak, że nie mniej jak dziesięć sztuk. Bez najmniejszego problemu wspiąłem się na drzewo. Nadal nie mogłem uwierzyć, że mogę o wiele więcej niż dotychczas.
Mijał czas, a ja obserwowałem zachowanie i obyczaje tych istot, chciałem być pewny jak zareagują na nagły atak. W końcu przestały się przemieszczać i osiadły na jednej z leśnych polan, na szczycie jednego z pagórków. Mogłem je teraz bez problemu zliczyć. Dwadzieścia sześć osobników… o wiele więcej niż się spodziewałem. Po chwili z gęstwiny drzew wybiegł samotny osobnik. Wszystkie zwierzęta, jak na komendę, przestały się zajmować tym co do tej pory robiły i zwróciły się ku niemu. Chwilę potem zaczęły nerwowo rozglądać się wokół. Zrozumiałem co się dzieje. Dowiedziały się. Nie było czasu na myślenie. Teraz, albo nigdy…
To był odpowiedni moment na to, aby dać ujście całemu gniewowi jaki we mnie tkwił, nareszcie przyszedł czas na użycie siły jaką posiadłem z chwilą, gdy jeden z nich rozorał mi twarz. Nie mógł przypuszczać, że ze mną będzie inaczej niż z innymi. Odbiłem się od gałęzi z której ich obserwowałem i z rozpędem uderzyłem w jednego z nich. Potoczyłem się razem z przeciwnikiem w głąb lasu, po jednym z bardziej stromych stoków. Chciałem się zatrzymać, wiedziałem, że upadek będzie bolesny, ale nie mogłem oderwać od niego swoich łap. Jedną zacisnąłem wokół jego klatki piersiowej, drugą zadawałem bolesne ciosy na jego grzbiecie…
***
Wilkołaki spoglądały na miejsce, gdzie tuż przed chwilą po raz ostatni widziały jak staczając się w dół porwałem razem ze sobą jednego z nich. W końcu zobaczyły… bestię z pozoru taką samą jak one, a jednak wyalienowaną… inną, nie należącą do stada.
Trzymałem w łapie łeb wilkołaka i stałem tak przed nimi. Rzuciłem głowę zabitego w ich stronę. Gdy jeden z nich skoczył w moją stronę zamknąłem ślepia, cofnąłem się i uderzyłem. Spojrzałem na niego. Leżał na podłożu, nie ruszał się. Wskoczyłem w stado i zacząłem zabijać. Czułem ich uderzenia i ból, ale nie nic nie było mnie w stanie zatrzymać. Po krótkiej chwili wszędzie wokół walały się poodrywane kończyny, głowy, na ziemi spoczywały okaleczone ciała poległych… porozrywane gardła, głębokie cięcia, wokół pełno krwi. Chlapała mi w oczy. W końcu na tyle ograniczyła moje pole widzenia, że zacząłem uderzać na oślep. Usłyszałem skowyt inny niż wszystkie… wysoki, gardłowy. Poczułem, że moje ciosy przestają trafiać do celu. Przestałem też odczuwać ich pazury i kły szarpiące moje ciało. Zamarłem w bezruchu. Ta cisza… niczym nie zmącony spokój. Otarłem ślepia. Bestie rozpierzchły się, uciekły. Stałem tak z łapami opuszczonymi prawie do ziemi i dyszałem.
Leśna polanka wyglądała teraz jak pobojowisko. Nagle dostrzegłem, że wcale nie jestem tutaj sam. Jeden ze stworów nadal czekał aż zaatakuję. Nie wiedziałem dlaczego nie uciekał jak reszta, ale byłem pewien, że zaraz tego gorzko pożałuje. Podbiegłem do niego i zamachnąłem się łapą. Rozpłatałem mu klatkę piersiową, upadł na ziemię. Ku mojemu przerażeniu spostrzegłem, że z rany wyłoniła się ludzka ręka, cała pokryta śluzem i krwią. Potem druga. Ktoś kto był w środku wsparł się na nich i wystawił na zewnątrz głowę. To makabryczne widowisko trwało zaledwie kilka sekund. Wszystko jakby przyspieszone, to nienaturalnie wyginające się ciało i pobłyskujące na czerwono oczy. Mężczyzna przypatrzył mi się i szyderczo się uśmiechnął. Rozłożył ręce po czym wymamrotał pod nosem jakąś inkantację. Ciało wilkołaka w jednej chwili obsiadły tysiące much. Ten dźwięk owadów. Po chwili wszystkie odleciały. Został sam szkielet, biały, w całości obrany z resztek mięsa. Mężczyzna wydobył nogę z pomiędzy żeber. Oślepił mnie blask zielonej poświaty. Zasłoniłem łapą oczy.
-Wiem nad czym się zastanawiasz - odparł szatańskim głosem.
Nie wiedziałem co robić, skąd mógł wiedzieć o czym myślę. Chciałem wiedzieć co tutaj robi i kim jest.
-Mogę czytać w twoich myślach. Mówią na mnie Eon, jestem nekromantą. Spójrz na mnie.
Odsłoniłem ślepia, zielona poświata nie biła już od niego z taką siłą jak przed chwilą. Ujrzałem nagiego mężczyznę, pokrytego w całości krwią, jego długie paznokcie zawijały się przy swoich końcach, zaś siwa, również umazana posoką broda sięgała prawie do pasa. I te czerwone oczy…
-To nic osobistego, poluję na ludzi odkąd pamiętam. To doskonała zabawa.
Nie wytrzymałem. Rzuciłem się na niego. Poczułem jak jakaś niewidzialna siła rozbija się moje ciało. Po paru sekundach uderzyłem w drzewo znajdujące się kilkanaście metrów ode mnie. Był pewny, że ze mną wygrał, ale nie wiedział, że jestem inny niż wszystkie zamienione… Podbiegłem do niego i zamachnąłem się. Złapał w dłoń moją łapę. Nie mogłem nią poruszyć, chociaż napiąłem wszystkie mięśnie.
-Rzeczywiście, jesteś inny, ale na nic ci to, mnie i tak nie pokonasz. Twoja siostra dostarczyła mi dużo emocji, broniła się… strach w oczach dzieci jest pierwotny, ukazują one całą gamę emocji, ale przerażenie… wyraz ich oczu…
Nie miałem pojęcia o czym on mówi, ale rozjuszył mnie do granic możliwości. Wgryzłem się w jedna z jego rąk. Poczułem uderzenie w klatkę piersiową. Po paru sekundach ocknąłem się kilkanaście metrów dalej. Spróbowałem się podnieść. Nie dałem rady. Usłyszałem kolejną dziwną inkantację wymawianą przez nekromantę. Resztki ciał zabitych uniosły się z podłoża i zaczęły wirować w powietrzu. Pomiędzy nimi pojawiła się ciemna, bezkresna przestrzeń. Zrozumiałem co się dzieje. Zebrałem resztki sił i począłem biec w tamtą stronę. Morderca mojej rodziny zdążył zniknąć w mrocznych odmętach, a przejście zaczęło się zamykać. Skoczyłem. Uderzyłem w opadające na ziemię kikuty. Przeraźliwie zawyłem.
Ta noc dobiegła końca. Leżałem pośród ciał poległych i wiedziałem, że już nic więcej nie mogę zdziałać. Wiedziałem również, że z tą chwilą mój los został zdeterminowany. Celem mojego życia stała się zemsta...
EPILOG
Z biegiem lat wspomnienia blakną, pozostaje jednak garść pytań…
Dlaczego to spotkało właśnie mnie?
Dlaczego nekromanta pozostawił mnie przy życiu?
Czy jeszcze kiedyś się spotkamy?
… i wreszcie co oznacza to, że przy przemianie mogę się kontrolować?
Prawdopodobnie nigdy nie poznam odpowiedzi na te i inne pytania. W końcu światem rządzą przypadki, dlatego wiem, że już nigdy nie spotkam tamtego człowieka, a moje przeznaczenie się nie dopełni. Nadal trwam jednak w złudnej nadziei, że może jednak… nadzieja to cecha ludzka, a w końcu wszyscy jesteśmy tylko ludźmi…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz