Siedemnasta z minutami. Szczecin. Awantura przed sklepem na Warcisława. Ktoś wezwał policję. Funkcjonariusze skuli Piotra i wcisnęli do samochodu. Rodzina, która przyjechała po niego na komisariat następnego dnia rano, nie poznała go. Co się działo od chwili zatrzymania do wypuszczenia młodego człowieka? Dlaczego był w takim stanie? Sam się pobił – twierdzą policjanci. Badany nie porusza się samodzielnie z uwagi na odniesione obrażenia – napisali lekarze ze szpitala, do którego Piotr został prosto z komisariatu zawieziony przez najbliższych.
– Około g. 17 stałem z kolegą przed sklepem monopolowym. Byłem pijany i się awanturowałem, doszło do szarpaniny, uderzyłem jakiegoś mężczyznę. Ktoś wezwał policję, przyjechali. On mnie wskazał – mówi Piotr. – Tak, wiem, że źle zrobiłem.Funkcjonariusze zabrali Piotra do radiowozu i odjechali. Nic mu wówczas nie dolegało.
– Wysadzili mnie z radiowozu i gdzieś wprowadzili – opowiada Piotr. – Gdy szliśmy korytarzem, jeden z nich, ten po cywilnemu, kopnął mnie z tyłu w nogi. Kiedy się osunąłem na kolana, zaszedł mnie z przodu i kopnął w twarz. A potem wprowadzili mnie do jakiegoś pomieszczenia i katowali. Mundurowy wiele razy raził mnie paralizatorem. Miałem skute ręce i nogi. Bili mnie pięściami i kopali po całym ciele.
Piotr mówi, że bity był długo, stracił jednak rachubę czasu. Parę razy tracił przytomność. Przyjechała karetka. Ocknął się w szpitalu.
– Miałem podłączony cewnik, kroplówkę… Na drugi dzień się zorientowałem, że mam zszytą twarz. Cały byłem poobijany. Policjanci potem opowiadali, że dostałem jakiegoś amoku i nadprzyrodzonych sił. Mówili, że zacząłem walić głową o ziemię i się uszkadzać, że dwóch potężnych funkcjonariuszy na mnie leżało i nie dawało mi rady, chociaż jestem szczupły, a ja wstawałem z nimi z ziemi tak, że mi na plecach wisieli we dwóch, że wychodzili na zmianę przed izbę, bo musieli odpoczywać. W każdym razie mówili, że się sam zacząłem uszkadzać, a oni próbowali mnie powstrzymać – mówi.Ze szpitala MSWiA na Jagiellońskiej Piotra przywieziono z powrotem na izbę wytrzeźwień.
– I tam mnie takiego skatowanego zostawili – mówi. – Byłem cały obolały, sikałem krwią.
O g. 22.30 policjantka zadzwoniła do matki Piotra i powiedziała, że został przebadany w szpitalu przez lekarza, jego stan jest dobry i nic mu nie grozi, dlatego został przewieziony na izbę wytrzeźwień.
Rano z izby przywieziono go na komisariat.
– Za zakłócanie porządku pod sklepem na Warcisława, bo w tej sprawie byłem zatrzymany, wystawili mi mandat w wysokości 100 zł – mówi Piotr.
– Ledwo weszłyśmy z siostrą Piotra na komisariat powiedzieć, że jesteśmy po niego, Piotr wyszedł z pokoju, jeśli można powiedzieć, że wyszedł. Nie mógł ustać na nogach – opowiada dziewczyna Piotra. – Wyglądał strasznie. Siostra go nie poznała. Gdyby nie to, że ja wiedziałam jak był ubrany, też bym go nie poznała. Nie był w stanie sam wejść do samochodu. Od razu pojechaliśmy do szpitala.Przez dwa tygodnie poruszał się na wózku inwalidzkim, potem trzy miesiące dochodził do siebie. Dziewczyna go myła, karmiła, przebierała.
– Przez dwa miesiące nie miałem czucia w dłoniach. Nie mogłem nawet widelca utrzymać. W szpitalu byłem dializowany. Gdy wychodziłem, lekarka powiedziała, że mam szczęście, bo 9 na 10 przypadków takich uszkodzeń nerek jakie miałem, oznacza dializy do końca życia – mówi. – Zakłócałem porządek przed sklepem i dostałem za to mandat. To by nie wystarczyło? Potraktowali mnie jak rzecz i… nic. Było to dla mnie upokarzające. Nigdy tego nie zapomnę.
Od zdarzenia minął prawie rok. Wciąż trwa śledztwo w sprawie przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy. Dotąd pracują w policji.
informacja za: Kurier Szczeciński
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz