Zamachy we Francji, Tunezji i Kuwejcie. Międzynarodówka psycholi
Islamski terroryzm nie proponuje żadnej cywilizacyjnej alternatywy wobec Zachodu. Jego jedyna oferta to rzeź. Łapią się na nią „najsłabsze ogniwa”, ludzie najbardziej zdestabilizowani.
Pierwsze po zamachu pod Lyonem głosy we francuskich mediach można podzielić na dwie grupy. Jedna to głosy polityków prześcigających się w patosie i dramatyzmie. „Francja jest w stanie wojny” - Patrick Mennucci, deputowany rządzącej Partii Socjalistycznej wybrany z okolic Lyonu, od dawna zajmujący się śledztwem parlamentarnym dotyczącym komórek Al-kaidy we Francji. Jak widać, zajmujący się bez efektów, dlatego ucieka teraz w ten patetyczno-heroiczny ton.
„Jesteśmy w stanie wojny z barbarzyńcami” - to z kolei rzeczniczka opozycyjnej centroprawicy, Lydia Guirous. Inny opozycyjny centroprawicowy deputowany, też z okolic Lyonu, Georges Fenech, poza równie patetycznym okrzykiem o wojnie dodaje słowa, które można wpisać w partyjną ustawkę znaną doskonale z Polski. Mówi: „jestem tylko w połowie zdziwiony, że doszło do nowego ataku, biorąc pod uwagę tak kiepskie przygotowanie naszego państwa i służb”.
Kiedy piszę ten komentarz, jeszcze nie przemówili politycy Frontu Narodowego, ale oni na pewno przelicytują wszystkich, bo każdy zamach napędza lęk „białych Francuzów” przed „Arabami”. A ten lęk może dać Frontowi Narodowemu władzę nad Sekwaną.
Ze strony francuskich polityków mamy zatem rytuał i patos, które ukrywają bezradność. Dlatego o wiele ciekawsze są głosy sąsiadów zamachowca, z komunalnego blokowiska na przedmieściach Lyonu. Ci sąsiedzi – muzułmanie, chrześcijanie, niewierzący, imigranci arabscy i wymieszani z nimi „rdzenni Francuzi”, tyle że pracujący za SMIC (najniższą gwarantowaną płacę) albo będący na socjalu od dawna - powtarzają jak mantrę: „to był człowiek spokojny, wycofany, rano wychodził do pracy, wieczorem wracał, prawie go nie widzieliśmy, nie widzieliśmy go nawet w tutejszym meczecie”. „Miał przecież żonę i troje dzieci, dlaczego to zrobił?”. „Dlaczego w Ramadanie, Bóg nie każe mordować, to nie jest religia...?”Co komu Bóg każe, a czego nie każe to wielka tajemnica kosmosu i nie mnie to rozstrzygać. Bardziej rozumiem przerażenie, jakie słychać w głosach i widać w twarzach tych ludzi dzielących się własnym strachem z widzami francuskich telewizji i czytelnikami internetowych serwisów. Sam mieszkałem w takim blokowisku przez parę lat. Tyle że nie w Lyonie, a na północnych przedmieściach Paryża, w Pierrefitte-sur-Seine. Pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, pomiędzy imigrantami z Algierii, Senegalu, Polski, Rumunii przemieszanymi z dawną francuską klasą robotniczą. Biali Francuzi zaczynali już głosować na Front Narodowy, dzieci muzułmanów nie miały jeszcze internetowej i medialnej oferty Al-Kaidy czy Państwa Islamskiego, a ja nie mogłem głosować w ogóle, bo miałem jedynie paszport bezpaństwowca i pozwolenie na legalną pracę – luksus wśród emigracji lat osiemdziesiątych.
Jednak rozumiem ten strach, kiedy nagle twój sąsiad, ojciec rodziny, mający pracę, żyjący skromnie, ale nie lepiej ani nie gorzej niż ty, okazuje się mordercą. Z powodów, które nie do końca rozumiesz, ale skoro on, to może i ktoś następny, skoro on, to może i twoje dziecko opanuje nienawiść, która zamienia zwykłych ludzi w zombies, jak w „World War Z”, tyle że to nie jest film z Bradem Pittem, ale twoje życie. I życie twoich dzieci.
Tysiące muzułmańskich rodziców z Anglii i Francji panikują, kiedy kolejne dzieci tych z pozoru świetnie już zintegrowanych rodzin, reagując na syreni śpiew internetu wyruszają przez Turcję do Syrii. Brytyjskie media są teraz pełne apeli tych muzułmańskich rodziców, którzy płacząc proszą swoje dzieci, żeby zawróciły z drogi. Bo później do Anglii i Francji albo przywożone są ich trupy, albo do sieci trafiają „selfiki” z egzekucji, przy których te dzieci entuzjastycznie asystują albo wykonują je same.
Islamski fundamentalizm, islamski terroryzm, Al-kaida, Państwo Islamskie – są coraz bardziej atrakcyjne jako wydarzenia medialne, coraz bardziej w to inwestują. Ta nowa Międzynarodówka Psycholi dziś popisuje się „jednoczesnym zamachem na trzech kontynentach” (Lyon, Tunezja, Kuwejt), który zastąpił wczorajszą transmisję z topienia jeńców Państwa Islamskiego w metalowej klatce, która zastąpiła przedwczorajszą transmisję z palenia ich żywcem, która zastąpiła jeszcze wcześniejszą transmisję ze ścinania im głów. Tak jak nowa odmiana reality show, np. Warsaw Shore, wypiera dawniejszą, np. Big Brothera, która już nie gromadzi przed ekranami milionów „oburzonych” i zafascynowanych widzów.
Ta Międzynarodówka Psycholi jest atrakcyjna jako wydarzenie medialne, a jednocześnie nie ma dla świata żadnej propozycji, żadnej alternatywy wobec znienawidzonego przez siebie „Zachodu”, „kapitalizmu”, itp. Nic poza rzezią
Nawet sowiecki komunizm miał swoje potiomkinowskie wioski, bogate, pełne szczęśliwych robotników, chłopów i inteligentów, gdzie przywożono zachodnich dziennikarzy, aktywistów albo po prostu pożytecznych idiotów, żeby im pokazać, iż istnieje alternatywa dla zgniłego Zachodu, dla jego złowieszczego kapitalizmu, dla jego skorumpowanej liberalnej demokracji. Że ta alternatywa potrafi budować lepsze życie. To było kłamstwo, ale nastawione na życie, ukrywające przed światem tortury i śmierć. Oferta dzisiejszej Międzynarodówki Psycholi jest nastawiona wyłącznie na tortury i śmierć.
Nawet tereny opanowane od paru miesięcy przez Państwo Islamskie (które nie jest żadnym państwem, nie pełni podstawowej funkcji państwa, jaką jest zapewnienie swoim obywatelom bezpieczeństwa) także są miejscem, które ma pokazywać raczej zdolność do okrucieństwa, niż zdolność do budowy jakiegoś alternatywnego ładu, choćby religijnego. Dlatego nawet Iran współpracuje z Zachodem w walce z Państwem Islamskim. Dlatego najbardziej tradycjonalistyczne satrapie Zatoki Perskiej, tyle że będące naszymi sojusznikami w świecie arabskim, uważają fundamentalizm islamski za barbarzyństwo i próbują z nim walczyć.
Czytaj też:Bardzo krwawy piątek >>>
Policjanci usiłują zapanować nad tłumem chcącym dokonać samosądu nad jednym z podejrzewanych o dokonanie zamachu na hotele w Sousie, Tunezja. W zamachach w Tunezji zginęło co najmniej 28 osób.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz