2016/09/24

Mordują Polaków i nic! Ale gdyby w Wielkiej Brytanii zginął jeden Żyd, albo spłonął sklep z koszerną żywnością obradowałoby ONZ!fot: pixabay.com Gdyby w Wielkiej Brytanii doszło do podpaleń sklepów z koszerną żywnością i zasztyletowania chociażby jednego Żyda, sprawa byłaby przedmiotem nadzwyczajnej sesji ONZ, Parlamentu Europejskiego i Bóg wie kogo jeszcze. Ale atakowani są Polacy, więc temat jest zamiatany pod dywan.

Kilka dni temu trzech Polaków w późny sobotni wieczór jadło pizzę na placu handlowym w Harlow, kiedy doskoczyła do nich grupa ponad 20 brytyjskich nastolatków (sic!) i zaczęła ich katować. Świadek tego ataku powiedział o jego sprawcach wprost: – Byli jak grupa hien. – Udało mu się pomóc jednemu z zaatakowanych mężczyzn. – Kopali i uderzali tego mężczyznę, a on niemal wciągnął ich do pizzerii, wołając o pomoc. Widziałem siniaki na jego twarzy – powiedział. – Udało mi się odciągnąć go od napastników i krzyknąć do nich, żeby się wynosili. Ale oni zostali na zewnątrz, czekając, aż ich ofiara wyjdzie – mówił w brytyjskiej telewizji Sky News. Czekając, katowali dwóch Polaków, którym nie udało się uciec. Świadek opowiedział o zdarzeniu, ale sam ukrywa swoją twarz i tożsamość. Boi się odwetu „hien”. 40-letni Arkadiusz J. nie przeżył tego spotkania z brytyjską „cywilizacją”. Jedynym powodem ataku gówniarzy morderców było polskie pochodzenie ich ofiar. Policja przyjechała zbyt późno. I nie był to jedyny przypadek jej bezczynności.
W maju w Tilbury na terenie miejscowej szkoły napadnięta została ciężarna Polka i jej siedmioletni synek – kobieta i dziecko byli szarpani, obrzuceni puszkami i oblani ich zawartością. Powód – polskie pochodzenie. Zaatakowała ich pijana Angielka i dwoje jej dzieci. Bezpośrednio po napadzie z zelżonej Polski do rozpuku zaśmiewała się… jedna z nauczycielek. Kiedy Polka zgłosiła się na policję, funkcjonariusze zaczęli ją przekonywać, by odstąpiła od oskarżenia, a potem… nie zrobili nic, by pociągnąć sprawczynię do odpowiedzialności. Dyrektorka szkoły przyłączyła się do szykan wobec Polki, zalecając jej, by wraz z dzieckiem… wchodziła do szkoły tylnymi drzwiami! Policja i lokalne władze do tej pory robią wszystko, by chronić… sprawczynię rasistowskiego ataku, twierdząc, że to „dobra dziewczyna”. Podobnie było w przypadku ataku na dwóch Polaków – ojca i syna, do którego doszło pod koniec czerwca 2016 r. w Londynie – obaj zostali brutalnie pobici tylko za polskie pochodzenie. Policja do tej pory nie ustaliła sprawców.
W tym samym czasie w Portsmouth na południu Anglii na ścianie upamiętniającej ofiary II wojny światowej ktoś napisał po angielsku: „Brudny Polak”.
Na początku lipca tego roku po raz kolejny (sic!) została zaatakowana polska rodzina z Plymouth – „nieznani” sprawcy podpalili należącą do niej altankę i zostawili list, w którym kazali im wynosić się do ich „pier…lonego kraju”, zapowiadając, że w przeciwnym razie następna będzie już nie altanka, ale… sama rodzina. W tym samym czasie do domu polskiej rodziny w Bristolu ktoś wrzucił cegły, wybijając okna i sprayem pomazał ściany i drzwi domu.
Jeszcze przed referendum w sprawie Brexitu na polskim sklepie w Plymouth pojawił się napis „Polish go back”, a jego pracownicy byli prześladowani przez Brytyjczyków. Zaraz po ogłoszeniu wyników referendum na fasadzie Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego w zachodnim Londynie namalowano obraźliwe graffiti, a polskie rodziny mieszkające w hrabstwie Cambridgeshire otrzymały ulotki wzywające „polskie robactwo” do opuszczenia kraju. Ulotki takie znalazły się także pod szkołą, do której chodzą polskie dzieci. Brytyjska policja wciąż szuka sprawców tych ataków.
W połowie lipca na ścianie sklepu Mieszko w Hoddeston w hrabstwie Hertfordshire pojawił się obraźliwy napis: „Fu… off Polish cun…”. Kilka dni później „nieznany sprawca” podpalił polski sklep w Norwich. Tylko sprawna akcja straży pożarnej uratowała od śmierci dwie osoby śpiące w lokalu położonym bezpośrednio nad sklepem. W sierpniu w Blackburn 30-letni Anglik podpalił inny polski sklep. Lokal spłonął doszczętnie.
Na porządku dziennym są wyzwiska i szykany (np. zakaz używania w prywatnych rozmowach między pracownikami języka polskiego).

Jeśli ktoś myśli, że ich sprawcami jest tylko pijana gówniarzeria, której dobrobyt „w d…ach poprzewracał”, jest w poważnym błędzie. Wyzwiska Polek od „ku…ew” padają np. z ust nobliwie wyglądających starszych panów czy eleganckich pań. Na Twitterze i na portalach społecznościowych są setki relacji opisujących rasistowskie ataki na Polaków. Z wyzwiskami, poniżaniem i atakami rówieśników spotykają się w szkołach polskie dzieci. Angielskim gówniarzom ktoś musiał wcześniej wpoić nienawiść do polskich uczniów. Odpowiedzi na pytanie – kto, oczywiście nie ma. A sytuacja jest coraz gorsza.  To trwa od lat

Sondaż Instytutu Badań Rynkowych i Społecznych z czerwca 2016 wskazał, że aż 12 proc. Polaków mieszkających na Wyspach spotkało się z jakąś formą wrogiego zachowania. Potwierdzają to lokalne władze w Wielkiej Brytanii przyznające, że liczba rasistowskich zachowań wobec Polaków po Brexicie wzrosła pięciokrotnie (sic!), ale przekonujące jednocześnie, że większość z nich to „tylko” groźby i obraźliwe komentarze. Warto więc przypomnieć, że Niemcy też zaczynali od mazania „jude” na żydowskich sklepach i wiadomo, jak się to skończyło. Zresztą szyby w domach Polaków były wybijane jeszcze na długo przed Brexitem. Nożem za polskość można dostać w Anglii też już od paru lat. Przykłady? Rok temu – w czerwcu 2015 na ulicy w Birmingham dwóch brytyjskich nastolatków zadźgało sztyletem 24-letniego Polaka. Drugi zaatakowany Polak przeżył cudem spotkanie z brytyjską młodzieżą. Miesiąc później – pod koniec lipca 2015 w Burton nożem został zadźgany 29-letni Polak.
W czerwcu 2014 r. w londyńskiej dzielnicy Dagenham 15 mężczyzn zaatakowało 35-latka, który pod klubem Cross Keys, siedząc na swoim motocyklu rozmawiał przez telefon. Powód ataku – motocyklista miał na kasku biało-czerwoną flagę i był Polakiem. Napastnicy sfotografowali swój atak, a ofierze zalecili, by wracała do Polski. I tak dalej…
Polacy, którzy znaleźli w Wielkiej Brytanii pracę i łudzili się, że wraz z nią także miejsce na ziemi, coraz częściej mówią o strachu. Boją się o siebie, o swoje dzieci, o swoje domy. Brytyjscy politycy potępiają ataki, „solidaryzują się” z Polakami, ale… na tym deklaracje się najwyraźniej kończą.
Gdyby w Wielkiej Brytanii doszło do podpaleń sklepów z koszerną żywnością i zasztyletowania chociażby jednego Żyda, sprawa byłaby przedmiotem nadzwyczajnej sesji ONZ, Parlamentu Europejskiego i Bóg wie kogo jeszcze. Ale atakowani są Polacy, więc temat jest zamiatany pod dywan. Co gorsza – zmiotkę trzymają też w ręku polskie władze. Dosłownie kilka dni po zamordowaniu obywatela Polski Warszawę nawiedził brytyjski minister spraw zagranicznych. Spotkał się z Witoldem Waszczykowskim. Z ust polskiego ministra popłynęły zapewniania o przyjaźni polsko-brytyjskiej i ani słowa o tym, że Polska żąda ochrony swoich obywateli przed angielskimi nazistami. A sprawa jest prosta – jeśli państwo polskie tej ochrony nie zażąda, Wielka Brytania jej nie zapewni. I brytyjskie hieny będą atakować nadal.

Tekst ukazał się na łamach tygodnika Polska Niepodległa! Kupujcie nowy numer i wspierajcie nasze wydawnictwo!                            

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz