2017/02/07

HORROR


                 Top                                                                                                                  Obłęd


Kamil Raczyński


Do tej pory nie wiedziałem, co to znaczy bać się. Jest 2 grudnia, godzina po 23 a ja dopiero teraz zaczynam zdawać sobie sprawę z tego co się stało. Zacznę od początku.
Nazywam się Robert Dezmont. Mam 13 lat. Dwa tygodnie temu moi rodzice dostali telefon, że moja starsza siostra miała wypadek na zimowym obozie dla uczennic żeńskiego liceum do którego uczęszczała i musieli do niej wyjechać. Niby nic poważnego ale była w jakimś szoku i podobno lepiej by było gdyby był z nią ktoś bliski. Tak niefortunnie się złożyło, że dopiero co się tu przeprowadziliśmy bo tata dostał nową pracę, no i moi rodzice nie znali jeszcze nikogo na tyle dobrze aby mnie z kimś zostawić. Ja sam nie mogłem z nimi pojechać bo 2 dni wcześniej skręciłem kostkę na boisku szkolnym i chodziłem o kulach, więc mi samemu lepszą opcją wydawało się zostać. Nie myśląc długo stwierdzili, że zadzwonią do Izabeli. Izabela, a właściwie Izabela Marton jest moją ciocią ze strony mamy, którą widziałem raz w życiu jak miałem może 6 lat, więc nawet jej nie pamiętam. Nigdy nie słyszałem aby u mnie w domu o niej mówiono czy wspominano. Przypomina mi się jedynie sytuacja kiedy mama opowiadała, że ciocia wyszła za mąż za jakiegoś obcokrajowca, chyba Anglika i wyprowadziła się na drugi koniec kraju. Od tamtej pory przestała utrzymywać jakikolwiek kontakt z resztą rodziny. Nie odbierała telefonów i nie odpisywała na listy. Jedynym znakiem życia jaki dała było pojawienie się na pogrzebie mojej babci po którym zresztą zaraz zniknęła. Zbiegiem okoliczności, miejsce w którym zamieszkaliśmy znajdowało się tylko 70 km od wsi gdzie mieszkała moja ciocia. Nie było mi to ani trochę na rękę, tym bardziej że znam ją tylko z opowieści ale widząc jak przejęci są rodzice, nie protestowałem. W końcu miały to być tylko 2 dni. Tato wykonał parę telefonów i wrócił uśmiechnięty. Powiedział że ciocia najpierw kategorycznie się nie zgodziła ale chwilę później całkiem zmieniła zdanie i powiedziała że dobrze byłoby odnowić stosunki rodzinne. Tak więc, znalazłem się tutaj.
Ojciec zawiózł mnie jeszcze tego samego dnia. Izabela wyszła nam na spotkanie. Mieszkała w dużym, starym, piętrowym, murowanym domu otoczonym z jednej strony zamarzniętym ogrodem a z drugiej lasem. Dojeżdżając do Solommy, bo tak nazywała się wieś minęliśmy zaledwie 10 czy 15 domów, więc była to wręcz mikroskopijnych rozmiarów wioska. Dom cioci był niewątpliwie największy i najokazalszy. Ściany z czerwonej cegły, ciemny brunatny dach, duże białe okiennice i hektary lasów oraz ogród dookoła tworzyły swego rodzaju budzący dreszczyk ale mimo wszystko bajkowy klimat, który zamarzł na zimę aby się odrodzić na wiosnę. Miałem jakieś mieszane uczucia ale uśmiechnięta postać cioci stojąca w progu rozwiała moje obawy. Była wysoką, szczupłą, wręcz chudą kobietą po 40-stce. Miała gęste brwi, które łączyły się nad nosem, brązowe oczy, duże usta i odstające kości policzkowe, teraz zarumienione od mrozu. Czarne włosy związane miała w długi po pół pleców kucyk. Posiadała również małe nie rzucające się w oczy brązowe znamię na lewej skroni w kształcie gwiazdy. Wysiedliśmy z samochodu. Pokuśtykałem razem z ojcem bliżej. Przywitała nas ciepłym uściskiem dłoni i paroma całusami w policzek. Po krótkiej rozmowie ojciec powiedział, że musi jechać i że porozmawiamy dłużej po ich powrocie. Ostatni całus na pożegnanie i zostałem wprowadzony do dużego salonu. Zostałem pod opieką cioci.
- Jak się masz Robercie. Wyrosłeś tak, że by cię chyba nie poznała gdybym cię spotkała na ulicy.
- Ja też nie wiem czy bym cię poznał ciociu. Ledwo pamiętam, kiedy cię widziałem ostatni raz. - odpowiedziałem
- Teraz to już nie ważne. Postanowiliśmy z Michaelem, że odnowimy nasze stosunki rodzinne. Zbyt długo żyliśmy z dala od siebie.
- Kim jest Michael - zapytałem
- Aha. Zapomniałam, że go nie znasz. To mój mąż. Zobaczysz go jutro rano. Dzisiaj wróci późno w nocy. Na pewno przypadnie ci do gustu. A co takiego stało ci się w nogę?
- Potknąłem się na boisku w szkole. Ale już jest lepiej. Lekarz powiedział, że jeszcze kilka dni i będę mógł normalnie chodzić.
Wyglądała naprawdę słodko kiedy się uśmiechała. A śmiała się cały czas. Siedzieliśmy w salonie, jedliśmy ciasteczka z herbatą a ona cały czas wypytywała się o całą rodzinę. Jej krzaczaste brwi unosiły się i opadały kiedy mówiła. Była przesympatyczna. Szkoda – pomyślałem, że wcześniej straciliśmy z nią kontakt. Zauważyłem, że cały czas ja opowiadałem, a ona nic nie mówiła. Spytałem więc:
- Ciociu, czy macie dzieci?
Jej wyraz twarzy jakby się zmienił. Na chwilę nawet straciła uśmiech. Dziwnie na mnie spojrzała, po czym znowu się uśmiechnęła i takim samym, jak wcześniej tonem odpowiedział:
- Mięliśmy córeczkę. Nazywała się Zofia. Bardzo chorowała i zmarła jak miała niecały roczek.
Następnie dodała:
- Ale nie zawracajmy teraz sobie głowy smutkami. To było bardzo dawno. Napijesz się jeszcze herbaty?
I rozmowa przybrała wcześniejszy obrót. W pewnym momencie zacząłem ziewać. W końcu było już ok. 22 a wydarzenia dzisiejszego dnia mnie wykończyły.
- O, widzę że jesteś zmęczony.
I rzeczywiście byłem. Zaczynałem myśleć już tylko o tym aby położyć się na łóżku i zasnąć.
- Chodź, pokażę ci twój pokój. Skończymy rozmawiać rano. Poznasz też Michaela.
Wstałem od stołu i ruszyłem za nią. Minęliśmy kuchnię. Zauważyłem duży dębowy stół, stare, eleganckie i błyszczące meble, no i lodówkę w koncie. Doszliśmy krótkim korytarzem do jasnego pokoju z małą biblioteczką, podstarzałym telewizorem i starą maszyną do szycia stojącą pod oknem, która służy już tylko jako ozdoba. Okno wychodziło na ogród z tyłu domu. Księżyc oświetlał zasypane śniegiem ścieżki wśród zamarzniętych krzewów i oszronioną altankę. Sam dom wydawał się przytłaczać mnie swoim ciężarem. Był taki stary i zbyt duży, jak na dwie osoby. Na dole naliczyłem 6 pokoi. Drugiego piętra nie zdążyłem zwiedzić. Izabela mnie tam nie zapraszała, a ja sam nawet nie miałbym ochoty wspinać się o kulach po schodach. Dom wyglądem mógłby przypominać jeden z tych ze starych horrorów o nawiedzonych posesjach. Osobiście nigdy się nie bałem takich filmów. Wręcz przeciwnie, nie robiły one na mnie żadnego wrażenia. Dom ten, owszem zrobił na mnie wrażenie ale wydawał się taki przytulny i ciepły, i jeszcze z taka miłą ciocią, że wręcz zachęcał aby zajrzeć do środka. Pożegnaliśmy się i ległem na dużym, miękkim łóżku.
Rano obudził mnie krzyk. Był to jeden długi piskliwy wrzask. Sam nie byłem pewny co to było. Dźwięk ten mógł równie dobrze pochodzić z telewizora. A może mi się tylko przyśnił. Nie bardzo miałem ochotę wstawać tak wcześnie ale strasznie chciało mi się do ubikacji. Zwlokłem się z łóżka. Na zegarku była 7:13 więc panował jeszcze półmrok. Złapałem za kule i ruszyłem w poszukiwaniu toalety. Minąłem korytarz i przeszedłem obok salonu. Coś zwróciło moją uwagę i cofnąłem się aby dokładnie się przyjrzeć. Znieruchomiałem. Na stole leżał mężczyzna w średnim wieku, szczupły, z dużymi zakolami łysiny na głowie. Jego brzuch. O boże, jego brzuch był rozkrojony. Grube haki po obu stronach przytrzymywały fałdy skóry. Krew. Wszędzie krew. Wnętrzności walały się po podłodze. Miał otwarte usta i wywrócone do góry oczy. Twarz miał wykrzywiona od bólu w koszmarnym grymasie a skórę bladą i pomarszczoną. Wydawało mi się, że go znam ale z nikim nie mogłem skojarzyć jego postaci. Nad nim, z zakrwawionymi rękoma stała Izabela. Nachylała się, ściskając rzeźnicki nóż w ręku jakby czegoś szukała. Po czym wbiła go, oderżnęła duży płat mięsa i odłożyła na bok. Już się nie uśmiechała. Była blada. Brwi miała ściągnięte i patrzyła wściekłymi oczami na rozerwane trzewia swojej ofiary. Usłyszałem kroki za mną. Ciotka podniosła wzrok. Spojrzała na mnie jak na intruza. Wydawała się jednak opanowana. Za chwilę przyjęła minę z poprzedniego wieczoru i patrząc na mnie tym swoim słodkim wzrokiem zaczęła zmierzać ubabrana po łokcie we krwi w moim kierunku. Kątem oka dostrzegłem jakąś postać po mojej lewej stronie, chyba dziewczynki. I znowu ten krzyk który mnie wyrwał ze snu...
Obudziłem się cały spocony. A jednak to był tylko sen. Całe szczęście. Odetchnąłem z ulgą. Spojrzałem na zegarek – 23:20. Lecz moja uwaga była skupiona na czymś innym. Tak mi się chciało siku, że niemal mi rozsadzało pęcherz. Nic dziwnego. W końcu wczoraj wypiłem dwie herbaty i nie skorzystałem z toalety przed snem. Wziąłem kule i powolnym kroczkiem zacząłem zmierzać do ubikacji. Wyszedłem na korytarz. Kliknąłem na włącznik światła ale nic się nie stało. Jeszcze raz i jeszcze. Nic. Ciemno. Trudno. Idę dalej. Doszedłem do salonu który mi się wcześniej śnił. Z wahaniem odwróciłem wzrok. Pusty. Księżyc przez okno oświetlał wnętrze. Minąłem po drodze dwoje drzwi ale oba były zamknięte. Przeszedłem obok kuchni. Tu zapaliłem światło. Żarówka oświetliła fragment korytarza. Zdałem sobie sprawę z tego, że nie wiem gdzie jest ubikacja. Usłyszałem dźwięk klamki na piętrze. To pewnie ciocia – pomyślałem. Pewnie usłyszała że wstałem i się obudziła. – Pójdę się spytać gdzie mógłbym znaleźć WC. Pokuśtykałem w stronę schodów ale nikogo nie zobaczyłem. Doszło za to do mnie skrzypnięcie otwieranych drzwi, które zobaczyłem na prawo od schodów, schowanych w kącie korytarza na piętrze. Niewiele myśląc – ruszyłem. A może to Michael wrócił – przeszło mi przez myśl. Mniejsza z tym. Tak czy siak dowiem się gdzie jest toaleta. Dotarłem na ostatni schodek ale znowu nikogo nie zobaczyłem. Odniosłem dziwne wrażenie, że jakby w tej części domu nie działało ogrzewanie. Chyba dostrzegałem parę z ust kiedy oddychałem. Dojrzałem włącznik światła. Pstryk, pstryk. Tu też nie działa. Przydałoby się zainwestować w nowe żarówki. Doszedłem do tych samych drzwi, które były otwierane i delikatnie zapukałem. Cisza. Zapukałem głośniej. Dalej cisza. Chwyciłem za klamkę i powiedziałem:
- To ja Robert. Nie chcę przeszkadzać ale chciałem się tylko zapytać gdzie...
Otworzyłem szerzej drzwi
- ...jest...
Głos mi się urwał. Ciemny, duży pusty pokój. Mimo wszystko jakaś siła mnie pchnęła aby zajrzeć dalej. Zrobiłem parę kroków i poczekałem aż oczy przyzwyczają mi się do ciemności. I wtedy zamarłem.
Miękko pod stopami. Czerwień i czerń. Czerń i czerwień. Środek pokoju na poddaszu. Blade promienie księżyca w pełni wpadają przez niewielkich rozmiarów okienko w suficie oświetlając środek pomieszczenia. Odpadająca farba ze ścian. Jedno krzesło pod ścianą. Naga żarówka kiwająca się w tył i w przód, poruszona delikatnym podmuchem wiatru, który wpadł przez otwierane przeze mnie drzwi delikatnie musnęła mi czubek głowy. Ten zapach, ten straszny smród. Coś okropnego. Jakby gnijące mięso pomieszane z fekaliami. Zakryłem dłonią nos. Coś na wzór łóżka, totalnie nie pasującego swoim nieproporcjonalnym kształtem do dużego pomieszczenia. No i ona. W kącie. Patrzy na mnie. Ubrana w brudną pożółkłą sukienkę sięgającą do kostek. Ma może 5, góra 6 latek. Potargane, kruczo czarne włosy opadające na twarz. Jej oczy, całe białe, bez źrenic, bez tęczówek. Chyba jest ślepa. Twarz bez żadnego wyrazu. Stoi tam z rękami opadającymi wzdłuż tułowia. Czarne połamane paznokcie, brudna skóra na dłoniach. Otwiera usta. Chyba chce coś powiedzieć. Suche, spękane wargi zaczynają się poruszać. Nic nie mówi. Dziwny charkot, niczym szczekanie małego psa wydobywa się z jej gardła. Podnosi rękę. Wskazuje na mnie palcem. Postępuje krok do przodu. Nagle zaczyna krzyczeć. Jeden okropnie długi, wysoki wrzask wykrzywia jej twarz w budzącym grozie grymasie. Jezu, ona nie ma języka. Teraz gdy jest bliżej to dokładnie widać. Znowu cofa się w kąt. Chowa głowę w kolana i zaczyna się kiwać w tył i w przód. Krzyk zmienił się w piskliwe dźwięki pomieszane z bulgoczącym charczeniem. Cała ta scena trwa najwyżej półtorej minuty. A ja stoję jak ten kretyn, oszołomiony koszmarnym widokiem, nie wiedząc co mam zrobić i jak się zachować. Cofam się krok do tyłu. Potykam się o coś. Nadepnąłem na cos twardego. Niczego tu wcześniej nie było. Przecież dopiero co wszedłem. Spoglądam w dół i widzę ciało człowieka. Jest to mężczyzna. Wysoki i chudy, około pięćdziesiątki. Siwiejące włosy ma już znacznie przerzedzone na czubku głowy. Oczy ma zamknięte. Jestem prawie pewny, że już go gdzieś widziałem. Czuję, że ogarnia mnie panika. W tej samej chwili słyszę dźwięk zamykanych drzwi i czyjś oddech za plecami. Co ja tu robię? Przecież mam dopiero 13 lat. Co się stało? Gdzie ja jestem? Ja tylko szukałem cioci. Drzwi były otwarte więc wszedłem. Strach – to mało powiedziane. Odwracam się i w tym samym czasie fala mokrego ciepła rozlewa mi się po spodniach.
Chcę krzyczeć, ale nie mogę. Chciałbym uciec ale moje stopy stoją jak przymurowane. Zimno. Bardzo zimno ale włosy lepią mi się do twarzy od potu. Czuję, jak napinają mi się wszystkie mięśnie ale mimo wszystko nie mogę się ruszyć. Sucho w gardle. Serce wali jak szalone, ledwo mogę złapać oddech. Musze stąd uciec. Odbiec jak najdalej ale nawet nie wiedziałbym w którą stronę. Mam wrażenie, że zapomniałem jak się mruga oczami. Nie mogę przestać patrzeć. To nie może dziać się naprawdę. Nic nie rozumiem.
- Ciociu ja... – zacząłem
- Milcz!
Jak w tym śnie. Tyle że się nie uśmiecha. Blada z zakrzywionym nożem w dłoni. Zapala żarówkę. To co zobaczyłem zmroziło mi krew w żyłach. Ona stała, ja stałem na skórze, na fałdach ludzkiej skóry. Dlatego miałem miękko pod nogami kiedy tu wszedłem. Chaotycznie porozrzucane, poszarpane z fragmentami mięsa. Gdzieniegdzie gnijące wnętrzności. Na ścianie nie było farby. Ściana była pokryta zakrzepłą krwią. W niektórych miejscach pod sufitem prześwitywał tylko kolor farby. Zwisające z sufitu haki kiwały się obijając to o ścianę to o siebie nawzajem. Na podłodze łańcuchy, łańcuchy z małymi haczykami. Teraz rozpoznałem mężczyznę na podłodze. To był mój ojciec. I ten sam co we śnie. Tylko taki nienaturalnie chudy i pomarszczony. Kropla potu spłynęła mi po czole. Izabela stanęła obok dziewczynki i teraz to dostrzegłem. Mimo potarganych włosów i brudnej cery wyraźnie rzucała się w oczy brązowa gwiazdka na lewej skroni. Nie było wątpliwości to była Zofia. Ale dlaczego? Nic nie łapałem. Nic nie mieściło mi się w głowie.
- Widzisz Robercie – zaczęła – to jest Zofia. Chcieliśmy poczekać z tym do rana ale skoro sam przyszedłeś.
Nie mogłem wykrztusić słowa. Język niczym drewniany kołek utknął w gardle. Strach mnie totalnie sparaliżował.
- Zofia odziedziczyła po Michaelu rzadką odmianę choroby – homokilarię. Michael nie jest chory. Jest tylko nosicielem. Jej organizm jakby ci to najprościej wytłumaczyć – zjada sam siebie. Lekarze nie dawali jej dłużej niż kilka miesięcy życia. Dziadek Michaela zapadł na nią dopiero w późnym wieku i podobno podtrzymywał się przy życiu świńską krwią i surowym mięsem.
- Ale ja, ja nie chciałem...
- Zamknij się! – uniosła się – Daj mi skończyć. Jak się domyślasz, z tego powodu odizolowaliśmy się od wszystkich. Widzisz, my poszliśmy dalej. Krew zwierząt jest dobra ale nie starcza na długo. Za to krew i mięso ludzi.
Urwała. Spojrzała na mojego ojca. I po chwili kontynuowała.
- Ludzie jak widzisz dają lepsze rezultaty ale nasza Zofia rośnie. Jest coraz większa i potrzebuje coraz więcej. Kiedy zadzwonił twój ojciec najpierw się nie zgodziłam ale wpadł mi do głowy pewien pomysł, że może gdyby spróbować z krwią kogoś z rodziny, kogoś kto jest powiązany genetycznie, może byłoby inaczej. Widzisz, my nie mamy już sił. Chcemy spróbować wszystkiego, wykorzystać każdą, nawet najmniejszą szansę. I wtedy pojawiłeś się ty. Ty i twój ojciec.
Znieruchomiałem. Więc tak skończę. W wieku 13 lat wypompują ze mnie krew, którą wypije moja kuzynka, po czym mnie zje.
- Ale gdzie jest Michael? - spytałem
W tym samym momencie poczułem uderzenie w tył głowy i chyba straciłem przytomność.
Obudziłem się w pokoju gościnnym cioci Izabeli. Poczułem znajome parcie na pęcherz. Zerknąłem na zegarek – 7:13. Co jest do diaska? Wyjrzałem za drzwi. Pusto, cisza. Czy ja oszalałem? Zacząłem nasłuchiwać ale żaden dźwięk nie doszedł do moich uszu. I wtedy wyszła ona. Wstrzymałem oddech. Wyszła z kubkiem mleka i rogalikiem, z tym samym uśmiechem na twarzy.
- Dzień dobry Robercie. Jak ci się spało?
- Miałem jakieś dziwne sny. Gdzie mogę skorzystać z toalety?
Odetchnąłem z ulgą
- Tam jest ubikacja - wskazała mi ręką na jedne z drzwi które były zamknięte w moim śnie. – I zaraz wracaj na śniadanie.
A więc to mi się tylko śniło. Był to najbardziej porąbany sen jaki kiedykolwiek miałem. Załatwiłem swoje potrzeby i wróciłem do kuchni. Na stole czekało na mnie pyszne śniadanie. Izabela cały czas śmiała się i żartowała. Zjadłem ze smakiem.
- A gdzie jest Michael? Nie mogę doczekać się kiedy go poznam. - spytałem
- Śpi na górze. Wrócił późno w nocy. Niedługo powinien wstać.
Usłyszałem dźwięk otwieranych drzwi i kroki na schodach. Wszedł do kuchni.. Wysoki, dobrze zbudowany szatyn z zielonymi oczami. Twarz cała, jakby spuchnięta i czerwona. Stanął z rękami w kieszeniach. Miał ściągnięte, sine usta i szpiczaste, odstające uszy. Krótkie włosy i długi, nabrzmiały nos. Przyszedł w ubraniu roboczym. Zauważyłem, że jest niesamowicie brzydki. Jak ciocia mogła wyjść za kogoś takiego. Podszedłem z wyciągniętą ręką. A on nawet na mnie nie spojrzał, jakby mnie nie zauważył, jakbym był jakąś rzeczą.
- Przygotowałaś wszystko? – powiedział ochrypłym, niskim głosem
- Tak – odpowiedziała Izabela.
Myślałem, że się rozpłaczę. Zanim zorientowałem się o co chodzi i nim zdążyłem się obrócić po czułem piekący ból w plecach i upadłem. Nie straciłem przytomności, wręcz przeciwnie. Wszystko było aż nazbyt wyraźne. Ciotka dźgnęła mnie nożem głęboko, między kręgi lędźwiowe. W kilka sekund stałem się tzw. głową na patyku. Leżę twarzą do góry i nie mogę nic zrobić. Nie mogę się ruszyć ani odezwać. Straszny ból przeszywa całe ciało. Nic nie czuje. Nie! Jestem sparaliżowany. Gorzej. Oni pewnie mnie zabiją.
- Bierz za ręce, ja wezmę za nogi – usłyszałem głos Michaela
Niosą mnie do jakiegoś pomieszczenia w piwnicy. Jezu nic nie mogę zrobić. Wszystko widzę i słyszę ale nie mogę się obronić. Co oni ze mną zrobią. Zostawcie mnie! Krzyczę, ale głos rozbrzmiewa się tylko w mojej głowie. Idziemy jakimiś schodami w dół. Mijamy długi korytarz oświetlony jasnymi jarzeniówkami. Znowu czuje ten sam, okropny smród. Wchodzimy do jasnego pokoju. Kładą mnie, chyba na stole. Brzydkie, obdrapane ściany z cegieł. Dostrzegam stolik pełny narzędzi wyglądających jak w XIX wiecznym horrorze. Noże, nożyce, skalpele oraz masę rurek i łańcuchów z haczykami. Widzę kogoś obok mnie. Tak jak się spodziewałem – to mój ojciec. Widzę tylko twarz ale domyślam się, że brzuch ma tak samo rozpruty jak we śnie. I to samo pewnie zrobią mi. Teraz znowu ich widzę.
- Wbij mu to w tętnicę – Mówi Izabel
Chwilę później wstrząs przeszywa moje ciało. Bez słów, bez cienia porozumienia pracuje małżeństwo Martonów. Podają sobie rurki, igły pojemniki. A ja to wszystko widzę. Wszystko słyszę. Dlaczego nie umieram. Boże tak strasznie się boje. Na górze Zofia pewnie czeka na śniadanko. Wypompowali już ze mnie tyle krwi, powinienem przynajmniej stracić przytomność. To nie może dziać się naprawdę! O nie! Stanęła nade mną, już wiem co chce zrobić. Wy chore świnie! Jesteście szaleni! Powinniście się smażyć w piekle razem ze swoją popieprzoną córeczką. Krzyczę, ale ciągle tylko w mojej głowie. Widzę jak podnosi do góry rękę trzymając wielki krzywy nóż. Ostrze opada. Na reszcie koniec. Ciemno
Bardzo ciemno. Co jest? Co to ma znaczyć? Mogę ruszać nogami. Ja żyję. Ja leżę w łóżku w pokoju na wsi Solomma. Ja chyba naprawdę zwariowałem. Ciągle chce mi się sikać. Nie muszę patrzeć na zegarek, wiem która jest godzina. Wpadłem w panikę. Zalałem się potem. Co ja mam zrobić? Żeby nie wiem co, to nie wyjdę z tego pokoju. Wstałem ale zaraz usiadłem. Musze pozbierać myśli. Jeśli to, co się teraz dzieje to prawda, to właśnie w tej chwili jest zabijany mój ojciec. Uświadomiłem sobie, że nie mam żadnych szans. W tym domu jest coś złego. Coś bardzo złego. Ta rodzina nie jest normalna. Jakieś niewidzialne monstrum wysysa mnie od środka. Czuję, że się kurczę. Ściany na mnie napierają. Kręci mi się w głowie. Nie, nie może tak być. Nie dam się po raz kolejny. Cały czas miałem wrażenie, że słyszę słodki śmiech ciotki Izabeli dochodzący z wnętrza domu. Otworzyłem okno. To w końcu tylko parter. Wyszedłem na zewnątrz. O kulach nawet nie myślałem. Zapomniałem o bólu w kostce. Potykałem się i upadałem ale nie zwracałem na to najmniejszej uwagi. Uciec. Nie ważne gdzie. Byle najdalej od tego miejsca. Jak najdalej. Obojętnie dokąd.. Jest zimno ale mam gruby sweter, jestem też owinięty kołdrą. Powoli. Krok za krokiem. Odejść, jak najdalej. Nie mam nic do stracenia. Jestem daleko, w środku lasu ale mam komórkę. Złapię zasięg i zadzwonię po pomoc. Oby dalej, oby szybciej. Nic więcej nie jest teraz ważne.
Jednego jestem pewien. Już chyba nigdy nie usnę, a jeśli to kolejny sen to mam nadzieję, że się nie obudzę. Kiedy po raz ostatni obróciłem się, aby spojrzeć na dom, mógłbym przysiąc, że w jednym z okien na piętrze stała mała dziewczynka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz