2017/02/07

HORROR

            Top                                                                                                                          KARTKA Z PAMIĘTNIKA

Jarek Wyroda

… Krzyk. Dziki, nieludzki. Dobiegający z gardła czegoś, co wzbudzać mogło jedynie przerażenie. Moja świadomość najchętniej nie przyjmowałaby tych dźwięków, jednak niemożliwe rzadko się ziszcza.
Biegnę. Biegnę ile sił w nogach, ile powietrza w płucach. Nie mogę zrobić nic innego, każde inne rozwiązanie skończyłoby się czymś o wiele gorszym od śmierci.
Przede mną rozciągała się ściana drzew. Wydaje się być znakomitym schronieniem lub idealną pułapką. Nie mam czasu na zastanowienie się nad tym, które rozwiązanie jest bardziej prawdopodobne. Nogi rwą się do biegu, przy dzielnym wtórze mojego umysłu. Przeraźliwy krzyk zdaje się dobiegać tuż zza moich pleców. Gdybym spojrzał w tamtą stronę mój koniec byłby przypieczętowany. A może dopiero początek? Początek końca.
Mijam pierwsze drzewa, zaraz przede mną rozciąga się bujny las, nie, nie las, knieja, puszcza, drzewa zdają się rosnąć z minuty na minutę i otaczać ze wszystkich stron.
Słońce dawno już zniknęło za niezbadanym horyzontem. Ciemność roztoczyła swe podwoje ukazując świat w swój własny, odmienny sposób.
Czuję na plecach swój perlisty, jakże zimny pot. Każda kropla zdaje się być cenną sekundą mojego życia. Tak szybko upływającą, a ja nie jestem w stanie jej powstrzymać.
W ustach czuję woń strachu. Metaliczny, słodkawy posmak. Skądś znam ten smak. To krew. Musiałem przegryźć język podczas tego szaleńczego biegu i nawet nie zwróciłem na to uwagi.
Krzyk wzrósł do rozmiaru pisku, który wwierca się w każdy zakamarek umysłu i tam zagościł po wsze czasy. Biegnę, mięśnie zdają się być zbudowane z żelaza i jednocześnie z waty. Siły opuszczają mnie równie szybko jak krew spływająca coraz obficiej z mych ust. Przegrywam. Cokolwiek mnie goni uzyskało przewagę. Przewagę, która oznacza jego zwycięstwo, a moją…
Nie, łatwo się nie poddam. Będę walczył. Ucieknę.
Słyszę szum. Dźwięk doskonale mi znajomy, tylko skąd? To była woda. Ogromne jezioro, do którego spływał przepiękny wodospad. Ogromna siła wody wymyła skały, które stały się teraz ostre niczym brzytwy. Nie mam dokąd uciec. W wodzie byłbym bezsilny. Nawet nie potrafię pływać. Drapieżca z łatwością by mnie dopadł.
Wciąż nie mam odwagi spojrzeć w stronę mego prześladowcy. Kim on właściwie jest. A może ono?
Czuję jego oddech na plecach. Cuchnący siarką. I czymś jeszcze. Krwią? Krzyk ucichł. Teraz słyszę jedynie szum spadającej wody.
Cisza przed burzą.
Odwracam się powoli. Moje zmysły są wyostrzone do niewyobrażalnych rozmiarów. Słyszę cichy pisk ptaków chodzących po pobliskiej gałęzi, słyszę delikatny trzask łamanych gałęzi pod naciskiem kopyt sarny, może jelenia. Szum wody zdaje się uspokajać moją zmęczoną duszę. Wiem jednak, że nie ucieknę przed prześladowcą. On czai się. Całkiem niedaleko. On wie, że jestem ofiarą, którą on musi dopaść. Za wszelką cenę.
Nie mam wyjścia. Wokół tafli jeziora piętrzą się wysokie skały. To moje jedyne wyjście, jedyny sposób ucieczki.
Zostawiam tutaj moje notatki. Ktokolwiek je znajdzie, niech wyśle po mnie pomoc, jak najszybciej. Będę uciekał przed drapieżcą.
Tak długo jak długo będę miał siłę. Będę kierował się na płd-zach. Błagam o pomoc!

1 V 1944

Idzie tu. Słyszę jego oddech. Przeraźliwy krzyk…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz