2015/05/31


Położna grozy: Będziesz rodzić 3 dni i umrzesz!



Jedna z położnych we rozmowie z Faktem
Porodówka grozyPorodówka grozyPorodówka grozyPorodówka grozy
Groza na porodówce. Położne z katolickiego szpitala Bonifratrów w Katowicach-Bogucicach traktują pacjentki i rodzące się nowe życie z najwyższą pogardą. O zbliżającym się właśnie porodzie mówią: "łeb na wychodzie". – To taki nasz żargon – tłumaczy jedna. Fakt dotarł do nagrania rozmowy trzech położnych z tego szpitala zarejestrowanej przed kilku miesiącami. Gdy się ich słucha, uszy więdną, a policzki pąsowieją ze wstydu!
Panie – które przecież same wybrały zawód wymagający empatii i ciepła – relacjonują sobie to, co się działo na dyżurze. Język, jakim mówią, to rynsztok! Nazewnictwo jeży włosy na głowie:Marzena poprosiła mnie, żebym poszła do tej z dwójki, bo ona ma łeb na wychodzie – opowiada jedna. – Wiesz, zje...łam ją. Powiedziałam jej, że albo będzie mnie słuchać, albo będzie rodziła jeszcze trzy dni. – Albo umrze – dodaje inna położna ze śmiechem. (...) – Masakra? Powiedziałam jej, że maskara była k... w Wietnamie – komentuje.
Czy kobiety wyrażające się tak wulgarnie i tak lekceważące potrzeby pacjentek mogą właściwie wykonywać swe szczególne przecież obowiązki? Na tym oddziale od lat źle się dzieje. W sądzie jest już nawet pozew zbiorowy złożony przez rodziców, którzy czują się przez szpital poszkodowani. Zarzucają personelowi szereg zaniedbań skutkujących m.in śmiercią dziecka, które urodziło się niedotlenione, czy brakiem opieki nad rodzącą, wskutek czego urodziła niedotlenioną córkę od 1,5 roku podtrzymywaną przy życiu tylko dzięki aparaturze. Przed Sądem Okręgowym w Katowicach proces przeciwko szpitalowi trwa od roku.
Wszystkie położne biorące udział w nagranej rozmowie pracują na tym samym oddziale i prywatnie są przyjaciółkami. Oprócz tego mają praktyki prywatne i – już poza szpitalem – prowadzą szkoły rodzenia. Otrzymawszy to nagranie, poprosiliśmy położne o wyjaśnienie poniżania pacjentek. Jak w rozmowie z Faktem podkreśla jedna z nich, nigdy nie używają takich sformułowań bezpośrednio wobec pacjentek czy noworodków. Swoje zachowanie tłumaczą stresem i tym, że przecież każdy tak mówi...
Personel jednej z bardziej znanych śląskich porodówek, od 6 lat zarządzanej przez zakon, nie musi oczywiście na co dzień wykazywać, że szanuje ideały katolickie. Jak tłumaczy rzecznik szpitala Damian Stępień, wszyscy pracownicy mogą, ale nie muszą, uczestniczyć w szkoleniach z duchowości. Jak zapewnia szpital, przekonania religijne nie są też brane pod uwagę przy przyjęciu do pracy,. Jednak takie słowa z pewnością nie licują z wizerunkiemkobiety, a tym bardziej położnej, która pomaga przy narodzinach nowego życia i od której wymaga się – oprócz kompetencji – także szacunku, zrozumienia i łagodności.
Błędy popełnione w tym szpitalu:
Sprawa Lilki Dziewczynka urodziła się w 2013 r. z silnym niedotlenieniem mózgu. Według rodziców ciąża przebiegała prawidłowo, ale lekarze za późno podjęli decyzję o cesarskim cięciu. Przed sądem toczy się proces przeciwko szpitalowi z powództwa rodziców. Komisja lekarska powołana przez ministra zdrowia nie dopatrzyła się zaniedbań ze strony personelu, który był przy porodzie dziewczynki, dyrekcja tłumaczy, że doszło do zakażenia wewnątrzmacicznego. Rodzice Lilki domagają się odszkodowania, bo dziecko nie reaguje na bodźce, nawet na ból, i żyje tylko dzięki podłączonej maszynerii. Chcą od szpitala 100 tys. zł dla matki i 2,4 mln zł dla córki.
Chusta zaszyta w brzuchu Lekarze w 2011 roku nie wyjęli chusty chirurgicznej z jamy brzusznej w czasie operacji usunięcia jajnika u Doroty Maniak z Sosnowca. Co więcej, pomylili jajniki i usunęli pacjentce zdrowy. Tłumaczyli potem, że był w gorszym stanie niż ten, na którym wyrosła cysta. O tym, że w brzuchu zostawiono jej chustę, pacjentka dowiedziała się po kolejnej operacji, pół roku później. Sprawa trafiła do prokuratura i sądu. Szpital wypiera się swojej winy. Tłumaczy, że chusta mogła się znaleźć w jamie brzusznej kobiety po wcześniejszym zabiegu, który przeprowadzono w innym szpitalu.
Śmierć niedotlenionego dziecka Do pozwu zbiorowego – do którego po nagłośnieniu w mediach sprawy Lilki włączyli się też inni poszkodowani przez personel szpitala – dołączył Krzysztof Grędysa. W czasie długiego porodu jego żonie podano oksytocynę (lek na wywołanie skurczów porodowych), ale położna w tym czasie wyszła. Gdy zaczęły się bóle parte, przy żonie pana Krzysztofa nie było nikogo z personelu. Dziecko urodziło się silnie niedotlenione i zmarło po 3 miesiącach. Rodzice także domagają się ukarania winnych i odszkodowania.
Rodziła mimo padaczki Marzena Trzaskoś zarzuca szpitalowi, że personel zmusił ją do porodu naturalnego, mimo że cierpi na padaczkę. Złożyła pozew przeciwko szpitalowi, ponieważ twierdzi, że poród miał mieć inny przebieg. Jej zdaniem powinno się odbyć cesarskie cięcie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz