2017/11/19

† STRASZNE HISTORIE † KOSZMARNE NOCE †

Domek w środku lasu…



Było już dużo bajek i historii o domku w środku lasu, w którym mieszkały staruszki praktykujące czarną magię. Czarownice, Baby-Jagi, Wiedźmy z krzywymi i wykręconymi dłońmi, szpiczastymi nosami z brodawkami, cerze szarej, pomarszczonej, z spróchniałymi i bezzębnymi ustami. Kobiety, które kojarzone były z czarnymi kotami, latającymi miotłami, wielkim kociołem, w którym gotowały się wszystkie możliwe paskudztwa, książkami zawierającymi tajniki czarnej magii, pełnymi tych dobrych i złych zaklęć.
Domek w środku ciemnego i przerażającego lasu… .
Oooooooooooooooooooooooooo
– Konie przygotowane Sir – Młody stajenny podał lejce czarnego ogara mężczyźnie w wysokich i przesadnie wypolerowanych butach do jazdy konnej. Na jego okrągłej i pulchnej twarzy w zabawny sposób wąsy wywijały się do góry, a błysk bystrych oczu sprawiał, że ciarki przebiegły chłopakowi po plecach. Sir Elfryd był ostatnim z żyjących Badginsów, starego i szanowanego rodu. Los chciał, że jego żona 2 lata wcześniej zaginęła podczas jazdy do Nowej Anglii, a kilka lat później córka i syn spłonęli w pożarze, który dotknął ich letnią wille w Szkocji. Innych spadkobierców nie miał, jego ojciec i matka nie żyli, siostra umarła podczas porodu wraz ze swoim dzieckiem. Mieszkał w posiadłości znajdującej się na wzgórzu, otoczonym polami uprawnymi i łąkami. W miejscu w którym chciał dożyć swoich ostatnich dni w spokoju, ubolewając nad straconymi bliskimi, pogrążyć się w smutku i dzięki drogim trunkom powoli zapominać o bólu, który nieustannie nosił w sercu.
– Sprzęt został sprawdzony? – Chłopak rzucił okiem na ekwipunek przyczepiony do konia, biała szabla wystawała i majestatycznie odbijała promienie wschodzącego słońca. Chłopak przytaknął twierdząco głową i poklepał ogara po szyi. Zwierze w zabawny sposób prychnęło i zaczęło stukać kopytem o ziemię – Jest niecierpliwy, nie wie niestety biedaczysko jak trudna wyprawa go czeka – Uśmiechnął się pokazując rząd równych, białych zębów.
– Sir, życzy sobie Pan jeszcze coś? – Chłopak spojrzał na niego. Miał nadzieję, że to już wszystko i, że jego Pan pozwoli mu już odejść. Miał dużo pracy do zrobienia za nim reszta służby się obudzi.
- Nie, to wszystko – Wsiadł mimo swojej tuszy zgrabnym ruchem na konia – I pamiętaj co Ci mówiłem, nikt nie może się o tym dowiedzieć. Każdy kto zapyta ma uzyskać od Ciebie informację, że wyjechałem pilnie pilnować interesów w Szkocji – Przyjrzał się twarzy chłopcu uważniej. Był młody, może miał 16? 17? lat, na pewno nie więcej, jasne blond włosy opadające na kościste ramiona i bladą twarz z przerażonymi oczami rozbieganymi na wszystkie strony. Nic dziwnego, że chłopak był przerażony, informacje, które mu przekazał dzień wcześniej, dotyczące ważnej sprawy wprawiły by w osłupienie nie jednego twardego człowieka. Nie miał pewności czy chłopak zdąży na czas wszystko przygotować, ale zaufał mu, a teraz był zadowolony z roboty przez niego wykonanej. Ciemne kręgi pod oczami sugerowały, że chłopak nie spał całą noc i, że nie chciał rozczarować swojego Pana – Uważam, że powinieneś się chłopcze teraz wyspać, nie martwić o nic. Twoje zachowanie da w chwilę do zrozumienia innym, że coś jest nie tak, a nie chcę żeby ktoś za mną jechał – Chłopak nie powiedział słowa, poklepał konia ostatni raz po karku i pozwolił swojemu Panu wyruszyć.
Oooooooooooooooooooooo
Słońce było wysoko na niebie. Po twarzy Sir Elfryda spływała stróżka potu. Upał był nie do zniesienia. Jechał przez rozległe polany, poprzecinane kamienistymi drogami, aby ułatwić podróżującym poruszanie się. Jednak brak drzew, sprawiał, że Sir wystawiony był na łaskę promieni słonecznych. Wyciągnął mapę z jednego ze schowków i uśmiechnął się. Chłopak naprawdę dał radę załatwić wszystko w jedną noc. Na mapie biegła czerwona linia, prowadząca do celu. Najkrótsza droga, którą udało się chłopakowi znaleźć. Zatrzymał konia i przyjrzał się ścieżką jeszcze raz. Czekała go całodzienna jazda przez rozżarzone słońcem pustkowie, a to mu zdecydowanie nie odpowiadało. Na mapie znalazł inną, biegnącą przez las wzdłuż potoku, to była idealna droga, mimo że straci kilka godzin.
Przejechał jeszcze kilka kilometrów i znalazł drogę. Jednak jadąc nią coraz bardziej odnosił wrażenie, że powinien pomęczyć się w słońcu. Z prawej i lewej strony otaczała go ściana ciemnego lasu. Stare drzewa kołysały na delikatnym wietrze, niektóre z nich przeraźliwie skrzypiały. Zastanawiał się ile drzewa mogły mieć lat, ich powykręcane pnie i gałęzie, czasem grube na kilka metrów sugerowały, że bardzo wiele. Starał się dojrzeć w głąb, ale korony drzew skutecznie blokowały widok, wpuszczając do lasu bardzo niewiele słońca. Skupił się na szumie małego strumyka zapominając przez chwilę o lesie. Myślał nad tym co powinien zrobić gdy dotrze na miejsce, ręce ponownie zaczęły mu się trząść z podniecenia. Jeśli list, który otrzymał wczoraj był prawdziwy, odzyska to co stracił 2 lata temu. Wyciągnął list z jednej z wielu kieszeni swojego płaszcza, pulchnymi palcami powoli go otworzył i przeczytał po raz setny wstrzymując oddech:
…Klara żyje. 22 luty 1870r. W Oberży Pod Pawiami, Richtton. Bez świadków…
Krótka wiadomość bez podpisu, która rozpaliła w nim iskierkę nadziei. Brał pod uwagę, że może być to okrutny żart. Jednak brał również pod uwagę to, że może być to pułapka, którą zastawili na niego jego byli współpracownicy, których zostawił w Londynie gdy fabryka za fabryką upadały, pracownicy strajkowali a pieniędzy nie było. W tedy wyjechał z żoną, córką i synem rozkręcić własny interes na południe Anglii zostawiając ich samych sobie. Był winny, bo oczyścił sejfy, zabrał wszystko co pozostało z upadającego interesu. Jednak nikt nigdy nie dowiedział się gdzie jego rodzina przebywa, aż do teraz. Spojrzał jeszcze raz na białą stal wystającą z plecionej pochwy. Na taką ewentualność również był gotowy. Na dnie powinien leżeć jeszcze mały rewolwer, miał nadzieję, że chłopak o nim nie zapomniał.
Miał jeszcze przed sobą dwa dni drogi, potem zakwateruje się w jednym z pokoi w Oberży Pod Pawiami i będzie miał kolejne dwa dni na przygotowanie planu. Nagle koń się zatrzymał.
- Co jest do cholery! – Krzyknął, gdy koń stanął dęba zrzucając na ziemię swojego jeźdźca. Sir głośno uderzył o ziemię upadając na plecy. Koń wierzgał nogami w górze, w ostatnim momencie udało mu się odsunąć i uniknąć zmiażdżenia twarzy końskimi kopytami – Uspokój się! – Wstał jak szybko potrafił i odsunął się od zwierzęcia. Nagle koń ruszył w prawą stronę przeskakując jednym susem wąski strumyk i zniknął wśród drzew.
Sir Elfryd stał jeszcze przez chwilę po czym zaczął iść w kierunku, gdzie zniknął czarny ogier. Musiał go znaleźć, koń nie mógł uciec daleko, przez tak gęsty las na pewno ciężko mu się będzie poruszać, więc w końcu się uspokoi i wróci. Był zbyt dobrze wytresowany i znalazł by drogę do domu bez problemów, jednak przerażała go perspektywa powrotu albo dalszej drogi, którą musiałby udać się pieszo. Musiał znaleźć tego cholernego konia jak najszybciej!
Las stawiał opór przy każdym kroku, nie pozwalając obcemu na szybkie poruszanie się. Korzenie starczały z ziemi niczym dłonie, ocierając się o intruza i szarpiąc jego strój. Jednak Elfryd jak zahipnotyzowany wchodził coraz głębiej i głębiej nawołując za koniem. Spojrzał w górę, korony drzew skutecznie uniemożliwiały dotarcie promieniom słonecznym do ziemi, przez co czuł się jakby poruszał się po zmroku. Potknął się, zaklął i ruszył dalej. Po kilku minutach zdyszany usiadł na jednym z konarów złamanego, starego drzewa. Wziął kilka głębokich wdechów i zaczął myśleć. Nie miał wyjścia, pójdzie dalej bez konia, jego żona była tego warta. Nie będzie miał zapasowych 2 dni na przygotowanie się, przybędzie w dniu spotkania. Przy koniu zostało wszystko, jednak mapa, list i kilka drobnych przedmiotów w tym zapalniczka i etui z cygarami i portfel zostały na szczęście w licznych kieszeniach płaszcza. Wstał i wtedy usłyszał śpiew…
oooooooooooooooooooooooo
Najpierw poczuł zapach wilgotnego i starego pomieszczenia, potem jeszcze jakieś. Ostry i nieprzyjemny smród siarki, potu i krwi. Otworzył oczy.
- Co jest kurwa! – Znajdował się w jakiejś izbie pełnej rupieci, suszonych ziół, kwiatów, dziwnych słoików bez etykiet z obrzydliwą zawartością. W palenisku trzeszczał ogień a nad nim wisiał mały kocioł z bulgoczącą mazią. Ostrożnie wstał i od razu zaplątał się w starą i zakurzoną pajęczynę.
- Pan niech uważa – Usłyszał skrzekliwy i gardłowy głos. Jednak nigdzie nie potrafił dostrzec, kto wypowiedział do niego słowa – Bo jak popsuje to będzie płacić – Wtedy zobaczył przygarbioną staruszkę, która siedziała na spruchniałym krześle i głaskała starego i tłustego kota.
- Kim Pani jest? I co ja tu do cholery robię? – Kot zeskoczył z głośnym piskiem i zaczął ocierać mu się o nogi. Sierść miał obrzydliwie brudną i pozlepianą.
- Pan niech tak nie krzyczy, ja życie uratowałam a Pan krzyczy. Nie można krzyczeć na kogoś kto ocali życie! – Staruszka powoli wstała. Nie mogła się wyprostować, na plecach nosiła garba, którego nie dało się zakryć czarną podartą suknią którą nosił. Chciał przyjrzeć się jej twarzy, ale było zbyt ciemno.
- Może mi Pani wyjaśnić co się stało, pamiętam, że…
- Chyba Pan z końska jakiego spadł, bo nieprzytomny na ziemi leżał
- Ale byłem w lesie i Go szukałem. Nie widziała Pani czarnego ogiera?
- Może i widziałam – Staruszka podeszła do kotła i przemieszała go – Jest Pan głodny? Widzę, że lubi Pan zjeść dobrze, ja dobrze gotuję, wszyscy są zawsze zachwyceni! – Podstawiła mu pod nos chochlę z obrzydliwie wyglądającą papką.
- Nie, dziękuję…
- Nie można odmawiać, gość w dom, Bóg w dom! – Nalała mu paskudztwa do drewnianej brudnej miski i kazała usiąść przy zakurzonym stole. Nie protestował, chciał zrobić co ma zrobić i jak najszybciej opuścić to miejsce. Miał nadzieję, że starucha wie gdzie jest jego koń. W świetle płomieni ogniska mógł przyjrzeć się jej twarzy dokładniej, jednak potem zaczął tego żałować. Kobieta była w naprawdę bardzo sędziwym wieku, jej twarz pokryta była licznymi brodawkami, oczy ginęły pod licznymi zmarszczkami, nos był krzywy i zakończony obrzydliwą brodawką. Gdy jadł przyglądała mu się uśmiechając i pokazując czarne zęby. Sir był zaskoczony smakiem mazi. Wyczuł kawałki mięsa, dziczyzna? Sarnina? Wszytko było wyborne! Zdecydowanie smakowało inaczej niż wyglądało.
- Jak Panu smakuje? Sama upolowałam! – Spojrzał na nią i podniósł wysoko brwi – Pan tak nie patrzy! To, że stara nie znaczy, że nie potrafi!
- Nie to miałem na myśli… To znaczy, naprawdę bardzo pyszne! Nigdy nic czegoś wprost pysznego nie miałem okazji jeść
- Jakby Pan miał czas to bym pokazała… – Ktoś wszedł do pomieszczenia.
- Babciu, jak nasz gość? Już się najadł? – Młoda kobieta w białej sukni stanęła w progu i spojrzała na gościa. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji, stała i patrzyła na przybysza. W pierwszej chwili Sir o mało nie zakrztusił się kawałkiem mięsa, ale potem nie potrafił wydobyć z siebie ani słowa. Dziewczyna była przepiękna! Młoda, pewnie niewiele niż 20 lat, z białymi włosami wyglądała jak anioł. Zupełnie nie pasowała do miejsca takiego jak to – Pan wstanie, w obecności dam powinno się potrafić zachować! – Dziewczyna jako pierwsza przerwała niezręczne milczenie.
- Proszę mi wybaczyć, Sir… – Chciał się ukłonić ale ona gestem ręki go zatrzymała.
- Nie ważne jak się nazywamy, nie chcę znać imion ludzi których… – Przerwała szybko – W każdym bądź razie skoro już tu Pan jest – Podeszła do niego, okrążyła go przyglądając się mu całemu – Skoro już tu Pan jest, może pomóc w zamian za nocleg i posiłek.
- Ale ja nie zamierzam tu nocować!
- Był Pan nieprzytomny ponad dobę, gdybym Pana nie znalazła, pewnie już dawno to wilki by się Panem zajęły – Uśmiechnęła się szeroko.
- W czym mógłbym pomóc? Mogę zapłacić, mam pieniądze i po prostu stąd odejść
- Nie potrzebujemy pieniędzy, chyba za uratowanie Pańskiego życia mógłby Pan pomóc 2 kobietom z rąbaniem drewna? – Dziewczyna spojrzała na niego wyczekująco. Mógł stąd odejść w każdej chwili, ale nie tyle co czułby się winny, po prostu nie wiedziałby w którą stronę iść.
Gdy wyszedł za dziewczyną z izby znalazł się na małym podwórzu. Domek był stary, w niektórych miejscach przydałoby się mu zalepić dziury, dach pokryty był grubą warstwą mchu, aż cud, że nie zarwał się pod jego ciężarem. Nadal był w lesie, otaczał go ze wszystkich stron, ciemny i ponury teraz wydawał się jeszcze bardziej przerażający.
- W porządku, gdzie jest to drewno i siekiera? – Wtedy upadł na ziemię z przerażającym bólem głowy. Coś lub ktoś uderzył go tak mocno, że kolana ugięły się pod nim – Co jest?! – Odwrócił się trzymając się za głowę i jedyne co zobaczył to stojącą nad nim białowłosą piękność, która po raz kolejny uderzyła go pogrzebaczem w twarz. Krew napłynęła mu do oczu i zaczęło mu dzwonić w uszach – Co ty robisz… – Kolejne uderzenie tym razem w brzuch.
- Zastanawiałam się co wymyślisz żeby wyciągnąć go na zewnątrz – Z domku wyszła przygarbiona staruszka – Ostatnio tak załatwiłaś jegomościa, że dwa dni musiałam sprzątać!
- Zdenerwował mnie!
- Kochanie, za szybko wpadasz w złość! Tak go utłukłaś, że tylko na kotlety się nadawał, pamiętam jak z sufitu musiałam resztki jego mózgu zbierać a to nie było przyjemne zajęcie – Starucha podeszła do zakrwawionego i obolałego mężczyzny – Pan nie wie gdzie trafił, może to i lepiej, Pan jest kawał chłopa a zima się zbliża – Dotknęła go chudym i pokrzywionym palcem – Dużo tłuszczu, wnuczka przytyje, całe życie się Pan tak obżerał?
Sir nic nie widział, krew spływająca z głowy całkowicie zakryła mu oczy, słyszał tylko ten paskudny głos i te przerażające słowa. Nie potrafił się ruszyć, zmasakrowane ciało nie chciało współpracować.
- Moja żona… – Zdążył powiedzieć ale za chwilę zaczął krztusić się krwią.
- Pana żona nie żyje, moja wnuczka osobiście się postarała, suka uciekała długo po lesie ale las nie słucha obcych, las chce krwawych ofiar to je dostaje, ziemia Panie nasiąknięta jest krwią i właśnie pije Pańską – Czuł delikatne mrowienie na ciele, które przylegało do ziemi, jakby tysiące mrówek po nim chodziło. Krew powoli wsiąkała w głodną krwi glebę.
- List… – Kolejny napad kaszlu. Po chwili ciało zaczęło z nim współpracować, obrócił się na brzuch po chwili zmagania się z własnym ciężarem, udało się mu usiąść na kolanach. Ręką wytarł twarz.
- Ładne ma pismo wnuczka? Ona wpadła na ten pomysł…
- Nie mogła wiedzieć, że zmienię drogę…
- Magi, ta czarna magia Panie, wie i potrafi zrobić wszystko. Dobrego konia Pan ma, wytresowany – To były ostatnie słowa jakie usłyszał.
Dziewczyna zamachnęła się ostatni raz i uderzyła w tył głowy. Echo pękającej czaszki odbiło się od drzew ciemnego i gęstego lasu.
Ooooooooooooooooooooooooooo
 - I mówi Pani, że nie widziała Sir Elfryda – Młody jasnowłosy chłopak siedział w zagraconej izbie naprzeciwko staruszki, która mogłaby przestraszyć swoim wyglądam nie jedno dziecko.
- Jak Boga kocham – uśmiechnęła się – Nie wiem czemu to zwierze przyprowadziło Pana aż tutaj, nie mamy żadnych gości.
- Ogier Sir Elfryda jest bardzo mądrym zwierzęciem. Pojawił się wczoraj rano w posiadłości Pana, niestety bez jeźdźca. To dobre zwierze zaprowadziło mnie tutaj…
- Nie wierzy Pan starej kobiecie? – Paskudny i gruby czarny kot wskoczył jej na kolana.
- Babciu, czy nasz gość skoro już nas nachodzi, mógłby mi pomóc w drobnej rzeczy? – Do pokoju weszła przepiękna białowłosa dziewczyna. Chłopak wstał, ukłonił się nisko i wpatrywał się w najcudowniejsze stworzenie jakie kiedykolwiek widział.
- Do usług Pani…
- Na dworze jest stos drewna, a niestety babcia ani ja nie mamy tyle siły, aby je porąbać… – Dziewczyna uśmiechała się do niego szeroko.
- Proszę tylko pokazać gdzie – Chłopak wyszedł pospiesznie z izby rozglądając się za stosem drewna.
- Tym razem weź siekierę, pogrzebacz jest zbyt mało efektowny – Powiedziała staruch drapiąc śpiącego kota po karku.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                      

„Chodząca padlina”


  

Miałam zamkniętepowieki. Oddychałam głęboko łapiąc kolejne porcje powietrza.Czemu było mi tak duszno i gorąco? Otworzyłam powoli oczy, jednaknadal otaczały mnie ciemności. Czarne powietrze… Ciemnościpowodowały, że bolała mnie głowa. Chciałam się ruszyć, czułamjak każda z kości po kolei zazgrzytała. Dotknęłam swojej prawejdłoni, była lodowato zimna, przerażająco lodowata. Coś było nietak. Powoli wstałam, jednak w ciemnościach coś mi touniemożliwiało, uderzyłam głową w coś twardego. Chciałamwyciągnąć przed siebie dłonie, ale coś mi to uniemożliwiało.Napierałam z całych sił, nagle oślepiło mnie światło. Leżałamw trumnie…
***
Wieko trumny powoli sięuchylało, powietrze w kaplicy wypełnił odór zgnilizny. W oddalisłychać było krzyki, płacz i wycie syren, Potem rozległo sięparę wystrzałów z karabinu, następnie wszytko ucichło. Tak jakbyświat zatrzymał się w jednaj sekundzie w miejscu, martwa cisza.
***
Usiadłam iprzysłuchiwałam się odgłosom w dali. Jednak gdy wszystko ucichłopoczułam niesamowity strach. Ręką dotknęłam białego jedwabiuwyścielającego trumnę. Czemu w niej leżałam? Spojrzałam naręce, były blado sine. Ten zapach był nie do zniesienia, jak bymznalazła się pomiędzy gnijącymi zwłokami, ale ich nigdzie niebyło. To był mój zapach.
Wstałam i wyszłam jednakpo chwili upadłam na zimie. Usłyszałam trzask łamanych kości wkostkach, jednak niczego nie poczułam, żadnego bólu. W oddaliznowu usłyszałam wystrzały. Spojrzałam przez okno, przez którepadały złote promienie słońca. Musiałam jeszcze chwilęprzyzwyczaić swoje oczy do światła, potem zobaczyłam coznajdowało się na zewnątrz. Tak jak przypuszczałam, byłam wjakiejś cholernej kaplicy. Na dworze dostrzegłam nagrobki, w oddaliroztaczał się widok na miasto. Miasto? Co chwile gdzieś cośeksplodowało, paliło się, dymiło. Jak by panowała wojna.Usłyszałam krzyk i odwróciłam się. W drzwiach stał ksiądz iprzyglądał mi się. Upadł po chwili na kolana i zaczął sięmodlić ściskając w rękach różaniec. „Dobry Boże, zmiłuj sięnad nami”. Wtedy ich zobaczyłam. Niczym wygłodniałe stadopodbiegli do księdza. Poruszali się szybko i zwinnie, ich ruchyprzerażały mnie. Przyglądałam się z zapartym tchem jakrozszarpywali go na strzępy. Wbijali swoje zęby w jego ciało abydostać się do ciepłych narządów wewnętrznych. Pochłanialikażdą część jego wnętrza. Ksiądz po chwili przestał sięruszać, ale oni nadal siedzieli na nim i pożerali jego wnętrzności.Jeden z nich uniósł powoli wzrok, jego blada i sina skórakontrastowała z twarzą wymazaną krzepnącą już krwią. Podbiegłzwinnie w moją stronę, stałam nieruchomo i czułam odórdobiegający z jego rozkładającego się ciała. Myślałam, że tojuż koniec, że skończę za chwilę tak jak ten nieszczęsnyksiądz. Ale on tylko przyłożył nos do mojego ciała, wciągnąłgłęboko powietrze i odszedł.
Ponownie rozległ siękrzyk, wszyscy unieśli głowy i pobiegli w stronę, z którejdobiegał. Znowu zostałam sama.
Podeszłam do księdza, araczej do tego co z niego zostało. Dotknęłam ciepłej krwi, czułamsłodki zapach unoszący się z rozszarpanych zwłok, jednak pochwili gdy zastanowiłam się nad tym co robię, zemdliło mnie.Starałam się zwymiotować ale mój żołądek był pusty. Chwyciłamsię za brzuch, wtedy poczułam wielką ranę. Włożyłam rękę podbluzkę. Szew szedł od karku aż po linię spodni.
Usiadłam na ziemi izaczęłam myśleć. Co się do cholery stało? Wtedy uderzyło mnieto z ogromną siłą. Pamiętałam… Pamiętałam co się stało.
Jechałam do matki,wpadłam w poślizg i zderzyłam się z tirem jadącym z naprzeciwka. Potem wszystko było już czarne, obudziłam się wtrumnie. Byłam martwa? Jeszcze raz spojrzałam na ręce i paniczniezaczęłam szukać czegokolwiek w czym mogłabym się przejrzeć. Woknie delikatnie odbijała się moja sylwetka. Twarz tak jak by nienależała do mnie, sino biała cera, fioletowe usta i oczypodkrążone i wypełnione czernią. Górna warga delikatnie odrywałasię od mięśni pokazując pożółkłe i czerniejące zęby.

* * *
Było ich wielu w mieście.Biegali i szukali pożywienia, atakując każdą żywą istotę wktórej pulsowała ciepła krew. Nie zwracali uwagi na to czy byłoto niemowlę, kobieta w ciąży czy starzec. Ważne było tylko toaby pozbyć się nieustępującego, wewnętrznego głodu. Szał któryich ogarniał niszczył szare komórki w mózgu, nieznany wirus,który powodował, że martwi wstawali i wyruszali na łowy. Jednibyli powolni i niezdarni, jednak kolejna generacja ludzi-trupówstawała się coraz bardziej zwinna. Nie myśleli, nie czuli, niemówili… Jedyne czego szukali to pożywienia.
Młody chłopak, któregowłaśnie rozszarpywali przeklinał, starał się walczyć, ale bylisilniejsi. Jego ciało przestało się ruszać, wydał ostatnietchnienie. Umarł z otwartymi oczyma spoglądającymi w bezchmurneniebo.

* * *
Dostrzegłam powolne ruchyksiędza. Żył? Podbiegłam do niego, jednak jego oczy nie należałyjuż do żywej istoty. Jego rozszarpane ciało poruszało się corazszybciej, jednak pozrywane ścięgna nie pozwoliły się podnieść.Zamykał i otwierał usta jakby szukał koło siebie jakiegośpożywienia. Zaczął się czołgać w kierunku wyjścia z kaplicy.Poszłam za nim, z żalem patrzyłam jak resztki tego co kiedyś byłoczłowiekiem wyruszyło na łowy. Wtedy podniosłam cegłę iwyprzedziłam go. Cisnęłam nią w jego głowę. Szaro czerwony płynwypłynął z jego rozbitej czaszki. Tylko tyle mogłam zrobić dlaniego, nie powinien żyć. Tak samo jak ja… Ale ja żyłam.„Żyłam”. Dobre sobie… byłam jedną z nich, Bóg sam wie ileich było w mieście. Tylko dlaczego myślałam i nie robiłam tegoco oni?
Po godzinie powolnegomarszu dotarłam do miasta. Musiałam się upewnić czy to samo stałosię z moją matką i bratem. Zaczęłam biec w kierunku bloków, naktórych mieszkałam. Miasto w którym mieszkałam nie wyglądałojuż tak samo. Ulice pokryte były zwłokami. Niektóre z nichjeszcze się poruszały prosząc o pomoc. Umierający ludzi, którzypo śmierci mieli z powrotem powrócić. Mijałam ich obojętnie, wgłowie tylko miałam to, że muszę sprawdzić czy moja rodzina jestbezpieczna. Jednak po chwili oni mnie zatrzymali, stali tłumem przedjakimś niskim budynkiem wyciągając w górę ręce. Sięgali wkierunku mężczyzny, który schował się na dachu. Z pistoletucelował w ich głowy. Kula przeszyła czaszkę młodej kobiety,która padła od razu na ziemię. Jednak w miejsce jednej martwejistoty pojawiało się dziesięć nowych. Nagle mnie dostrzegł iwycelował. Kula przeszyła mi ramię, jednak nie poczułam bólu.Spojrzałam na rękę, z dziury wydobywała się czarna ciecz…
  • Nie strzelaj do mnie!- Krzyknęłam. On wytrzeszczył oczy i przyglądał mi się przezchwilę – Nie jestem jedną z nich! – Podniósł się i wpatrywałwe mnie.
  • Czym ty jesteś! -Jego głos drżał zdradzając tym samym strach, który go ogarniał.Trupy nadal wyciągały ręce nie zwracając na mnie najmniejszejuwagi.
  • Nie wiem czym! -Podeszłam bliżej budynku i wspięłam się po kontenerze stojącymobok. Gdy byłam na szczycie i stanęłam naprzeciwko niego, oncofnął się i wycelował w moją stronę.
  • Nie podchodź! Jesteśmartwa! – Ręce ze strachu ledwo co trzymały pistolet – Dlaczegojesteś inna?! – To zabrzmiało jak zarzut.
  • Nie wiem. Obudziłamsię trzy godziny temu, może wcześniej – Opuścił pistolet iusiadł na dachu.
  • Świat jest martwy,wszyscy są martwi. Nadszedł dzień sądu ostatecznego –Przyłożył pistolet do głowy.
  • Nie! – Krzyknęłamale po chwili rozległ się odgłos wystrzału. Mężczyzna leżałmartwy. Jego krew powoli spływała do moich stóp. I znowu poczułamten słodki zapach.
Kilkanaście minut późniejdotarłam do osiedla. Panowała tu idealna cisza. Gdyby nie chodząceciała, pomyślałabym, że wszyscy mieszkańcy zostali przesiedleni.Wbiegłam do klatki, potem schodami na ostatnie piętro. Stanęłamprzed drzwiami i nacisnęłam klamkę. Drzwi były zamknięte.Zaczęłam uderzać pięściami.
  • Mamo! Mamo to ja! -Przyłożyłam ucho i usłyszałam szepty. Drzwi otwarły się zimpetem o mało co nie wywracając mnie na ziemię. W niech stałmój starszy brat i patrzał na mnie przerażony. W rękach trzymałtasak i mierzył nim we mnie – To ja! Nie poznajesz mnie?! -Opuścił broń i podbiegł do mnie, chwycił mnie za rękę iwciągnął do środka zamykając dokładnie dwa zamki. Matka staław drzwiach kuchni i z ręką zaciśniętą na ustach przyglądałami się. Chciałam podbiec do niej, przytulić się ale ona cofnęłasię przerażona. Wtedy zobaczyłam łzy na jej policzkach – Mamo!To ja! – Wtedy podbiegła do mnie i przytuliła. Chciałam płakaćza szczęście ale moje oczy nie chciały uronić ani jednej łzy.Brat stał cały czas za mną gotowy do ataku.
  • Kochanie! Ty żyjesz!Ale jak… jakim cudem?!
  • Nie wiem, naprawdęnie wiem – Brat w końcu opuścił tasak – Co się właściwietutaj dzieje? Wydaje mi się, że świat zwariował. Ten człowiekna dachu zanim się zastrzelił mówił o końcu świata
  • Usiądź i zobacz…- Usiadłam na kanapie, matka włączyła telewizor.
    Informujemy Państwa,że to nasz ostatni komunikat, który nadajemy. Prosimy wszystkich oznalezienie bezpiecznego miejsca, w którym można pozostać. Niewiemy jak długo plaga potrwa. Przypominamy, że nieznane jestźródło powstania wirusa. Ostrzegamy aby nie zbliżać się dozarażonych ludzi, wystarczy jedno ugryzienie, aby doszło doprzemiany. Aby zabić ich należy uszkodzić mózg lub złamaćrdzeń kręgowy. Wszyscy zarażeni powinni zostać od razuzlikwidowani aby nie stanowić zagrożenia dla innych. InformujemyPaństwa, że to nasz ostatni komunikat…”. Matka wyłączyłatelewizor.
  • Nadają to odgodziny, nic więcej nie ma, żadnych innych informacji. Telefony iinternet nie działają, tak jak by naprawdę świat się skończył– Nie mogłam w to uwierzyć. To się działo na całym świecie,miliony ludzi, którzy powinni być martwi chodziło i powiększałogrono maszyn do zabijania. Każda kolejna ich ofiara stawała sięjednym z nich.
  • Musimy stąd uciekać– Wstałam i zaczęłam kierować się do wyjścia. Jednak bratstanął mi na drodze.
  • Nie! Tutaj jestbezpiecznie. Nie wiem dlaczego jesteś jaka jesteś, my na zewnątrznie jesteśmy bezpieczni.
  • Nie możemy tutajsiedzieć! Prędzej czy później dostaną się tutaj.
  • I co z tego? Tobienic nie grozi! Jesteś jedną z nich! – To zabrzmiało jak zarzut.Brat patrzał mi z nienawiścią w oczy. Jestem pewna, że z chęciąby odrąbał mi głowę tasakiem, na którym coraz mocniej zaciskałpięść – Mówili, że nikt nie jest bezpieczny w towarzystwiezarażonych! Nie powinno cię tutaj być! – Ruszył w moją stronę.Chwycił za rękę, otworzył drzwi i wypchnął na zewnątrz.Zdążyłam tylko spojrzeć w stronę matki, która zakryła oczyrękoma. Nie odezwała się, nie zatrzymała go. Pozwoliła mu abypozbył się mnie jak śmiecia. Moja własna rodzina! Stałam jeszcze kilkanaście minut pod drzwiami uderzając pięściami,prosząc, aby mnie wpuścili. Jednak zdałam sobie sprawę, żezostałam sama.
    Wlokąc nogę za nogąwyszłam na ulicę. W moim oknie były zamknięte żaluzje.Wiedziałam, że stoi tam matka i patrzy zapłakana na mnie. Ale comogli zrobić? Stanowiłam dla niech zagrożenie, nie chcieliryzykować. Ze mną pożegnali się już dawno, wtedy kiedy umarłamw wypadku.
    Dotarłam na skrzyżowaniei rozejrzałam się. Rzędy opuszczonych samochodów, niektóre znich były kompletnie zmiażdżone, ulica pokryta była gazetami iinnymi śmieciami. Oni chodzili powoli między tym labiryntem ikłapali ustami. Mijali mnie obojętnie, byłam jedną z nich.Martwymi zwłokami, które nie powinny mieć prawa istnieć.
    Przeszukiwałam po koleikażdy z samochodów szukając w stacyjce kluczy. Wsiadłam doczerwonego Passata i odpaliłam silnik. Powoli wycofałam na pustypas i z impetem ruszyłam przed siebie. Musiałam opuścić tomiasto, udać się jak najdalej. Jechałam aż nie znalazłam siępoza nim, otaczały mnie teraz lasy, gęste i ciemne. Nagle zmuszonabyłam się zatrzymać, droga zastawiona była płotkamiostrzegawczymi i napisami, że zakaz opuszczania tego terenu.Kawałek dalej stały wojskowe ciężarówki, samochody i dwahelikoptery. Między nimi coś się poruszało, mężczyzna wmundurze. Z ciekawością spojrzał w moim kierunku i podszedł.
  • Proszę opuścićpojazd i wyjść tak abyśmy widzieli twoje ręce – Zaraz za nimpojawiło się kilku innych żołnierzy. Zrobiłam tak jak kazali –Proszę podać swoje personalia!
  • Jestem Julia Jamesz Nowego Orleanu, chcę się tylko stądwydostać! – Gdy jeden z nich podszedł do mnie od razu uniósłbroń.
  • Jestjedną z nich! – Wtedy wszystko potoczyło się błyskawicznie.Kilku z nich zaszło mnie od tyłu, wygięli do tyłu ręce takmocno, że usłyszałam łamiące się kości w nadgarstkach. Potemmnie powalili na ziemię i związali ręce – Nie zabijajcie jej!Musimy dostarczyć ją do laboratorium, to kolejny przypadekrozumnego! – Nakryto mi worek na głowę i wrzucono jak padlinę dojakiegoś pojazdu.
    * * *
  • Otoona – Powiedział oficer wpychając młoda dziewczynę doizolatki. Żal mu jej było, ale co mógł zrobić? Ona była jednąz nielicznych osób, które w jakiś nieznany sposób kontrolowalizakażenie wirusem biologicznym. Na podstawie jej krwi można byłostworzyć surowicę, która uratuje gatunek ludzki. Wiedział, żedziewczyna nie ma szans na normalne życie, że zostaniezlikwidowana, gdy tylko uda się to zrobić naukowcom.
                                                                                                                                  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz